RSS
 

Kwestia skutków, część VI

02 maj

Avaret zbudził się, gdy tylko pierwsze promienie wschodzącego słońca przedostały się przez szpary pomiędzy zasłonami i uderzyły go w oczy. Sprawdził ręką miejsce obok siebie, nie wyczuł już jednak ciepła grzejącego je ciała. Zsunął kołdrę, zeskoczył z łóżka i przeciągnął się porządnie, aż kości mu chrupnęły. Słońce coraz natarczywiej przedzierało się do środka. Postanowił ułatwić mu zadanie i rozsunął zasłony doprowadzając światło do najodleglejszych kątów pokoju. Wszystkie blizny, jakimi było poznaczone jego ciało, zalśniły dumnie; najemnik zauważył, że po ostatniej nocy przybyło mu kilka nowych zadrapań. Uśmiechając się lekko pod nosem wciągnął na siebie ubranie i wyszedł na korytarz.

Roześmiał się niemal w głos, gdy dostrzegł nogi wystające na korytarz z jednego z pomieszczeń znajdujących się po jego lewej stronie. Sięgające niemal kolan buty z cholewami były pełne dziur, jednak i bez tego charakterystycznego znaku Avaret dałby sobie głowę uciąć, że właścicielem obu kończyn jest Ervill. Kilka kroków, jakie uczynił w ich kierunku, potwierdziły to, co było już dla niego pewne.

Elf na wpół leżał, na wpół siedział, oparty o drzwi, których pełne otwarcie blokował od środka jakiś regał. Przepaska zazwyczaj zdobiąca jego czoło i powstrzymująca włosy przed opadaniem, kryła teraz oczy, pozwalając im dłużej cieszyć się przyjemnym mrokiem. Butelka, którą najwyraźniej wygrzebał w nocy z zakamarków spiżarni, a teraz czule przytulał do piersi, była całkiem pusta.

— Nie wstyd ci — zagadnął Avaret przyjaciela, nie bardzo wiedząc, czy się śmiać, czy raczej go zganić — przez całą noc używać alkoholu naszego gospodarza bez jego wiedzy i pozwolenia?

Ervill podwinął kciukiem opaskę, wydostając spod niej prawe oko. Pomacał dłonią głowę, krzywiąc się, najwyraźniej z bólu. Ta drobna dokuczliwość nie powstrzymała go jednak przed przywołaniem na twarz łobuzerskiego uśmiechu. Wyglądał teraz jak mały chłopiec przyłapany na psocie, który dobrze wie, jak umknąć tarapatom.

— A tobie nie wstyd, przyjacielu, używać przez całą noc córki naszego gospodarza bez jego wiedzy i pozwolenia, co?

Avaret rozdziawił usta, starając się poskładać naprędce jakąś ripostę, jednak uderzenie elfa tak go zaskoczyło, że całkiem odebrało mu mowę.

A to cwany kawał sukinsyna.

Dał za wygraną, kwitując komentarz Ervilla szerokim uśmiechem. Ten w międzyczasie zdążył jakoś powstać z ziemi, ciskając butelkę w miejsce, w którym ją znalazł.

— W razie czego to myszy wypiły — rzekł konfidencjonalnym tonem.

Zeszli na dół do holu, w którym uprzedniego wieczoru spożywali kolację. Przy stole czekali na nich Tamrok i Lenli, oboje będąc już w trakcie śniadania. Dziewczyna posłała delikatny uśmiech w stronę Avareta, niemal niedostrzegalny dla kogoś, kto nie był świadom wydarzeń minionej nocy z udziałem tych dwojga. Ervill był i nie powstrzymał się przed przywołaniem na twarz wymownego, łobuzerskiego grymasu.

— Dzień dobry — rzuciła w stronę zbliżających się mężczyzn, jednocześnie smarując chleb masłem. — Mam nadzieję, że spało wam się dobrze? Tamrok, jak mi już zdążył wyznać, miał trochę problemów z zaśnięciem…

Tamrok nieco się zmieszał, prędko zaczynając się tłumaczyć. Zupełnie niepotrzebnie, ale najwidoczniej zawstydził się nieco, posądzając samego siebie o brak należytej wdzięczności.

— To moja wina, niepotrzebnie rozmyślałem o zupełnie nieistotnych sprawach… Łóżko było bardzo wygodne, a kołdra ciepła i…

— Jestem przekonany — przerwał mu Ervill odpowiadając na zadane przez Lenli pytanie — że Avaretowi spało się najprzyjemniej od bardzo, bardzo dawna.

Łypnął psotnym wzrokiem na przyjaciela, delektując się tym jakże wyrafinowanym w jego mniemaniu podtekstem.

— Również i Ervill zwierzył mi się — Avaret postanowił nie pozostać dłużny elfowi — że jego sen tej nocy był nadzwyczaj mocny.

Zmierzyli się wzrokiem, Lenli tymczasem roześmiała się pięknym, perlistym śmiechem, domyślając się jakiejś gry, jaką między sobą prowadzą.

Zasiedli do stołu, czym prędzej przystępując do zaspokojenia narosłego przez noc głodu. W sprzątaniu wszystkiego, co nadawało się do spożycia przodował Ervill, nie zważając na wszelkie normy dobrego obyczaju. Nakładał na talerz wszystko, co znalazło się w zasięgu jego wzroku, nie zważając na to, że spora część jego zawartości, zwyczajnie się na nim nie mieszcząc, lądowała zaraz na obrusie w jego bezpośrednim sąsiedztwie.

— Jak się miewa twój ojciec? — zagadnął Lenli Tamrok, posilając się bez pośpiechu. W przeciwieństwie do Ervilla używał w tym celu sztućców. — Nie zje razem z nami?

— Chcielibyśmy mu podziękować, nim udamy się w dalszą drogę — dodał Avaret. Uczucie żalu ukłuło go lekko, gdy zdał sobie sprawę, że niedługo będzie musiał pożegnać piękną dziewczynę. — Nie zamierzamy długo tu zamarudzić.

Słysząc deklarację drugiego z najemników, Ervill jeszcze bardziej zwiększył tempo jedzenia. Avaret zerknął na niego z trudną do ukrycia odrazą, jednocześnie lękając się, że elf zaraz się udławi.

— Ojciec do późnej nocy rozmyślał przy tym stole — odparła Lenli. — Mimo to powinien niedługo się tu pojawić. Chcielibyśmy potowarzyszyć wam jeszcze trochę, przynajmniej w drodze do miasta.

O ile Artem wytrwa w swoim postanowieniu.

Avaret upił łyk wody, zastanawiając się, na ile plany Lenli będą pokrywać się tego ranka z planami jej ojca.

Naraz zza jego pleców rozległy się dźwięki stąpających w dół po schodach stóp.

— Dzień dobry! — powiedział głos Artema. Avaret obrócił się, aby skinieniem głowy odpowiedzieć na powitanie gospodarza. Dostrzegł, że jest on dzisiaj w znacznie lepszym humorze, niż wtedy, gdy zostawili go ubiegłego wieczoru sam na sam z myślami. Jego twarz nabrała zdrowych kolorów, rozjaśniona szerokim, niewymuszonym uśmiechem. Sprężysty chód ujmował mu co najmniej kilku lat, zdejmując z barków wszystkie towarzyszące im znoje.

Człowiek, który przed nimi stanął, promieniował wręcz siłą i pewnością siebie. Oraz chęcią wykorzystania tych atrybutów.

— Miło cię widzieć w dobrym humorze ojcze — rzuciła w jego stronę Lenli, niezwykle rada ze zmiany jego nastroju. — Mogę spytać, co jest jego powodem?

Artem zręcznym ruchem odsunął krzesło od stołu, spoczął na nim i, przysunąwszy się uprzednio na odpowiednią odległość, zajął się nakładaniem jedzenia na talerz. Avaretowi zdało się, że pogwizduje sobie przy tym z cicha.

— Uporałem się ze wszystkim Lenli — począł wyjaśniać pan al’Morem, przyjmując już bardziej poważny ton. — Od dawna wiedziałem przecież, że coś mi doskwiera, wczoraj jednak po raz pierwszy stawiłem czoła diagnozie. Uświadomiłem sobie, że podjęcie działania wiąże się z szalenie mniejszym ryzykiem, niż pozostawienie spraw własnemu biegowi. Jest tylko jedno wyjście z tej sytuacji. To bardzo ułatwia sprawę; każdy krok, który uczynimy w jego kierunku, będzie krokiem ku dobremu.

Dziewczyna uniosła prawą brew dając ojcu znak, że oczekuje bardziej konkretnej deklaracji. Artem spojrzał jej prosto w oczy, po czym bez żadnego wahania rzekł:

— Zaraz po śniadaniu ruszam rozmówić się z burmistrzem. Uczynię wszystko, by przekonać najpierw jego, a później i inne bardziej znaczące osobistości Srebrniska, że najwyższy już czas odważniej postawić się Gorlanom. Zamknę swoją kopalnię, żaden już z niej pożytek. Górnikom nie zapłacę ani miedziaka więcej.

— To dość odważne z pańskiej strony, panie al’Morem — wtrącił się Avaret. Nie zamierzał w żadnym wypadku wybijać Artemowi z głowy jego planów, czuł się jednak w obowiązku przestrzec go przed grożącym mu zagrożeniem, przysłoniętym być może przypływem entuzjazmu. — Jeszcze wczoraj wzdragał się pan przed zamknięciem kopalni, tłumacząc swoje obawy możliwą gniewną reakcją górników. To, do czego ma pan zamiar podburzyć burmistrza i całą resztę, wiąże się najprawdopodobniej z koniecznością przelania krwi…

Lenli łypnęła na niego gniewnie, odbierając jego słowa jako próbę wyperswadowania jej ojcu powziętych zamiarów. Lekki ruch głową, jakim jej odpowiedział, rozwiał jednak wszelkie jej wątpliwości.

Czy to naturalne, że potrafimy się w ten sposób porozumieć?

— Paradoksalnie większą odwagą byłaby dalsza bezczynność — odpowiedział mu pan al’Morem. — Chociaż nie… To już nie byłaby odwaga, a raczej głupota. Bezczynność doprowadzi nas do nieuchronnego, działając zaś mamy jakieś szanse.

Avaret przytaknął rozumowaniu Artema. Spostrzegł, że Ervill i Tamrok mają już przed sobą puste talerze, podobnie Lenli. Gospodarz nie ociągał się z jedzeniem, chwilę później cała piątka była więc już gotowa, by zejść w dół wzgórza. O dziwo tym razem stajenny był na posterunku, gdy odbierali konie. Nakarmione i napojone, lśniły starannie wyszczotkowaną sierścią.

Trzymając swe wierzchowce za uzdy, Averet i Ervill ruszyli w dół, w kierunku Srebrniska, mając u swych boków kroczących również pieszo Tamroka, Lenli i Artema.

Nieprzysłonięte ani jedną chmurą słońce zdążyło porządnie już wznieść się do góry, zapowiadając spokojny, pogodny dzień.

Największy blagier nie mógł wymyślić bardziej ironicznego tła dla mających nastąpić wydarzeń.

* * *

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Kwestia skutków, część V

02 mar

Dojście do podstawy wzgórza zajęło im z górą pół godziny, jako że droga prowadziła na wskroś przez całą osadę, później biegnąc jeszcze przez jakiś kawałek przez okalające ją pastwiska. Avaret obejrzał się po raz ostatni przed rozpoczęciem wspinaczki, omiatając wzrokiem nieodległe budynki Srebrniska oraz prowadzącą do miasteczka drogę. Lenli zatrzymała się kilka kroków wyżej, opierając prawą dłonią o jedno z rosnących wzdłuż ścieżki drzew.

— Zastanawia mnie jedna rzecz — rzekł Avaret. — Nie spotkaliśmy jak dotąd nikogo z plemienia Gorla, pomimo, że dość sporo czasu spędziliśmy w samym Srebrnisku, jak i jego okolicy. Dlaczego?

Lenli uśmiechnęła się, jak gdyby od dłuższego czasu spodziewała się tego pytania.

— Oni nie żyją pośród nas — odparła — a przynajmniej nie w ścisłym tego słowa znaczeniu. Mają swoją kolonię poza osadą, w pobliżu kopalń. Pojawiają się jednak dość często w Srebrnisku, a każda taka wizyta kończy się ostatnio źle.

Nim skończyła mówić, Avaret dojrzał ponad jej ramieniem jakichś jeźdźców, niespiesznie pokonujących drogę w dół wzniesienia. Z daleka potrafił już dostrzec, że rysy ich twarzy różnią się dość znacznie od kanonu kaermeńskiej urody: pociągłe, szczupłe twarze o długich nosach przydawały obliczom każdego z trzech mężczyzn pewnego rodzaju zwierzęcej drapieżności. Zauważywszy, że wzrok Avareta skupił się na czymś za jej plecami, Lenli obróciła się niepewnie. To, co zobaczyła sprawiło, że cofnęła się o kilka kroków tak, aby znaleźć się bliżej najemnika.

— To oni — rzuciła na wpół ściszonym głosem. — Gorlanie.

— Czego tutaj szukają? — spytał Ervill dołączając do Avareta i Lenli. Tamrok przyczaił się tuż za jego plecami z niepokojem spoglądając w górę.

— Nie wspomniałam wam wcześniej, że ojciec jest właścicielem jednej z kopalń — wyjaśniła Lenli, z wolna wypowiadając każde ze słów. Elf skomentował tę informację krótkim gwizdnięciem. — Ludzie, którzy w niej pracują, regularnie przyjeżdżają do niego po zapłatę. Ostatnio coraz częściej, mimo, że w kopalni nie ma już prawie srebra. Ojciec wstrzymuje się z jej zamknięciem w obawie przed gniewem górników.

Cholernie dobry interes — zdążyło przemknąć przez myśl Avaretowi, nim trójka jeźdźców zatrzymał się przed nimi. Miny mieli bardzo zadowolone, do wierzchowca jednego z nich przytroczona była pokaźna sakwa, która pobrzękiwała przy każdym ruchu konia.

— Witaj Lenli — rzekł mężczyzna znajdujący się na czele całej trójki. Nieprzyjemny uśmiech zatańczył na jego twarzy, gdy przebiegał wzrokiem postać dziewczyny. Zniknął zupełnie nagle w momencie, w którym dojrzał osobę Tamroka. Zeskoczył z konia, splunął soczyście na ziemię i podszedł do wystraszonego kudłacza, nie zwracając większej uwagi na obu najemników. Jego towarzysze postanowili go wesprzeć, cokolwiek zamierzał zrobić.

— Co to za szkarada, co Lenli? — wycedził wbijając nieprzeciętnie długi palec wskazujący w pierś Tamroka. — Wydaje ci się, że Mazub dobrze patrzy na to, że dobierasz sobie takie towarzystwo?

Prawica Avareta niczym strzała poszybowała w kierunku wyciągniętej ręki, łapiąc ją za nadgarstek.

— Lenli gówno obchodzi, co o tym wszystkim myśli Mazub — rzekł spokojnie, wyginając kończynę Gorlanina z taką siłą, że ten pomimo rozpaczliwych prób nie był w stanie mu się przeciwstawić. Widząc to pozostała dwójka postanowiła pójść z odsieczą zmuszanemu przez Avareta do powolnego zgięcia kolan towarzyszowi. Wściekłość wymalowana na ich obliczach musiała nagle ustąpić miejsca strachowi, gdy na spotkanie pofrunął im dobyty znienacka miecz Ervilla. Postąpili dwa kroki w tył, aby znaleźć się w miarę bezpieczniej odległości od śmiercionośnego oręża.

— Zabierajcie się stąd, ale już — warknął Avaret puszczając w końcu ściskaną rękę. Jej właściciel jęknął z cicha, łapiąc się za obolały nadgarstek. Rzucił Avaretowi pełne nienawiści spojrzenie. Dosiadł konia ani na chwilę nie odwracając odeń wzroku.

— Pilnuj się dziewczyno — wycedził przez zaciśnięte zęby. — Nie zawsze będziesz mieć tyle szczęścia.

Lenli nie odpowiedziała nic, hardo zadzierając głowę. Reakcja najemników musiała wywrzeć na niej spore wrażenie, dodając pewności siebie i poczucia bezpieczeństwa.

— Dobra, spierdalać stąd, sio! — rzucił Ervill, grożąc mężczyznom uniesionym ostrzem. Podziałało. Spięli konie i pognali przed siebie, ani razu nie oglądając się przez ramię.

— Dawno nie widziałam czegoś takiego — rzekła Lenli, przywołując na twarz ciepły uśmiech.

Avaret wzruszył jedynie ramionami. Opór wobec kogoś, kto obraża jego przyjaciela wydawał mu się najzwyklejszą rzeczą w świecie, obojętne, kto by to robił. Zerknął na Tamroka, który zdawał się być jeszcze bardziej przygaszony, niż do tej pory.

— Nie trap się — zwrócił się do niego. — Nie waż się myśleć, że to z tobą jest coś nie tak. Nie zdążyłeś jak do tej pory nikomu zaszkodzić, wszystkie szykany pod twoim adresem są nieuzasadnione i będą się zawsze spotykać z moim sprzeciwem. Tak jak teraz. Zrozumiano?

— Avaret ma rację — poparł przyjaciela Ervill, nadając swemu głosowi poważny, niepodobny do niego ton. — Nie martw się tymi barbarzyńcami.

— Dziękuję — Tamrok skinął nieznacznie głową. Jego spojrzenie pobłądziło chwilę po rosnących wzdłuż ścieżki drzewach, przenosząc się następnie ku leżącemu za jego plecami Srebrnisku. — Miałem dużo szczęścia spotykając was przed kilku dniami. Nie żałuję, że ruszyłem w świat, spodziewałem się jednak, że będzie mimo wszystko trochę mniej okrutny…

— To wina tego miejsca Tamroku — wtrąciła się do dyskusji Lenli. Jej słodki głos sprawił, że futro w okolicach jego ust poruszyło się, każąc przypuszczać, że wysilił się na delikatny uśmiech. — Ruszajmy w górę, prawie już widać dom mego ojca.

Przemierzenie reszty drogi wymagało już od nich nieco bardziej wzmożonego wysiłku, jako że zbocze było miejscami na tyle strome, że należało się mocniej zaprzeć nogami. Przyzwyczajona do częstego pokonywania tego odcinka Lenli posuwała się jednak naprzód z gracją i wdziękiem, które Avaret podświadomie kojarzył — choć wydawało mu się to nieco głupie — ze zwinnością kozicy górskiej. Poły jej spódnicy odsłaniały raz po raz szczupłe, acz silne nogi, raźno stawiające kolejne kroki. Nim słońce zetknęło się z linią horyzontu, dotarli do celu.

Powiedzieć, że dom na szczycie wzgórza był okazały, to jak stwierdzić, że ryba potrafi całkiem dobrze pływać. Wznoszący się na dwa poziomy w górę — nie licząc poddasza — budynek kryty był elegancką, czerwoną dachówką. Solidne mury nasuwały skojarzenie z jakąś twierdzą, gotową w każdej chwili odeprzeć wrogą napaść.

— No, no, no — Ervill pogłaskał pysk swego konia, w niemym zachwycie omiatając wzrokiem cały dom. — I pomyśleć, że mogliśmy spędzić dzisiejszą noc w jakiejś podłej karczmie.

— Dom został wzniesiony jeszcze za czasów mojego dziadka — wyjaśniła Lenli. — Chodźcie, zaprowadzimy wasze konie do stajni.

Okrążyli budynek od zachodu, korzystając ze sposobności, by przyjrzeć mu się od innej strony. Na jego tyłach zastali budynek stajni, dość sporych rozmiarów, choć jak się okazało zamieszkiwały ją na stałe jedynie dwa wierzchowce; jak wyjaśniła dziewczyna, jej ojciec nie był już tak chorobliwie zarażony miłością do koni, jak jej dziadek. Zaraz zajęła się wszystkimi zwierzętami, zapewniając im paszę i wodę.

— Stajenny pewnie drzemie gdzieś z tyłu, oparty plecami o ścianę. Straszny z niego leń, mimo, że nie ma prawie nic do roboty.

Avaret podrapał się po szyi.

Może nie mimo, a właśnie dlatego.

Na zewnątrz światło opadającego słońca utworzyło z okalającymi posesję drzewami niesamowitą kompozycję, zachwycającą piękną, ulotną tonacją. Nie tylko opatulone ciepłą barwą igły, ale paradoksalnie również i nagie pnie pozbawionych liści drzew zdołałyby przekonać największego sceptyka, że wiosna jest porą budzącego się życia.

Lenli poprowadziła trójkę swoich gości do wejścia znajdującego się z tyły domu. Pchnęła drzwi, przepuszczając przodem Avareta, Ervilla i Tamroka. Gdy już trzasnęły za ich plecami, gromko oznajmiła swój powrót:

— Ojcze, wróciłam!

Avaret począł badać wzrokiem rozlegle wnętrze. Znajdowali się w krótkim korytarzu, którego ściany zbiegały się ze sobą tworząc łuk. Na jego końcu znajdował się ogromny hol, którego sięgające kolejnej kondygnacji sklepienie wsparte było dwiema kolumnami. Za nimi, w samym środku wytyczonego przez nie toru, rozpoczynały się biegnące w górę szerokie schody, zabezpieczone z obu stron drewnianą balustradą. Wiszące na ścianach misternie utkane gobeliny przedstawiały sceny z różnych legend, bądź mniej lub bardziej znanych podań ludowych.

— Jesteś wreszcie. Już zacząłem się dener…

Ojciec Lenli nie nadszedł od strony schodów, jak się tego spodziewali, a wychynął z jednego z pomieszczeń leżących po lewej stronie korytarza. Zażywny jegomość o bujnej czuprynie i dobrodusznym obliczu sprawiał wrażenie wyraźnie zbitego z pantałyku widokiem trójki towarzyszącej jej córce mężczyzn.

— Będziemy mieć gości dzisiejszej nocy — oznajmiła mu Lenli całując go na powitanie w prawy policzek.

— To bardzo miło… — rzekł niewyraźnie mężczyzna. Uświadomiwszy sobie w końcu, że musi głupio wyglądać stojąc tak jak słup soli i bąkając niemrawo jakieś wyrazy ożywił się nagle, przybierając zgoła odmienny, jowialny ton. — Witajcie drodzy przyjaciele! Nazywam się Artem al’Morem. Z radością udzielę wam schronienia na dzisiejszą noc.

Podszedł bliżej, aby móc każdemu z osobna uścisnąć dłoń; Avaret, Ervill i Tamrok wykorzystali tę sposobność, by wyjawić z kolei swoje imiona i wyrazić wdzięczność za zaofiarowane schronienie. Gdy już formalnościom stało się zadość, pan al’Morem zaprosił swych gości do spożycia wspólnej wieczerzy. Objął córkę ramieniem i to szepcząc jej coś do ucha, to oglądając się niepewnie przez ramię, poprowadził niespodziewanych przybyszy ku stojącemu w prawej części holu stołowi. Avaret zdołał dosłyszeć takie słowa, jak „trochę dziwny”, „niespotykany” oraz „zastanawiający”, lecz o ile znał się na ludziach, to wynikały one raczej z zaskoczenia — wszak sam był nie lada zdziwiony po raz pierwszy spotykając Tamroka — aniżeli jakiejś ksenofobicznej postawy.

Gdy już zasiedli przy stole, Artem klasnął raz w dłonie, każąc przynieść służącej dodatkowe nakrycia. Wzrok Ervilla uciekał raz po raz ku miejscu, w kierunku którego się oddaliła. W końcu zdecydował się powstać.

— Jest dla mnie wielkim honorem być twoim gościem, panie al’Morem. Dom twój zaiste godzien jest najznamienitszych osobistości tego świata, tym bardziej doceniamy wszyscy trzej twą serdeczność, hojność i nadzwyczajną mądrość.

Gospodarzowi mina nieco zgłupiała. Nie bardzo chyba wiedział, kiedy zdążył sobie zasłużyć na nazwanie go mądrym, Avaret domyślił się już jednak tego, dokąd mają prowadzić te mało wyrafinowane podchody.

— Nie wiem — kontynuował uroczystym tonem elf, wzbogacając swój głos o nieco dramatycznie brzmiącą nutę wdzięczności — jak należycie chwalić twą ofiarność, dlatego chciałbym przynajmniej wypić twoje zdrowie, a niech tam, przynajmniej to mogę zrobić. Każ proszę przynieść służącej również kapkę czegoś mocniejszego.

