RSS
 

Bez przebaczenia, część I

19 sie

 

Pośród całego morza traw, przyozdobionego gdzieniegdzie kilkoma drzewami, czy krzewami, dało się widzieć niewielki jasny punkt. Źródłem tego światła było ognisko, nieco już przygasające, ogrodzone dookoła osłaniającymi je kamieniami. Noc była całkiem chłodna, lato miało się już ku końcowi, w powietrzu wyraźnie można było wyczuć nadchodzącą małymi krokami jesień. Stary dąb, górujący nad niewielkimi krzewami rosnącymi w jego pobliżu, łagodnie pochylał się nad żarzącym kawałem drewna. Przy ognisku siedziało dwóch wędrowców, obaj opatuleni szczelnie ciepłymi pledami, trwali nieruchomo w milczeniu. Ogień przyjemnie ogrzewał ich stopy, rozgrzane powietrze delikatnie muskało policzki.

Pierwszy z nich był ewidentnie elfem, świadczyły o tym niezawodnie spiczaste uszy. Włosy miał nieco dłuższe, niż do ramion, oczy zielone, na czole nosił przepaskę. Tuż obok niego spoczywał jego oręż — miecz półtoraręczny znajdujący się w pochwie, oraz drewniany łuk i kołczan nabity ledwie kilkoma strzałami. Mężczyzna zwał się Ervill i był jednym z elfów z południa.

Blask ognia oświetlał także i twarz jego towarzysza. Ten nie był elfem, pochodził z rasy ludzi. Wyższy od Ervilla, twarz miał naznaczoną kilkudniowym zarostem, jasne włosy miał do ramion, oczy koloru niebieskiego. Podobnie jak towarzysz, również był uzbrojony, oprócz asortymentu odpowiadającego elfowemu posiadał także krótki sztylet, który nosił zatknięty za pas.

Na którymś z pobliskich drzew zahukała sowa, liście zaszeleściły pod wpływem powiewającego wiatru.

Dorzuć trochę drzewa, Avaret — rzucił Ervill. — Zaczyna przygasać, a noc będzie chłodna, psiakrew. Ba, już jest — mówiąc te słowa, ostentacyjnie, mogłoby się zdać, zadrżał z zimna.

Mężczyzna obrócił powoli głowę w stronę elfa. Brwi miał ściśnięte, nawet nie mrugnął. Niejeden śmiałek przestraszyłby się tego spojrzenia tak, że tylko podciągnąłby spodnie i uciekał, gdzie pieprz rośnie. Spojrzenie srogich, lodowatych oczu Avareta nie zrobiło najwidoczniej na Ervillu żadnego wrażenia, gdyż tylko kiwnął ponaglająco głowa. Avaret dźwignął się powoli bez słowa, by sięgnąć mało okazałego stosu badyli, który uzbierali uprzednio, krążąc wokół nielicznych na tej równinie drzew. Wiatr zadmuchał mocniej, gałęzie wielkiego dębu zaszeleściły, niewielki płomień zatańczył na ognisku. Avaret w milczeniu dorzucał kolejne suche gałęzie, które szybko zajmował ogień. Na jego rękach pozostawało jeszcze jedynie kilka badyli, gdy wtem znieruchomiał, uniósł głowę i począł nasłuchiwać.

Elf otworzył usta z zamiarem pospieszenia towarzysza, lecz ten jedynie podniósł rękę w wyraźnym geście nakazującym milczenie. Ervill zamarł z rozdziawioną gębą, gdy w tym czasie Avaret kręcił dookoła głową ogarniając wzrokiem najbliższą okolicę. Księżyc miał tej nocy postać sierpa, toteż niewiele dało się dojrzeć, niewielkie ognisko również nie dawało na tyle blasku, by móc zobaczyć, co znajdowało się w większej odległości.

Krzaki w pobliżu dębu wyraźnie zaszeleściły. Oczy wędrowców błyskawicznie zwróciły się w tamtym kierunku. Ervill podniósł się ostrożnie, gdy w tym czasie Avaret zaczął powoli zmierzać w kierunku gęstwiny. Jego ręka już szukała sztyletu zatkniętego za pasem. Pomimo małej odległości oczy mężczyzny dalej nie potrafiły wiele dojrzeć.

Już otwierał usta, by krzyknąć, że ktokolwiek się tam chowa, ma natychmiast się ujawnić, gdy wtem ujrzał przed sobą wyraźnie sylwetkę mężczyzny. Przystanął, gdy tymczasem ten poruszył się i począł stawiać pewne kroki w kierunku ogniska, nadal jednak spowity w ciemności. Ręka Avareta mocno ściskała rękojeść sztyletu, z tyłu Ervill łagodnie podnosił łuk i napinał cięciwę.

Blask ogniska oświetlił najpierw czubki butów nieznajomego, następnie całą resztę sylwetki. W świetle ognia ukazał się mężczyzna o długich, siwych i potarganych włosach. Ubranie miał już bardzo znoszone, postrzępione na rękawach i nogawkach oraz przetarte w wielu miejscach. Na plecach niósł słabo wypchany worek podróżny, w którym znajdowało się pewnie nie więcej, niż pół bochenka chleba, kawałek sera i bukłak z wodą. Mężczyzna wydawał się pewny siebie, jego oczy bystro spoglądały na obozowisko, jego usta wyginały się w lekkim uśmiechu.

Wędrowcy szybko otrząsnęli się z oszołomienia. Ervill opuścił łuk, Avaret podobnie uczynił z dzierżonym przezeń sztyletem.

Ktoś za jeden? — rzucił elf w kierunku przybysza. Jego oczy przebiegały od stóp do głowy intruza i z powrotem.

Usta mężczyzny wykrzywił jeszcze szerszy uśmiech. Zgiął się w pół i położył worek u swych stóp.

Nie chciałem was przestraszyć dzielni przyjaciele — odparł.

Ervill prychnął drwiąco, co miało uzmysłowić nieznajomemu, że ktoś taki jak on niczego się nie boi, a już na pewno nie starego mężczyzny w podartym ubraniu, uzbrojonego jedynie w niemal pusty worek przerzucony przez plecy.

Skąd myśl, że nas wystraszyłeś? — spytał Avaret. Jego brwi były ściśnięte.

Mężczyzna nie odpowiedział, zamiast tego zrobił bardzo wymowną minę, z której wyraźnie można było wyczytać, że nie widzi celu w prowadzeniu dalszej dyskusji na ten temat, uznając zaistniałą sytuację za dość klarowną.

Nazywam się Garray — rzekł.

Witamy cię, Garrayu — odparł Avaret cały czas bacznie przyglądając się starcowi. — Byłbyś łaskaw wyjawić nam, dlaczego podkradałeś się do nas, jak jakiś złodziej?

Uczucie lekkiego niepokoju opuściło już Avareta. Mężczyzna, który stał przed nim, wydawał się zupełnie niegroźny i nieszkodliwy.

Musiałem się upewnić, że sami nie jesteście jakimiś zbójami — wyjaśnił z uśmiechem Garray. — Dlatego wolałem się wam chwilę przyglądnąć, zanim postanowiłem się ujawnić. Szczerze powiedziawszy obserwowałem was już od dłuższej chwili, zanim zdołaliście coś zauważyć, bądź usłyszeć.

Avaret zacisnął mocniej zęby. Nie podobał mu się fakt, że dał się tak zaskoczyć. Uważał siebie za dość uważnego i ostrożnego tropiciela, który potrafi podejść i odnaleźć każdego po odciskach stóp, czy innych poszlakach mogących wskazać czyjeś położenie, ale który równocześnie, gdy tego chce, umie stać się niewidzialny. Oczywiście nie w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Zapadła krótka cisza, którą zaraz przerwał Ervill.