— Wybacz memu druhowi panie al’Morem — Avaret zdecydował się przerwać tę żenującą farsę. — Czasami nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co mówi, w najlepszym przypadku ośmieszając samego siebie, w najgorszym obrażając swego rozmówcę.

— Hola! Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, co mówię!

Na czole Artema pojawiła się zmarszczka znamionująca, że nie bardzo wie, jak zachować się w takiej sytuacji. Obawiając się być może, że obaj mężczyźni skoczą sobie zaraz do gardeł, uniósł obie dłonie w pojednawczym geście.

— Przykro mi — rzekł — ale sytuacja wygląda tak, że w całym domu nie znajdzie się ani kropla czegoś mocniejszego. Żałuję, panie Ervillu, że nie mogę ci w tym względzie dogodzić, ale nieformalne prawo, jakie nas obowiązuję wymusza taki stan rzeczy.

— Do kroćset! — warknął Ervill ignorując wszelkie zasady kultury. Sztućce i półmiski zadzwoniły, gdy walnął pięścią w stół. — To już nawet do waszych domów weszły te głupie obyczaje? Jak możecie sobie na to pozwalać?

Nadejście służącej odegrało rolę swoistej pauzy rozładowującej napięcie. Kobieta postawiła puste naczynia przed każdą z przybyłych osób, kładąc obok nich sztućce. Mogli przystąpić do wieczerzy.

— Niestety! — w głosie Artema słychać było nieskrywany lament. — Gorlanie za bardzo zdążyli nam już wejść na głowę. Oni dyktują tutaj prawo i obyczaje, a my nie potrafimy sobie z tym poradzić. Jest nas więcej, ale nie jesteśmy wystarczająco zjednoczeni. Jedni mówią, że trzeba szanować obcą kulturę, że z tego zawsze słynął nasz kraj. Inni dodają, że nie ma przeciwwskazań dla funkcjonowania naszych ludów obok siebie.

— Bzdura — skwitował elf nakładając sobie porcję pasztetu. — Kultura, w której się pije i kultura w której jest to zakazane wykluczają siebie wzajemnie. Gdzie tu pole do wspólnego egzystowania?

Choć Ervill posłużył się przykładem o marginalnym znaczeniu, pan al’Morem nie mógł odmówić mu racji. Dla uzupełnienia wymienił kilka jeszcze rażących sprzeczności pomiędzy obiema społecznościami. Okazało się, że Gorlanie przestrzegają bardzo prymitywnego, opartego na religii prawa, które karało śmiercią za pozorne błahostki, a usprawiedliwiało najgorsze zbrodnie, jeśli służyły chwale Mazuba.

— Bardzo pięknie opowiadasz ojcze — zwróciła się do Artema Lenli z nutą pretensji w głosie. — Wszystko to absurd, nie masz co do tego żadnych wątpliwości, a mimo to sam pozwalasz Gorlanom siebie okradać.

Pan al’Morem załamał ręce, nieco teatralnie, co było prawdopodobnie spowodowane obecnością obcych. Avaretowi zdało się, że musiał nie po raz pierwszy usłyszeć podobny przytyk.

— A cóż ja mogę? — rzekł Artem, tłumacząc się raczej swoim gościom, aniżeli córce. — Nie mam takiej mocy, by się im przeciwstawić. Nie mogę zamknąć kopalni, mimo, że nie przynosi już żadnych zysków. Doskonale wiesz Lenli, jacy oni potrafią być okrutni. Gdyby…

— Jeśli nie człowiek o twojej pozycji — wpadła mu w słowo córka — to kto? Masz poważanie w tym mieście, przynajmniej póki co. Ktoś powinien wziąć sprawy w swoje ręce, zespolić ludność, trafić do ich głów i serc. Nie zrobi tego zwykły głupek wioskowy, choćby miał najszczersze intencje. Przykład musi pójść z góry, od kogoś, kto ma na tym terenie realną władzę.

— Przeceniasz mnie Lenli — westchnął smutno Artem, być może żałując, że nie potrafi sprostać oczekiwaniom córki.

Zapadła cisza, przerywana jedynie pobrzękiwaniami noży i widelców.

— Pańska córka ma rację, panie al’Morem.

Wszystkie głowy uniosły się naraz znad talerzy. Ku zaskoczeniu wszystkich głos, który przed chwilą wybrzmiał, należał do milczącego do tej pory Tamroka. Kudłaty mężczyzna, na ile można było to ocenić, minę miał dość poważną.

— Minęło ledwie parę dni, odkąd zacząłem poznawać świat. Moje odczucia były jak do tej pory bardzo mieszane, pozwoliły mi jednak ułożyć sobie w głowie wiele spraw. Duża w tym zasługa mych druhów, Avareta i Ervilla, którzy z uporem wskazywali mi co należy nazwać dobrym, a co złym. Pomogli również ludzie tacy, jak wy, ty i twoja córka, którzy potwierdzili prawdziwość ich słów. Teraz jestem już nieco mądrzejszy, niż zanim wyruszyłem w tę podróż, choć wiem, że dużo jeszcze przede mną nauki. Dziś zdaję już sobie sprawę z tego, że różnorodność istot na tym świecie jest wręcz oszałamiająca, choć ja widziałem jak dotąd jedynie mały jej ułamek. Moi przyjaciele uświadomili mi, że to nie nasz wygląd, religia, kultura czy pochodzenie określają nasze miejsce w hierarchii dobra i zła, a raczej zdolność adaptacji naszych indywidualnych cech w obcym środowisku oraz ich wpływ na nie.

Avaret, Ervill, Lenli i Artem słuchali Tamroka w skupieniu, nie śmiąc mu przerwać najdrobniejszym chrząknięcie. Artem wyglądał na wyraźnie poruszonego słowami przemawiającego; jego córka przyglądała mu się z uwagą.

Szybko się uczy skurczybyk — pomyślał Avaret. Czuł coś na kształt dumy spoglądając na przyjaciela, któremu w tak krótkim czasie udało się — przynajmniej w jakimś stopniu — odgadnąć skomplikowany wzór, według którego funkcjonował świat, co często nie było możliwe dla tych, którzy nie tkwili jak on w odosobnieniu.

— Jest jedna rzecz, którą już teraz mogę powiedzieć z całą pewnością — kontynuował Tamrok, zbliżając się już najwyraźniej ku końcowi. — Wpływ Gorlan na wasze środowisko umiejscawia ich w hierarchii, o której wspomniałem, tak blisko zła, jak to jest tylko możliwe. Im później to dostrzeżecie, im później zdecydujecie się temu przeciwstawić, tym gorzej dla was. Czasu jest już być może bardzo mało.

Artem ukrył twarz w dłoniach, przygnieciony dodatkowo napierającym nań spojrzeniem Lenli.

— Masz absolutną rację Tamroku — rzekł łamiącym się z lekka głosem. Potarł pięściami oczy, zmierzwił gęstą czuprynę, zupełnie jak człowiek świeżo wyrwany ze snu. — Absolutną rację. I nie tylko ja potrafię ci ją przyznać, w Srebrnisku znajdzie się wielu ludzi podzielających moje zdanie.

Zawiesił na chwilę głos najwyraźniej zbierając się w sobie, by powiedzieć coś, co szczególnie leżało mu na sercu.

— Gdym cię pierwszy raz zobaczył — wydusił w końcu — to, muszę przyznać, nieco się zląkłem. Wybacz mi, nieczęsto widujemy tutaj takie… Kogoś… Jakby to powiedzieć…?

Urwał, świadom swojej niezręczności w opisaniu osoby gościa i byłby niechybnie zaniechał dalszej wypowiedzi, gdyby nie pełne zrozumienia spojrzenie Tamroka, żywo zachęcające go do kontynuowania.

— Nie ważne… Chciałem tylko powiedzieć, że osoby takie jak ty, są żywym dowodem prawdziwości dopiero co wypowiedzianych przez ciebie słów. Gdybyśmy byli wszyscy ślepcami, nikomu nie przyszłoby do głowy, by traktować cię jak wyrzutka.

— Cóż z tego ojcze — wyparowała Lenli — że tak doceniasz słowa Tamroka? Pytanie brzmi: czy pokiwasz tylko głową i przyznasz mu rację, czy może postanowisz pójść krok dalej i spróbujesz zmienić tą chorą rzeczywistość?

— Nie chcę się mieszać do waszych spraw — wtrącił się Avaret, nachylając nad stołem w kierunku pana al’ Morem — ale od samego gadania nic się nie zmieni. Wszystko jest w waszych rękach; to wy jesteście gospodarzami tej ziemi, macie znaczną przewagę liczebną. Jedyne co trzeba zrobić, to przestać lekceważyć sytuację, otworzyć oczy tych, którzy opowiadają głupstwa o udanej koegzystencji waszych ludów i dać wyraźny odpór agresji Gorlan. Tylko tyle.

— I aż tyle — dodał całkiem poważnym tonem Ervill. — Gdyby to było dla nich takie łatwe, ta rozmowa by się zapewne nie odbywała.

Stwierdzenie elfa, choć najzupełniej prawdziwe, wyraźnie dotknęło Artema. Rysy twarzy mu stężały, szczęka zacisnęła się mocno, w oczach pojawiła się złość. Nie była ona jednak wymierzona w któregokolwiek z jego gości, wynikała raczej z rosnącego od dłuższego czasu poczucia winy. Cień ulgi przemknął po zastygłym obliczu pana al’Morem, gdy już stawił czoła własnym błędom w szalonej gonitwie myśli, jaka odbywała się w jego głowie, szybko jednak zniknął zastąpiony przez wzbierającą na nowo falę negatywnych emocji. Znać było po nim, że sytuacja prowadzi go nieuchronnie do miejsca, w którym musi podjąć jakąś decyzję.

— Jutro udam się do burmistrza — rzekł w końcu cichym, acz zdecydowanym głosem. — Pora, bym odbył z nim poważną rozmowę.

Lenli pokiwała głową, po czym niespodziewanie wstała i ucałowała policzek ojca. Artem nie poruszył się nawet o cal, unieruchomiony myślami zaprzątającymi jego głowę. Być może powzięte postanowienie wygnało je już w dalszą przyszłość.

— Zapewne jesteście zmęczeni — Lenli zdecydowała się nagle całkowicie zmienić temat, ignorując chwilową apatię ojca. Przysunęła swoje krzesło do stołu, ruszając następnie w kierunku schodów, zapewne z zamiarem udania się do swojej sypialni. Pokonanie każdego z kolejnych stopni łączyło się z apetycznymi ruchami rozkołysanych bioder, które na krótki moment całkowicie zahipnotyzowały Avareta. Zdziwiło go, że tak niewiele wystarczyło, by mógł oswobodzić się od ciężkiej atmosfery niedawnej dyskusji.

Jasna cholera, ta dziewczyna robi ze mnie kompletnego głupca.

— Arli pokaże wam wasze pokoje — rzuciła przez ramię. Jak gdyby na potwierdzenie jej słów starsza służąca pojawiła się przy stole, gestem dłoni prosząc gości, by udali się za nią. Idąc śladem Lenli wspięli się na wyższą kondygnację, gdzie każdemu została przydzielona osobna izba. Artema pozostawili samego na dole, gdzie trwał wciąż nieruchomo z łokciami wspartymi o stół, a głową o zaciśnięte w pięści dłonie. Odpowiedział bardzo niemrawo, gdy życzyli mu dobrej nocy.

Gdy już został sam w pustym pokoju, Avaret nie ociągał się zbyt wiele. Rozebrał się do naga, obmył twarz i dłonie w przygotowanej uprzednio misce wody i wskoczył pod pierzynę.

Sen przychodził powoli, wypierany przez trudny do zdefiniowania rodzaj niepokoju.

* * *

Drzwi uchyliły się niemal bezgłośnie, a do środka wemknęła się jakaś postać. Avaret, który nie zdążył jeszcze zapaść w twardy sen, zamrugał oczami, starając się przyzwyczaić je do ciemności. Wsparłszy się na łokciach, aby poprawić swój punkt widzenia, wbił coraz bardziej wyostrzające się spojrzenie w kobiecą sylwetkę, która przystanęła na środku pokoju, na wysokości okna. Wpadająca przez nie poświata księżycowa załamywała się na krągłościach piersi i bioder, wyraźnie zarysowanych pod cieniutkim, jedwabnym okryciem, jakie kobieta miała na sobie. Jej gęste, brązowe włosy lśniły niczym gładko wypolerowany metal, okalając długą szyję i opadając kaskadami na prawe ramię. Spojrzenie orzechowych oczu przesuwało się niespiesznie od jego pokrytej krótkim zarostem twarzy, przez umięśnione, poznaczone bliznami ramiona i tors, ku temu, co wciąż kryło się pod kołdrą.

Naraz jedwabne okrycie zsunęło się po jej gładkich, delikatnych ramionach, wywołując u Avareta dreszcz, który wstrząsnął całym jego ciałem.

— Czekałam na ciebie — szepnęła, po czym ruszyła ku niemu.

* * *

Sen przez długi czas nie przychodził po Tamroka. Biedak krążył niespokojnie po swoim pokoju, rozmyślając gorączkowo. W końcu zdecydował przystanąć na chwilę przy oknie, licząc, że piękny widok skąpanego w świetle gwiazd i księżyca Srebrniska wpłynie kojąco na jego umysł. Odsunął sięgającą podłogi zasłonę i począł przyglądać się leżącej w dole osadzie.

Dziwne światła, które dojrzał daleko za nią sprawiły, że jego niepokój jeszcze bardziej wezbrał.

* * *

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Kwestia skutków, część IV

20 sty

Z łąki znajdującej się na skraju lasu wieńczącego wzgórze, dostrzec już mogli zabudowania leżącej w dole osady. W jej sercu znajdował się plac w kształcie kwadratu, otoczony szczelnie przez przylegające do siebie ściśle budynki. Im dalej od niego, tym mniej można było dostrzec w architekturze regularności. Domostwa usiane były to tu, to tam, bez wyraźnego wzoru, w znacznych odległościach od siebie. Tamrok, który po raz pierwszy miał okazję przyglądać się takiemu skupisku form architektonicznych, trwał przez jakiś czas w milczącym zachwycie.

— Więc tak wygląda miasto? — ozwał się w końcu, wciąż wbijając wzrok zaciekawionych oczu w krajobraz widoczny w dole wzgórza. — Nie przypuszczałem, że może być tak ogromne.

Ervill podrapał się z tyłu głowy, najwyraźniej zastanawiając nad tym, czy Tamrok byłby w stanie uwierzyć, że podziwiana przezeń osada jest śmiesznie mała w porównaniu do największych miast tego świata.

— Zobaczmy, jakie zrobi na tobie wrażenie z bliska — rzekł Avaret, po czym złapał wodze swego konia i krocząc z głową wtuloną niemal w jego grzywę ruszył w dół zbocza.

Delikatnie wiejący wietrzyk umilił im zejście, igrając z sięgającymi ramion włosami obu najemników, grzywami koni i sierścią Tamroka. Bujnie rosnąca trawa poruszała się miarowo, sprawiając, że całe wzgórze wydawało się ożywać, niczym zwierz przeciągający się po długim śnie.

Po krótkiej chwili okazało się, że wiatr przyniósł coś więcej, prócz samego kojącego dotyku; ich uszu poczęły dobiegać jakieś dźwięki, najpewniej odgłosy toczącej się rozmowy. Wytężywszy wzrok, Avaret dostrzegł jakiś ruch na skraju gęstwiny iglastych drzew, leżącej po lewej stronie ścieżki wiodącej od podstawy wzgórza aż do osady. Im niżej się znajdowali, tym łatwiej było mu wyróżnić spośród zielonej ściany sylwetki pięciu mężczyzn, być może myśliwych. Cała grupa wychynęła zaraz spomiędzy drzew, wychodząc na spotkanie Avaretowi, Ervillowi i Tamrokowi.

— Proszę, proszę — rzekł stojący na czele grupy mężczyzna, dłonią osłaniając oczy przed świecącym słońcem. W drugiej dzierżył mały, poręczny łuk, przez pierś przebiegał ukośnie pasek utrzymujący kołczan. Choć nie był już młodzikiem, sprawiał wrażenie niedoświadczonego myśliwego; przyczepione do żółtego, rzucającego się w oczy kaftana drobne gałązki i liście znamionowały nieostrożność w poruszaniu się wśród gęstwiny, niemal pusty kołczan idący w parze z brakiem upolowanej zwierzyny świadczył o niskich umiejętnościach łuczniczych. Stojący za nim towarzysze wydawali się być mu podlegli, co z kolei nienajlepiej świadczyło o nich samych. Nie wszyscy byli uzbrojeni w łuki — dwójka z nich dzierżyła w dłoniach włócznie. — A więc oczy nas nie myliły. Cóż to za bestię ze sobą wiedziecie? — zwrócił się do Avareta i Ervilla, unosząc zaczepnie podbródek.

Avaret przystanął raptownie, obdarzając pytającego srogim spojrzeniem. Tamten cofnął się pół kroku, najemnik zaś, nie uznając za stosowne odpowiadać, wznowił marsz w kierunku osady. Nie spodobało mu się to niemiłe powitanie, nie zamierzał jednak wdawać się w żadną dyskusję, czy tym bardziej doprowadzać do jakiegoś poważniejszego zatargu.

Tamten nie dał jednak tak łatwo za wygraną.

— Chwila, chwila — rzekł stając na drodze Avareta. — W dalszym ciągu oczekuję odpowiedzi na swoje pytanie. Cóż to za dziwny stwór podróżuje w waszym towarzystwie? Nie zamierzacie chyba przyprowadzić tego plugastwa do naszej osady, mam rację?

— Nie potrzebujemy tu żadnych dziwactw — poparł go stojący za nim wąsaty włócznik. — Po prawdzie to elfa też nie potrzebujemy.

Ervill ściągnął brwi, nie bardzo dowierzając wygłoszonej w jego stronę uwadze.

— Baczcie na słowa — wysyczał Avaret przez zaciśnięte zęby. Znajdował się teraz nie więcej, niż w odległości dwóch kroków od łucznika przewodzącego reszcie. — Wszyscy trzej zamierzamy spędzić dzisiejszą noc pod dachem, w tej osadzie — jego ręka wyprostowała się ponad barkiem mężczyzny, wskazując nieodległe domostwa. — Nie szukamy konfliktu.

Nie tego się spodziewałem — pomyślał Avaret, z uwagą lustrując twarze myśliwych. Nie tego, do jasnej cholery.

— Wynocha stąd! — usłyszał w odpowiedzi głos któregoś z mężczyzn, nie dojrzał dokładnie, którego.

— Zabierać się stąd! Już was tu nie ma!

— Wypierdalać!

Prężąca się dumnie sylwetka przywódcy kontrastowała niemiło z kulącym się w sobie, niemało najwidoczniej wystraszonym takim przyjęciem Tamrokiem. Cofnął się on kilka kroków, przygotowując najpewniej do odwrotu.

Naraz jakiś przedmiot pomknął w stronę włochatego stwora, godząc go z towarzyszącym temu okrzykiem bólu, jaki wydobył się z jego gardła. Tamrok złapał się za głowę zginając w pół, u jego stóp upadł zaś kamień wielkości śliwki.

Tego było już za wiele. Nie namyślając się wiele, Avaret rąbnął potężnie w brzuch stojącego naprzeciw niego mężczyznę. Myśliwy upadł na ziemię, z trudem usiłując złapać oddech, podczas gdy najemnik, puszczając wodze swojego konia, pomknął ku następnemu przeciwnikowi. Zdzielił go pięścią w twarz, zanim tamten w ogóle zdążył się połapać, co się dzieje. Ułamek sekundy później w powietrze wzbiły się dwa groty włóczni, ścięte jednym, wprawnym ruchem przez Ervilla, który poszedł w sukurs przyjacielowi. Dwaj oniemiali włócznicy zaraz wpadli na pomysł, by dołączyć do ostatniego z grupy mężczyzny, który gnał już przed siebie, nie czekając na swoją porcje ciosów. Za plecami całej trójki wzbijał się tuman przydrożnego pyłu.

— Poszło bardziej gładko, niż myślałem — skomentował Ervill, otrzepując symbolicznie ręce. Zdziwiona mina szybko jednak opuściła jego oblicze, wyparta przez malujący się coraz wyraźniej wyraz zadowolenia.

— Nic ci nie jest? — Avaret podszedł do Tamroka, aby dokonać oględzin rany, jaka mogła powstać w wyniku tego niefortunnego incydentu. Kilka kroków dalej Ervill obdzielał leżących na ziemi napastników kopniakami w żebra, nie szczędząc przy tym siły ani precyzji. Jedynym, na co tamci mogli się zdobyć, były głuche jęki. Nie było w ich przypadku mowy o powstaniu z gleby, przynajmniej w ciągu najbliższych kilkunastu minut.

O dziwo Tamrok podniósł się sprawnie do pozycji stojącej, nie zdradzając żadnych oznak uszczerbku na ciele.

— Wszystko w porządku. To futro ma, jak widać, także i swoje zalety.

Mimo tej deklaracji Avaret przyjrzał się jeszcze raz towarzyszowi, nie kryjąc przy tym troski. Zdał sobie sprawę, że drąży go poczucie winy za zaistniały incydent. Mimowolnie umiejscowił swoją osobę w gronie napastników, przyjmując krytykowany wcześniej przez samego siebie wzorzec, w którym Tamrok stoi naprzeciw reszty ludzkości.

To absurd! Przecież to nie moja wina!

Tak, czy inaczej zawiódł przyjaciela. Zapewnienia o poszanowaniu Kaermeńczyków dla innych istot okazały się nic nie warte. Co dziwniejsze, również i Ervill nie uniknął nieprzychylnego spojrzenia tych ludzi.

— Jak nazywa się ta osada? — zwrócił się elf do zwijającego się wciąż z bólu przywódcy bandy. Dla potwierdzenia, że to do niego skierowane było pytanie, Ervill kopnął go raz jeszcze w żebra. Musiał odczekać chwilę, aż tamten złapie oddech.

— S… Srebrnisko — wychrypiał w końcu. Kosztowało go to tyle sił, że po wszystkim głowa opadła mu na glebę i jakby stracił przytomność.

— Wcale ładna nazwa! — rzucił dziarsko elf do obu towarzyszy. — Nie ma na co czekać. Na koń, przyjaciele!

Spostrzegłszy, że akurat jemu wypada iść teraz pieszo, mina mu nieco zrzedła. Na krótką chwilę, rzecz jasna, gdyż elf nie należał do istot nadmiernie się trapiących. Ruszył żwawym krokiem, aby utrzymać tempo narzucone przez obu jeźdźców, co nie przyszło mu jednak z wielkim trudem. Tamrok siedział w siodle milczący, ani Avaret, ani tym bardziej Ervill nie potrafili w tej chwili znaleźć dla niego jakichś słów pocieszenia.

Oby to był naprawdę incydent, a nie reguła — przemknęło przez myśl Avaretowi, gdy przelotnie spojrzał na kudłatego stwora.

Jechali powoli nie odzywając się do siebie. Ścieżka była mocno wydeptana, nie natrafili jednak po drodze na nikogo jadącego z naprzeciwka. Rosnący po ich lewej stronie las raz po raz wychylał się naprzód, droga obfitowała więc w liczne zakręty wydłużające nieco jazdę. Trzymali się jej jednak, gdyż wysokie drzewa dawały przyjemny cień, chroniący ciało przed coraz silniej świecącym słońcem.

Mniej więcej w odległości sześciuset stóp od skraju osady napotkali coś dziwnego. Stojąca tuż przy ścieżce drewniana rzeźba przedstawiała mężczyznę o, jak to przemknęło Avaretowi przez głowę, opętanym żądzą mordu obliczu. Ostre zęby współgrały z cienkimi, wyciągniętymi ku górze brwiami, źrenice znajdujących się pod nimi oczu były nienaturalnie duże. Całego obrazu dopełniał topór, trzymany przez mężczyznę oburącz, jawnie ostrzegający przed konsekwencjami zatargu z jego posiadaczem. U stóp figury leżało kilka pozornie niezwiązanych ze sobą przedmiotów; chustka, fajka i jakiś wisiorek.

— Cóż to za straszny typ? — Ervill przystanął przy rzeźbie, przebiegając wzrokiem od jej oczu, ku przedmiotom leżącym na ziemi. — Wygląda to na obiekt kultu.

Avaret zatrzymał konia obok przyjaciela.

— Nie pamiętam dokładnie, jakiemu bogowi oddają cześć Kaermeńczycy — rzekł niepewnym tonem — ale nie przypuszczałbym, że może on mieć tak okrutne oblicze. Musiało się tu doprawdy bardzo wiele ostatnimi czasy pozmieniać… O wiele za dużo, jak na mój gust, a przecież nawet jeszcze nie dotarliśmy do osady.