Siadajże dziadku!— zawołał dziarsko. — Jam jest Ervill, dowódca tej — ogarnął wzrokiem całe obozowisko — kompanii. To jest Avaret — wskazał na przyjaciela przyglądającego się mu w milczeniu krytycznym wzrokiem — mój najbardziej zaufany człowiek. Siadaj i rozgość się!

Dziękuję — odparł Garray usadzając się wedle zaleceń elfa. Avaret uczynił to samo. Wiatr zawył silniej, dwaj towarzysze zaraz szczelniej owinęli się pledami, podczas gdy starzec ani razu nie zadrżał z zimna.

Skąd podróżujesz przyjacielu? — zagadnął Avaret.

Starzec wyciągnął ze swego worka kawałek chleba, ugryzł go i zaczął przeżuwać.

Twardy już, cholera… — mruknął sam do siebie. Pogrzebał jeszcze w worku, dobył manierki z wodą i pociągnął kilka sporych łyków. — Podróżuję ze wschodu na zachód — zwrócił się już w ich kierunku. — Jestem w drodze od trzech dni.

Na zachód powiadasz? Tedy droga wypada nam w jedną stronę.

Jeśli nie będzie wam przeszkadzać moje towarzystwo, możemy podróżować wspólnie — rzekł Garray. — Zawsze to raźniej w kompani, niż samemu.

A jeśli naprawdę jesteśmy zbójami i zaraz ograbimy cię z ostatniego grosza, zarżniemy jak świnię i zostawimy sępom na pożarcie? — wtrącił się Ervill. Jego twarz zastygła w wytrenowanym, złowieszczym uśmiechu. Liczył, że zdoła zasiać w głowie mężczyzny ziarno wątpliwości. Nie dlatego, że miał wobec niego jakieś złe zamiary. Chciał się jedynie z nim zabawić, tylko po to, by na końcu ryknąć śmiechem, widząc zatrwożoną minę starca.

Garray jednak jedynie uśmiechnął się lekko.

Mówiłem, że przyglądnąłem się wam, zanim wyszedłem z krzaków — odparł. — Tacy z was zbójcy, jak ze mnie, nie przymierzając, czapla. Zresztą mało liczna ta wasza banda.

Ervill otworzył usta, by coś odpowiedzieć, jednak ubiegł go Avaret.

W jakim celu podróżujesz na zachód, jeśli można spytać?

Garray odchylił lekko głowę do tyłu. Światło bijące od ognia ogarnęło teraz całą jego twarz. Wydała się teraz Avaretowi bardziej dostojna, niż na początku. Nie była już twarzą wędrownego łachudry, lecz kogoś skrywającego więcej tajemnic, niż się można było spodziewać. W jego oczach wesoło tańczyły żółto czerwone płomienie. Avaret nie był pewien, czy to aby na pewno jedynie odbicie płonącego ognia. W jednym momencie nabrał jeszcze większego respektu do Garraya.

Zasadniczo rzecz biorąc podróżuję bez żadnego celu — rzekł starzec. — Lecz być może po drodze coś nada sens mej wędrówce. Los splata swe nici na różne sposoby.

Avareta i Evilla nie usatysfakcjonowała w pełni ta odpowiedź. Obaj czuli, że ich towarzysz skrywa niejedno, nie pytali jednak na razie o więcej.

A jaki jest wasz cel? — spytał Garray. — Co by nie mówić, człowiek i elf to dość niecodzienna kompania.

Avaret uśmiechnął się do wspomnień. Istotnie, towarzystwo elfa nie było rzeczą zwyczajną. Ervilla poznał sześć lat wcześniej, w jednym z miast na wschodzie. Był wtedy w podróży i postanowił, po raz pierwszy od bardzo wielu dni, zatrzymać się w gospodzie leżącej na szlaku. Sprzykrzyło mu się już spanie pod gołym niebem i jedzenie byle czego, a że jego sakiewka była w owym czasie wcale nie taka lekka, uznał, że może sobie pozwolić na ciepły posiłek i nocleg pod dachem.

W gospodzie śmierdziało. Dymem, rozlanym alkoholem, potem i wymiocinami. Miała bardzo małe, brudne okna, toteż w środku panował półmrok. Po drugiej stronie od wejścia gruby, wąsaty gospodarz wycierał kufel starą, poszarpaną i brudną szmatą. Tylko jeden ze stołów był zajęty. Siedziało przy nim czterech mężczyzn — trójka ludzi i elf. Jedli, pili i grali w karty.

Avaret nie był wybredny, nie zastanawiał się zbyt długo, zanim przekroczył próg gospody. Podszedł do lady, i poprosił o danie, którego zapach dobiegał jego nozdrzy z zaplecza. Gospodarz zastanawiał się długą chwilę, o co może chodzić, koniec końców przyniósł mu michę kaszy i kawałek wołowiny. Do picia dostał piwo. W kuflu, który niedługo wcześniej karczmarz wycierał z taką pieczołowitością.

Avaret powoli zabrał się za spożywanie posiłku, gdy tymczasem z sąsiedniego stolika dały się słyszeć coraz głośniejsze okrzyki towarzyszące pełnej napięcia grze. Początkowo nie zwracał na nie najmniejszej uwagi, zajęty pochłanianiem obiadu. Widział już wiele miejsc takich jak to. Kłótnie, czy nawet rękoczyny nie były niczym niezwykłym. Jednak przy tym stoliku wywiązała się dużo bardziej zażarta sprzeczka, podsycona dodatkowo wieloma galonami piwa wypitego podczas gry. W końcu jeden z ludzi wywrócił stół i sięgnął po miecz. Dwaj druhowie nie czekali długo, zanim uczynili to samo. Avaret również zadziałał błyskawicznie. Instynktownie wziął stronę elfa, zapewne z racji tego, że ten znajdował się w mniejszości. Wywiązała się walka, której efektem było częściowe zdemolowanie gospody, kilka mniej lub bardziej poważnych ran i jeden trup po stronie atakujących.

Ervill i Avaret opuszczali gospodę gonieni przez pozostałych przy życiu dwóch mężczyzn, a także przez niewielki oddział wojska, który akurat zawadził o gospodę w trakcie rozróby. Udało im się uciec, jednak został za nimi wystawiony list gończy i przez pewien czas musieli się bardzo skrzętnie ukrywać. Po licznych perypetiach, w wyniku splotu wielu okoliczności, obaj zostali uznani za zmarłych i list gończy za nimi został zniesiony.

Avaret ocknął się z zamyślenia i zdał sobie sprawę, że Garray oczekuje na odpowiedź już od dłuższej chwili.

Szukamy sobie zajęcia — odparł w końcu. — Trudnimy się najemnictwem. Zawód nie pozwala nam osiąść na stałe w jednym miejscu, toteż podróżujemy od miasta do miasta, od wsi do wsi i przyjmujemy robotę, jaką nam oferują ludzie. Ciężki kawałek chleba, ta nasza profesja. I zginąć można. Wcale o to nietrudno. A z elfem łączy mnie przyjaźń z dzieciństwa. Nasze matki były razem w zgromadzeniu gospodyń wiejskich.

Moja zawsze piekła lepsze ciasto — wtrącił Ervill kiwając energicznie głową, co miało w pewien ironiczny sposób dodać całej historii autentyczności.

Garray rzecz jasna nie uwierzył w ani jedno słowo o genezie znajomości Avareta i Ervilla, nie drążył jednak tematu. Zauważył, że ogień prawie całkiem zgasł. Wstał, podszedł do znacznie uszczuplonego już stosu badyli, schylił się i podniósł najgrubszy z nich, po czym cisnął go w ognisko. Płomienie były już zbyt małe, by pochwycić i owinąć dookoła solidny kawał drewna.

Chyba już dzisiaj nie upieczemy ziemniaków — rzucił błyskotliwie Ervill owijając się ciaśniej pledem. — Za mały og… — urwał, gdyż w tym momencie starzec otworzył szerzej oczy, błyskając nimi na ułamek sekundy, a z ogniska buchnął gwałtownie płomień wysoki na co najmniej sześć stóp. Gruby badyl zajął się momentalnie i zaczął głośno skwierczeć. Garray stał i przyglądał się swemu dziełu.