Ruszył naprzód, nie przyglądając się zbyt długo paskudnej rzeźbie, głównie dlatego, aby Tamrok na dobre nie przestraszył się tego miejsca. Zaczął sobie zadawać w duchu pytanie, czy ominięcie Srebrniska nie byłoby dobrym pomysłem.

Jego obawy potwierdziły się chwilę później. Na odcinku pomiędzy skrajem osady, a jej centrum napotkali tyle nieprzychylnych spojrzeń, ilu nigdy by się po tej krainie nie spodziewał. Wrogie nastawienie miejscowych nie znało kryterium wieku, czy majętności; niemal wszyscy, młodzi chłopcy i dziewczęta, starcy podpierający się kijami, ubrani w potargane łachmany wozacy i pasterze oraz z szykiem odziani handlarze obdarzali Tamroka, a czasami także i Ervilla krzywym spojrzeniem. Nie obeszło się bez kilku obelg, które jednak cichły zawsze, gdy któryś z najemników położył dłoń na rękojeści swego miecza.

— Patrzcie — rzekł Tamrok wskazując coś wyciągniętą ręką, gdy wjechali na kwadratowy plac leżący w sercu osady. Jego głos był inny, niż do tej pory, bardziej zduszony. — Kolejna rzeźba.

Istotnie, sam środek placu zajmowała niemal identyczna drewniana figura, z jaką zetknęli się wcześniej. Avaret instynktownie przeniósł od razu wzrok ku jej podstawie, dostrzegając coś, co z tej odległości wydało mu się glinianym kubkiem.

Dookoła kręcili się ludzie, zajęci swoimi codziennymi obowiązkami. Avaret zauważył, że Tamrok kuli się w sobie, jak gdyby usiłował schować się przed napastliwym wzrokiem mieszkańców.

— Zdaje się, że dostrzegam jakąś gospodę — w głosie Ervilla wyraźnie pobrzmiewało zadowolenie. Spoglądał w przeciwległy róg rynku, od którego biegła dalej prosta uliczka.

— W samą porę — Avaret był wyjątkowo wdzięczny Ervillowi za tę informację. Nie zamierzał ani chwili dłużej narażać Tamroka na szykany ze strony nie znających go osób. — Ruszajmy czym prędzej. Ostatni stawia obiad!

Spiął konia, puszczając w kierunku elfa łobuzerski uśmiech. Aż do progu gospody jego uszu dolatywały odgłosy podeszew Ervilla uderzających szaleńczo o ubitą ziemię, pomieszane z bogatym repertuarem wyzwisk, jakie mógł znać tylko ktoś pokroju jego nieodłącznego druha. Dotarł na miejsce jako pierwszy, nim zdążył zsiąść z konia dołączył do niego Tamrok, Ervill rzecz jasna zameldował się jako ostatni, głośno dysząc. Gdy już doszedł do siebie, nabrał w płuca tyle powietrza, by starczyło mu na kolejną wiązankę, Avaret uciszył go jednak unosząc dłoń.

— Żartowałem. Wiem, ile znaczy dla ciebie każdy miedziak, gdy masz ochotę się schlać.

Wciąż śmiejąc się pod nosem, poprowadził konia na dziedziniec karczmy, aby tam go uwiązać. Gdy już uporali się z wierzchowcami, wrócili przed front gospody i pchnęli drzwi.

Nie uderzył w nich rejwach właściwy każdej zacnej karczmie. Owszem, wewnątrz był spory tłok, jednak przemierzając wzrokiem oblegane przez gości stoły Avaret dostrzegł, że żaden z nich nie czuje się swobodnie. Siedzieli posępni, z rzadka się do siebie odzywając, garbiąc się z głowami spuszczonymi ku ziemi. Na drugim końcu izby wsparty o ladę karczmarz zmarszczył czoło, tym jedynym gestem witając nowoprzybyłych. Kilku mężczyzn wyprostowało się, zerkając w stronę drzwi wejściowych, prędko jednak powrócili do bacznej obserwacji drewnianych stołów. Grający jakąś rzewną melodię bard bardzo dobrze wpasowywał się w panujący w gospodzie nastrój. Najemnik poczuł nagle suchość w gardle.

— Uwielbiam takie huczne powitania.

Ervill skwitował jego komentarz machnięciem ręki. Wyciągając przed siebie długie nogi, ruszył dziarskim krokiem ku ladzie. Avaret i Tamrok podążyli za nim.

— Czym się martwić? Przyszliśmy tu, żeby się napić, to nasz główny cel, ewentualnie coś zjeść, bądź przespać noc pod dachem. Czy potrzebne nam jest do tego serdeczne powitanie? Ja na ten przykład potrafię schlać się o własnych siłach i zbędna jest mi czyjakolwiek pomoc. Grunt, że gościmy w karczmie, a każda karczma ma to do siebie, że podaje się w niej piwo.

Avaret mniej więcej w połowie przestał słuchać wywodu elfa, dostrzegając szereg kwaśnych min i krzywych spojrzeń, jakie siedzący cicho goście serwowali osobie Tamroka. Żaden z nich jednak nie poważył się na jakiś komentarz.

— Piwo karczmarzu! — krzyknął Ervill w kierunku stojącego po drugiej stronie lady wąsatego jegomościa. — A właściwie trzy piwa, gdyż moi druhowie zapewne również chcą uraczyć swe podniebienia.

— Nie ma.

Elf przymknął oczy i pokręcił lekko głową udając, że się przesłyszał.

— Że co? Nie żartuj sobie ze mnie, przyjacielu, nie w takiej kwestii.

Avaret zajął miejsce obok Ervilla.

— To nie żart. W całym Srebrnisku już o dłuższego czasu nie uświadczysz żadnego alkoholu.

Obrócili się gwałtownie ku miejscu, z którego dobiegły słowa. Nie wyszły one bowiem z ust karczmarza, który nie kwapił się jakoś do prowadzenia rozmowy z najemnikami. Korzystając z okazji, oddalił się ku zapleczu.

Siedząca przy ladzie młoda dziewczyna trzymała w ręce kubek, z którego dobywał się ziołowy aromat. Z jej głowy spływały na ramiona gęste kasztanowe włosy, po czerwonych ustach błąkał się cień uśmiechu, intrygująco współgrając z odważnym spojrzeniem brązowych oczu.

— A cóż to za dziwne zwyczaje? — rzucił napastliwym tonem Ervill. — Jak żyję nie widziałem karczmy, w której nie można by się było napić!

Dziewczyna uśmiechnęła się nieco szerzej.

— Jesteście tu od niedawna, prawda?

Avaret skinął głową w odpowiedzi, jako że to do niego, a nie elfa skierowane było pytanie.

— Nazywam się Lenli — rzekła ich rozmówczyni, jak gdyby czyniąc wstęp do dłuższej rozmowy. Łypnęła na krótką chwilę na skrywającego się za plecami najemników Tamroka, po czym na powrót skierowała spojrzenie na Avareta. Ervill wysunął się przed przyjaciela, szykując się już do dworskiego ukłonu, lecz ten odepchnął go z powrotem za plecy, nie dając sposobności do błazeńskich wygłupów.

— Jestem Avaret. Przygłup za moimi plecami zwie się Ervill. Kompanii naszej dopełnia osoba Tamroka.

Tamrok uniósł nieśmiało dłoń, wciąż czając się z tyłu. Lenli obdarzyła go ciepłym uśmiechem, upiła łyk ziołowego naparu i wzięła głębszy oddech.

— Pewnie niemało dziwi was atmosfera panująca w Srebrnisku, mam rację?

— Prawdę mówiąc — Avaret zagryzł wargę, przebiegając w myślach wydarzenia tego dnia — zaskoczyło nas jak dotąd dosłownie wszystko. Agresywne nastawienie ludności, osobliwe rzeźby na granicy osady oraz w jej centrum… Brak piwa w karczmie… Nie odwiedzałem nigdy wcześniej tych obszarów, jednak panująca powszechnie w świecie opinia o tym miejscu jest zgoła inna od tego, co zastaliśmy.

Lenli pokiwała ze zrozumieniem głową, zakładając nogę na nogę. Avaretowi nie umknął ten ruch.

— Zamówcie lepiej coś do picia. Opowiem wam o tym, co się u nas dzieje.

— Ale cóż mielibyśmy zamówić? — Ervill rozłożył bezradnie ręce. Wyraz, jaki przybrała jego twarz był na tyle komiczny, że Lenli parsknęła niepowstrzymanym śmiechem.

— Cóż, polecam gorące mleko, jest naprawdę pyszne. Znajdą się również i innego rodzaju napitki, wszystkie warte spróbowania.

Elf nie wydawał się być usatysfakcjonowany taką propozycją.

— Co ja, dziecko jestem, żeby mleko pić? — mruknął przywołując gestem dłoni karczmarza. — Przyjacielu, nalej mi… Nalej mi… A psiakrew! Nalej czego chcesz, przecież w takiej sytuacji i tak jest mi wszystko jedno!

— Dla mnie to samo — rzucił Avaret nawet nie odwracając się w kierunku gospodarza. Zdał sobie sprawę, że od dłuższego czasu spojrzenia jego i Lenli napotykają siebie wzajemnie. Z trudem uciął to zaskakujące go połączenie.

Karczmarz, jak się okazało, posiadał dobry słuch, a co więcej sprawnie notował w pamięci dane, jakie mógł dzięki niemu posiąść. Korzystając z przyzwolenia, jakiego udzielił mu Ervill, zdecydował się zaoferować nowym gościom po kubku gorącego mleka. Elf skrzywił się z lekka ujmując naczynie w dłoń, nie powiedział jednak słowa.

— Zdaje się, że stół w rogu się zwolnił — rzekła Lenli, wskazując ręką wspomniane miejsce. — Przesiądźmy się, będzie nam wygodniej prowadzić dyskusję.

Avaret skinął głową, po czym cała czwórka oderwała się od lady, bacznie obserwowana przez stojącego za nią gospodarza. Odsuwając krzesła i odstawiając kubki uczynili nieco hałasu, który w tradycyjnych warunkach zginąłby wśród powszechnego gwaru, teraz jednak okazał się być głównym aktorem tej krótkiej chwili, wspartym jedynie przez niemrawe brzdąknięcie barda i kilka nieprzychylnych spojrzeń. Lenli, gdy już tylko zajęła wygodną pozycję, nachyliła się nad stołem, dając sygnał, że rozmowa będzie prowadzona ściszonym tonem.

— Zacznę od tego, że bardzo miło mi was widzieć. Mówiąc „was” mam na myśli kogoś z zewnątrz, kogoś, dla kogo to, co tu się dzieje od początku do końca jest czystym absurdem.

Ervill pokiwał potakująco głową. Avaret potrafił odgadnąć, że na wzmiankę o „absurdzie” myśli elfa skoncentrowały się tylko i wyłącznie na ubogiej w alkohol ofercie karczmy, nie zahaczając nawet o inne incydenty tego dnia.

— Trzeba wam wiedzieć, że opinia o Kaermen, jaka ciągle jeszcze panuje w świecie, nie wzięła się znikąd. Owszem, przez długi czas byliśmy bardzo tolerancyjnym krajem. Ściągały do nas duże gromady elfów i krasnoludów, a także ludzi z innych, dalekich krajów. Kwitł handel, wielu obcych decydowało się tu osiąść, wrastając w kulturę i tradycję Kaermen, lub przynajmniej ją respektując. Wszystkie procesy zachodziły pokojowo, a kraj rozwijał się zachowując przez wieki swoją tożsamość.

— Miejscowi — wtrącił się Avaret, przywołując na twarz delikatny uśmiech — zdecydowali się, jak widzę, zmienić nieco definicję tolerancji…

Dziewczyna pokręciła przecząco głową, wprawiając w ruch kasztanowe włosy.

— To nie tak. Nic nigdy nie dzieje się bez przyczyny.

Widzicie, podłoża takiego stanu rzeczy trzeba szukać w przeszłości… Prawdę mówiąc nie wiem kiedy dokładnie, być może w czasach mojego dziadka, a może jeszcze wcześniej… Kaermen zawsze słynęło z kopalni srebra, czego dowodem może być choćby nazwa tego miasteczka. Wydobycie tego metalu przysparzało od lat bogactwa mojemu krajowi, podnosząc jego pozycję wśród potężniejszych sąsiadów. Lecz paradoksalnie ta sama rzecz założyła jarzmo na jego szyję.

— Nie bardzo rozumiem — ozwał się nieśmiało Tamrok. Białe krople mleka widoczne na sierści wokół ust ujmowały mu nieco powagi. — Jak źródło takiego bogactwa może być problemem?

— Cóż, być może źle się wyraziłam. Kopalnie nie są oczywiście bezpośrednią przyczyną naszego nieszczęścia. Są nią raczej ludzie, którzy w nich pracują. A ściślej mówiąc: pracowali.

Tak jak mówiłam, wszystko zaczęło przed kilkudziesięciu laty. Takie rzeczy nie dzieją się najwidoczniej z dnia na dzień, to raczej powolny, długotrwały proces. Tym gorzej, bo trudniej zauważyć jego zgubny wpływ.

— No dobra, do rzeczy — przerwał zniecierpliwiony długim wstępem Ervill. Brak piwa potęgował w nim nerwowość, a właściwie sam w sobie był jej przyczyną, o dziwo jednak pogardzane przez elfa mleko szybko znalazło ujście w jego gardle. — Co się właściwie wydarzyło?

Lenli wzięła głębszy oddech, jak gdyby przygotowując się do wyłożenia wszystkiego na stół.

— Wydobycie srebra to interes, jak każdy inny. A w interesie najbardziej liczy się zysk, co do tego nie ma żadnych wątpliwości. Wiemy to my, wiedzieli to i również moi przodkowie, którzy wiele lat temu zadecydowali, aby powierzyć wydobycie ludziom biegłym w tej dziedzinie, a przy tym żądającym mniejszej zapłaty, niż rodowity Kaermeńczyk. Nieco na południe od granic naszego kraju żyje lud Gorla, na wpół dziki, nie posiadający zorganizowanego państwa.

— Kojarzę te ziemie — wtrącił się Avaret, korzystając z okazji, by przyciągnąć wzrok Lenli. — Gorlanie żyją w niewielkich osadach, rzekłbym, że bardzo prymitywnych. Nie uprawiają ziemi, trudnią się tylko polowaniem.

— Nie tylko — poprawiła go Lenli. — Ich ziemie bogate są w złoto i srebro. Gorlanie zajmują się również wydobyciem tych metali i tylko dlatego nie żyją na skraju nędzy. Każda wyższa cywilizacja uczyniłaby z tych ziem kraj mlekiem i miodem płynący, oni są jednak zbyt mało zorganizowani i leniwi, by mieć większe ambicje.

Spytacie zapewne jak to się stało, że żaden z sąsiadów nie zainteresował się podbojem tak bogatej krainy?

— Ja odpowiedź znam bardzo dobrze — ozwał się Ervill tonem godnym największych mędrców. — W długiej już historii tego świata mieliśmy wiele przykładów, kiedy to uzbrojony po zęby najeźdźca liczył na łatwy podbój pozornie nie mającego szans mu się przeciwstawić ludu. Mnożyć można by takie przypadki i Gorlanie się do nich zaliczają, bo mimo, że nie posiadają wyrafinowanego oręża, to są bardzo bitni, zawzięci i okrutni dla swoich wrogów. I jak dotąd potrafili skutecznie bronić swojej suwerenności.

Lenli pokiwała głową z uznaniem dla wiedzy elfa, nieco jednak zła, że ten ją wyręczył

— Co do tego, że są okrutni nie ma żadnych wątpliwości. Okrucieństwo można uznać za jeden z dogmatów ich religii, którą przywlekli ze sobą do Kaermen. To właśnie ich zaprosili do naszego kraju moi przodkowie. Gorlanie czczą przerażającego boga — Mazuba. Jego kult wymaga krwawych ofiar i nie mam tu na myśli tylko zwierząt.

— Chwila, chwila — wtrącił się raz kolejny Ervill, mrużąc oczy i drapiąc się po skroni. — Czy to przypadkiem nie jego rzeźby napotkaliśmy zarówno w drodze do Srebrniska, jak i w samym jego sercu, nieopodal tej karczmy?

Dziewczyna skinęła bezgłośnie głową. Avaretowi zdało się, że cień przerażenia na krótki moment zasnuł jej oblicze. Zdziwiło go to nieco, bo do tej pory Lenli zdążyła zrobić na nim wrażenie dość odważnej, można by wręcz powiedzieć, że nieco bezczelnej i bezkompromisowej kobiety. W tej chwili wydała mu się jednak dość kruchą istotą.

— Co oznaczają rzeczy, które znajdują się u stóp zarówno jednej, jak i drugiej figury? — usłyszał swój własny głos, tak odległy, jakby dobiegał z dalekiej krainy rozmyślań, do której przywiodła go osoba Lenli.

Krótki moment, w trakcie którego dziewczyna zbierała się w sobie, by udzielić odpowiedzi, wypełniło kilka smutnych akordów wybrzmiewających z dalekiego kąta, w którym teraz przycupnął bard. Pośród nie — Avaret dałby sobie rękę za to uciąć — zamieszał się również urwany szloch Lenli, jednak jej spuszczona głowa i gęste, opadające w dół włosy uniemożliwiły stwierdzenie tego z całą pewnością.

— Te rzeczy należały do ludzi, którzy złamali święte prawa religii Gorlan. Zostali zabici przez tych dzikusów, bo jawnie występowali przeciw ich bogu i ich prymitywnym zwyczajom, jakie próbują zaszczepić u rodowitych Kaermeńczyków. Drobiazgi, które widzieliście, to trofea ofiarowane Mazubowi — symbol przelanej krwi.

Przy ostatnich słowach głos Lenli wyraźnie się załamał. Ukryła twarz w dłoniach i tym razem Avaret nie musiał już dociekać, czy rzeczywiście usłyszał łkanie. Trwało to jednak niemal okamgnienie, dziewczyna prędko pozbierała się w sobie i uśmiechnęła szeroko, acz dość sztucznie, starając się zaprzeczyć chwili kobiecej słabości.

— Czegoś tu nie rozumiem — rzekł Ervill. — Jak tak nieliczna grupa zdołała w tak znaczący sposób wpłynąć na rdzennych mieszkańców tych ziem? Dlaczego nie pogoniliście ich jak najdalej stąd widząc, co się dzieje? Przecież to zaledwie garstka ludzi.

Lenli prychnęła głośno, zerkając z ukosa na przygaszonych biesiadników.

— To nie takie proste, jak by się mogło wydawać. Widzicie, przez te dziesiątki lat kolonia Gorlan urosła dość znacznie. Kłopoty nie zaczęły się od razu; potrzeba było czasu, by ci ludzie urośli w siłę, poczuli się pewnie na obcej ziemi i przystąpili do stawiania odważniejszych kroków. Lata pobłażania i robienia dobrej miny do złej gry tylko im w tym pomogły. Mężczyźni w Srebrnisku i okolicy są słabi; to starcy, którzy już dawno zapomnieli, czym jest walka, młodzi zaś wychowywani byli w duchu źle pojętej tolerancji. Ponadto żaden z nich nie ma w sobie na tyle męstwa, by móc tej sytuacji zaradzić. Nieliczni jedynie próbowali się przeciwstawić nowej rzeczywistości, lecz bez poparcia całej ludności nic nie mogli wskórać. Ich odwaga przyniosła im tylko śmierć. Daremną, bo nie spowodowała ona żadnego zrywu wśród Kaermeńczyków, którzy w imię podtrzymania pokojowych relacji z Gorlanami zdecydowali się ponieść taką ofiarę.

Avaret odchylił się w tył, trawiąc słowa Lenli. Nieświadomie przemknął wzrokiem po twarzach przygaszonych gości karczmy. O żadnej z nich nie mógł stwierdzić, że czai się w niej jakaś ikra buntu, czy choćby pierwiastek sprzeciwu.

— Wszystko to spowodowało — podjęła niespodziewanie Lenli w chwili, gdy wydawało się, że zakończyła już swoją opowieść — że dzisiaj całkowicie wypaczone jest znaczenie tolerancji. Pod jej płaszcz można schować największą nikczemność, najokrutniejszą zbrodnię. Z drugiej strony wśród części mieszkańców podświadomie narastają bezsilność i frustracja. Miejscowi nie maja wystarczająco siły, by sprzeciwić się Gorlanom, ich agresja koncentruje się więc na istotach bezbronnych. Odmienność sama w sobie stała się wadą, podstawowym kryterium oceny, nie zaś zło, jakie ze sobą niesie, bądź nie niesie. Tak jest niektórym łatwiej. Przepraszam.

Z ostatnim słowem zwróciła się do Tamroka, który z zaskoczenia niemal podskoczył w miejscu. Znać było, mimo gęstego futra skrywającego jego mimikę, że onieśmieliła go serdeczność i szczere ubolewanie Lenli.

— Dziękuję — odparł, niespecjalnie wiedząc, co więcej powiedzieć.

— Ja również dziękuję — rzucił z westchnieniem Ervill, choć to nie jego osoby tyczyły się przeprosiny. — Również i ja byłem przyczyną wielu kwaśnych min i niewybrednych komentarzy ludzi tej osady. Cóż, nie powiem, by miły był mi los wyrzutka, nie powiem jednak również, by był mi obcy. Taki już jest ten świat…

Naraz krzyknął głośno, łapiąc się za kostkę i zwracając oburzone spojrzenie ku Avaretowi.

— Wybacz mu — zwrócił się ten do Lenli. — Wybrano mu rolę przygłupa w tej sztuce zwanej życiem i nic na to nie poradzi.

Dziewczyna uśmiechnęła się niemrawo i choć jej usta szybko na powrót się ściągnęły, w oczach jeszcze przez chwilę bawił jakiś trudny do określenia blask.

— Zgaduję — rzekł Ervill, wciąż masując obolałą kostkę — że deficyt alkoholu wynika z jednego z „prymitywnych zwyczajów” Gorlan? Innego wytłumaczenia nie znajduję, jak i nie akceptuję.

— Masz rację — potwierdziła jego przypuszczenia Lenli. — Według ich wierzeń alkohol jest szczególnie niemiły oczom Mazuba, jako że osłabia ciało i umysł człowieka, upadla go i zniewala.

— Ciemnota i zabobon — skwitował Ervill. — Nie wiem, który z bogów jest tym prawdziwym, wiem natomiast, że nie jest nim na pewno ten, który daje swym dzieciom alkohol po to tylko, by go zabronić.

Zerknął tęsknym wzrokiem na dno swego kubka, gdy tymczasem Avaret gestem dłoni przywołał karczmarza. Wąsaty mężczyzna dość niechętnie zareagował na to wezwanie, zapewniając jednak, że w przeciągu krótkiej chwili stawi się przy stoliku najemnika.

— Wiemy już zatem wszystko, co wiedzieć powinniśmy o tej krainie — zwrócił się Avaret do Lenli. Pobłądził czas jakiś spojrzeniem po jej ustach, włosach i ramionach, by koniec końców skupić się na oczach. — Współczuję takiego położenia i przykro mi, że nic nie mogę temu zaradzić…

— Wcale tego nie oczekiwałam — wtrąciła stanowczo Lenli. Na dobre stała się znów tą silną dziewczyną, jaką ujrzeli na początku. — Opowiedziałam wam o tym nie dlatego, że liczyłam na jakąś pomoc, ale dlatego, że miło było znów ujrzeć w tej krainie prawdziwych mężczyzn, nieskażonych absurdem tutejszej rzeczywistości. Z naszym problemem musimy uporać się sami, boję się jednak, czy jest to jeszcze możliwe. Czy nie jest już za późno.

Avaret pokiwał ze zrozumieniem głową. W milczeniu wytrwali do czasu stawienia się przy ich stoliku gospodarza, który na szczęście nie kazał na siebie długo czekać.

— Przyjacielu — zwrócił się doń Avaret serdecznym tonem — bylibyśmy bardzo radzi, gdybyś zaoferował nam jakiś nocleg dzisiejszej nocy. Znajdzie się coś dla nas?

Szczęka karczmarza zacisnęła się i chwilę trwało, zanim odpowiedział.

— Niestety nie mam wolnych miejsc.