Obaj, elf i człowiek, popatrzyli na mężczyznę z nieukrywanym zaskoczeniem i podziwem. Przenosili wzrok z Garraya na wesoło buchający płomień i z powrotem.

Widzę starcze, że skrywasz naprawdę więcej, niż przypuszczałem — rzekł poważnie Avaret. — Nieobce są ci, jak widzę, sztuki magiczne. Nie jesteś zwykłym pustelnikiem, prawda? — podrapał się po szyi. — Heh, oczywiście, że nie.

Garray położył pięści na biodrach i zaśmiał się krótko.

Istotnie, masz rację młodzieńcze — przyznał wciąż uśmiechając się wesoło. — I akurat wcale nie staram się tego skrywać. Kto ma oczy, dostrzeże kim jestem. To wcale nie jest trudne — usiadł na ziemi, obok swego worka. — Możecie dorzucić resztę, niewiele już pozostało.

Ervill pofatygował się do stosu mrucząc coś o „niezłych fajerwerkach” i o tym, że musi dziadka kiedyś namówić na większy pokaz. Nabrał naręcze gałęzi i rzucił je w buchający ogień

I rzeczywiście nie masz żadnego celu w swojej podróży — spytał Avaret wpatrując się w mężczyznę. — Niczego, co by przyciągało cię do siebie? Człowiek o takich zdolnościach…

Jak już mówiłem, póki co nic nie zaprząta mojej głowy — odparł Garray nieco rozbawiony niedowierzaniem Avareta. — Może będąc w moim wieku… Zresztą co ja plotę…?

Avaret kiwnął głową z miną, jakby właśnie potwierdziło się coś, czego już dawno się domyślał.

Czyli to prawda? Znający magię potrafią nienaturalnie wydłużyć swoje życie? Ile masz właściwie lat, przyjacielu, jeśli wolno spytać oczywiście?

Cóż, powiedzmy, że pamiętam dobrze czasy króla Kazara. To było dawno.

Ervill podrapał się po potylicy przymrużając jedno oko. Wyglądał bardzo niemądrze.

Muszę przyznać dziadku, żeś mnie zaskoczył. Nie słyszałem o tym królu, a sam żyję już blisko siedemdziesiąt lat .

Choćbyś żył i dwa razy tyle, to byś go nie znał, panie elfie — odrzekł wesoło Garray. — Ale, ale moi przyjaciele! Za jakieś pięć godzin, pewnie i mniej, zacznie widnieć. Co wy na to, żebyśmy złapali trochę snu?

Obaj zgodzili się chętnie. Ervill usnął zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć dobranoc. Garray zapadł w sen niedługo po nim. Natomiast Avaret leżał jeszcze chwilę na boku, odwrócony plecami do ogniska, wpatrując się w dal. W ciągu swojego życia poznał wiele interesujących osób, zajmujących się mniej lub bardziej powszednimi profesjami, nie było jednak wśród nich żadnego czarodzieja. Słyszał, że jest ich naprawdę bardzo niewielu, momentami nawet całkiem powątpiewał w ich istnienie. A teraz udało mu się spotkać jednego z nich. Czuł, że sztuczka, którą popisał się przy ognisku, jest tak naprawdę jedynie niewinnym trikiem, którym raczy się ludzi po to tylko, by przecierali oczy ze zdumienia i dopraszali się o powtórzenie tego wyczynu.

W ciągu dalszej drogi Avaret miał się przekonać, że czarownik potrafi o wiele, wiele więcej.

* * *

Ostry koniec cienkiego kija kreślił długą krechę po ziemi nieporośniętej trawą. Po jej jednej stronie znajdowało się kółko, oznaczające aktualne położenie wędrowców. Po drugiej zaś Garray rysował właśnie niewielki znak w kształcie litery „x”.

Był ranek następnego dnia. Wędrowcy zdążyli już zjeść skąpe śniadanie i zwinąć nieduży obóz. Teraz zastanawiali się, jaki kierunek dalej obrać.

To jest Turpur — rzekł wskazując znak. — Niewielka osada o jakiś dzień drogi stąd — kij wrócił do kółka, czyli ich obozu i nakreślił następną linię, mniej więcej tej samej długości, biegnącą nieco bardziej na południe. Również na końcu ten linii uczynił znak podobny do poprzedniego.

To zaś Sletobor, osada nie różniąca się niemal niczym od poprzedniej, znajdująca się w zbliżonej odległości. Od was zależy, w kierunku której się udamy. Mi, jak rzekłem wam wczoraj, jest obojętne, w którą stronę podążymy.

Niewielkie to osady, powiadasz — rzekł Avaret. — Jaka szansa, że znajdzie się tam robota dla kogoś takiego, jak my?

Garray uśmiechnął się.

Tego oczywiście nie wiem, przyjacielu. Jednak nic innego po drodze nam nie wypada, chcąc nie chcąc musimy przejść przez jedną z nich. Jeślibyście nic tam nie znaleźli do roboty, śmiało można ruszyć dalej. Którą więc wybieracie?

Nastała chwila ciszy. Avaret rozważał różne możliwości, gdy wtem milczenie przerwał Ervill.

Od sześciu dni nie miałem w ustach ani kropli żadnego mocniejszego trunku, jasna cholera! Zabierz mnie dziadku byle gdzie, bylebym mógł się w końcu napić, a najlepiej urżnąć!

Po raz pierwszy, odkąd się spotkali, to Garray przybrał zdumioną minę. Jego usta ściągnęły się w niemym wyrazie zdziwienia. Po chwili jednak roześmiał się.

Z tego, co pamiętam — zaczął — w Sletoborze leją wcale dobre piwo. A tamtejszy bimber podobno pali wnętrzności. Jeśli zatem takie jest wasze główne kryterium wyboru, polecam tam się udać.

Twarz elfa wyrażała nieskrywane zadowolenie.

* * *

Ciekawy elf z tego Ervilla, nieprawdaż? — Garray odwrócił się słysząc za sobą głos Avareta. Wyruszyli chwilę wcześniej w kierunku Sletoboru. Słońce zaczynało już mocniej przygrzewać, na szczęście wiał delikatny, ożywczy wiatr. — Założę się, że niewielu spotkałeś takich, jak on.

Garray potrząsnął przecząco głową.

Zapominasz, jak długo już żyję, chłopcze. Przyznaję, jest z niego rzadki okaz. Ale nie aż tak, żebym go nie znał.

Ervill szedł naprzód spory kawałek przed nimi. Od początku marszu wysforował się na czoło pochodu i pozostała dwójka była zmuszona oglądać jego plecy.

Nadmierna ciągota do alkoholu to jego największy życiowy problem — podjął Avaret. — Zdziwiłbyś się, ile potrafił sobie przez to napytać biedy.

Nie zamierzał wyjawiać czarodziejowi całej, niechlubnej przeszłości elfa, przynajmniej nie teraz. Sam przypomniał sobie noc, ledwie kilka dni po tym, jak się poznali. Zdążyli już zgubić pościg przecinając na wskroś licznie rosnące w okolicy lasy, mogli więc w końcu spokojnie rozbić obóz i zaczerpnąć snu. Siedzieli na szczycie niewysokiego wzgórza, na którym stał tylko jeden rozłożysty dąb, otoczeni przez ostre głazy, które wzięły się tam nie wiadomo skąd. Nad ich głowami świeciło milion maleńkich gwiazd, przed nimi płonęło ognisko. Obaj byli już mocno pijani, gdyż parę godzin wcześniej Ervill dobył ze swojej torby butelkę bimbru, który zdobył gdzieś po drodze. Avaret jak przez mgłę pamiętał elfa opowiadającego o czasach, gdy nie prowadził życia włóczęgi. Dowiedział się wtedy, że Ervill zamieszkiwał niegdyś jedno z elfich królestw na południu — Maelmorn. Od młodości prowadził hulaszcze życie, zdarzyło się, że kogoś zwyzywał czy pobił, jednak przymykano na to oko. Jego kłopoty zaczęły się, gdy wplątał się w szajkę szmuglującą bimber z sąsiedniego królestwa zamieszkanego przez ludzi. Nie dość, że sprowadzany niezgodnie z prawem, był oprócz tego bardzo wątpliwej jakości, toteż po pewnym czasie Ervill został przyłapany i postawiony przed Radą Starszych. Przed przesłuchaniem postanowił napić się co nieco, by, jak to ujął, wypaść bardziej błyskotliwie i wymigać się od kary. Efekt okazał się być przeciwny do zamierzonego, czego konsekwencją stało się wygnanie elfa z Maelmorn. Od tamtego czasu błąkał się po świecie, znajdując coraz to nowsze kłopoty.