— Jakże to? — wyparował oburzony Ervill, niezwykle przydatny w prowadzeniu delikatnych dyskusji. — Co też mi tutaj opowiadasz? Nie dostrzegłem żadnych innych koni, prócz naszych, gdyśmy je uwiązywali, zgaduję tedy, że nie gościsz zbyt wielu podróżnych. Jak też zdążyłem usłyszeć, kraina ta nie zachęca do jej odwiedzania, pustych pokoi powinieneś mieć zatem w bród!

— Nie mogę wam pomóc, przykro mi — odparł karczmarz, na okamgnienie przenosząc wzrok na Tamroka. Nie uszło to bacznej uwadze Avareta.

— Więc o to chodzi. Boisz się, lub zwyczajnie nie chcesz udzielić schronienia komuś, kto w twoich oczach odstaje od reszty.

Tamrok spuścił smutno głowę, gospodarz zaś niemal zgrzytnął zębami ze złości.

— Najlepiej będzie — rzucił odwracając się na pięcie i ruszając z powrotem w kierunku, z którego przyszedł — jeżeli nie będziecie już nadużywać mojej gościnności.

Zniknąwszy gdzieś na zapleczu, starał się od tej pory nie pokazywać na widoku.

— Psiakrew! — warknął podenerwowany Ervill, waląc pięścią w stół. — Ależ baran z tego karczmarza! A taką miałem ochotę przespać się dziś w miękkim łożu.

— Nie martwcie się — rzekła Lenli, starając się swym kojącym tonem uspokoić nieco elfa. — Myślę, że mogę wam zaoferować nocleg w domu mego ojca. Całej trójce. Nie musicie być zdani na czyjąś łaskę bądź niełaskę.

— Nie chcielibyśmy… — zaczął szczerze zaskoczony tą propozycją Avaret, jednak stanowcza reakcja Lenli zmusiła go do urwania w pół zdania.

— Dość. Choć tyle mogę zrobić, byście nie wyjechali z jak najgorszymi wrażeniami ze Srebrniska. Również i wy zrobicie mi przysługę, przystając na moją ofertę.

Najemnik skinął głową, usiłując nie dać po sobie poznać, jak bardzo złożona propozycja jest im na rękę. Bądź co bądź należało zachować pewne pozory grzeczności, mimo, że przecież w żaden sposób nie starali się narzucać dziewczynie.

Mając przed sobą zupełnie już puste kubki, zdecydowali się pójść za radą karczmarza, i nie marudzić dłużej w jego przybytku. Opuścili budynek, zabrali konie i nie tracąc więcej czasu ruszyli w kierunku lesistego wzgórza, na którym znajdować miał się dom ojca Lenli.

Avaret raz po raz przyłapywał swe myśli na krążeniu wokół osoby kroczącej u jego boku dziewczyny. Nieregularne podmuchy wiatru odgrywały wraz z jej kasztanowymi włosami spektakl, od którego z trudem potrafił się oderwać. Pełen gracji chód, bystre spojrzenie i krwista czerwień ust zniewalały coraz mocniej umysł najemnika, który na próżno usiłował podjąć walkę ze wzbierającą coraz silniej falą niepożądanych emocji. Nie był w stanie obiektywnie tego stwierdzić, ale wydało mu się, że również Lenli zerka w jego stronę częściej, niż na pozostałą dwójkę.

Morze przeważnie negatywnych uczuć skutecznie zakneblowało usta Tamrokowi, który posuwał się naprzód ze zwieszoną głową, nierzadko odstając w swym marszu na tyle, że trzeba było na niego zaczekać. Pytania o zasadność oraz skutki podjętych decyzji nie dawały mu spokoju, dręcząc niczym najgorsza tortura. Początkowy entuzjazm zgasł już całkowicie i w tym momencie biedny Tamrok oddałby zapewne wszystko, by znaleźć się znów w swojej chatce, z dala od jakichkolwiek ludzi.

Co do Ervilla, to miał on tylko nadzieję, że ojciec Lenli gwiżdże sobie na nowe zwyczaje. Nie miał ochoty po raz wtóry gasić pragnienia gorącym mlekiem.

* * *

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Kwestia skutków, część III

15 gru

Opadające słońce zetknęło się z jednym ze szczytów pobliskich gór, dając wyraźny sygnał do rozpoczęcia poszukiwania miejsca mającego dać schronienie w trakcie nadchodzącej nocy. Dobiegał końca kolejny wiosenny dzień, w trakcie którego wędrowcy pokonali na tyle spory dystans, by odczuwać już znużenie. Pogoda okazała się przychylna; długie promienie słońca ani na chwilę nie zostały zakryte przez chmury, wiatr, jeśli powiewał, to był na tyle lekki, że niósł jedynie orzeźwienie. Nie znaczyło to jednak, że cała trójka nie obudzi się następnego ranka przykryta warstwą śniegu, będącą jedną z ostatnich złośliwych manifestacji ustępującej pory roku. Dlatego też należało odnaleźć jakiś spokojny, zaciszny azyl, mogący osłonić w razie potrzeby przed kaprysami pogody.

Płaskowyż, na który się wspięli, pozwalał objąć wzrokiem całą, ciągnącą się aż po same góry równinę. Majestatyczne morze traw przykuwało raz po raz wzrok Tamroka, który za nic nie mógł nasycić się tym widokiem. Jedyną rzeczą, która mogła go od niego odciągnąć, było słońce osiadające w leżu tworzonym przez dwa sąsiadujące ze sobą szczyty. Oczy Tamroka przeskakiwały z jednego na drugie, po to tylko, by po chwili powtórzyć tę drogę w odwrotną stronę. Avaret nawet nie próbował nakłaniać nowego przyjaciela do pomocy w wypatrywaniu miejsca na nocleg, mimo, że z wierzchu konia posiadał on o wiele lepszą perspektywę widzenia. Zamiast tego sam wytężył silniej wzrok, pozwalając Tamrokowi rozkoszować się nieznanym dotąd widokiem.

— Ocho! — w głosie Ervilla pobrzmiewała silna nuta samozadowolenia. Stojąc w strzemionach starał się dostrzec coś, co leżało nieco poniżej grzbietu płaskowyżu, na końcu stromego zejścia łączącego go z przyległą półką skalną. —Zdaje się, że właśnie dostrzegam gospodę. Wystrój jej co prawda skromny, obsługa raczej nieliczna, ma jednak to, co w każdej gospodzie najważniejsze — dach nad głową.

Averet wyciągnął głowę we wskazanym kierunku, osłaniając oczy dłonią. „Gospodą” opisywaną przez elfa okazała się być jaskinia, biegnąca w głąb płaskowyżu, a leżąca mniej więcej sto stóp od krawędzi półki. Rosnąca u jej wylotu jodła skuteczne maskowała jej wnętrze, szczególnie w warunkach zapadających powoli ciemności. Avaret kolejny raz oddał w duchu honor niezawodnemu wzrokowi Ervilla.

Pokonali dzielącą ich od zejścia odległość, cały czas bacznie lustrując okolicę. Jaskinia była łakomym kąskiem dla każdego, kto szukał osłony przed przynoszonymi przez noc zimnem i wiatrem, także i dla zbójów i innych łotrów, dlatego też, mimo, że prawdopodobieństwo napotkania takiego towarzystwa było znikome, należało zachować wszelką ostrożność. Znalazłszy się u progu wiodącej w dół stromej ścieżki, Ervill zeskoczył z konia, polecając Tamrokowi pójść swoim śladem. Chwycił za wodze i począł ze skupieniem sprowadzać konia w dół. Lekko ugięte kolana, oraz stawiane w poprzek stopy pozwalały mu w odpowiedni sposób zachować równowagę. Avaret, ujmując wodze swojego gniadosza, postanowił wyręczyć Tamroka w tym obowiązku, jako że nie miał on jeszcze odpowiedniego obycia z końmi.

Znalazłszy się na dole, Ervill przywarł ściśle do ściany zbocza. Przytykając palec wskazujący do ust dał swemu wierzchowcowi znak, aby ten pozostał cicho, po czym jął skradać się w kierunku wylotu jaskini. Stojący nieco dalej Avaret i Tamrok podziwiali elfa w tej sztuce, próżno starając się dosłyszeć jakikolwiek wydany przez niego odgłos. Dotarłszy do rosnącej w bezpośrednim sąsiedztwie wylotu jodły, Ervill uniósł delikatnie jedną z jej gałęzi, aby móc zerknąć w głąb pieczary. Chwilę trwało, zanim jego wzrok przyzwyczaił się do panujących w niej ciemności.

— Zdaje się, że znajdzie się dla nas wolny pokój — oznajmił w momencie, w którym ostatni skrawek słońca zniknął za horyzontem.

* * *

Ognisko, jakie udało im się rozpalić, dawało niewiele ciepła. Okolica nie obfitowała w opał, rozsiane po płaskowyżu drzewa rosły raczej rzadko, toteż u ich podstaw nie znaleźli znacznej ilości opadłych gałęzi. Ervill wspiął się na wyższą kondygnację towarzyszącej wejściu do jaskini jodły i uciął co łatwiejsze do pozyskania gałęzie. Nie zamierzali kaleczyć drzewa w jego niższych partiach, aby nie pozbawić go funkcji maskującej ich schronienie.

Gdy już uporali się z rozpaleniem maleńkiego ogniska, usiedli wygodnie, Ervill z Tamrokiem oparci o jedną ścianę jaskini, Avaret o drugą i dobyli z worków, co mieli w nich najlepsze. W przypadku Ervilla była to oczywiście butelka bimbru, którego pozostawało już w niej coraz mniej, oraz kawałek starego sera, Averet i Tamrok zdecydowali się z kolei połączyć siły i wspólnie spożyć to, co uznali za najsmaczniejsze. Napitku kojarzonego bardziej z elfem również sobie nie odmówili.

Trwali chwilę w milczeniu, zajęci posilaniem się, od czasu do czasu spoglądając na płomienie starające się dosięgnąć najniższych gałęzi jodły.

— Jutro wkroczymy w nowy etap naszej podróży — ozwał się w końcu Avaret, zmagając się z trudnym do przeżucia kawałkiem suszonego mięsa. Zgiął prawą nogę w kolanie, aby móc podeprzeć na nim rękę, lewą trzymał wyprostowaną, sięgającą niemal środka korytarza, w jakim się znajdowali. Wzrok jego błękitnych, przenikliwych oczu spoczął na Tamroku, każąc przypuszczać, że to do niego skierowane są te słowa. — Przed nami Kaermen, niewielki kraik, żyjący z pasterstwa i nielicznych kopalni srebra. Przemierzymy go prędko, zatrzymując się może jedynie na chwilę w którejś z osad, aby uzupełnić zapasy.

— Królestwo, choć niewielkie — podjął Ervill — to jednak różnorodne etnicznie. Być może właśnie na skutek niewielkiej odległości dzielącej jego serce od ościennych krajów. Uświadczysz tam i elfów i krasnoludów, nie w ilości każącej zauważać ich na każdym kroku, niemniej rodowici mieszkańcy tych ziem żyją w zgodzie z przedstawicielami innych ras, znając ich dobrze i szanując. Wydaje mi się, że nie powinieneś wzbudzić wielkiej sensacji. Przyciągniesz zapewne kilka zdziwionych spojrzeń, ale na tym się skończy.

Tamrok spuścił swą kudłatą głowę, najwyraźniej nie do końca dowierzając zapewnieniom Ervilla. Dotychczasowe doświadczenia nauczyły go czegoś wręcz dokładnie odwrotnego. Tkwiąc cały czas w odizolowaniu, skonstruował w swej głowie nie do końca oddającą realia wizję świata, w której on, jako manifestacja niedoskonałości natury, skazany jest, czy tego chce, czy nie, na rolę antagonisty w stosunku do reszty społeczeństwa. Sama jego fizjonomia była więc w jego oczach tym, co wykluczało możliwość przestawania z innymi ludźmi.

— Nie martw się — rzekł Avaret, dostrzegając strapienie malujące się na twarzy Tamroka. — Sam podjąłeś decyzję o opuszczeniu domu, a to oznacza, że chęć poznania świata zwyciężyła w tobie strach przed odrzuceniem. Nie pozwól mu teraz pokrzyżować ci szyków. Pamiętaj, że w ostateczności masz nas przy swoim boku, a my nie lubimy, aby zaczepiano bezpodstawnie naszych przyjaciół. Mimo wszystko jednak — dorzucił na zakończenie, dla dodania Tamrokowi większej otuchy — liczę, że spotkasz się z ciepłym przyjęciem wśród mieszkańców Kaermen. Jestem tego wręcz pewien.

Tamrok sprawiał wrażenie w pewnym stopniu przekonanego do słów Avareta. Jego sierść poruszyła się w okolicach kącików ust, znamionując pojawienie się na twarzy delikatnego uśmiechu.

— Wierzę ci, Avarecie — rzekł unosząc do ust kawałek suszonego mięsa. — Koniec końców to ty znasz lepiej świat. A ja cieszę się, że mogę ci towarzyszyć w podróży po nim.

Niespodziewaną puentą tej dyskusji okazało się być głośne chrapniecie Ervilla; elf zasnął nie wiadomo kiedy, oparty plecami o ścianę. Skinąwszy jednocześnie głowami, Avaret i Tamrok dali sobie nawzajem znak do pójścia w ślady towarzysza. Zagasiwszy uprzednio ognisko, przystąpili do umoszczenia sobie legowisk. Tamrok uczynił to niemal przy samym wylocie ściany, aby móc jeszcze przez chwilę podziwiać nieodległe góry i wiszące nad nimi gwiazdy.

Wszystkie kłopoty zaczęły się następnego dnia.

* * *

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Kwestia skutków, część II

04 sie

Tak jak to uprzednio obiecał, chatka Tamroka znajdowała się w niewielkim oddaleniu od drogi przecinającej las, na polance tak małej, że wysokie szczyty okalających ją drzew stykały się, tworząc nad nią naturalną kopułę. Od zachodu osłoniona była przez wyrastającą z ziemi, masywną, pokrytą w znacznej części zielonym mchem skałę. W trakcie wędrówki uszu Avareta dobiegł szum lawirującego pomiędzy drzewami strumyka, który, jak się później okazało, przepływał w bliskim sąsiedztwie posesji Tamroka.

— No i jesteśmy — oświadczył Tamrok, przystając w odległości kilku kroków od swego domostwa. Wzrok jego spoczął na twarzy Avareta, by chwilę później przesunąć się płynnie na oblicze Ervilla, jak gdyby starał się doszukać w ich minach wyrazów akceptacji. Najemnicy uwiązali naprędce konie, po czym skupili cała swoją uwagę na posiadłości Tamroka.

— Wcale ładna chatka — skomentował elf, który, oparłszy pięści na biodrach i odchylając się nieco w tył, począł dokonywać oględzin.

Drewniana chata nie była może wzorem elegancji i szyku, mimo to sprawiała wrażenie bezpiecznej i przytulnej przystani. Obrazu tego nie mącił nawet fakt, że lekko pochylała się ku zachodowi, w kierunku ogromnej skały, która wydawała się czuwać nad nią, by w odpowiednim momencie okazać swoje wsparcie. Jej okna były małe, acz czyste i przejrzyste, w dachu nie było dziur, a ściany wydawały się mimo wszystko dość solidne, w każdym zaś razie na pewno nie zaczęły jeszcze próchnieć.

Podczas gdy jego goście dokonywali bezgłośnych oględzin posesji, Tamrok wolnym krokiem zbliżył się do drzwi wejściowych. Zapiszczały z lekka przy otwieraniu, odsłaniając wnętrze domostwa, sam gospodarz zaś, gestem godnym najznamienitszego dworu, zaprosił gości do środka.

Wygląd wnętrza wzmocnił jedynie wrażenie, jakie towarzyszyło już Avaretowi. Mimo otaczającej chatę gęstwiny w obszernej, nieprzedzielonej żadnymi ścianami izbie, było stosunkowo dosyć jasno. Przenikające przez okna światło słoneczne padało na jej centralny punkt, w którym stał solidny, długi stół, który z powodzeniem spełniłby swoją rolę w najwykwintniejszej uczcie. Dokładnie za nim, przy ścianie, znajdowało się palenisko. Avaret złajał się w duchu za to, że nie dostrzegł komina wyrastającego z dachu chaty. Drażniły go momenty, w których umykały mu istotne szczegóły, burząc w ten sposób poczucie bezwzględnego pojmowania otaczającej go rzeczywistości. Wiedział, że jest ona często zbyt skomplikowana, by zrozumieć ją jedynie poprzez zestawienie ze sobą kilku faktów, wraz z detalami, które umknęłyby mniej dociekliwym oczom, niemniej niejednokrotnie już przekonał się, że spostrzegawczość pozwala rozwikłać wiele z pozoru trudnych do wyjaśnienia spraw. Co zaś za tym idzie, należało ją bezustannie ćwiczyć.

— No, no, no. Całkiem tu przytulnie — rzucił Ervill, przebiegając szybko wzrokiem po wszystkich kątach. W jego głosie Avaret, o dziwo, nie rozpoznał sarkazmu, którym elf niemal kipiał, jeśli tylko miał okazję go okazać.

— Dziękuję — odparł z lekka onieśmielony tą uwagą Tamrok. — Staram się dbać o swój dom… Dziękuję — dodał na końcu, jak gdyby nie wiedział, co więcej powiedzieć, Ervill zaś, ignorując niezgrabność gospodarza w prowadzeniu konwersacji, dopadł miękkiego łóżka stojącego za stołem, w lewym rogu chaty i rozłożył się w nim wygodnie. Porzucając dobry obyczaj, który nigdy nie był mu wiernym towarzyszem, nie pofatygował się, by zdjąć buty, miast tego zaś zaplótł ręce za głową i westchnął.

— Poczekajcie — rzucił gospodarz, śpiesznie dopadając drzwi po prawej stronie od wejścia, za którymi zaraz zniknął. ­— Miałem tu jeszcze pasztet z zająca… A tak, tutaj jest… Trochę suszonej dziczyzny…

— W końcu… W końcu prawdziwy posiłek — rzekł Ervill w nawiązaniu do dobiegających ich uszu słów Tamroka. — Nie sądziłem, że w środku lasu przyjdzie mi zaznać takich rozkoszy. A ty, Avarecie?

— Ściągnij lepiej te zabłocone buciory, bo jeszcze gospodarz gotów wywalić cię stąd na zbity pysk. Ja przynajmniej bym tak zrobił.

— Ech, ależ z ciebie jest malkontent. Gospodarz, o którym mówisz, zdaje się nie mieć tutaj specjalnie wielu gości. Toteż i nie pozbędzie się tak łatwo okazji, by móc takowych podjąć. Co więcej, dołoży wszelkich starań, by im dogodzić, tak, aby ich wizyta nie była ostatnią, jaką mu złożyli.

Avaret potrząsnął głową, odpuszczając sobie komentowanie. Elf był już zbyt stary, by się zmienić. Przynajmniej o jakieś pięćdziesiąt lat.

— Znalazłem i trochę bimbru — rzekł niespodziewanie Tamrok, pojawiając się na powrót w izbie. W rękach niósł cały stos różnorakich specjałów, z trudem utrzymując w prawej dłoni butelkę przeźroczystego płynu.

W jednej chwili Ervill zerwał się z posłania, dwoma susami dopadając stołu i zajmując przy nim miejsce.

Głupcze — skarcił się w myślach Avaret. Prawisz mu kazania, z których i tak nic sobie nie robi, a wystarczy pomachać mu zwykłym bimbrem przed nosem, by zrobił, co zechcesz.

Tamrok, wyraźnie zaskoczony taką reakcją elfa, zaśmiał się niepewnie. Począł ostrożnie rozkładać jedzenie na stole, w czym ochoczo pomógł mu jego zasiadający już przy nim gość, na sam koniec odbierając z jego ręki butelkę. Avaret chwycił za oparcie krzesła i ustawił je sobie tak, aby móc rozprostować nogi. Upewniwszy się, że goście siedzą już wygodnie i niczego więcej im nie trzeba, również i Tamrok zajął sobie miejsce.

— Chciałbym ci podziękować, drogi Tamroku — rzekł uroczystym tonem Ervill, wznosząc do góry kielich, który zdążył już napełnić bimbrem — za twoją szczodrość i okazaną nam pomoc, pijąc twoje zdrowie. No więc… Zdrowie!

Nie zwracając większej uwagi na ciepły uśmiech, jaki wypełzł na twarz adresata toastu, pospiesznie opróżnił zawartość naczynia. Avaret jednak przyjrzał się obliczu Tamroka, raz kolejny dostrzegając, jak wiele radości sprawiało mu obcowanie z innymi istotami. Doszedł do wniosku, że stwór musiał spędzić naprawdę szmat czasu w odizolowaniu.

­— Wybacz, że spytam — rzekł pod nagłym wpływem przemyśleń ostatniej chwili, kierując swe słowa do Tamroka — ale jaką rasę właściwie reprezentujesz, przyjacielu?

Tamrok poruszył się niespokojnie. Nie tyle nie spodziewał się tego pytania, co bał się momentu, w którym zostanie ono zadane.

— Cóż — zaczął niemrawo, oczy wbijając w stół. — Może to zabrzmi dziwnie, ale… jestem człowiekiem.

Ervill parsknął śmiechem, lecz prędko spostrzegłszy swój nietakt udał, że zakrztusił się winem. Dość nieudolnie. Avaret przyjrzał się bliżej swemu rozmówcy, zmuszając go do podniesienia wzroku. Nie chciał, by ten czuł się skrępowany z powodu jego ciekawości.

— Pod tą gęstwiną mam normalną skórę, taką, jak wy — podjął Tamrok unosząc głowę. — Klątwa na mnie ciąży, choroba, czy inne licho, nie wiem. W każdym razie jestem człowiekiem. Tylko nieco innym, niż wszyscy pozostali ludzie.

— Muszę przyznać, że nie spotkałem się nigdy z niczym podobnym — Avaret upił łyk bimbru, krzywiąc się lekko.

— Oj tak — wtrącił się Ervill, drapiąc skórę pod opaską okalającą czoło. Sam również wychylił łyk bimbru, jednak dużo większy, niż uprzednio Avaret. — Szczególnie ja z naszej dwójki jestem w świecie bywały i niejedno zdążyłem zobaczyć. Smoki, czary, mityczne krainy i podatki przekraczające trzecią część dochodu, z czego to ostatnie było najbardziej niezwykłe. Mówię ci przyjacielu, cuda i dziwy, cuda i dziwy. Ale z twoim… przypadkiem się jeszcze nie zetknąłem, muszę przyznać.

— Smoki — Tamrok oparł wygodniej łokcie na drewnianym stole. Widać wcale nie uznał wzmianki elfa o olbrzymich podatkach za najbardziej interesującą. — Naprawdę istnieją?

— Oczywiście — Avaret przejął pałeczkę po Ervillu, a w jego błękitnych oczach zatańczyły radosne ogniki, zupełnie jak u bajarza opowiadającemu zgromadzonym wokół niego dzieciom niezwykłe historie. Tamrok bez wątpienia był takim dzieckiem, nieznającym jeszcze otaczającego go szerokiego świata i z tego powodu bardzo go ciekawym. — Oczywiście, że smoki istnieją, choć nie jest ich dużo i dość trudno je spotkać. Powiedz… Kiedy ostatnio opuszczałeś ten las?

Gospodarz uciekł pospiesznie wzrokiem. Stojąca na komodzie, wyrastająca spośród warstw stopionego wosku świeca wydała mu się nagle niezwykle ciekawa.

— Czy kiedykolwiek…? — Ervill zaczął formułować pytanie, lecz zanim skończył, zdążył już sobie samemu na nie odpowiedzieć. Pokręcił z niedowierzaniem głową i, uznawszy, że jest to powód, by się napić, wzniósł kielich do ust.

— Prawdę mówiąc… — zaczął nieśmiało Tamrok, wzdragając się unieść głowę i miast tego wbijając wzrok w swoje stopy — Prawdę mówiąc nie znam życia poza tym lasem. Mam szczęście, że w ogóle jakiekolwiek znam. Zostałem tu porzucony będąc niemowlęciem, przez rodziców, których niemało wystraszył potwór, jakiego się dorobili. Nie wiem, czy o tym wtedy wiedzieli, ale las zamieszkiwał pewien pustelnik. Albo nie pragnął tak mocno samotności, jak mogłoby się wydawać, albo ulitował się na porzuconym niemowlęciem, w każdym razie podniósł mnie ze zmarzniętej ziemi i przyniósł tutaj, do tej chaty.

To rzekłszy rozejrzał się z nieskrywaną wdzięcznością po ścianach dających mu schronienie od najmłodszych lat. Avaret i Ervill słuchali go w milczeniu, nie wykorzystując chwilowej sposobności, by mu przerwać ten wywód.