Ocknął się z zamyślenia ujrzawszy plecy elfa, dotąd idącego cały czas dość daleko przed nimi. Ervill stał i wpatrywał się przed siebie. Avaret dopiero teraz zauważył, że przed nimi, nieco w dole, płynie rwąca, acz dość szeroka i zapewne głęboka rzeka.

No to mamy pierwszą przeszkodę w naszej mitycznej podróży — rzekł lekko drwiącym tonem Ervill. — Zdałoby się poszukać jakiegoś brodu.

Zza ich pleców wynurzył się Garray. Spojrzał przed siebie na płynącą rzekę. Po jej drugiej stronie, w niewielkiej oddali, rósł zielony las.

Poznaję tę okolicę — rzekł po chwili namysłu. — Znajdziemy bród idąc jakąś godzinę w górę rzeki. W tamtym miejscu z łatwością się przez nią przeprawimy.

Avaret i Ervill bez słowa przyjęli orzeczenie starca, po czym ruszyli za nim wzdłuż koryta rzeki. Stąpali po szlaku najwidoczniej dość często uczęszczanym, gdyż trawa rosła tam rzadsza, gdzieniegdzie widoczna była jedynie goła ziemia. Ich uszu, oprócz szumu płynącej wody, dobiegało także bzyczenie pszczół. Po kilku minutach marszu w milczeniu Avaret zagadnął Garraya.

Jak to czarodzieju? Rwąca rzeka to dla ciebie przeszkoda nie do przejścia? — spytał. Lekki uśmiech wyginał jego usta.

Garray oglądnął się na niego. Delikatny powiew wiatru omiótł jego gęste włosy.

Przeceniasz mnie Avarecie. Nie potrafię tyle, ile ci się wydaje. Woda, podobnie jak i ogień, czy wiatr, to potężne żywioły, z którymi się nie igra. Czy naprawdę sądzisz, że człowiek potrafi przeciwstawić się czemuś tak potężnemu?

Mężczyzna nie odpowiedział. To, co mówił starzec, miało oczywiście sens i wyjaśnienie, jakiego udzielił brzmiało prawdziwie, coś jednak w jego oczach, być może to coś, co Avaret dojrzał poprzedniej nocy przy ognisku sprawiło, że nie do końca mu uwierzył.

Owszem, woda to potężny żywioł, ale czuję, że gdybyś tylko chciał, potrafiłbyś się z tym jakoś uporać — pomyślał.

Dobiegało już południe, gdy udało im się odnaleźć bród. Przeprawili się przezeń bez większych problemów, po czym weszli w las, ciągnący się nieprzerwanie wzdłuż rzeki, po jej drugiej stronie. Maszerowali dość żwawym tempem licząc, że uda im się dotrzeć do Sletoboru późnym wieczorem. Las nie był wielki, jak się okazało i po jakimś czasie znowu znaleźli się na otwartej przestrzeni. Zaraz na jego skraju urządzili krótki popas. Wśród ich dobytku nie znajdowało się już wiele jedzenia, jednak mając w bliskiej perspektywie solidny posiłek, jakim zamierzali się uraczyć, gdy już przekroczą próg gospody, nie narzekali ani chwili.

Podczas dalszej drogi sporo rozmawiali. Jak się okazało, dawniejszymi czasy Garray znajdował o wiele praktyczniejsze zastosowanie dla swoich czarów oraz wiedzy, będąc doradcą wielu królów i władców. Z kolei Avaret i Ervill wyjawili prawdziwe kulisy swojej znajomości.

Nie, przyjaciele, nie bójcie się, nie wydam was — uspokoił ich śmiejąc się Garray. — Możecie się nie martwić.

Nie martwimy się już od dawna — odparł, również śmiejąc się Ervill. — Nie zapominaj, że według oficjalnej wersji obaj spłonęliśmy w pożarze. Znaleziono zwęglone ciało z moim sygnetem, oraz drugie ze sztyletem Avareta przy boku.

Prowadzenie dyskusji sprawiło, że reszta drogi upłynęła im już stosunkowo szybko. Garray okazał się świetnym przewodnikiem, pewnie prowadząc swoich towarzyszy do celu. Mniej więcej godzinę po zapadnięciu zmroku doszli na skraj niewielkiego urwiska. W znajdującej się przed nimi kotlinie leżała osada — Sletobor — swoją wielkością zasługująca nawet na rangę miasteczka. Odnaleźli miejsce, w którym zejście w dół było nieco łagodniejsze i skorzystali z niego. Osada pogrążona była w większości w mroku, na ulicach panowała cisza, w niektórych oknach dało się jednak widzieć pojedyncze światełka, których źródłem musiały być lampy oliwne. Ruszyli przed siebie główną ulicą, po której obu stronach stały ściśnięte ze sobą domostwa, a także nieliczne sklepy oraz pracownie rzemieślników. Ervill rozglądał się na lewo i prawo, szukając wzrokiem szyldu, który niezawodnie obwieściłby mu, ze oto stoi u stóp gospody. Zamiast tego dostrzegł inny znak: paręnaście kroków przed nim otworzyły się drzwi jednego z budynków, z którego wyszedł, z wyraźnymi problemami, łysiejący jegomość z gęstą brodą. Przystanął na chwilę, beknął donośnie, po czym ruszył chwiejnym krokiem w górę ulicy, ginąc po chwili w mroku.

Bingo! — szepnął Ervill z nieskrywaną satysfakcją. Ledwie kilka sekund zajęło mu dopadnięcie drzwi gospody. Avaret i Garray podążyli za nim.

Gospoda była pełna ludzi. Osobnicy wszelkiej maści siedzieli przy stołach, podchodzili do lady, grali w karty, pili piwo i przekrzykiwali się. Lampy oliwne wiszące na ścianach dawały znikome światło; niektóre strefy gospody były całkiem jasne, w niektórych jednak było tak ciemno, że ciężko było cokolwiek dostrzec. Powietrze było przesiąknięte dymem dobywającym się z fajek licznie palonych przez gości. Duży gwar, słabe oświetlenie i atmosfera pełna dymu, nadawały gospodzie ten niepowtarzalny klimat, któremu ulegali wszyscy miejscowi pijaczkowie. Specyfika tego miejsca przyciągała ich jak magnes, czyniła je dla nich drugim domem, sprawiała, że ilekroć wyszli, zawsze myśleli o tym, by tam powrócić. Utożsamiali się z tym miejscem i czuli się jego integralną częścią.

Rzecz jasna nie byli oni jedynymi klientami tego przybytku. Wśród gości znajdowało się wielu zwykłych, miejscowych ludzi, którzy zwyczajnie lubili wypić po ciężkim dniu pracy jeden, czy dwa kufle piwa w towarzystwie znajomych osób, porozmawiać na mniej, lub bardziej ciekawe tematy, czy posłuchać plotek, jakimi żyła osada.

Oprócz nich niewielką część przebywających w przybytku, stanowili podróżni. Sletobor leżał na dość często uczęszczanym szlaku, toteż wielu wędrowców przewijało się przezeń każdego dnia.

Ervill ruszył niezwłocznie w stronę lady, gdy tymczasem Avaret i Garray poczęli rozglądać się za jakimś stołem, przy którym mogliby zasiąść. Po krótkiej chwili dostrzegli jeden, przy którym siedziało jedynie dwóch krasnoludów. Ervill, już z kuflem piwa w ręku, dojrzał go również i ruchem głowy dał znak, że zajmie miejsca towarzyszom, ci zaś mogą w spokoju iść złożyć zamówienie.

Sletoborskie piwo… Dawno me usta go nie smakowały — rzekł Garray z błogim uśmiechem na twarzy. Oparł się obiema rękami o ladę i złożył zamówienie u wąsatego karczmarza.

Zdam się na gust przyjaciela — rzucił krótko Avaret, gdy przyszło jemu wybrać trunek do spożycia.

Gospodarz podał im kufle pełne złocistego piwa, które zdobiły kopce ze śnieżnobiałej piany. Ruszyli powoli w kierunku wcześniej upatrzonego stolika uważając, by nie rozlać po drodze piwa, czy to z własnej niezdarności, czy też w konsekwencji potrącenia przez jednego z gości, którzy dość licznie przewijali się przez salę w tę i z powrotem. Będąc już w niewielkiej odległości usłyszeli dość wyraźnie głos Ervilla, który, jak się wydawało, zdążył przez ten krótki moment nawiązać znajomość z dwoma biesiadującymi przy stole krasnoludami. Elf spostrzegł, że towarzysze zbliżają się w jego kierunku i wstał.

Avaret, Garray, przedstawiam wam Arcziego i Balladę. Arczi, Ballada, oto moi towarzysze, Avaret i Garray — rzekł uroczystym tonem.

Jeden z krasnoludów walnął gniewnie pięścią w stół.

Sonnet, kurwa, Sonnet! Nie żadna Ballada! Specjalnie przekręciłeś!

Elf zrobił niewinną minę. Po tej minie Avaret był w stanie z całą pewnością stwierdzić, że jego przyjaciel istotnie zrobił to specjalnie.

Siadajcie panowie — rzekł drugi krasnolud wykonując zapraszający gest, gdy tymczasem tamten fukał jeszcze groźnie w kierunku Ervilla. — Siadajcie, śmiało, miejsca starczy dla wszystkich.

Tak też uczynili. Avaret energicznie odsunął krzesło od stołu, siadł i przysunął się na taką odległość, jaką uznał za najwygodniejszą. Garray również zajął swoje miejsce, uczynił to jednak znacznie wolniej i spokojniej.

Ervill nie pozwolił, by cisza, która zapadła, trwała zbyt długo.

Wcale tu miło w tej gospodzie, prawda Avaret? Zgodzisz się ze mną Garrayu? Wam też się tu chyba podoba, mości krasnoludy? Piwo bardzo zacne, psiakrew, choć może to też dlatego, żem dawno nie pił i byle siuśki by mile uraczyły me podniebienie. Piękne to miasto, ten Sletobor, choć po prawdzie, to mało go jeszcze widziałem…

Arczi chrząknął.

Może i piękne — zaczął — ale też i mało bezpieczne.

Garray poruszył się nieznacznie. Avaret nachylił się w kierunku krasnoluda.

Co masz dokładnie na myśli? — spytał.

Krasnolud zamrugał oczami.

To wy nic nie wiecie?

Dopiero co przybyliśmy — wtrącił czarodziej. — Racz nas oświecić czym prędzej. Co takiego się tu stało, że uznajesz to miasto za niebezpieczne? Ilekroć je odwiedzałem, wydawało mi się nad wyraz spokojne.

Arczi pogładził się po gęstej czarnej brodzie. W jego małych oczkach zatańczyły iskierki wesołości, również nieznaczny uśmiech wygiął jego usta, choć ciężko było to dostrzec z powodu gęstego zarostu. Sonnet, tęższy od niego, ale również i niższy, wpatrywał się w towarzysza z niecierpliwością. Wiedział oczywiście, jaką wieść tamten pragnie przekazać swym rozmówcom, mimo to czekał w najwyższym skupieniu na to, aż Arczi w końcu otworzy usta.

Cóż… — zaczął powoli czarnobrody krasnolud — nie dalej, jak kilka dni temu doszło tutaj — zawiesił głos, aby podbudować napięcie, gdy w międzyczasie wszyscy nachylili głowy w jego kierunku — do morderstwa.

Zapadła chwila ciszy. Przerwał ją Avaret.

Cóż w tym takiego niezwykłego? — pociągnął duży łyk z kufla. — Morderstwa zdarzają się wszędzie na świecie. Mimo to ludzie nie zamykają się ze strachu w domu.

Arczi pokiwał głową.

Z tym, że to nie było zwykłe morderstwo.

Co masz na myśli?

Krasnolud znowu zrobił dłuższą pauzę, zanim podjął wypowiedź.

Cóż, trzeba było widzieć to ciało. O ile ciałem można to nazwać. Miałem okazję, że tak powiem, zerknąć sobie na nie. Widziałem jak wynoszą nieboszczyka z domu, na desce, przykrytego czarnym płótnem. Pech chciał, że im się ta płachta osunęła, ukazując w pewnym stopniu ciało. Akuratnie przechodziłem i przypadkiem ujrzałem to i owo. Rozszarpane było, wystawcie sobie, tak, że wataha wilków by tego nie dokonała.

Avaret pociągnął większy łyk.

Wilkołak, jak nic — pomyślał. Albo — uśmiechnął się lekko zdenerwowana żona. Tak czy siak może jest jakaś nagroda za schwytanie potwora. Trzeba spytać.

Zerknął na Garray’a. Mędrzec zdawał się być pogrążony w zadumie, oczy miał spuszczone w dół, usta ściśnięte. Jego myśli ewidentnie się na czymś bardzo mocno skupiały. Avaret oczywiście nie wiedział na czym, nie próbował nawet zgadnąć. Zamiast tego rozejrzał się po wnętrzu gospody. Późna pora zaczęła przeganiać biesiadników. Wstając od stołu, jedni pewnie, drudzy lekko się chwiejąc, jeden po drugim, opuszczali karczmę, by udać się do swoich domów i odpocząć przed następnym, niemniej ciężkim od poprzedniego, dniem. Uwagę Avareta przykuł fakt, że wychodzili dwójkami, bądź trójkami, nigdy pojedynczo.

Morderstwo, którego dokonano, musiało być istotnie niezwykle brutalne, by do tego stopnia wystraszyć miejscowych, że bali się po zmroku wędrować w samotności.

Strach. Uczucie, które było wodą na młyn w zawodzie, w którym tkwił Avaret. To właśnie on był tym, co najbardziej determinowało ludzi do działania. To strach sprawiał, że gdy pojawiało się zagrożenie, człowiek pragnął się go jak najszybciej pozbyć. Ta chęć z kolei powodowała, że był skory zapłacić więcej za usuniecie owego zagrożenia.

Avaret nie był do końca dumny z faktu, że w istocie żeruje na ludzkim lęku. Lekko ciążyła mu świadomość takiego stanu rzeczy, czuł się jednak przed własnym sumieniem całkowicie usprawiedliwiony, nie było w końcu jego winą to, że ludzie mordują, kradną, oszukują i gwałcą. Trudno się było z taką diagnozą nie zgodzić.

Było jednak jeszcze coś, czego Avaret nie mógł do końca przed sobą usprawiedliwić. Próbował zdusić w sobie to uczucie, choć zdawał sobie sprawę, że jego starania nie przyniosą efektu. Instynkt nie był przeciwnikiem, którego mógł zwalczyć, a to właśnie w nim miało ono swe podłoże. Tym uczuciem była swego rodzaju radość z dokonania zbrodni, gdy akurat znajdował się w pobliżu. Zbrodnia miała to do siebie, że pociągała za sobą chęć usunięcia związanego z nią potencjalnego zagrożenie, pragnienie wymierzenia sprawiedliwości, bądź chęć wzięcia odwetu. W tym właśnie specjalizowali się Avaret i Ervill. Za odpowiednią opłatą byli w stanie rozprawić się z każdym mordercą, złodziejem, wilkołakiem czy innym potworem.