— Turpi — rozpoczął na nowo Tamrok, przywołując najwyraźniej imię owego pustelnika. — Był z niego dziwak, owszem. Ale tak naprawdę wszystko zawdzięczam tylko jemu. Począwszy od życia, poprzez umiejętności łowieckie i znajomość leśnej flory, a na możliwości zdobycia bardziej luksusowych towarów skończywszy. No ale zmarło mu się kilka wiosen temu i od tego czasu mieszkam tu sam.

— Luksusowych towarów? — Ervill uniósł prawą brew nie bardzo rozumiejąc, co opowiadający ma na myśli.

— Ano tak. Świece, odzież, przyprawy. Tego las mi niestety nie da. A Turpi nawiązał przed laty znajomość z pewnym handlarzem, którego szlak wiedzie akurat przez ten las. Ja zaś tę znajomość do dzisiaj podtrzymuję. Obaj na tym korzystamy.

— A więc utrzymujesz kontakt z ludźmi z zewnątrz — zauważył Avaret.

— Ludźmi? To zbyt dużo powiedziane. Ów handlarz jest jedyną osobą, z jaką rozmawiam. Turpi ostrzegł go o mojej naturze, zanim nas sobie przedstawił, inaczej ten wiałby na mój widok, aż by się kurzyło.

Avaret zamyślił się, trawiąc słowa, które właśnie wydostały się z ust Tamroka.

— A inni ludzie? Nie próbowałeś nigdy nawiązać jakiegoś kontaktu?

Gospodarz pokręcił smutno głową.

— Wszelkie spotkania z wędrowcami przecinającymi las kończyły się w, mówiąc oględnie, bardzo niemiły sposób. Obelgi, agresja, wyzwiska, w najlepszym razie ktoś otwierał tylko szeroko oczy, podciągał spodnie i uciekał jak najdalej. Ludzie nie akceptują czegoś, co jest im nieznane, boją się inności.

Avaret odchylił się w tył, kołysząc na dwóch nogach krzesła. Problemu inności, odrębności, czy to mającej podłoże kulturowe, światopoglądowe, etniczne, moralne, religijne, czy też w końcu tyczącej się różnic w fizycznym wyglądzie, nie dało się sprowadzić jedynie do tego jednego aspektu, jakim jest lęk przed nieznanym. Owszem, kryterium to odgrywało kluczową rolę, ale tylko wśród najciemniejszych warstw gminu. Osoba sięgająca wzrokiem ponad ten horyzont zdolna była dostrzec, że sam fakt odrębności nie jest istotą problemu, a raczej są nią implikacje, jakie ona ze sobą niesie.

Z pewnością był to temat do dłuższych rozmyślań, Avaretowi nie było jednak dane się w nich pogrążyć. Z sideł krainy rozważań wyrwał go rubaszny śmiech Ervilla, wznoszącego kolejny toast. Tamrok, starając się, aby rozmowa na utknęła w tak przykrym dlań punkcie, począł zachęcać gości do kosztowania wszystkiego, czym był zastawiony stół.

— Opowiedzcie mi więcej — zwrócił się do Avareta, wyciągając jednocześnie w jego stronę półmisek z pasztetem. — O smokach, dalekich krainach, wojnach… O wszystkim, widzieliście przecież tak dużo!

Avaret uśmiechnął się, wychylił łyk bimbru i pochylił się ku Tamrokowi. Opowiadał długo, a za każdym razem, gdy poczuł suchość w gardle, wyręczał go w tym Ervill. Gospodarz słuchał jak zaczarowany, od czasu do czasu tylko przerywając jakimś pytanie.

Gdy już pojedli i popili, dopadło ich zmęczenie i senność. Tamrok przygotował obu gościom posłania na dwóch stojących w izbie łóżkach, samemu, mimo ich głośnych protestów, zajmując miejsce na ziemi. Najemnicy, strudzeni drogą i odwykli od miękkiej i ciepłej pierzyny, prędko owinęli się od stóp do głów całunem snu. Nie mogli więc dostrzec otwartych oczu gospodarza, w których odbijał się blask słońca wschodzącego nad jednym z odległych krajów. Nie mogli zauważyć, że w jego duszy kiełkuje mocne postanowienie, które nad ranem da o sobie znać.

* * *

— Jadę z wami.

Uniósłszy wzrok ponad grzbietem kulbaczonego konia, Avaret ujrzał oblicze Tamroka.

Ranek następnego dnia nosił w sobie wspomnienie niedawno minionej zimy. Choć słoneczny, był jednak dość mroźny, co odczuwalne było jeszcze bardziej ze względu na otaczającą chatę gęstwinę. Najemnik był zdeterminowany, by jak najprędzej przygotować wierzchowca do drogi i możliwie szybko znaleźć się ponownie na otwartym trakcie, gdzie promienie słońca będą mogły bez przeszkód kłaść się miło na plecach. Kilka kroków dalej, jeszcze gorzej znoszący zimno Ervill rozgrzewał się pociągając raz po raz bimber z przeźroczystej butelki. Upiwszy łyk wypuszczał z ust strumień pary, machał łapami na zewnątrz i do wewnątrz, po czym znowu przechylał butelkę. Przygotowywanie wierzchowca do jazdy szło mu dość wolno.

Avaret przeszył Tamroka przenikliwym spojrzeniem. Czaiło się w nim jednak sporo serdeczności.

— Przypuszczałem, że coś takiego może się wydarzyć.

— Spodobały się opowieści o cudownym, dalekim świecie, mam rację? — Ervill zdecydował się podłączyć do dyskusji. — Nie dziwię się. Sam bym tu trzech dni nie wytrzymał, a co dopiero mówić o całym życiu…

— Nie mamy trzeciego wierzchowca — Avaret przerwał dywagacje elfa. — Nie zrozum mnie źle, Tamroku. Nie mam nic przeciwko temu, żebyś z nami ruszył. Prawdę mówiąc miałem nawet nadzieję, że coś w tobie drgnie po wczorajszym wieczorze…

— I tak się stało — Tamrok skinął głową.

— … niemniej droga będzie dość trudna. Chcę, żebyś wiedział, na co się piszesz. Możemy się zamieniać co jakiś czas, raz ja użyczę ci konia, raz zrobi to Ervill.

— Jestem gotowy — ton głosu Tamroka zdradzał wielki upór i zdecydowanie.

Avaret odwrócił się w kierunku elfa, aby bezgłośne przecięcie ich spojrzeń ostatecznie zatwierdziło całe przedsięwzięcie.

— Dobrze — rzekł w końcu.

Słysząc to, Tamrok jednym susem dopadł otwartych drzwi wejściowych, sięgnął ręką za próg, po chwili zaś w jego dłoni tkwił już rzemień szczelnie wypchanego tobołka. Sierść na jego twarzy poruszyła się, każąc przypuszczać, że gdzieś głęboko pod nią jego usta wygięły się właśnie ku górze w szczerym uśmiechu.

— Ha! — wrzasnął Ervill. — Widać to nie była aż tak spontaniczna decyzja, jak mogło nam się wydawać.

Avaret pokręcił głową, samemu nie mogąc powstrzymać śmiechu. Jak to z większością jego rodzajów bywa, także i ten okazał się zaraźliwy, w konsekwencji czego zaraz śmiali się już wszyscy trzej. Najemnik pomógł Tamrokowi wgramolić się na wierzchowca, a czyniąc to złowił porozumiewawcze mrugnięcie elfa.

Ruszyli.

* * *

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Kwestia skutków, część I

26 maj

Licznie rosnące przydrożne krzewy pokrywały się obficie pąkami, obwieszczając gromko zwycięstwo wiosny nad zimą. Ta przyszła w tym roku wyjątkowo szybko, ku wielkiej zresztą uciesze zarówno możnych panów marznących w swoich zamkach, jak i gminu, marznącego jeszcze bardziej w drewnianych chatach. Gdzieniegdzie, w miejscach mniej wystawionych na działanie promieni słonecznych, jak doły, jamy czy okolice rozłożystych drzew, zalegały co prawda jeszcze resztki śniegu, nie pozostawało im jednak nic, za wyjątkiem oczekiwania na mający wkrótce nadejść sromotny koniec swego istnienia, przynajmniej w takiej postaci. Wszelkiego rodzaju zwierzyna, czy to ptactwo przysiadające na gałęziach drzew i ćwierkające radośnie, czy to myszy polne pospiesznie przemykające przez szerokie łąki, czy też w końcu niedźwiedź, budzący się z rykiem z zimowego snu, wszystkie te stworzenia, na równi z zieleniejącą się roślinnością, śpiewały pieśń pochwalną na cześć wiosny. Wszystko wydawało się zmierzać w dobrą stronę.

— Ach, życie — westchnął Ervill podrzucając w ręce pękatą sakiewkę, z którą nie rozstawał się od kilku dni. — Jakież ty jesteś piękne! Spójrz, Avi, jak miło pieści nasze oczy ten piękny krajobraz. Wiosna! Zwycięstwo życia nad śmiercią, jasności na mrokiem, zapału nad stagnacją!

Zmierzali w kierunku południowym, pełnym kolein, dziur i zalegającej w nich wody gościńcem. Ledwie przed kilkoma dniami zakończyła się ich misja, której celem było bezpieczne przeprowadzenie kupieckiej karawany przez przełęcz Garolth, niesławne miejsce licznych napadów zbójeckich. U kresu wędrówki kupcy okazali wielką wdzięczność, której dowód stał się w trakcie ostatnich dni nieodłącznym towarzyszem prawicy Ervilla.

— Poeta się znalazł zasrany — rzucił kpiącym tonem Avaret. — Przyznaj, że to nie budząca się do życia przyroda tak na ciebie działa, a raczej pękaty woreczek, któremu bez przerwy się przyglądasz.

— Ależ z ciebie cynik. Wszystko byś spłycał, wszystko obrzydzał. Przyznaję — rzekł niewinnym tonem — że odrobina pieniędzy wcale mi nie wadzi. W rękach kogoś rozumnego mogą one uczynić świat jeszcze piękniejszym, dostarczając wzniosłych przyjemności ich posiadaczowi, bądź też niosąc, jeśli taka jego wola, pomoc potrzebującym, pocieszenie strapionym, zdrowie chorym.

— W rękach kogoś rozumnego, kto ich pierwszego dnia, na ten przykład, nie przepije — odparł Avaret, czyniąc wcale nie tak dyskretną aluzję do osoby elfa. Pochylił się w siodle, by pogłaskać swego gniadosza po pysku. — Masz zupełną rację.

— Cieszę się, że się ze mną zgadzasz — Ervill albo nie dostrzegł ironii w słowach przyjaciela, albo udawał, że jej nie dostrzega. — Pomyśl, Avarecie, o ile piękniejszy może stać się świat, gdy uczynimy użytek z tych pieniędzy. Ty na ten przykład kupiłbyś sobie nowe, wygodne siodło. Mam już dość twoich ciągłych narzekań na to, że cię dupa boli. Albo ciepły płaszcz, rzecz jasna na przyszłą zimę, bo ta, mam nadzieję już się skończyła.

— A ty?

— Co ja?

— W jaki sposób ty byś się uszczęśliwił?

Ervill przygryzł dolną wargę w niemym wyrazie nerwowej zadumy. Zmarszczka na jego czole dawała pewien pogląd na wysiłek umysłowy, jakiemu był poddawany. Zamrugał uniesionymi ku niebu oczami, wypchnął językiem policzek, jednak żaden z tych towarzyszących myśleniu grymasów mu nie pomógł.

— Spójrzmy prawdzie w oczy — Avaret aż parsknął śmiechem, nie mogąc go dłużej powstrzymać. — Jedyne, czego potrzebujesz, to dobrze się uchlać. Wtedy jesteś najszczęśliwszy i niczego więcej ci nie potrzeba.

Ervill zrobił wielce obrażoną minę.

— Tylko głupiec znajduje szczęście li jedynie w beczce wina. Umysł bardziej światły ma bardziej wyrafinowane potrzeby.

— Zgadzam się.

— A niech cię szlag! — wrzasnął poirytowany tą gierką elf. Widok rozwścieczonego Ervilla wprawił Avareta w stan jeszcze większego rozbawienia, tak, że aż musiał zgiąć się w siodle, chwytając za brzuch. Ervill nie nawykł specjalnie do dąsania, toteż wkrótce sam dołączył do przyjaciela, śmiejąc się pięknym, donośnym śmiechem.

W takiej oto wesołej atmosferze dotarli w swej wędrówce do miejsca, w którym trakt zagłębiał się w las. Drzewa rosnące na jego brzegu dopiero wypuszczały pierwsze listki, z tyłu jednak, za tą nieszczelną kurtyną, kryło się również sporo świerków i sosen, które, wiecznie zielone, kontrastowały żywo z nagimi bukami, dębami i wiązami.

— Cóż, przyjdzie nam, jak widzę, zapuścić się w tę dziką knieję, jeden z ostatnich bastionów zimy — zauważył Ervill, gdy przystanęli na chwilę. Nie namyślając się długo, dźgnął lekko konia piętami, nakłaniając go do ruszenia stępem. Avaret, od czasu przygody z czarnoksiężnikiem, zbudzonym do życia przez Ervilla, w lesie całkiem podobnym do tego, miał lekką awersję do tego rodzaju skracania sobie drogi. Nie dostrzegając jednak żadnych niepokojących symptomów, mruknął coś tylko sam do siebie, po czym podążył śladem elfa.

W lesie było chłodno i wilgotno. Avaret skulił się w siodle, stawiając sztywno kołnierz swego szarozielonego kubraka tak, aby osłonić szyję od wdzierającego się chłodu, podczas gdy jego koń posuwał się naprzód, odciskając w błotnistej breji, którą w tym miejscu była droga, ślady swych kopyt. Poruszali się początkowo w milczeniu, przerwanym w końcu przykrym dla Ervilla, a komicznym dla Avareta wydarzeniem, kiedy to elf przypadkowo zahaczył głową jedną z wiszących nad drogą gałęzi, a cały śnieg, który się na niej znajdował, wylądował zaraz na jego odsłoniętym karku. Pomstowaniu Ervilla nie było końca, czar, którym go wiosna ogarnęła, prysł, wydawałoby się bezpowrotnie.

— O dupę rozbić taką wiosnę! — krzyczał elf, lewą rękę sięgając do tyłu, by móc wygrzebać cały śnieg zza kołnierza. — Albo przychodzi wszędzie, albo nie, do kurwy nędzy! Nie mam racji, Avarecie? Po jaką cholerę mami nas swoim urokiem? Chyba tylko po to, by w najmniej spodziewanym momencie wbić nóż w plecy, jak mi przed chwilą. Zdrada!

— Chyba posuwasz się nieco za daleko, wysuwając takie wnioski — rzekł Avaret, wciąż śmiejąc się z wypadku towarzysza. — Łajza jesteś i tyle.

— Ech, ty i ta twoja złośliwość. Zgłodniałem z tego nadmiaru wrażeń. Przysiądźmy tu oto, przy tym zwalonym drzewie — to mówiąc wskazał leżącego przy drodze, spróchniałego już w znacznym stopniu i porośniętego gęsto mchem buka — i posilmy się. Powinniśmy mieć jeszcze trochę sera, a łyk wina pozwoli mi ogrzać członki po tej mroźnej przygodzie.

Avaret, który sam odczuwał już nieprzyjemną pustkę w brzuchu, przystał od razu na ten pomysł. Zeskoczył z konia, jednak tak nieszczęśliwie, że przy kontakcie z ziemią nogi rozjechały mu się w błocie i, pomimo usilnych prób złapania równowagi poprzez machanie rękami, runął jak długi w mokrą breję. Przyszła kolej na to, by i elf poużywał sobie z towarzysza.

— Niech to jasna cholera! — warknął zdenerwowany Avaret, podnosząc się niezdarnie z ziemi. — Niech to jasna cholera!

— Masz za swoje — odparł wyraźnie uradowany Ervill. Raz jeszcze życie dowiodło, że nic tak nie cieszy, jak nieszczęście drugiego człowieka, tym bardziej, jeśli chwilę wcześniej samemu się go doświadczyło. — Los wie, co to ironia i bardzo lubi z niej korzystać — dodał, zsiadając z konia najostrożniej, jak tylko mógł, aby nie stać się również uczestnikiem farsy, którą skomentował.

Sięgnęli obaj do przytroczonych do siodeł toreb, w których spoczywały ich skąpe zapasy, dobywając sera, suszonego mięsa i oczywiście bukłaku z winem. Przysiadłszy na zwalonym buku, przystąpili do spożywania posiłku, poświęcając się tej czynności tak namiętnie, że raz kolejny zapanowała pomiędzy nimi cisza, przerywana jedynie odgłosami towarzyszącymi jedzeniu. Avaret pogrążył się na chwilę w zadumie, wyrażając milczącą nadzieję, że dotrą wkrótce do jakiejś osady, w której będzie mógł zjeść bardziej wystawny posiłek, zazna gorącej kąpieli oraz wyśpi się w ciepłym łóżku.

Głupcze! — upomniał sam siebie. Dopiero co naśmiewałeś się z elfa, a sam pożądasz przyjemności nie bardziej wzniosłych, niż jego ciągota do alkoholu.

Szybko jednak odegnał tę myśl, która wszak była osądem wielce niesprawiedliwym, gdyż człowiek dopiero po zaspokojeniu potrzeb niższego rzędu, zdolny jest do pragnień bardziej wyrafinowanych.

Z zadumy wyrwał go całkiem Ervill, który naraz zerwał się z siedzenia, otwartymi szeroko oczami wyrażając to, czego nie mogły wypowiedzieć jego pełne jedzenia usta. Avaret obrócił się raptownie przez ramię w kierunku, w który wpatrywał się elf.

— Jasna cholera! — krzyknął. Za jego plecami, po drugiej stronie drogi, stał dzik, groźnie rozgrzebując racicą ziemię. — On będzie szarżował!

Jak gdyby na potwierdzenie przypuszczeń najemnika, zwierz prychnął wściekle i ruszył gwałtownie w ich kierunku.

— Gdzie mój łuk?! Gdzie mój miecz?! — krzyczał Ervill, w popłochu dopadając konia, do którego przytroczony winien być jego oręż. Avaret uczynił podobnie, świadom jednak tego, że prawdopodobnie nie zdąży dobyć broni na czas.

— Do kurwy nędzy! — warknął wściekle, gdy dzik znajdował się już w odległości ledwie kilku kroków od nich. Spłoszone konie poderwały się do biegu, uniemożliwiając najemnikom dobycie broni. Sytuacja wydawała się beznadziejna.

Nagle dzik zakwilił żałośnie, wytracając gwałtownie impet, z jakim szarżował w ich kierunku. Nogi ugięły się pod nim, on sam upadł na ryj, z jego boku zaś zaczęła sączyć się krew, która prędko wmieszała się w błotnistą drogę. W miejscu, z którego wypływała, tkwiła strzała.

— Co do…? — omal nie zaklął elf, lecz ledwie pół oddechu później zdołał nadrobić tę zaległość, gdyż oto ich oczom ukazał się stwór jeszcze straszniejszy od tego, który dopiero co ich zaatakował.

Dwunożna istota, postury postawnego mężczyzny, od stóp do głów pokryta brązowym futrem, wychynęła spomiędzy iglastych gałęzi, porastających drzewa na skraju drogi. W ręku dzierżyła kuszę, i, co jeszcze dziwniejsze, nosiła na sobie ubranie, na które składały się niebieskie, workowate spodnie, wełniana koszula, odsłaniająca kudłaty tors, stopy zaś jej były bose, nie licząc gęstego futra, które je pokrywało.

— Nie lękajcie się — przemówiła ludzkim głosem. — Nie zrobię wam krzywdy.

Obaj, zarówno Ervill, jak i Avaret, zamarli, wprawieni w najwyższe zdumienie.

— Cóż to za cudak? — szepnął elf, na tyle niedyskretnie, że jego słowa z pewnością dotarły do uszu stwora, który drgnął nieznacznie.

— Dziękujemy ci za ratunek, przyjacielu — Avaret zdecydował, że ktoś, kto dopiero co wybawił ich z opresji, nie może mieć złych zamiarów i postanowił obdarzyć zaufaniem tę niezwykłą istotę. Postąpił kilka kroków w stronę stwora, wolnym ruchem unosząc prawicę ku górze. Z każdym kolejnym krokiem oblicze ich wybawiciela zdawało mu się coraz bardziej ludzkie; zielone oczy poruszały się bystro, omiatając Avareta od stóp do głów, wargi ginące wśród brązowej gęstwiny drgały niepewnie, jak gdyby zachowanie najemnika w jakiś sposób wprawiało bestię w osłupienie. Stwór, w odpowiedzi na gest Avareta, przełożył kuszę z prawej ręki do lewej i również wyciągnął prawicę w kierunku zbliżającego się do niego mężczyzny. Wysunięta kończyna zatrzęsła się nerwowo, po czym prędko opadła, chowając się zaraz za plecami.

— Prze… Przepraszam — z trudem wykrztusił z siebie stwór. Zdał się w tym momencie bezbronny, jak niemowlę, garbiąc swą okazałą sylwetkę i kuląc się, niczym przerażona mysz. — Nie nawykłem do kontaktu z innymi ludźmi. Prawdę mówiąc, każdy, kto mnie przypadkiem napotka, zmyka czym prędzej, nie dając mi nawet szansy się odezwać.

— Niepotrzebnie się trapisz, przyjacielu — wtrącił się dziarsko Ervill, pewny już co do tego, że nie spotka ich żadne nieszczęście ze strony ich rozmówcy. Ruszył żwawym krokiem ku niemu, przywołując na twarz zawadiacki uśmiech. — Ja i mój kompan jesteśmy bywali w świecie i nie takie dziwadła zdarzyło nam się napotkać. Jestem Ervill — zakończył, znalazłszy się w odległości ledwie kilku stóp od adresata swych słów. Ani przez myśl mu nie przeszło, że spojrzenie, którym obdarzył go Avaret, pełne jest potępienia dla jego rażącego nietaktu względem istoty, która dopiero co uratowała im życie.

Stwór jakby powoli zaczął się oswajać z towarzystwem, w jakim się znalazł i, wyprostowawszy nieco swą sylwetkę, wyciągnął dłoń, która tym razem już nie drżała, po czym uścisnął prawicę elfa.

— Ja zwę się Tamrok — przedstawił się Ervillowi, po czym powtórzył ten rytuał wraz z Avaretem. — Wybaczcie mi moje podekscytowanie. Prawdę mówiąc odbywam rozmowę po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna — umilkł na chwilę zastanawiając się nad czymś, po czym, najwyraźniej powziąwszy jakąś decyzję, znów się odezwał. — Mieszkam w całkiem przytulnej chatce, ledwie kilka kroków stąd. Proszę, przyjmijcie moje zaproszenie, a postaram się was ugościć najlepiej, jak potrafię.

Avaret i Ervill wymienili się spojrzeniami. Żaden z nich nie dostrzegł jakichkolwiek przeciwwskazań dla tej propozycji, przeciwnie, moc wrażeń towarzysząca im w ciągu ostatnich chwil podsyciła jeszcze ich apetyt, który nie został należycie zaspokojony w trakcie lichego posiłku.

— Właściwie dlaczego nie? — rzekł Avaret przywołując na twarz serdeczny uśmiech. Włochaty stwór, jakkolwiek wyglądał, wzbudził jego sympatię. — Pozwól nam tylko odnaleźć nasze konie. Nie wydaje mi się, by uciekły daleko.

Oczy Tamroka zaświeciły się intensywnym blaskiem, w którym tańczyła nieskrywana niczym radość.

* * *

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część VIII

07 lut

— Garray — wyszeptał. Czarodziej uśmiechnął się w odpowiedzi. — Co tu robisz? — dodał bardziej zdecydowanym głosem. Zauważył, że jego towarzysze poczęli wiercić się w swoich legowiskach, kwestią chwil pozostawało, aż się wybudzą.

— Witaj Avarecie — głos Garraya był ciepły, dokładnie taki, jakim go zapamiętał. — Kolejny raz dajesz się zaskoczyć, nieprawdaż?

Tym razem najemnik również się uśmiechnął, przywołując w pamięci ich pierwsze spotkanie. Okoliczności wydawały się niemal identyczne. Gdzieś z boku Ervill przecierał już oczy, niezdecydowany co do tego, czy rzeczywiście się wybudził, czy też w dalszym ciągu śni. Po kilku chwilach wszyscy stali już na nogach. Garray został przedstawiony Loretańczykom, i odwrotnie, nie poruszono jednak kwestii okoliczności, które połączyły czwórkę wędrowców.

— Dobrze, dobrze — Ervill bez zbędnych ceregieli zdecydował się zakończyć część powitalną. — Trzeba przyznać, że to niemały zbieg okoliczności, żeśmy się tu spotkali. Prawda, Garrayu? Chyba że — a znając cię wcale bym tego nie wykluczał — to nie jest zbieg okoliczności.

Garray wbił swój wzrok w twarz elfa. Wpatrywał się weń tak długo, aż w końcu elf, speszony nieco nawiązanym kontaktem, zdecydował się przybrać głupią minę, szczerząc zęby i unosząc brwi. Reakcja ta sprawiła, że czarodziej roześmiał się, dłonią zakrywając oczy.

— Ervill, wciąż ten sam, co zwykle, kropla szaleństwa w morzu roztropności. Masz rację, nie złączył nas przypadek. Mamy wspólny cel, do którego, mam nadzieję, możemy od tej pory podążać wspólnie.

Niespodziewanie Jovan wyskoczył zza pleców Avareta, stając w odległości ledwie kilku kroków od Garraya. Zmierzył go wzrokiem od stóp do głów, a w spojrzeniu jego próżno było szukać respektu, a raczej pewnego rodzaju wyzwania i subtelnej groźby.

— Skąd wiesz, czego szukamy? Nie zdradzaliśmy się nikomu z naszymi zamiarami, prócz nas i naszych wrogów nikt nie wie o celu naszej wędrówki. Wytłumacz się prędko!

Czarodziej przeniósł na młodego Loretańczyka spojrzenie swych bystrych oczu. Jovan prędko zmalał pod jego naporem, nie minęła chwila, a opuściła go cała buta, jaka w nim wezbrała.

— Nie atakuj mnie w ten sposób, przyjacielu — rzekł, a jego głos wyraźnie ukoił nerwy Jovana. — Jak ci już wiadomo, jestem czarodziejem. Wiadomo mi wiele o różnych sprawach, a waszej jestem z całą pewnością przychylny. Pozwólcie, że zanim wyjaśnię swoją rolę, streszczę to, co wiem o was.

Cała czwórka słuchaczy nabrała tchu, z zaciekawieniem oczekując relacji czarodzieja.

— Jak powszechnie wiadomo, w Loretii nie dzieje się najlepiej. Wolność tego kraju jest poważnie zagrożona, co gorsza, do niewoli pchają go jej własne zepsute elity, zaś Azhgad tylko zaciera ręce w oczekiwaniu na zadanie decydującego ciosu. Nic nie pozostaje jednak bez reakcji. Młode pokolenie Loretii nie zamierza zaznać losu swoich przodków, w związku z czym przygotowuje się do wybuchu rebelii, mającej odsunąć ich ojczyznę od zaciskających się szponów sąsiada z północy. Tutaj na scenę wkraczacie wy, drodzy przyjaciele — wraz z tymi słowy zwrócił się w kierunku Nevena i Jovana. — Przyjmujecie role emisariuszy, którzy ze wszystkich zakątków świata sprowadzają do kraju broń, której posiadanie zostało mocno ograniczone przez decyzje Wielkiej Rady, w celu zapobieżenia ewentualnym rozruchom. Wasz transport zostaje jednak skradziony, wasi towarzysze zabici, wy zaś, z pomocą Avareta i Ervilla, ruszacie w pogoń za złodziejami.

Nim podjął się kontynuowania swojej wypowiedzi, nabrał nosem powietrza, które zaraz ze świstem wypuścił.

— Uprzedzę tutaj nasuwające się wam pytania. Bractwo Jadowitego Węża nie istnieje. Czy istniało kiedyś, tego nie jestem pewien, jednak dzisiaj z pewnością nie z nim mamy do czynienia.

Ciszę, która na chwilę zapanowała, zmącił jedynie trzepot skrzydeł jakiegoś ptaka, który wzbił się ku niebu z gałęzi jednego z pobliskich drzew.

— Cóż… — zaczął z wolna Avaret. — Z pewnością wiadomość ta nie jest bardziej szokująca od tej, która oznajmiłaby nam, że istotnie za tym wszystkim stoi Bractwo. Kto więc jest za to odpowiedzialny?

Garray dorzucił kilka kolejnych gałęzi do ognia, który zatrzaskał buchając iskrami.

— Za wszystkim stoi oczywiście Azhgad, a konkretniej jego szpiedzy, którzy mają za zadanie udaremnić poczynania emisariuszy. Bractwo Jadowitego Węża to jedynie zmyślna przykrywka, mająca wprowadzić w błąd.

— Ale… — w oczach Jovana malowało się niedowierzanie. — Przecież… Przecież ten wąż zdobiący strzały… On naprawdę się poruszał. Toż to podobno znak charakterystyczny jedynie dla Bractwa.

Garray odrzucił głowę do tyłu, przecinając śmiechem zasłonę nocy.

— To jeden z powodów, dla których zaangażowałem się w tę sprawę. Szpiegom musi pomagać jeden ze znających magię, jakiś podrzędny sztukmistrz, nie wiedzący jak w należyty sposób spożytkować tę odrobinę mocy, jaka została mu dana. Sztuczka ze strzałami jest niesłychanie błaha, niemniej nie w taki sposób powinno się korzystać z magii.

— Wyczuwam w tobie nutkę niechęci do Azhgadu, Garrayu? — wtrącił Ervill. — Skąd to uprzedzenie? Nie jesteś przecież Loratańczykiem, jak mi się zdaje.

Czarodziej łypnął na elfa, a jego mina zdradzała, że ma mu coś poważniejszego do zakomunikowania.

— Nie jestem Loretańczykiem, masz zupełną rację w tym względzie. Niemniej wszystkie lata, które spędziłem na tym padole, a było ich więcej, niż w twoim przypadku, uzmysłowiły mi kilka rzeczy. Zbyt silny Azhgad nie leży w niczyim interesie. Imperialistyczne zapędy tego kraju nie pozwolą poprzestać mu jedynie na zagarnięciu swojego południowego sąsiada. Poprzednie tego rodzaju próby co prawda spełzły na niczym, niemniej nie warto dawać mu kolejnej szansy, której konsekwencją może być większy konflikt, z udziałem wielu krajów, tysiące trupów, spalone miasta, zniszczone uprawy, głód i zaraza. Pewna swojej suwerenności Loretia może być skutecznym przedmurzem dla reszty świata.

— A więc — Ervill przywołał na twarz gorzki uśmiech — Loretia ma dla ciebie znaczenie czysto użytkowe? Ma być jedynie narzędziem służącym do obrony przed agresją Azhgadu?

Garray wpatrzył się przed siebie. Mimo kurtyny ciemności zdawało się, że jego oczy spoczęły na czymś znajdującym się w oddali.

— To się nazywa polityka, Ervillu — skwitował. — Ale nie, nie zgodzę się do końca z tym, co sugerujesz. Widzisz, długie życie może uczynić z ciebie cynika, natomiast bardzo długie życie daje ci sposobność powrotu do młodzieńczych, czy też nawet dziecięcych wartości, pozwala poznać je dogłębnie i docenić ich znaczenie. Pragnienia proste, instynktowne, co nie znaczy, że mniej ważne od zawiłych rozgrywek politycznych, to wartości, które upodobałem sobie szczególnie. Jedną z nich jest wolność, uczucie leżące u podstaw człowieczeństwa, nie dające się w żaden sposób wykorzenić. Uczucie, które jest tak mocno duszone w sercach Loretańczyków.

Avaret zerknął w stronę Ervilla, starając się dostrzec, czy uwaga o cynikach zrobiła na nim jakieś wrażenie. Elf nie dał jednak niczego po sobie poznać, jego mina nie zdradzała żadnych oznak refleksji.

Garray przesunął wzrokiem po twarzach całej czwórki, po czym klasnął w dłonie.

— No cóż, to tyle, jeśli chodzi o ważniejsze sprawy. Jeśli nasz pościg ma być skuteczny, to dobrze by było zażyć nieco snu przed jego wznowieniem.

W odpowiedzi wszyscy pokiwali głowami, Ervill zaś, jakby chcąc podkreślić trafność uwagi czarodzieja, potarł pięściami oczy i ziewnął ostentacyjnie.

Noc była chłodna, lecz dzięki niegasnącemu ognisku żaden z wędrowców tego nie odczuł. Avaret był wielce rad, że drogi jego i Garraya, po raz kolejny się skrzyżowały.

* * *

Udało im się natrafić na świeży ślad jeszcze zanim słońce osiągnęło zenit w swej codziennej wędrówce po niebie. Nim tego dokonali, zdążyli już jednak zostawić za sobą równinę, pośrodku której przyszło im spędzić noc. Jej miejsce zajął teren obfity w różnej wysokości wzniesienia, pokryte w znacznym stopniu świerkami i sosnami. Trakt, którym w dalszym ciągu podążali, wił się pomiędzy nimi, okrążając je, bądź w miarę możliwości całkiem unikając.

— Doganiamy ich — rzucił Garray przez ramię do reszty. Od początku ich wspólnej wędrówki wysforował się naprzód, czyniąc siebie samozwańczym przewodnikiem. Nikt takiemu rozwiązaniu jednak nie oponował, każdy raczej z pokorą przyjął swoją rolę w tym pochodzie. Najtrudniej przyszło to chyba Avaretowi, który do tej pory mógł uchodzić za osobę kierującą ich poczynaniami, aczkolwiek rozwaga wzięła w nim górę nad ambicją i również on nie wygłaszał żadnych uwag. — Myślę, że znam miejsce, w którym się z nimi zetkniemy.

— Czyżby — odezwał się nie kto inny, a Erviil, a już w pierwszym jego słowie złowić można było ironię — jedną z tajemnych sztuk, na temat której posiadłeś wiedzę, było i jasnowidztwo?

— Ja tę sztukę zwę raczej rozumowaniem — odparł Garray, nieporuszony w żaden sposób wygłoszoną przez elfa uwagą. — Logicznym myśleniem, bądź też dedukcją. Tak się składa, że w niewielkiej oddali znajdują się ruiny pewnego zamku, który w czasach świetności bronił przebiegającej w tym miejscu granicy. Wydaje się on być idealnym miejscem do dłuższego postoju i założę się, że Azhgadczycy z tej okazji skorzystali, wszak nie spodziewają się raczej pogoni. Ty jednak, panie elfie — dorzucił zmieniając ton na nieco bardziej kąśliwy — możesz nazywać tę sztukę jasnowidztwem, skoro wydaje ci się ona tak tajemna.

Ervill mruknął coś, wyraźnie speszony odpowiedzią czarodzieja, jak to jednak w jego wypadku bywa, humor wrócił mu bardzo prędko.

Potwierdzenie słów czarodzieja ujrzeli jeszcze zanim zdecydowali się na odpowiadający obiadowi popas. Wyjechawszy z lasu, który trakt w pewnym momencie przecinał, dostrzegli w odległości nie więcej, niż pół stai, strome wzniesienie, które wieńczyły ściany kamienia, kiedyś wchodzące w skład okazałej budowli. Poszczególne części zamku zniszczone były raczej w różnym stopniu, aniżeli równomiernie; sam zamek górny, wraz z wybijającą się z jednego z narożników wieżą, prezentowały się wcale nieźle w porównaniu do okalających go murów i budynków przedzamcza, po których pozostały jedynie hałdy porozrzucanych bezładnie kamieni. Droga u ich stóp biegła dalej nieosłonięta przez rosnące drzewa, czego jednak nie można było powiedzieć o samym wzniesieniu, pod które zarówno od wschodu, jak i zachodu, podchodził gęsto rosnący las, nieśmiało przedzierając się także pod mury zamku.

— Jeśli rzeczywiście się tam zatrzymali, roztropniej będzie podejść ich od strony lasu, aniżeli drogi. Przywiążmy tutaj konie i ruszmy dalej pieszo — Avaret zdecydował się uszczknąć nieco z puli, którą przydzielili Garrayowi i samemu zaproponować jakieś działanie. Wiedział, że czarodziej będzie podzielał jego sposób myślenia w tej kwestii.

— Słusznie — odparł Garray, jakby na poparcie przewidywań Avareta.

Zagłębili się na powrót w las, okrążając trakt od wschodniej strony, skryci pod zieloną zasłoną. Splątane, zachodzące na siebie gałęzie świerków, sosen i modrzewi znacząco spowalniały ich pochód, skutecznie utrudniając przedzieranie się w obranym kierunku. Mimo, że szli w niewielkiej odległości od granicy lasu, jedynie nieliczne promienie słońca przedzierały się przez iglastą ścianę, z trudem docierając do wilgotnej ściółki. Na czoło kolumny wysunął się tym razem Avaret, który, dobywszy uprzednio miecza, torował reszcie drogę, siekąc bezlitośnie zagradzające im gałęzie. Po jakimś czasie teren zaczął się nieznacznie wznosić, obwieszczając dotarcie do podstawy wzniesienia. Cała piątka zatrzymała się w tym miejscu.

— No więc jesteśmy — oznajmił Avaret, przysiadając na przegniłym pniu jakiegoś dawno ściętego drzewa. — Wypadałoby przedyskutować jakiś plan działania.

Nagle Ervill poruszył się niespokojnie, instynktownie sięgając dłonią do rękojeści miecza.

— Ktoś tu jest! — krzyknął, w tym samym momencie, w którym coś przecięło powietrze, przelatując na wysokości jego pasa. W następnej chwili potworny wrzask zmusił wszystkie ptaki znajdujące się w okolicy do poderwania się z drzew. Avaret dostrzegł strzałę tkwiącą w ubabranym krwią udzie Jovana, gdy wtem następna przebiła korę rosnącego obok niego modrzewia. Całkowicie zdezorientowany, potknął się o jakiś wystający korzeń, w duchu przeklinając siebie samego za to, że dał się zaskoczyć w tak trudnym terenie.

Niespodziewanie, nim jego twarz zdążyła zetknąć się z porastającym ziemię mchem, poczuł na całym ciele jakiś niezwykle mocny podmuch, którego siła sprawiła, że koniec końców wylądował na plecach. Uniósłszy niezwłocznie głowę zorientował się, że podobny los spotkał wszystkich jego towarzyszy, za wyjątkiem stojącego niewzruszenie Garraya. Dookoła niego jakby nieco pojaśniało; zdał sobie sprawę, że w promieniu kilkudziesięciu stóp leżą połamane gałęzie, oderwane od drzew mniej więcej do wysokości jego głowy. Prędko dojrzał również dwie męskie sylwetki, gramolące się niezdarnie wśród opadłych konarów. Zerwał się błyskawicznie na nogi, po czym, jednym susem dopadłszy pierwszej z nich, zagłębił ostrze swego miecza w jej brzuchu. Nim udało mu się wyswobodzić oręż, podobny los spotkał drugiego mężczyznę z ręki Ervilla.

— Wartownicy! — warknął wściekle Ervill, przekrzykując wrzaski rannego Jovana. Z furią odepchnął plującego krwią mężczyznę, wspierającego się na jego mieczu. Ten, jeszcze zanim upadł na ziemię, był już martwy. — Jednak nie dali się tak całkiem zaskoczyć!

Avaret podbiegł prędko do leżącego na ziemi Jovana, którego głowa spoczywała wsparta o dłonie klęczącego Nevena.

— Szczęściem grot przeszył udo na wylot — mruknął Garray, pochylając się nad rannym. Ułamał strzałę i, nim Jovan zdążył wygłosić choć słowo protestu, wyciągnął ją z nogi jednym, sprawnym ruchem, drugą dłonią zakrywając mu usta. Stłumiony jęk nie mógł być słyszany w dalszej odległości.

— Coś ty… zrobił? — wyrzucił z siebie Loretańczyk, głośno dysząc. Jego klatka piersiowa poruszała się szybko to w górę, to w dół, po twarzy, spod zlepionych na czole włosów, cienkimi strużkami spływał pot.

— Spokojnie, to niegroźna rana — rzekł w odpowiedzi czarodziej, równocześnie zakładając opatrunek z dobytej nie wiadomo skąd tkaniny. Zakończywszy powstał i przyglądnął się swojemu dziełu.

— Co dalej? — zapytał Avaret stając u boku Garraya.

Czarodziej rozejrzał się po okolicy, zatrzymując wzrok na co bardziej zakrytych miejscach.

— Nie mamy czasu do stracenia — odparł z wolna czarownik. — Musimy zaatakować prędko, zanim śmierć wartowników zostanie zauważona. Jovana musimy gdzieś tutaj ukryć, nie ma innej rady.

— Jak to? — zaprotestował żywo Loratańczyk. — Beze mnie nie dacie rady! Muszę wam pomóc!

Począł dźwigać się do góry, czepiając przy tym rękawa stojącego nad nim Nevena. Znać było, że duch w nim był wielki, ciało okazało się jednak za słabe. Ze zduszonym stęknięciem osunął się zaraz na ziemię. Po jego policzkach spłynęły łzy, zataczając łuk wokół wydętych ust, spod których widać było zaciśnięte z wściekłości zęby.

— To żadna ujma dla ciebie, Jovanie — rzekł łagodnym głosem Garray. — Docierając aż tutaj pokazałeś, jak ważne jest dla ciebie dobro twej ojczyzny. Sama zawziętość nie wystarczy, czasami trzeba wykazać się również mądrością, właściwą oceną sytuacji. Wielu było już takich, co porwali się na wroga, nie mając żadnych szans. Cóż im z tego przyszło, poza śmiercią? Nie giń dzisiaj, byś mógł walczyć jutro, Loretańczyku.

Avaretowi wydało się, że słowa Garraya nieco udobruchały rannego młodzieńca.

Czy podobnie podziałałyby i na mnie?

Wiedział, że czarodziej ma zupełną rację w tym, co mówi, niemniej zdawał sobie sprawę z tego, że jemu samemu ciężko byłoby podjąć podobną decyzję.

Ukryli Jovana przy zwalonym świerku, czyniąc z pourywanych przez zaklęcie Garraya gałęzi dodatkową osłonę. Loretańczyk odprowadzał ich niepewnym wzrokiem, gdy wspinali się w kierunku zamku. Prędko jednak znikli mu z oczu, zasłonięci parawanem iglastych gałęzi.

Droga na szczyt nie zajęła im wiele czasu, jako że zbocze wzniesienia nie było tak gęsto zarośnięte. Przemykali od drzewa do drzewa tak, aby zniwelować szanse zauważenia. Prędko drzewa ustąpiły miejsca porozrzucanym kamieniom, zwałom budulca kiedyś tworzącego zamek, teraz już pokrytych mchem i zwietrzałych.

— Wśród nich będzie czarodziej — ostrzegł towarzyszy Garray, gdy znajdowali się już pod samą bramą zamku. — Nie trapcie się nim, zostawcie go mnie. Zajmijcie się raczej resztą bandy.

Po przejściu przez bramę ukazał im się zapuszczony dziedziniec, którego bruk dawno już przegrał walkę z pleniącą się wszędzie trawą. Pośrodku niego stały dwa wozy wyładowane orężem, nieopodal nich konie pochylały łby, skubiąc gęste zielsko. Avaret wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Ervillem, a następnie, przywołując na twarz uśmiech, postarał się dodać otuchy Nevenowi.

— Więc jak? — zagadnął szeptem Loretańczyk. — Zabieramy wozy i konie i cicho opuszczamy to miejsce?

Garray zmierzył go krytycznym wzrokiem. Avaretowi zdało się, że dostrzegł coś w spojrzeniu czarodzieja, jakieś uczucie, które ciężko było mu nazwać. Z pewnością nie należało ono jednak do pozytywnych.

— Myślę, że warto byłoby tę sprawę doprowadzić do końca — odparł sucho czarodziej. — Nie zależy ci na wymierzeniu sprawiedliwości, Nevenie?

Nie czekając na odpowiedź ruszył ku przeciwnemu krańcowi dziedzińca, do miejsca, w którym w murze ział wyłom o rozmiarach pozwalających dorosłemu człowiekowi na swobodne przejście. Pozostała trójka podążyła prędko za nim, starając się trzymać jak najbliżej jego boku.

Znaleźli się w ciemnym korytarzu, którego ściany pokrywały jeszcze gdzieniegdzie poszarpane gobeliny. Na całej jego długości walały się po ziemi kamienie, zniszczony, przeżarty rdzą oręż czy spróchniałe deski. Z którejś z przylegających do niego sal dobywały się odgłosy ożywionej rozmowy, głośne śmiechy i przekleństwa. Avaret prędko zlokalizował źródło tych dźwięków, umiejscawiając je za otworem pozostawionym po wyrwanych, leżących na posadzce drzwiach. Zacisnął mocnej dłoń na dobytym wcześniej z pochwy półtoraku, przesuwając się wolno wzdłuż ściany, aż do krawędzi otworu. U swego boku poczuł obecność Gararya, dalej w rzędzie stali Ervill i Neven. Obejrzał się ostatni raz w stronę czarodzieja, a gdy doczekał się znaku z jego strony w postaci skinienia głową, wszystko się zaczęło.

Wpadli raptownie do obszernej sali, dawniej służącej zapewne za jadalną, zaskakując kompletnie zgromadzonych przy ledwo zdatnych do użytku stołach, akurat w trakcie spożywania przez nich posiłku. Avaret doliczył się ich sześciu, błyskawicznie jednak liczba ta zmalała do pięciu, gdy dopadł tego stojącego najbliżej wejścia. Zagłębił ostrze w jego brzuchu, lewą ręką przytrzymując z tyłu za szyję, aż do momentu, gdy z jego ust wypłynęły strumienie krwi.

— Kim jesteście…?! — posłyszał gdzieś z boku głos, który zaraz przeszedł w urywane charczenie. Wyswobodziwszy od miecza pierwszą ofiarę, omiótł pospiesznie pole potyczki. Po jego lewej stronie Garray rozprawiał się ze spokojem ze wspomnianym wcześniej przezeń czarownikiem. Mężczyzna był, a przynajmniej wydawał się być, sądząc po jego gładkiej cerze i gęstych włosach, całkiem młodym i niedoświadczonym adeptem sztuki magicznej. Garray, lekkim skinieniem ręki, posłał go z impetem w kierunku ściany, o którą się rozbił, lądując po chwili na ziemi. Oczy miał szeroko rozwarte, dolną szczękę luźno zwisającą. Był już trupem.

— Avaret, uważaj! — krzyk Ervilla doleciał jego uszu w samą porę, by zablokować klingę zamierzającego się na niego mężczyzny o zezowatych oczach i rzadkich włosach. Odepchnął go z impetem i, nim tamten zdążył zareagować, rozciął mu brzuch.

Gdy oderwał od niego wzrok, było już po wszystkim. W sali nie pozostawał już nikt, kto mógłby im zagrozić. Ervill i Neven zaraz stanęli u boku Avareta; twarz elfa przecinał poprzeczny, krwawy rozbryzg, jednak nie był to ślad jego własnej posoki. Z dalszego kąta sali zmierzał ku nim Garray.

Naraz, gdzieś u stóp Avareta rozległ się krwawy charkot. Najemnik spojrzał w dół.

— Jeszcze żyjesz? — warknął Neven w kierunku mężczyzny o zezowatym wzroku, który z całych sił starał się powstrzymać dłońmi krew wylewającą się mu z głębokiej rany na brzuchu. — Zaraz cię…!

— Nie! — powstrzymał go stanowczym głosem Garray. Dopadł prędko pozostałych i, odepchnąwszy Loratańczyka, pochylił się nad rannym.

— Zamierzasz go oszczędzić, czarowniku? — w głosie Nevena wyraźnie pobrzmiewały tony wściekłości i irytacji. — Po tym, czego się dopuścili?

Garray z uwagą przyjrzał się ranie mężczyzny.

— Jeszcze przed chwilą w ogóle nie zamierzałeś tu wchodzić — odparł spokojnym głosem. — Co się tak nagle zmieniło?

Neven warknął z furią w odpowiedzi. Jego twarz zmieniła się nie do poznania; na przestrzeni całej ich znajomości nie okazał tylu emocji, co w tej chwili. Cały kipiał wręcz złością, a jakby na podkreślenie stanu, w jakim się znajdował, cisnął z impetem mieczem, który odbił się od posadzki, wydając metaliczny dźwięk.

— Róbcie, co chcecie. Nie zamierzam na to patrzyć.

Szybkim krokiem przemierzył odległość dzielącą go od wyjścia, znikając zaraz wśród kamiennych murów. Avaret złowił wzrokiem spojrzenie Ervilla; w jego brązowych oczach malowały się zdziwienie i konsternacja.