Cóż, taki zawód. Szewc cieszy się, że ludziom psują się buty, stolarz, że jego klient nie ma na czym siedzieć, a on, że kogoś zamordowano. Psiakrew! Paskudnie to brzmi, ale to tylko czysta logika.

Z zamyślenia wyrwał go Arczi.

Cóż, moi drodzy panowie — zaczął — wygląda na to, że piwo mi się skończyło. A że w gardle dalej mnie tak samo suszy, to na jednym nie poprzestanę. Idę po następne!

To rzekłszy wstał i począł przeciskać się pomiędzy stołami w kierunku luki biegnącej od drzwi wejściowych, przez całą długość gospody, aż do drewnianej lady.

Ledwo się tam znalazł, drzwi otworzyły się raptownie z wielkim trzaskiem, a przez nie zaś wpadł do środka niewysoki, wrzeszczący przeraźliwie jegomość, w wyniku wielkiego rozpędu zderzając się z krasnoludem.

Mooooooord! — krzyknął. — Mooooooooord!

Na sali zapanowało wielkie poruszenie. Krzesła zaczęły szurać, stoły się przesuwać, mężczyźni podnieśli się gwałtownie. Gospodarz już zmierzał w kierunku przybysza. Przez otwarte drzwi widać było strugi padającego deszczu, niebo przecinały pierwsze błyskawice, którym póki co nie towarzyszyły jednak odgłosy gromów.

Mooooooord!

Zejdźże ze mnie, psiakrew! — warknął Arczi, który w dalszym ciągu leżał przygnieciony ciałem zszokowanego mężczyzny.

Sonnet podszedł i pomógł biednemu krasnoludowi uwolnić się spod jego ciężaru, wszyscy goście natomiast zgromadzili się wokół krzyczącego. Jedynie Garray pozostał z tyłu wyglądając przez niewielkie okno tak, jakby starał się coś dostrzec wśród mroków nocy i strug ulewnego deszczu.

Avaret kątem oka dojrzał, że ktoś zaryglował drzwi.

Co się stało Halecie?! — spytał przejęty gospodarz. Jego twarz zastygła pomarszczona w wyrazie głębokiej troski. I, co dostrzegł Avaret, niemego strachu.

Halet z trudem łapał oddech. Wszyscy w napięciu czekali, aż wydobędzie z siebie choćby słowo. Ktoś podsunął mu krzesło, z czego mężczyzna bardzo skwapliwie skorzystał.

Trup… — wysapał z trudem. — Tutaj, niedaleko…

Avaret zerknął porozumiewawczo na Ervilla. Elf postąpił kilka kroków w jego kierunku.

Szykuje nam się robota — szepnął przyjacielowi do ucha.

Wszyscy zgromadzeni zaczęli szemrać. Zbili się w jeszcze ciaśniejszą kupę.

Trup?! — wrzasnął gospodarz? — Gdzie?! Kto?!

Ledwom stąd wyszedł — zaczął Helet, powoli doprowadzając swój oddech do równowagi. — Skręciłem za róg, idę sobie, pogwizdując dla dodania otuchy, aż tu nagle łup!

Zawiesił dramatycznie głos, a wszystkie głowy nachyliły się w jego kierunku.

I… co? — bąknął gospodarz.

Ano — podjął na nowo opowiadający — potknąłem się. Wstałem tedy, obracam się, żeby spojrzeć, o com się zawadził i nie widzę nic. Podchodzę powoli, ale dalej nic. A kiedym był już blisko, to nagle błysnęło i żem zobaczył! Aż mi gały z oczodołów wypadły. Trup! Najprawdziwszy trup! Wszystkie bebechy miał na wierzchu. Aż ciężko pomyśleć, że to coś człowiekiem było.

Ale czyj to trup? — dopytywali się zgromadzeni.

Tego nie wiem — odparł Halet. — Ledwom się zorientował, co widzę, od razu żem spodnie podciągnął i tu przygnał. Nie przyglądałem się ani chwili!

Zapanowała cisza. W tej ciszy słychać było krople bębniące w szyby. Uszu zgromadzonych dochodził także odgłos ognia pełgającego na palenisku. Oprócz tego jedynie pojedyncze oddechy mąciły panujący spokój.

Cóż, zacni panowie — odezwał się Garray, który cały czas stał przy oknie — chodźmy obejrzeć ciało i miejsce zbrodni. Byłbyś łaskaw nas poprowadzić, dzielny Halecie?

Halet wzdrygnął się na te słowa. Podobnie uczynili niemal wszyscy zebrani z karczmarzem na czele, który dodatkowo włożył sobie dłoń do ust. Avaret oraz Ervill podeszli parę kroków w kierunku drzwi, dając wszystkim jasno do zrozumienia, że zamierzają wesprzeć starca w tej inicjatywie. Po chwili dołączył do nich także Arczi oraz, choć bardziej w wyniku bycia ciągniętym za rękaw przez tego pierwszego, niż własnej odwagi, drugi z krasnoludów.

Reszta stała nieruchomo.

Idziecie, czy nie? — spytał lekko się uśmiechając Avaret, jednocześnie trzymając już dłoń na klamce drzwi. — Halecie, oszczędź nam czasu i pokaż dokładnie, gdzie to się stało. Liczę, że do nas dołączycie, zacni panowie — zwrócił się do reszty śmiejąc się w duchu. Zdawał sobie sprawę, że wszyscy są śmiertelnie przerażeni, podczas, gdy on sam traktował to wydarzenie jako rutynowe.

Halet głośno przełknął ślinę. Chyba poczuł się ważny z racji tego, że jako jedyny znał miejsce zbrodni, co z kolei nakazywało mu stanąć na wysokości zadania i je wskazać. Zebrał w sobie całą odwagę i drobnymi kroczkami przesunął się w kierunku wyjścia. Za nim podążyło jeszcze kilku innych mężczyzn.

Reszta zostaje? — rzucił Avaret i, nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi i przekroczył próg. Kolejno za nim podążyli Ervill, Garray, Halet, Arczi i Sonnet.

Na zewnątrz było bardzo nieprzyjemnie. Deszcz zacinał z ogromną intensywnością, ubranie Avareta zrobiło się całkowicie mokre w przeciągu paru chwil. Nad ziemią unosiła się delikatna mgiełka. Najemnik rozejrzał się po okolicy. Wszystkie światła w przyulicznych budynkach były pogaszone. Jedynie blada łuna księżyca, ginącego raz po raz za zasnuwającymi niebo chmurami, oświetlała tą jedną z głównych ulic miasta.

Panowała cisza. Nie mącił jej nawet najmniejszy powiew wiatru. Nic nie wskazywało na to, że przed chwilą doszło w okolicy do brutalnego morderstwa.

Nic — pomyślał Avaret. I właśnie dlatego nie wątpił, że jednak coś się stało. Już dawno nauczył się, że taka cisza nie zwiastuje niczego dobrego.

Obejrzawszy się za siebie stwierdził, że do pochodu dołączyła cała reszta, która początkowo nie kwapiła się wesprzeć inicjatywy Garraya. Avaret nie miał wątpliwości, że uczyniła to wyłącznie ze strachu przed pozostaniem w samotności w karczmie. Także uzbrojenie najemników odgrywało pewną rolę, czyniąc ich w oczach miejscowych potencjalnymi obrońcami.

Garray, weź no machnij ręką i przegnaj te chmury! — rzucił Ervill. — Cały już zmokłem, a, daję słowo, jeszcze dobrze progu nie przekroczyłem.