— A teraz — z zamyślenia wyrwał go głos Garraya, nie był on jednak skierowany do niego, a do mężczyzny, który wydawał się powoli żegnać z tym światem — powiesz nam wszystko, co wiesz.

Nie wiedzieć, czy to sam łotr poczuł nagłą, przedśmiertną skruchę, czy to zadziałały owinięte w jakieś czary słowa Garraya, niemniej zaraz począł z mozołem zdawać relację z ostatnich wydarzeń. Avaret w napięciu słuchał przerywanych charkotem zeznań mężczyzny. Usta otwierały mu się ze zdumienia, a gdy ten wydał już ostatnie tchnienie, ruszył najszybciej, jak mógł, w kierunku dziedzińca.

* * *

Tak, jak przypuszczał, Neven nie czekał na nich na zewnątrz. Brakowało również jednego z koni, szczęściem Loretańczyk, działając w popłochu, nie wpadł na pomysł uwolnienia pozostałych i udaremnienia próby pościgu.

Paskudny uśmiech, będący niejaką zapowiedzią przyszłych wydarzeń, wykrzywił wargi Avareta.

* * *

Dopadli go na nieosłoniętym drzewami trakcie, który wiódł od zamku dalej, w kierunku południa. Neven miał pecha; spośród piątki koni uwiązanych na dziedzińcu, wybrał chyba tego najsłabszego. Na nic zdały się nerwowe uderzenia piętami w jego boki, próżnym trudem było garbienie się w siodle w celu zmniejszenia oporu powietrza. Z każdym spojrzeniem przez ramię trójka za jego plecami znajdowała się coraz bliżej. W ostatnim z nich rozpoznać można było mieszaninę wściekłości i przerażenia, w tym wyjątkowym zestawieniu leżących bardzo blisko szaleństwa.

W końcu Avaret i Ervill przypadli do niego, każdy z innej strony. Neven próbował się szamotać, lecz nie miał szans z ich dwójką. Wspólnymi, skoordynowanymi działaniami zrzucili go z konia, który i tak był już bardzo blisko kresu swoich sił po tej szaleńczej gonitwie.

— Niczego o mnie nie wiecie! — wysyczał, tarzając się niezdarnie po ziemi, wijąc w paroksyzmach furii i bólu po upadku na plecy. Żyły na jego szyi nabrzmiały, sprawiając wrażenie gotowych do wybuchnięcia i zalania ziemi falą krwi. — Niczego!

Mimo szału, jaki nim targał, nie miał żadnych szans obronić się przed spętaniem.

* * *

Natknęli się na Jovana na wzniesieniu, w bezpośrednim sąsiedztwie ruin zamku. Gnany ciekawością i chęcią działania, przykuśtykał w ich kierunku, bagatelizując mogące z tego wyniknąć niebezpieczeństwo. Neven upadł u jego stóp na twarz, pchnięty zdecydowanie przez Ervilla.

— Co to ma znaczyć? — warknął oszołomiony Jovan.. — Co wyście mu zrobili?

— To, na co zasłużył — odparł Avaret, podczas gdy Neven z trudem dźwigał się na klęczki. Manewr ten poczynić przyszło mu z wielkim trudem, jako że ręce miał spętane za plecami. — To on jest winien tego, co was spotkało.

Widać było, że Jovan próbował coś z siebie wykrztusić, lecz słowa Avareta najwyraźniej całkiem odebrały mu mowę. Przenosił nerwowo wzrok z najemnika na przyjaciela i z powrotem, jego brwi poruszały się nerwowo, podobnie jak drżące usta, niezdolne do ułożenia w taki sposób, aby dobyły się z nich jakieś słowa.

— Ten człowiek jest zdrajcą przyjacielu — rzekł Garray. — To on doniósł szpiegom Azhgadu, którędy będziecie transportować broń. To on uknuł wraz z nimi spisek, mający na celu udaremnienie waszej misji. To on, widząc niezłomność Avareta, zaatakował go w Bibliotece.

— To za jego przyczyną — Avaret zdecydował się przejąć pałeczkę po czarodzieju — Dagonet i Risk nie żyją.

Jovan wbił spojrzenie niewidzących oczu w swego najlepszego przyjaciela, druha, z którym dzielił przygody całego życia, w tym te największe. Sięgnął jedną ręką do czoła i zachwiał się, gdy druga ześliznęła mu się po kiju, na którym się wspierał i byłby niechybnie upadł, gdyby nie szybka reakcja Ervilla, który doskoczył w samą porą, by go przytrzymać.

— To… To wszystko prawda? — wydusił z siebie słabym głosem w kierunku Nevena, który, zwiesiwszy głowę, wzbraniał się wyraźnie przed spojrzeniem w oczy towarzysza. — Dlaczego?

Neven nie odpowiedział, miast tego spluwając śliną pomieszaną z krwią na ziemię.

— Nie wierzę — spod przymkniętych powiek Jovana wypłynęły łzy, a strumienie, którymi spływały, były szersze, niż wszystkie te, które wylał dotychczas. — Nie wierzę. Zbyt dobrze go znam, zbyt długo. Nie mógł tego zrobić.

Avaret uznał za bezcelowe zapewniać Loretańczyka o tym, że mają rację.

A więc oto jest moment, w którym pokonanie wroga przynosi więcej cierpienia i łez, niż zadane przez niego rany.

— Jovanie, ten człowiek winny jest zdrady ojczyzny. To, czego się dopuścił, ściągnęło bezpośrednio śmierć na dwóch waszych towarzyszy, a być może przyniesie i konsekwencje dla całego waszego narodu. Jedyną możliwą karą, współmierną do winy, jest śmierć.

Z twarzy Jovana, mimo, że już przedtem była przeraźliwie blada, odpłynęły resztki krwi. Kątem oka Avaret dostrzegł Garraya, ruszającego w dół wzgórza, którego śladem, w odległości ledwie kilku kroków za nim, podążał już Ervill.

— Jeśli nie dasz rady, ja to zrobię. Niemniej ta sprawa, z nas tu wszystkich, ciebie dotyczy najbardziej — wyszeptał, po czym, obróciwszy się na pięcie, ruszył w kierunku oddalających się przyjaciół, zostawiając Jovana sam na sam z Nevenem.

O nic bardziej okrutnego nie mogłem go chyba poprosić. Ale czy jest inne wyjście?

Czekali na niego na samym dole, opodal rozłożystego dęba, kontrastującego z odległą o kilkaset stóp iglastą ścianą lasu.

— Uczyniliśmy ohydną rzecz — wyparował Ervill, gdy byli już w komplecie, wpatrując się przy tym bystrym wzrokiem w szczyt wzniesienia. — Ohydną.

Avaret przystanął zaraz obok niego. Jego myśli przebiegały w szaleńczym tempie.

— Wybraliśmy jedyne słuszne rozwiązanie. Cóż innego moglibyśmy począć? Karą za zdradę, w obliczu nadchodzącej wojny, może być tylko śmierć. To nie ja urządziłem ten świat według obowiązujących zasad, jednak z większością z nich się zgadzam, jak okrutne by nie były. Neven musi umrzeć, a kto powinien zadać mu śmierć, jeśli nie człowiek najbardziej przez niego zdradzony? Tylko jasne i proste zasady, oraz ich bezwarunkowe egzekwowanie, mogą zapewnić nam przetrwanie w tym zwariowanym świecie.

Przesunął wzrok z elfa w stronę wzgórza, na którym tkwili nieruchomo Loretańczycy, Neven wciąż klęcząc. Czerwone promienie niknącego powoli wśród wzgórz słońca, kładły się na zniszczonych murach niegdysiejszej warowni, malując idylliczny pejzaż, tak nieprzystający do rozgrywającej się tam sceny. O dziwo, krajobraz otaczający ich samych wydał mu się zimny i surowy, okolica cicha, jakby zamarło w niej wszelkie życie. Jedynie chłodny wiatr poruszał się po niej leniwie, owijając ich ciała i wprawiając je w dreszcze. Nie spodziewał się prędkiego wykonania wyroku, pewien był, że Jovan uczyni wszystko, by wpierw zrozumieć intencje przyjaciela.

— Zdrada to jedna z najokrutniejszych zbrodni, jakich może dopuścić się człowiek — rzekł niespodziewanie milczący do tej pory Garray. — Śmierć ciała nie jest wbrew pozorom najgorszą rzeczą, z jaką możemy się zetknąć. Dużo gorsza od niej jest śmierć ducha, upadek nadziei, utrata zaufania. Nie wiem, czy Neven zdawał sobie do końca sprawę z tego, czego się dopuszcza. Nie wiem również, czy Jovan zdobędzie się na czyn, który wszak jego towarzyszom życia nie wróci, a pozbawi go za to innego z nich, jedynie w imię sprawiedliwości, zasad czy zadośćuczynienia.

— Musi. Tak po prostu musi być.

Garry wpatrzył się uważniej w scenę rozgrywającą się pośród ruin. Pytanie, które po chwili zadał, wypowiedziane zostało w przestrzeń przed nim, tak, że Avaret nie był do końca pewien, czy to na pewno on jest jego adresatem.

— A ty? Co ty byś uczynił na jego miejscu?

 

 

KONIEC

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część VII

05 sty

Dzień miał się już ku końcowi, gdy Avaret ponownie stanął w progu gospody „Pod Rogatym Jeleniem”. Ostatnie promienie słońca zdążyły smagnąć jego plecy, spływając następnie w dół, ku stopom, które chwilę później wiodły najemnika w górę schodów prowadzących do izb dla gości karczmy. Znalazłszy się na górze pchnął drzwi prowadzące do pokoju, który dzielił z Ervillem.

— Nareszcie jesteś — witające go słowa należały do Ervilla, siedzącego na skraju jednego z dwu wąskich łóżek. Elf pochylał się, przedramiona opierając na kolanach, dłonie łącząc ze sobą. Była to poza kogoś, kto z wyraźnym zniecierpliwieniem na coś czeka. A w tym wypadku kogoś.

— Trafiliśmy na trop — rzekł Jovan, zajmujący drugie łóżko. Avaretowi wydało się, że wstąpił weń jakby nowy duch, ożywiający nieco martwe kończyny, zmazujący z twarzy beznamiętny wyraz. Lekki podmuch wiatru wleciał do izby przez znajdujące się pomiędzy łożami uchylone okno, poruszając opadającymi na czoło lokami Loretańczyka. Wydawał się być w tym momencie tym samym radosnym młodzieńcem, którym musiał być, zanim narodził się jako jeden z synów wojny.

Siedzący na krześle przy drzwiach Neven dźwignął się, by móc dosięgnąć czegoś, co leżało na stojącym nieopodal regale, by następnie okazać rzecz Avaretowi. Oczy najemnika przebiegły od dołu do góry, wzdłuż ostrza sztyletu, jego jelca, aż do trzonu, na którym znajdował się jakiś grawerunek. Zamarł na krótki moment, gdy zdał sobie sprawę z tego, co widzi.

— Skąd to macie? — spytał. Suchość w gardle spowodowała, że jego głos zabrzmiał niczym piasek przesypywany z ręki do ręki.

Ervill podniósł się gwałtownie, przywołując na twarz pewny siebie uśmiech. Jego oczy śmiały się również, współgrając z ustami. Razem tworzyły obraz zwycięzcy, który utarł nosa rywalom i nie zamierza się tym nie chwalić.

— Widzisz, drogi przyjacielu, źle mnie oceniłeś. Starcze zgorzknienie jeszcze mnie nie nadgryzło, wciąż pełen jestem ikry, nadziei, chęci do działania i nieustępliwości. To, co mi wypominałeś, to jedynie rozum i doświadczenie, oraz dobra ocena sytuacji. Daruję ci jednak, zrzucając wszystko na karb nieroztropności, której z wiekiem na pewno się pozbędziesz.

— Możesz jaśniej?

— Przypadek — wtrącił się Jovan. — Czysty przy…

— Właśnie ta nieustępliwość — Ervill nie dał zepsuć sobie popisu, lekkim podniesieniem głosu dając do zrozumienia Jovanowi, by więcej się nie odzywał — doprowadziła mnie do jedynego tropu, jakim w tym momencie dysponujemy. Wyobraź sobie Avarecie, że gdy ty traciłeś czas w bibliotece, ja odnalazłem człowieka, który przypadkiem wszedł w posiadanie tego sztyletu. Znalazł go, jak mówi, na trakcie wiodącym na południe, niemal na samych obrzeżach miasta. Jovan i Neven przyjechali ze wschodu, można więc z całą pewnością założyć, że to nie oni go zgubili. Nie pozostaje nam nic innego, jak wsiąść na koń, i dopaść tych łajdaków — zakończył elf, krzyżując z dumą ręce na wypiętej piersi.

Avaret zaśmiał się ochrypłym śmiechem.

— Skoro opuścili już miasto, to kto usiłował mnie zgładzić, gdy byłem w Bibliotece? — rzekł, po czym, na poparcie swoich słów, okazał całej trójce mającą w niego ugodzić strzałę. Jako że tkwiła ona mocno w blacie stołu, który przeszyła, Avaret zdecydował się przeciąć ją na pół, by móc ją wyciągnąć.

Ervill przyjrzał się jej z konsternacją. Również Loretańczycy doskoczyli do Avareta, by móc bliżej przyglądnąć się przedmiotowi.

— Nie ma… Nie ma grawerunku — oświadczył niepewnym głosem elf.

Avaret drgnął, wyraźnie zaskoczony. Nie zadał sobie wcześniej trudu przeprowadzenia dokładniejszych oględzin strzały, wziął raczej za pewnik, że jest ona powiązana z Bractwem Jadowitego Węża. Uniósł ją na wysokość swoich oczu i obrócił obie części drzewca wokół ich własnych osi.

— Rzeczywiście… — wymamrotał wciąż przesuwając wzrokiem po przedmiocie, jak gdyby liczył na to, że grawerunek jednak gdzieś się na nim chowa. — Masz rację — przyznał po chwili bardziej zdecydowanym głosem.

— Co to oznacza? — spytał Jovan, przejmując od Avareta strzałę. Obejrzawszy ją pobieżnie — nie miał wszak powodów, by nie wierzyć osądowi poprzednich obserwatorów — przekazał ją Nevenowi.

— Cholera wie — odparł Ervill, z donośnym klapnięciem usadawiając się na łóżku. — Albo Bractwu skończyły się magiczne strzały… Albo w sprawę wmieszany jest ktoś jeszcze.

Avaret pokręcił głową.

— To niedorzeczne. Historia i tak jest już wystarczająco absurdalna. Nie czyńmy z niej jeszcze większej farsy.

— Co zatem uczynimy?

Avaret skrzyżował ręce na piersi. Ślad wiodący na południe, był jedynym, jakim dysponowali. Czas grał na ich niekorzyść, podjęcie ryzyka mogło im się niebywale opłacić, bądź pozostawić w miejscu, w którym i tak już tkwili. Nie mieli nic do stracenia.

— Ruszamy na południe. Jeszcze dzisiaj.

Zauważył, że jego słowa zrzuciły ogromny balast z ramion Jovana. Znać było, że młody Loretańczyk z napięciem oczekiwał próby podjęcia skonkretyzowanego działania, zapewne od chwili, w której płomyk nadziei na powrót rozgorzał w jego sercu. Z impetem dopadł drzwi, by następnie w tempie błyskawicy przemknąć po wiodących w dół schodach, zapewne, aby czym prędzej przygotować konie do drogi. Neven podążył jego śladem, emocje trzymając kurczowo na wodzy. W ginącym coraz bardziej w mroku nadchodzącej nocy pokoju pozostali jedynie Avaret i Ervill. Po chwili dołączył do nich również gołąb, który przysiadł na parapecie otwartego okna. W dziobie trzymał jakąś cienką witkę, lecz przestraszony głośnym okrzykiem, jaki dobył się gdzieś z pobliskich ulicznych zakamarków, wypuścił ją z dzioba, pozwalając upaść na ziemię.

— Wiesz, że być może dajemy im jedynie złudną nadzieję? — głos Ervilla przeciął ciszę, która zasnuwała izbę. — Że ten trop może doprowadzić nas równie dobrze donikąd?

Avaret milczał, wpatrując się w gołębia, który opadł na podłogę pokoju, po czym, pochwyciwszy gałązkę w dziób, wyfrunął na otwartą przestrzeń.

— Wiem. Ale grzechem byłoby nie spróbować.

* * *

Poruszali się naprzód w milczeniu, z rzadka jedynie wymieniając zdawkowe uwagi. Trzeci dzień pościgu zagnał ich na równinę Bermath, porośniętą niemal wyłącznie trawą. Wcześniej zostawili za sobą gęste bory, rwące rzeki, oraz kilka napotkanych po drodze, słabo zaludnionych osad. Avaret już na początku natknął się na ślad, który mógł zostać pozostawiony przez dwa uciekające wozy, jednak padające ostatnimi czasy deszcze uczyniły go dość niewyraźnym. Ponadto, mimo narzuconego wysokiego tempa, wyprzedzał ich on w dalszym stopniu, jak szacował najemnik, o niecały dzień. W niemałe zdumienie wprawił Avareta fakt, że mimo znacznego balastu, jakim jest ładunek oręża, złodzieje potrafią poruszać się tak szybko.

O ile to rzeczywiście oni.

Trakt, którym podążali, wyglądał na z rzadka uczęszczany. W wielu miejscach zarośnięty trawą, pełen zastarzałych kolein i dziur, nie wydawał się być najlepszą drogą wiodącą na południe. Avaret wiedział, że równolegle do niego, w odległości kilku lig, biegnie szeroki trakt, łączący północ z południem, utrzymany w dobrym stanie i bezustannie uczęszczany. O ile dobrze pamiętał mapy, droga, którą podążali, łączy się z nim w pewnym momencie, w którym jednak, tego nie był pewien.

Spojrzał przed siebie, aby po raz któryś już tego dnia ogarnąć wzrokiem teren, który wychodził im na spotkanie. W odległości kilkuset stóp dostrzegł zagajnik, wydający się być idealnym miejscem do schronienia w ciągu nadchodzącej nocy. Zerknął z góry na łeb swojego konia; jego obwisłe uszy, zwieszona głowa i rozluźniona dolna warga, w połączeniu ze znacznym spadkiem tempa ich pościgu, były jasnym sygnałem do zarządzenia postoju. Avaret nie był zadowolony z tego faktu, potrafił jednak realnie ocenić sytuację i nie wdawać się w bezsensowną szarżę, która mogła przynieść jedynie całkowite wycieńczenie ich wierzchowcom. Zamiast tego pochylił się i pogłaskał swego gniadosza po pysku.

— Zatrzymamy się opodal tego zagajnika — krzyknął donośniej przez ramię, aby jadący w tyle za nim towarzysze mogli go usłyszeć.

Rozłożywszy się w bezpośrednim sąsiedztwie linii drzew, przystąpili do szukania suchych gałęzi, z których można by rozpalić ognisko. Neven dokonał przeglądu ich zapasów, po czym oświadczył, że najwyższy czas coś upolować. Pozostawiwszy mu obowiązek zapewnienia im ognia, Avaret, Ervill i Jovan pochwycili łuki i, rozproszywszy się na trzy strony, ruszyli na polowanie. Czasu mieli już niewiele, cienie młodych drzew rosnących na skraju zagajnika wydłużały się z każdą kolejną chwilą.

Gdy po zapadnięciu zmroku spotkali się przy ognisku, okazało się, że jedyną zdobyczą jest mikry zając, dzierżony za uszy przez Ervilla. Równina nie obfitowała w zwierzynę, przynajmniej jadalną, gdyż ataku jakiejś przemierzającej ją w poszukiwaniu pożywienia watahy wilków można się było jak najbardziej obawiać.

— Lepsze to, niż nic — rzekł Jovan siadając. Podobnie uczynili Avaret i Neven, elf zaś w tym czasie zajął się patroszeniem szaraka.

— Nie martw się — powiedział Avaret. — Nasz pościg dobiega końca, kwestią kilku dni jest, jak dopadniemy tych łajdaków.

— Chciałbym w to wierzyć — bąknął Neven, wbijając wzrok w iskry lecące z ogniska.

— Czyżbyś nie zauważył, Nevenie — wtrącił żywo Ervill, wymachując odrąbaną zającowi łapą — że oto weszliśmy w posiadanie potężnego artefaktu, przynoszącego szczęście jego właścicielowi? Z taką pomocą nasza sprawa już wydaje się być wygrana.

Avaret parsknął śmiechem, kolejny raz niedowierzając poczuciu humoru przyjaciela. Jego parskniecie prędko przerodziło się w zduszony śmiech, który stopniowo udzielił się i Loretańczykom. Po chwili cała czwórka śmiała się donośnie, ocierając ściekające po policzkach łzy. Niedługo później zajadali się upieczonym zającem, podając sobie kolejno kij, na który został nadziany.

— Pora zażyć trochę snu — oznajmił Avaret po skończonym posiłku. — O brzasku musimy ruszyć w dalszą drogę.

Jako, że chłód nocy przybierał na sile, opatulili się czym mogli i prędko posnęli.

Z płytkiego snu wyrwał Avareta jakiś odgłos, dobiegający z bardzo bliska. Zerwał się z ziemi od razu dostrzegając źródło dźwięku.

Tuż przy ognisku kucał mężczyzna o elegancko przystrzyżonych, siwych włosach i krótkiej brodzie, odziany w kontrastujące z jego dostojnym obliczem łachmany, dorzucający do ognia zgromadzone uprzednio gałęzie. Mężczyzna zwrócił swe oblicze w kierunku osłupiałego najemnika; w jego oczach kryła się niezwykła mądrość i rozwaga, a także spryt i przebiegłość.

Avaret znał tego człowieka.

* * *

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część VI

11 paź

Potężny gmach, wzniesiony przed wiekami z gładko oszlifowanych bloków szarego kamienia sprawiał, że Wielka Biblioteka Mostaru w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Labirynt korytarzy, do których przylegały mniejsze pomieszczenia zajmowane przez bibliotekarzy, bądź też służące do innych celów, okalał ogromną Salę Główną, w której na równym rzędem ustawionych regałach, spoczywały książki, manuskrypty czy w końcu pojedyncze pergaminy. Ich liczba kazała przypuszczać, że Wielka Biblioteka niekoniecznie zaczerpnęła swą nazwę od rozmiarów budynku. Dostępu do niej nie mógł uzyskać każdy poszczególny mieszkaniec miasta, chyba, że był gotów słono za to zapłacić. Dużej części obywateli było to jednak wszystko jedno, zważywszy na fakt, że i tak nie potrafiła czytać, ni pisać.

Avaret podążał tropem niewysokiego dziadunia, odzianego w szary habit, przepasany grubym sznurem. Dziadunio sprawiał wrażenie do reszty zdziwaczałego, o czym świadczył już jego ubiór, sugerujący wręcz religijne oddanie i wierność zawartości biblioteki. Mimo to okazało się, że jest na tyle przytomny umysłowo, by pozbawić Avareta połowy zawartości jego sakiewki, w zamian za wstęp do Sali Głównej. Wykładem na temat historii Biblioteki uraczył najemnika, ku jego wielkiej uldze, nieodpłatnie.

W całym gmachu panował półmrok. Światło słoneczne, jak zapewnił dziadunio, niezbyt służy starym księgom. Mimo braku dostępu promieni słonecznych, jakoś udawało się jednak uchronić gmach od wilgoci. W jaki sposób, tego już przewodnik Avaretowi nie wyjaśnił.

Przystanęli przy kamiennej balustradzie, wieńczącej ich całkiem długi spacer pogrążonym w prawie całkowitych ciemnościach korytarzem. Avaret oparł się o nią, by móc przez chwilę podziwiać zapierający dech w piersiach widok Sali Głównej. W dole, jakieś dwadzieścia stóp poniżej poziomu, na jakim się znajdowali, rozciągały się niezliczone rzędy regałów, których końce ginęły w mroku gdzieś, hen daleko, na drugim końcu Sali. W oczy rzuciło mu się kilka jasnych punktów, rozproszonych w dość regularny sposób.

— To miejsca, w których można zasiąść i trochę poczytać — poinformował go dziadunio. — Krzesło, stolik, a na nim lampka oliwna. Uwagę zachowaj, młodzieńcze, byś przypadkiem pożaru nie wzniecił. Co prawda dawno się tu już żaden nie zdarzył, aczkolwiek po dziś dzień zachowuję wspomnienie ognia szalejącego przed pięćdziesięciu laty. Zabrał ze sobą wiele bezcennych manuskryptów, że wspomnę choćby…

— Wątpię, bym ich potrzebował — przerwał bezpardonowo najemnik. — Jak już mówiłem, interesuje mnie Bractwo Jadowitego Węża.