Czarodziej jedynie uśmiechnął się w odpowiedzi.

Halet przystanął tuż obok Avareta.

Musimy iść tam — rzekł wskazując ręką skrzyżowanie odległe o jakieś sto stóp.

Najemnik skinął głową. Cała procesja ruszyła. Ktoś zabrał ze sobą pochodnię, jednak jej ogień już gasł z towarzyszącym temu głośnym sykiem.

Dojście do miejsca wskazanego przez Haleta nie zajęło dużo czasu. Gdy już się tam znaleźli, Avaret skierował wzrok na przewodnika. Mężczyzna zrozumiał co oznacza to spojrzenie. Wyciągnął drżącą rękę wprost przed siebie. Najemnik wysunął głowę we wskazanym kierunku. Nie było tu żadnych budynków, jedynie droga prowadząca do odległego o jakieś sto pięćdziesiąt stóp mostku, po którego drugiej stronie, ale również w pewnym oddaleniu, znajdowała się druga część miasta. Tuż obok mostu leżał dość sporej wielkości głaz, przy którym, wbity w ziemię stał drewniany słup, a na nim tabliczka, informująca zapewne o tym, że oto po jednej stronie znajduje się zachodnia, a po drugiej wschodnia część Sletoboru. Ich bezpośrednie sąsiedztwo porastało parę drzew oraz kilka krzaków. Błękitne oczy Avareta starały się już dojrzeć ciało ofiary, jednak nisko osadzona mgła skutecznie im to uniemożliwiała.

Poczuł mimowolne podniecenie spowodowane aurą tajemniczości, jaka wytworzyła się wokół tej sprawy. Nie wiedzieć czemu, pozornie rutynowa sytuacja, zaczęła pobudzać jego ciekawość.

Co też zwykła mgła i trochę deszczu potrafią zrobić z wyobraźnią— mruknął sam do siebie. Istotnie, warunki panujące tej nocy potęgowały wrażenie niezwykłości. Jednak Avaret musiał przyznać sam przed sobą, że nie są to jedyne czynniki kształtujące w tym momencie jego wyobraźnię. Czuł pewien niepokój, choć próżno starał się dojść, czym jest on wywołany.

Ervill przyspieszył kroku, zrównując się tym samym z przyjacielem.

Też to czujesz? — spytał. Oczy miał szeroko otwarte, pięści zaciśnięte. Mokre, zlepione kosmyki włosów wydostały mu się spod przepaski otaczającej głowę, z czubka jego nosa w regularnych odstępach czasowych spadały krople wody.

Avaret skinął potakująco głową.

A więc nie tylko mi instynkt coś podpowiada.

Nagle Halet przystanął. Obaj, mężczyzna i elf uczynili to samo, a za ich przykładem poszło całe zgromadzenie począwszy od Garraya, a na gospodarzu karczmy skończywszy. Marsz tego ostatniego powstrzymały dopiero plecy kroczącego przed nim innego uczestnika pochodu.

Avaret odchylił głowę lekko w bok, napotykając wzrok Haleta, który mówił jasno, że dokładnie w tym miejscu kończy się jego rola przewodnika. „Dalej radźcie sobie sami”, wydawały się mówić jego oczy. Najemnik lekkim skinieniem dał wyraz zrozumienia dla tej postawy, po czym, rozpraszając mgłę zgromadzoną wokół jego stóp, ruszył w kierunku głazu, aby pokonać ostatni etap tej wędrówki. Zauważył, że jego ciało pokrywa gęsia skórka.

Jeden krok, za nim drugi, potem trzeci. Odległość dzieląca go od ponuro leżącego, samotnego głazu stopniowo malała, a on sam zaczął myśleć, że w jego sąsiedztwie nie leżą żadne zwłoki, że nie doszło do żadnej zbrodni, o której mówił Halet. Gdy wtem…

potknął się.

Kurwa — zaklął cicho pod nosem.

Odwrócił się ostrożnie. Mimo tak niewielkiej odległości nie był w stanie stwierdzić, o jaką przeszkodę zahaczył. Mgła była na tyle gęsta, że nie widział niczego, co znajdowało się poniżej jego kolan. Machnął energicznie nogą, w konsekwencji czego zawiesina zasnuwająca ziemię pod jego stopami lekko się rozstąpiła. Wydawało mu się, że coś ujrzał, coś, jakby skrawek materiału zabarwiony bardzo mocno na czerwono. Nie był jednak pewien, co to może być.

Pozwól, że ci pomogę — usłyszał głos Garraya, który niezauważenie znalazł się u jego boku.

Nie czekając na pozwolenie, czarodziej podniósł nogę najwyżej jak umiał, zginając ją w kolanie, po czym uderzył podeszwą buta prosto w ziemię. Mgła w magiczny sposób — Avaret był tego pewien — rozproszyła się momentalnie w promieniu kilkunastu stóp, ukazując to, czego wszyscy szukali. Z gardeł zgromadzonych wyrwały się okrzyki zdumienia, bądź tez przerażenia.

Rozstępująca się mgła ukazała coś, co prawdopodobnie jeszcze niedawno było człowiekiem. Owe coś ubrane było w zielony — choć tego można było się w tym momencie jedynie domyślać — kubrak, rozszarpany na klatce piersiowej, w całości ubroczony krwią. Owe coś, w miejscu, gdzie wspomniany kubrak był rozszarpany, miało ciało zmasakrowane tak, że któryś z oglądających to chłopów odwrócił się i głośno zwymiotował. Owe coś w miejscu głowy nie miało nic, co z kolei było najprawdopodobniej przyczyną omdlenia kolejnego z zebranych.

Kurwa… — wymamrotał Ervill.

W rzeczy samej — potwierdził Arczi pochylając się ostrożnie nad trupem. — Dokładnie tak wyglądał jegomość zamordowany parę dni temu, gdym go przypadkiem ujrzał. Temu mam okazję przyglądnąć się dokładniej… — urwał odchylając się gwałtownie do tyłu — …ale jakoś, cholera, nie mam ochoty.

Gospodarz, całkowicie zielony na twarzy, zebrał się w sobie i odważył opuścić zwartą grupę miejscowych, by samemu lepiej się przyglądnąć miejscu zbrodni i samemu ciału. Ledwo je dojrzał, natychmiast odwrócił głowę w tył i zamknął oczy.

Wiecie może panowie… kto… co mogło coś takiego zrobić? — zwrócił wzrok w kierunku obu najemników i Garraya bacząc jednocześnie uważnie na to, by trup nie znalazł się w zasięgu jego wzroku.

Zapadła chwila ciszy. Garray stał z założonymi rękami, cały czas obserwując martwe ciało z wyrazem głębokiego zastanowienia wymalowanym na pomarszczonej twarzy.

Wilkołak? — spytał nieśmiało Ervill, nie wiadomo kogo.

Avaret pokręcił głową.

Owszem, poprzedniego mordu mógł z dużym prawdopodobieństwem dokonać wilkołak. Ale dzisiaj nie ma już pełni.

Wszyscy z wyjątkiem jego i Garraya unieśli głowy ku niebu. Zza otaczających go chmur wyłonił się księżyc, który istotnie nie przybierał już tej nocy okrągłego kształtu.

Może to nie był żaden potwór? — zasugerował Sonnet. Tęgi krasnolud wydawał się niemniej przestraszony od karczmarza. Bezskutecznie próbował opanować drżenie krótkich nóg.

Cóż, takiej opcji oczywiście tez nie można wykluczyć — odezwał się czarodziej, który nagle porzucił dalekie rejony, do których pognały jego myśli. — Istota rozumna, jak człowiek, elf czy krasnolud, potrafi być najgorszym z potworów, jeśli tylko tego zapragnie. Nad tym jednak zastanawiać się będziemy jutro, w świetle dnia — klasnął w dłonie. — Póki co jednak potrzebnych nam będzie dwóch silnych zuchów. Trzeba przenieść ciało nieboszczyka w miejsce, w którym pozostanie do czasu pochówku. Kto zgłasza się na ochotnika?