Dziadunio zacmokał, zawiedziony najwyraźniej tym, że nie będzie mu dane wygłosić kolejnej oracji.

— Bractwo Jadowitego Węża — powtórzył. W jego głosie czaiła się lekka niechęć. — Chodźmy więc.

Zeszli w dół po szerokich schodach, zbiegających w obie strony równolegle do balustrady. Gdy już ich stopy stąpały po posadzce Sali Głównej, dziadunio wyciągnął rękę, wskazując coś w oddali.

— Tym korytarzem aż do miejsca, w którym ginie on w mroku — przez korytarz rozumiał przestrzeń ograniczoną z obu stron przez wysokie regały. — Tam powinieneś coś znaleźć.

Avaret skinął głową. Mimo, że granica mroku z wiadomych przyczyn musiała ulec przesunięciu w miarę, jak będzie posuwał się naprzód, nie poprosił o konkretniejsze wskazówki. Nie miał ochoty na dalsze pogaduchy z przewodnikiem. Ruszył żwawym krokiem, rozglądając się z podziwem po otaczającym go świadectwie wielowiekowej historii. Ciszę, jaka tu panowała, mącił jedynie niewyraźny szelest, być może szepty innych ludzi buszujących pomiędzy regałami, wzdragających się odezwać głośniej przez wzgląd na powagę miejsca, w jakim się znajdowali.

To szepczą karty historii. O wiekach minionych, lecz także i przyszłych, gdyż w końcu historia nauczycielką życia.

Najemnik uśmiechnął się krzywo do własnych myśli, zastanawiając nad tym, kiedy to ostatnio historia kogokolwiek czegoś nauczyła.

Przystanął, by ocenić dystans, jaki pokonał. Koniec alejki za jego plecami zdawał się być całkiem zatopiony w mroku, zdecydował więc, że to w tym miejscu rozpocznie swoje poszukiwania. Podszedł do stojącego najbliżej regału i na chybił trafił wybrał tomiszcze, które najbardziej rzuciło mu się w oczy. Wybór padł na O poprawie moralności ludu prostego, co nie okazało się być celnym strzałem. Avaret odłożył księgę na swoje miejsce, swą uwagę zwracając w nieco dalsze rejony. Począł przebiegać wzrokiem po półkach od lewej do prawej, gdy nagle w oczy rzucił mu się grawerunek, który już tak dobrze znał. Odszukał szybko ów znak wśród rzędu opasłych ksiąg, które przejrzał. Nie mylił się. Znak węża wyryty na grzbiecie jednej z książek był identyczny z tym znajdującym się na drzewcu strzały, z tą różnicą, że ten najpewniej się nie poruszał. Wyciągnął księgę, wzniecając kurz pokrywający ją i sąsiednie tomy, po czym obrócił się w kierunku niewyraźnego światła, którego źródłem była mała lampka, zdobiąca blat stołu uposażonego w jedno krzesło z oparciem. Stolik stał wciśnięty pomiędzy dwa znajdujące się naprzeciw siebie regały, przerywając ciągłość zmierzającego dalej łańcucha, z przodu zaś ograniczony był przez szeroki filar, wspierający wysoki strop biblioteki. Avaret usadowił się wygodnie na krześle. Pełgający chaotycznie ogienek lampki zmusił go początkowo do przymrużenia oczu. Gdy już się przyzwyczaił, skierował całą swoją uwagę na leżącą przed nim księgę.

Czy to w niej znajdę odpowiedzi na swoje pytania? Czy wiem w ogóle, jak one brzmią? Co spodziewam się odnaleźć?

Wypuszczając z głośnym świstem powietrze z ust, otworzył księgę.

Dzieło Sazaara Bardta — przeczytał w myślach Avaret. Rok 1307.

Najemnik przyjrzał się z zaciekawieniem dacie zdobiącej pierwszą kartę. Wyglądało na to, że księga została spisana w czasach, o których wspominał w swojej opowieści Goran, okresie działalności Bractwa. Samo nazwisko autora nic jednak Avaretowi nie mówiło. Odwrócił wzrok w kierunku, z którego przyszedł. Przez chwilę nie widział nic, oszołomiony zupełnie półmrokiem korytarza, po kilku mrugnięciach oczu przywykł jednak do niego. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że niewyraźny szelest, do tej pory dobiegający jego uszu, całkowicie zanikł, zastąpiony przez niepokojącą ciszę. Poczuł się, jak gdyby był zupełnie sam pośród tysięcy zakurzonych ksiąg, jedyny człowiek starający się za wszelką cenę dokopać prawdy, samotnie stawiając czoła setkom lat dziejów. Skupił się na powrót na księdze. Ktoś, kto przyjrzałby się w tym momencie jego twarzy, dostrzegłby ogniki pełgające w jego błękitnych oczach, czyniące je jeszcze jaśniejszymi, niż były zazwyczaj. Ogień ten w większości przypadków okazałby się być narzędziem niezbędnym człowiekowi do przeżycia, opatulającym go ciepłym płaszczem, zapewniającym ochronę. Podsycony jednakowoż przez czyjeś wrogie działanie, gotów był nieść śmierć i spustoszenie.

Avaret, podparłszy pięścią czoło, zagłębił się w lekturze. Wydarzenia, których dotyczyła, zostały już pokrótce przedstawione najemnikowi w opowieści dozorcy. Autor księgi przekonywał, że udało mu się przeniknąć do Bractwa, którego stał się pełnoprawnym członkiem. Ogólnikowe opisy, nie odbiegające specjalnie od wszakże mało szczegółowej relacji Gorana, nie zdawały się jednak potwierdzać tego faktu. Avaret począł przewracać kolejne stronice, zapoznając się z ich treścią dość pobieżnie. Zapełnione były one w większej mierze raczej fantazyjnym tłem dziejowym, aniżeli konkretnymi informacjami. Zirytowany Avaret zamknął z hukiem księgę, nie zważając na głośne echo, jakie poniosło się po ścianach Sali Głównej.

Tylnia okładka otworzyła się jednak z powrotem, odsłaniając ostatnią kartę księgi.

jednakowoż największą spośród sił Bractwa jest jego wieczność, oparta na solidnych fundamentach tajemnicy i skrytości, lojalności i tradycji, która przetrwa wśród wybranych, by pozwolić mu powrócić w najmniej spodziewanym momencie. Czy to po pięćdziesięciu, stu, czy w końcu pięciuset latach.

Avaret zamrugał, niedowierzając gorzkiej ironii ostatnich słów.

A może…?

Nagłe przeczucie wyrwało go z sideł krainy domysłów. Błyskawicznie oderwał się od stołu, przewracając się wraz z krzesłem na ziemię w momencie, w którym coś rozpruło powietrze z głośnym świstem, uderzając następnie w blat stołu. Avaret pozbierał się natychmiast z ziemi, usiłując wykryć źródło zagrożenia. Jego oczy przesłonięte były jednak kurtyną czarnych chmur, mieniących się mimo intensywnego mrugania powiekami. Gdzieś z góry dobiegł go odgłos uderzających o kamień podeszew, dźwięk uciekającego człowieka. Nim jego wzrok przyzwyczaił się do panujących ciemności, hałas zdążył już zginąć gdzieś w oddali.

Avaret, z wciąż szybko bijącym sercem, zerknął w stronę książki, nad którą dopiero co się pochylał. Tylna okładka w dalszym ciągu pozostawała otwarta. Niemałą pomoc niosła jej w tym tkwiąca w niej strzała, której grot schowany był gdzieś pod blatem stołu.

Czyżby to wszystko była prawda? — zadał sobie pytanie Avaret.

Nagły dreszcz wstrząsnął jego ciałem.

* * *

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Synowie wojny, część V

18 wrz

Ervill, rozsiadłszy się wygodniej, a przez wygodę rozumiał oparcie prawej nogi na stole i kołysanie się na tylnich nogach krzesła, począł analizować odbytą dopiero co, utrzymaną w niezbyt przyjaznym tonie, pogawędkę z Avaretem. Przywary, jakie zostały mu w niej wytknięte, w żaden sposób nie wydawały się mu być prawdziwe, co nie znaczyło wcale, że nie poczuł się lekko dotknięty. Zjeździł z Avaretem pół świata, wespół stawiali czoła niebezpieczeństwom, jakie innym nawet się nie śniły, hartując tym samym swoją przyjaźń. Elf zdawał sobie sprawę z różnic światopoglądowych, jakie ich dzielą, mimo to miał pewność, że jego kompan rozumie go bardziej, niż ktokolwiek inny na tym świecie. To samo działało również w drugą stronę. Ervill bardzo dobrze pojmował prawość i niezłomność Avareta, jego szlachetność, honorowość i cały zespół innych cech, które trudno było wyrazić jednym słowem, co więcej, pochwalał je i w jakimś stopniu także podzielał.

Przeniósł wzrok na wciąż niedopite piwo, sięgające swoim poziomem niemal dokładnie połowy kufla i zadał sobie odwieczne pytanie filozofów. Odpowiedź, jaka mu się jednak od razu nasunęła, usprawiedliwił prędko swoim umiłowaniem do piwa i innych mocnych trunków, zapewniając siebie samego, że gdyby w kuflu była woda, jego odczucia byłyby zgoła odmienne.

Z morza przemyśleń wyłowił go obraz zapadniętych oczu Jovana, przeszklonych nie wylanymi łzami, trwale odkrytych przez tkwiące nieruchomo powieki.

— Przykro mi — bąknął ni z tego ni z owego, z najwyższym trudem starając się stłumić głośne beknięcie, tak nieodpowiednie dla tej chwili. Udało mu się wygrać tę walkę, natychmiast zdał sobie jednak sprawę z tego, jak głupio zabrzmiały jego słowa. Zauważył, że Loretańczyk nawet nie drgnął, co odczytał jako dobry znak. Pochyliwszy głowę, jął z mozołem klecić w myślach formułkę, która mogłaby wlać trochę miodu w poszarpane serce Jovana, przyszło mu jednak do głowy, że jest w nim zbyt wiele dziur, przez które miód z pewnością od razu wypłynie. — Długo ich znałeś?

Jovan uniósł nieco głowę, na tyle, by móc przyjrzeć się obliczu elfa. Minęła dłuższa chwila, zanim w końcu zdecydował się odpowiedzieć.

— Niezbyt — siła jego głosu zaskoczyła Ervilla, który spodziewał się usłyszeć raczej jęk i szlochanie, aniżeli pewną odpowiedź. — Spotkaliśmy się po raz pierwszy na krótko przed naszą wyprawą. Niemniej znałem ich dobrze.

Ervill na powrót zajął się kuflem piwa, jednocześnie uważnie słuchając.

— W trakcie takiej wyprawy można poznać człowieka od stóp do głów, ze wszystkimi jego zaletami i przywarami, lękami i radościami. Dagonet i Risk byli mi druhami, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, wiernymi i oddanymi, gotowymi stanąć za mną w najgorszej opresji. Można przeżyć całe życie u boku drugiej osoby i do końca nie wiedzieć, czego się po niej spodziewać. W tym przypadku było dokładnie odwrotnie. W ciągu krótkiego czasu zdołałem się przekonać, że mogę na nich polegać.

Ervill upił porządny łyk piwa.

— Mądrze prawisz. Nawet zbyt mądrze, jak na takiego młokosa.

— Nieco inaczej ma się sprawa z Nevenem — kontynuował Jovan, puszczając uwagę elfa mimo uszu. — Pochodzimy z tej samej wioski, wspólnie wychowywaliśmy się, dorastaliśmy, wspólnie też przystaliśmy do rebeliantów. Połowa moich wspomnień, tych radosnych, ale i też gorzkich, jest również i jego wspomnieniami. Pierwsza walka na drewniane miecze, praca w polu, wspólne psoty, jak i otrzymane za nie lanie, letnie kąpiele w rzece, słuchanie opowieści starszych w długie, mroźne, zimowe wieczory… Podróż do Gorzejących Gór. Śmierć Dagoneta i Riska.

Ervill zdał sobie sprawę, że ślina, która zebrała mu się w rozdziawionych ustach, zaraz osiągnie poziom, po przekroczeniu którego spłynie mu po brodzie. Przełknął ją szybko, zastanawiając się, czy Jovan, którego poznał zeszłego wieczora, umarł już na zawsze. Jednocześnie zauważył, że potok wylanych przezeń słów, przynosi mu nieco ukojenia, jak gdyby wyrzucał z siebie jakąś truciznę. Samo to, że przemawiał donośnie i bez zająknięcia, było sporym postępem w porównaniu do stanu, w jakim jeszcze niedawno się znajdował.

— Tak — podjął na nowo, równie mocnym, jak przedtem głosem. — O ile Dagoneta i Riska mogę nazwać druhami, o tyle w przypadku Nevena odpowiedniejszym określeniem byłby brat.

Ostatnie słowa Jovana wprawiły Ervilla w stan głębokiej zadumy. Relacje, które tak dokładnie i obrazowo opisywał, oraz uczucia, jakich w związku z nimi doświadczył, kazały elfowi zastanowić się nad tym, w jakim miejscu znajduje się nić jego życia, czy splata się z innymi, a jeśli tak, to jak ściśle. Mimo szmatu czasu, licząc kategoriami ludzkimi, jaki już przeżył, nie mógł powiedzieć, że spotkał na swej drodze wielu przyjaciół, osób, dla których coś znaczył, bądź które dla niego coś znaczyły. Kompanów do picia, owszem, miał wielu, wiedział jednak, że każdy z nich sprzedałby go za garść miedziaków, gdyby nadarzyła się ku temu okazja. Podrapał się po szyi, będąc już bliskim gorzkiej konkluzji. Jedyną osobą, na którą mógł w swoim życiu liczyć, był Avaret.

Moment puenty, jaką w duchu wygłosił, zbiegł się w czasie z trzaskiem raptownie otwieranych drzwi wejściowych. Ervill zerknął w ich stronę ponad ramieniem Jovana, do którego — uszu wskazywał na to brak jakiejkolwiek reakcji ruchowej — hałas najwyraźniej nie dotarł. Przez próg gramoliła się niezdarnie grupka trzech wyraźnie podchmielonych młodzieńców, którym towarzyszyła dziewka będąca ich rówieśnicą. Pierwszych dwóch miało identyczne, gęste czarne czupryny, bliźniaczo podobne spojrzenia brązowych oczu, oraz takie same, delikatne podbródki. Musieli być braćmi. Trzeci miał gładko wygoloną głowę, po której spływały ostatnie krople pozostawionego na zewnątrz deszczu. Dziewczyna, o delikatnej twarzy i silnie rudych, prawie czerwonych włosach, trzymała się wyraźnie jego boku. Wszyscy odziani byli w stroje sugerujące raczej niższe pochodzenie, pełne łat i dziur, na które łat już zabrakło. Rozejrzeli się niespiesznie po sali, po czym zajęli stół stojący w sąsiedztwie paleniska. Nim to jednak uczynili, łysy młodzieniec zdążył rzucić Ervillowi pełne pogardy spojrzenie. Nim dołączył to towarzyszy, elfowi udało się przyuważyć miecz wiszący u jego pasa, który wychylił się na krótką chwilę spod sięgającego niemal ziemi płaszcza.

Nie wyglądają na uczciwych obywateli — pomyślał Ervill instynktownie umiejscawiając całą gromadkę w klasie przestępczej miasta Mostar.

Nowi goście prędko zaczęli się domagać piwa, ponaglając biednego Holeta paskudnie brzmiącymi przekleństwami. Popłoch, jaki wywołały one u gospodarza, przywiódł go do nieszczęśliwego potknięcia, w konsekwencji którego cała pierwsza kolejka rozlała się po ziemi. Feralny wypadek rychło doczekał się salw śmiechu, które jednak prędko ustąpiły kolejnym przekleństwom. Ervill na dobre zajął się dopiciem piwa, starając się równocześnie nawiązać swobodniejszą rozmowę z Jovanem, jednak jego zdawkowe odpowiedzi z czasem okazały się przeszkodami nie do pokonania. Elf na powrót pogrążył się w zadumie, nie na tyle jednak głębokiej, by jego uszy nie wyłowiły paru paskudnych epitetów dotyczących jego osoby, dobiegających z sąsiedniego stołu. Zwróciwszy swe oczy w kierunku źródła tych obelg, napotkał spojrzenie łysego młodzieńca, który zdawał się od dłuższego czasu łypać na niego spode łba. Ervill nie należał do tych, co to dają sobie w kaszę dmuchać. Rozeźlić go tez nie było ciężko.

— Cóż tak spozierasz na mnie spode łba? — rzucił wyzywającym tonem w wiadomym kierunku. — Dawnoś nie widział nikogo z gatunku długowłosych, mam rację?

Ruda dziewczyna siedząca u jego boku roześmiała się słodko i szczerze, wprawiając łysego w stan zażenowania, potwierdzony obrazem kraśniejących policzków. Przysunęła usta do jego ucha i zaczęła szeptać. Mimo, że tego nie słyszał, Ervill był pewien, że podjudza go do odpowiedzi na jego zaczepkę.

— Dawno nie widziałem tutaj plugawego elfa!— warknął młodzieniec, opluwając wszystko i wszystkich, którzy znajdowali się wokół niego.

Ervill zaśmiał się donośnie.

— Może zatem pokażesz mi łaskawie miejsce, w którym będę mógł się schować przed twoim gniewem? — odparł łysemu, postanawiając dorzucić cegiełkę do wznoszonego muru jego poczucia podrażnionej dumy. Bardziej wynikało to z faktu, że zdążył już mocno stęsknić się za walką, aniżeli z powodu wymierzonych w niego inwektyw. Chłopak wydawał się idealnym przeciwnikiem do tego, aby przypomnieć sobie, jak miecz leży w ręce.

Dziewczyna wciąż szeptała, chłopak znajdował się już na drodze, z której wstyd byłoby zawrócić. W końcu wstał, zachwiawszy się przy tym nieznacznie.

— Pokażę! — rzucił buńczucznym tonem. — Pierwej jednak wyrządzę ci trochę krzywdy.

Ervill również powstał, uśmiechając się pod nosem. Zauważył, że także i jemu piwo zmąciło zmysł równowagi. Potraktował ten fakt jako dodatkową gratkę w szykującej się zabawie.

— Wyjdźmy więc na zewnątrz, by stoczyć ten heroiczny pojedynek. Gospodarza darzę zbyt dużą estymą, by doprowadzać jego przybytek do ruiny.

Łysy młodzieniec chyżo ruszył w kierunku drzwi, nie czekając, aż Ervill wygramoli się zza stołu. Jego kompania ruszyła w ślad za nim. Ervill, wciąż z kpiącym uśmiechem na ustach, mimowolnie zerknął w stronę Jovana. Widok jego twarzy, świadomość tego, że urządza sobie podobne zabawy w cieniu tragedii, jaka dotknęła jego towarzysza, sprawił, że uśmiech momentalnie spełzł mu z twarzy.

— Nie martw się — rzekł lakonicznie, gestem zachęcając Jovana do pójścia ze sobą. Ku jego uldze, Loretańczyk zdecydował się mu towarzyszyć.

Na zewnątrz wciąż lało. Gdyby ulica w tym miejscu nie była brukowana, przyszłoby im grzęznąć w błocie, co już całkowicie zamieniłoby ich potyczkę w zwykłą farsę.

— Jestem Katus — krzyknął łysy. Jego głos z trudem dotarł poprzez strugi deszczu do Ervilla. Elf od razu nadał młodzieńcowi własne imię, które od oryginalnego wyróżniał jedynie rozstaw liter. — Będziesz mnie pamiętał na długo po tym, jak z tobą skończę.

Nie czekając na odpowiedź, runął do bezmyślnego ataku, trzymając miecz oburącz, tuż przy twarzy. Nie zdołało to zaskoczyć elfa, który szybkim ruchem wydobył swój oręż z pochwy. W momencie, gdy Katus był już bliski końca swojej szarży, Ervill uchylił się nieco, otwierając przeciwnikowi dalszą drogę. Zdążył jeszcze klepnąć go płazem miecza w pośladki, w konsekwencji czego chłopak całkowicie stracił już równowagę i wyrżnął twarzą o ziemię.

— Oto jest mąż, który prawdziwie umiłował tę ziemię — zakpił Ervill. — Składa jej pocałunki nie bacząc na wrogą aurę.

Katus podniósł się w końcu, co nie znaczy, że nie kosztowało go to wielkiego trudu. Gdy zwrócił się pokiereszowaną twarzą w kierunku przeciwnika, w jego spojrzeniu można było dostrzec gniew graniczący z furią. Sapał głośno i warczał, Ervill natomiast śmiał się, podobnie jak i ruda dziewczyna. Znać było, że jakiekolwiek były zamiary Katusa wobec niej, ona nie traktuje go zbyt poważnie.

Młodzieniec sapnął jeszcze kilka razy, po czym natarł po raz kolejny, tym razem jednak z mniejszym impetem. Ervill bez trudu odbił kilka jego bezładnych ciosów, na koniec uderzając go dłonią zaciśniętą na rękojeści prosto w nos. Katus z krzykiem złapał się zań dłonią wolną od miecza. Krew, jaka spłynęła mu po ustach i brodzie, lądowała na bruku, prędko rzednąc wśród spadającego deszczu.

— Ty… skurwysynu! — wystękał chłopak, co wydawało się być zwyczajowym zwrotem w podobnej sytuacji. Odjąwszy dłoń od zakrwawionego nosa, ukazał zaciśnięte wściekle zęby. Nie nauczony poprzednimi doświadczeniami, przypuścił następny, wyzuty z jakiejkolwiek strategii atak. Zamachnął się kilkukrotnie, uderzając całkowicie na oślep, nie osiągając jednak ani razu celu, gdyż każde z natarć napotykało albo unik, albo było bez trudu blokowane. Znudzony już tą zabawą Ervill wykorzystał pierwszy, lepszy moment, w którym przeciwnik całkiem się odsłonił, i wolną ręką rąbnął go potężnie w brzuch. Katus zgiął się w pół, wydobywając z siebie stłumiony jęk. Gdy tak trwał w tej pozycji, Ervill obszedł go spokojnie i, przyjrzawszy się dokładnie celowi, kopnął go podeszwą w wypięte pośladki. Młodzieniec poleciał w przód, raz kolejny stykając się twarzą z szorstkim brukiem.

— Dziękuję państwu, koniec widowiska — podsumował elf chowając miecz i teatralnie otrzepując ręce. Ruszył niespiesznym krokiem z powrotem w kierunku karczmy, gdy nagle dostrzegł, jak prawa ręka Jovana unosi się ku górze, a jej palec wskazujący prostuje, by coś mu wskazać. Jeszcze zanim Loretańczyk zdążył wykrzyczeć słowa ostrzeżenia, Ervill błyskawicznie odskoczył w bok, słysząc, jak coś rozdziera powietrze w miejscu, w którym dopiero co stał. Chwilę później rozległ się dźwięk metalu uderzającego o kamień.

— On… Próbowałem cię ostrzec — wydusił Jovan, mierząc palcem w klęczącego Katusa. Ervill, niewiele się zastanawiając, doskoczył do niego i, nie okazując żadnej litości dla wciąż klęczącego mężczyzny, wymierzył mu kopniaka prosto w twarz. Jego siła była tak wielka, że pokonany wykonał niemal pełny obrót wokół własnej osi, nim ostatecznie rozciągnął się jak długi na bruku. Elf splunął na bezwładne ciało, ostatecznie odbierając chłopakowi honor.

— Pozbierajcie go — warknął do dwóch jego bliźniaczo podobnych do siebie towarzyszy. Na dźwięk jego słów targnął nimi dreszcz przerażenia. — A ty, ruda… Nie zadawaj się z nim. Przecież widzisz, że to idiota.

Dziewczyna skinęła głową. Delikatny uśmiech nie opuszczał jej ust.

— Chodź Jovan, wracajmy do środka. Całkiem już przemokłem.

Postąpił kilka kroków naprzód, lecz zdał sobie sprawę, że podąża sam.

— Jovan? — dorzucił pytającym tonem, odwracając się w kierunku stojącego nieruchomo mężczyzny. Loretańczyk wpatrywał się uparcie w sztylet, który o mały włos nie ugodził Ervilla. Gdy ten podszedł bliżej, dojrzał to, co wprawiło jego kompana w stan niemego osłupienia. Rękojeść zawierała grawerunek. I nie był to byle jaki grawerunek.

Był to herb Loretii.

* * *

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Opowiadanie