Gromada mężczyzn zadygotała ze strachu.

* * *

 
Komentarze (12)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Vessna

    21 sierpnia 2013 o 12:36

    Przyjemnie się to czyta, choć, muszę przyznać, rozbić można byłoby ten rozdział na dwa, bo jest odrobinę za długi.
    Błędów większych nie ma (interpunkcja i owszem, ale to chyba zmora każdego z nas), parę literówek, ale poza tym wszystko poprawnie. To się chwali. Jedyne, do czego mogę się przyczepić, to że coś tam było „elfowe”. Wiele dyskusji toczy się na ten temat, ale raczej to słowo powinno brzmieć „elfie”.
    Sama historia? Nie wiem czemu, ale uwielbiam, kiedy główny bohater pije dużo albo i za dużo. Jakoś tak… życiowo. Poza tym, chciałabym zobaczyć czarodzieja w akcji, tą esencję fantastyki.
    Będę tu wpadać, bo ciekawa jestem, co dalej, a jeśli chcesz – ja również zaczęłam niedawno pisać dla świata – zapraszam do siebie. Liczę na wzajemne wsparcie.
    Ach, i jeszcze coś: czytasz ostatnio Sapkowskiego, prawda?

     
  2. rockydrago

    21 sierpnia 2013 o 13:34

    Droga Vessno,
    Po pierwsze bardzo dziękuję za Twój komentarz. Nie sądziłem w ogóle, że ktoś raczy takowy pozostawić.
    Co do dalszej części, to trzeba będzie trochę na nią zaczekać. Napisanie tego, co tu zamieściłem zajęło mi nie mało czasu, a to ze względu na to, że początkowo nie zamierzałem tejże historii nigdzie upubliczniać, pisałem jedynie dla własnej przyjemności, gdy naszła mnie ochota, by zanurzyć się w inny świat.
    Fanem Sapkowskiego jestem od dawna i oczywiście zdaję sobie sprawę, że pewnie widać jego wpływ w tym co napisałem, lecz jak sam AS rzecze: „Pisarza, który twierdzi, że większości swych pomysłów nie czerpie z lektur, nazwę łgarzem”.
    Pozdrawiam serdecznie i zaraz odwiedzam Twoją stronę :)

     
  3. ~Vessna

    26 sierpnia 2013 o 22:56

    O! Pozmieniało się tutaj. Przyjemny szablon. Taki… cieplutki. I dziękuję za dodanie do linków.
    Przychodzę jednak z nieco inną informacją:
    Za dobrze wykonaną robotę, otrzymujesz ode mnie nominację do Liebster Award. Więcej informacji tutaj: http://czerwony-piach.blogspot.com/p/liebster-award.html . Proszę o potwierdzenie u mnie na stronie.

     
  4. ~Głęboka Kałuża

    31 sierpnia 2013 o 09:37

    Gdzieś tam pojawiły się dwa przecinki, jeden po drugim, gdzieś zamiast ,,tej” napisałeś ,,ten”, ale… Ale to kompletnie nieistotne! Jak na tak długi fragment powieści aż dziw, że tak mało było błędów. W moim komentarzu będzie więcej. Bardzo fajnie piszesz, twój styl świetnie nadaje się do takiej typowej fantastyki, którą uwielbiam. Chyba masz już jakiśtam staż w pisarstwie, choćby do suflady, widać to. Czytało się długo, ale w tym wypadku to nawet zaleta, bo bardzo przyjemnie. Jak znajdę czas – czyli niedługo – przeczytam drugą część. Pozdrawiam i weny życzę.

     
    • rockydrago

      1 września 2013 o 09:14

      Szczerze powiedziawszy jest to moja pierwsza poważna przygoda z pisaniem :-)

       
      • ~Głeboka Kałuża

        1 września 2013 o 10:21

        Serio? No… To powiem Ci, że masz niezły talent. W końcu, jak można wywnioskować z powyższych komentarzy, jesteś pewnego rodzaju wychowankiem Sapkowskiego.

         
  5. ~Angelique

    26 lutego 2014 o 18:21

    Szykuje się ciekawa opowieść.
    Krasnoludy, elfy, ludzie i być może wilkołaki.
    Jestem ciekawa co zabiło te dwie ofiary. Mało tego, obawiam się, że takich ofiar może być więcej.
    Czarodziej wydaje mi się sympatyczny.

    Miłym urozmaiceniem jest fakt, że jesteś mężczyzną i piszesz opowiadania. Zazwyczaj w blogowanie „bawią” się dziewczyny. Fajnie, że męskie grono również, od czasu do czasu, do nas dołącza :).

    Co do opowiadania, to mam nadzieję, że pojawią się w dalszej części jakieś kobiety. ;)

    Pozdrawiam i zabieram się za rozdział II.

     
  6. ~roxette16

    17 maja 2014 o 20:14

    Wilkołaki, elfy, ludzie władający magią… i co jeszcze? Zdecydowanie moje klimaty. Sam sposób pisania jest również bardzo przyjemny – czyta się lekko, szybko. Opowiadanie jest wciągające.
    Bohaterowie są już dosć dobrze ukazani, mimo iż to dopiero pierwsza część. Mam dużą chęć, by poznać ich jeszcze lepiej – ich oraz przygodym, jakich będą członkami.
    Pojawiło się kilka błędów, ale przy tak to zrozumiałe zwłaszcza długim tekście.
    Jak na „pierwszą poważną przygodę z pisaniem”, piszesz świetnie.
    Pozdrawiam serdecznie,
    roxette16

     
  7. ~Zirael

    17 lipca 2014 o 16:46

    W końcu trafiłam na bloga, gdzie mogę podziwiać swój ukochany świat elfów i krasnoludów. I dziękuję ci, że tak przedstawiłaś krasnoludy, Sapkowski przyzwyczaił mnie to takich właśnie postaci i nie mogę się odzwyczaić. ;)
    Jestem pod wrażeniem twojego talentu, zabieram się za następne wpisy. :)

     
  8. ~zaciekawiony

    5 lipca 2015 o 18:15

    „Ogień przyjemnie ogrzewał ich stopy, delikatnie muskał policzki.” – leżeli twarzą w ognisku, skoro ogień dotykał ich policzków?

    „kołczan wypełniony ledwie kilkoma strzałami” – jeśli strzał w kołczanie było mało, to nie był on nimi wypełniony.

    Rozdział napisany całkiem niezłym stylem, ma klimat choć można się przyczepić do paru niezręczności jak powyższe i paru zbyt znanych schematów (barman, który oczywiście wyciera kufel, bo barmani nic innego nie robią i wynoszenie ciała w czarnym worku, jak to robi XX wieczna policja, a nie na desce owiniętego całunem jak to robiono dawniej). Ale w sumie dobry początek.

     
    • rockydrago

      6 lipca 2015 o 16:05

      Słusznie, słusznie, słusznie.
      Sam ostatnio złajałem się w duchu za błąd z ogniem, który popełniłem pisząc tekst niezwiązany z tym blogiem. Jak najprędzej go naprawiłem, bo rzeczywiście głupio to wygląda.
      Będę musiał przejrzeć swoje teksty w najbliższym czasie i pousuwać takie kwiatki. Z workiem też niezręcznie wyszło, miało to bardziej wyglądać tak, jak sam opisałeś.
      Na usprawiedliwienie powiem, że był to właściwie mój pierwszy tekst. Aczkolwiek sam bym takiego usprawiedliwienia nie przyjął.
      Czeka mnie trochę roboty.
      Pozdrawiam i dziękuję za uzasadnioną krytykę.

       
  9. ~Basia

    5 maja 2017 o 11:24

    Witam,
    historia jest bardzo ciekawa, bardzo polubiłam bohaterów, zwłaszcza elfa…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie