RSS
 

Bez przebaczenia, część II

28 sie

Avaret zbudził się. Zamrugał oczami, podniósł się do pozycji siedzącej i porządnie przeciągnął. Na posłaniu obok, obrócony na prawy bok, z nosem prawie przystawionym do ściany, głośno pochrapywał Ervill. Obaj znajdowali się w pokoju gościnnym karczmy, usytuowanym na piętrze. Z jedynego znajdującego się w pomieszczeniu okna rozpościerał się widok na główną ulicę miasteczka, przy której znajdowało się wejście do gospody. Sam pokój był słabo umeblowany; oprócz dwóch wąskich łóżek znajdowała się w nim jedynie mała, stara komoda.

Najemnik ostrożnie, by nie obudzić towarzysza, wstał z łóżka i stąpając powoli, podszedł do okna. Dzień dopiero wstawał, nie słychać było jeszcze żadnego zgiełku na ulicach miasta. Avaret podrapał się po nieogolonej brodzie, przypominając sobie równocześnie wydarzenia minionej nocy.

Po wstępnych oględzinach miejsca zbrodni, jakich dokonali, nikt z miejscowych nie pokwapił się, by odnieść ciało denata do kostnicy. Koniec końców musiał się tym zająć on sam, oczywiście przy pomocy Ervilla. Szczęściem kostnica nie znajdowała się daleko, toteż przeniesienie zwłok nie zajęło im dużo czasu, ani nie kosztowało utraty wielu sił. Obudzono zarządcę, poinformowano o zaistniałej sytuacji i pozostawiono nieboszczyka jego opiece. Mężczyzna w pierwszej chwili wybałuszył oczy, jednak po krótkim szoku doszedł do siebie i zajął się swoimi obowiązkami. Widocznie poprzedni trup oswoił go z podobnym widokiem.

Wieść o kolejnym morderstwie rozniosła się w tempie błyskawicy. Opuszczając kostnicę spotkali, na schodach prowadzących w kierunku jej drzwi, jegomościa, który okazał się być burmistrzem Sletoboru. Musiał zostać wyrwany ze snu, gdyż spod długiego płaszcza, w który był ubrany, wyzierała koszula nocna. Jego głowę ponadto zdobiła biała czapka zakończoną pomponem, w jakiej zwykli spać mężczyźni o jego statusie. Towarzyszyło mu dwóch drabów uzbrojonych w halabardy, ubranych w uniformy straży miejskiej. Burmistrz niemal na kolanach błagał ich, by zajęli się sprawą morderstw, lamentował, że straż miejska jest bezradna, a na ulicach powinno być bezpiecznie. Uspokoili go obiecując, że z samego rana przystąpią do rozwikłania tajemnicy okrutnych zabójstw oraz poczynią wszelkie kroki w kierunku ujęcia sprawcy.

Chyba czas wstawać… — usłyszał za swoimi plecami głos elfa, który najwyraźniej przebudził się już i jął niechętnie podnosić z łóżka. — Jak myślisz, przyniosą śniadanie do łóżka? Jest to wliczone w cenę? Eeee, chyba nie… No ale czego się spodziewać za pięć miedziaków…

Boję się, że słusznie rozumujesz — odparł Avaret, uśmiechając się na widok rozespanego przyjaciela. — Chyba będziemy musieli zejść na dół. Po śniadaniu bierzemy się do roboty.

Tylko robota mu w głowie — mruknął Ervill tłumiąc pięścią ziewnięcie. Wstał, podciągnął spodnie i ruszył za towarzyszem, który znikał już za drzwiami.

Zeszli po schodach w dół. Tylko jeden stół na sali był zajęty.

Czołem towarzyszu! — rzucił elf w jego kierunku. Mężczyzna zasiadający przy nim podniósł głowę znad spożywanej jajecznicy i odpowiedział na powitanie. Było w jego wyglądzie coś znajomego…

Garray…? — zapytał niepewnie Avaret.

Nie pomylił się. Czarodziej wyglądał na znacznie młodszego niż dotychczas. Przystrzygł brodę oraz włosy, które dodatkowo uczesał, ubrał się w nowy, schludny strój. Jedynie uśmiech pozostawał ten sam.

Tak, to istotnie ja, przyjaciele. Zapraszam do mego stołu.

Zaszczycenim cny panie! — odparł Ervill sarkastycznie, składając elegancki ukłon. Garray machnął na niego ręką mrucząc coś o idiotach i imbecylach.

Zasiedli naprzeciw czarodzieja. Po chwili, poszedłszy w jego ślady, zajadali się jajecznicą, przyrządzoną z niemałym kunsztem kulinarnym, przez karczmarza. Ervill dodatkowo raczył się piwem, nie czując żadnego skrępowania wczesną porą.

Dowiedziałem się tego i owego — zaczął Garray, który właśnie skończył swoją porcję. — Udało się ustalić tożsamość nieszczęśnika, któregośmy wczoraj znaleźli. Nielicho przyczynił się do tego pewien dokument, który znaleziono w jego kieszeni. Dokument ów był umową sprzedaży jego domu i zawierał, jak się pewnie domyślacie, jego podpis. Denat zwie się, przepraszam, zwał się, jeszcze do całkiem niedawna zresztą, Garath Magnuson i prawdopodobnie właśnie opuszczał miasto. Co się zaś tyczy pierwszej ofiary, to wiadomo, że był nią Alram Gawen.

Zastanawia mnie ten Magnuson… — Avaret zmrużył błękitne oczy. — Myślisz, że to przypadek, że akurat teraz sprzedawał dom? Czy może śmierć tego Gawena była dla niego z jakiegoś powodu sygnałem ostrzegawczym?

Na pewno warto to sprawdzić. Zaczniemy od ustalenia, czy obie ofiary coś łączyło. To może rozjaśnić nieco całą sprawę.

Ervill beknął głośno.

W takim wypadku wszystko może stać się jeszcze bardziej skomplikowane, panowie detektywi — wtrącił. — Znaczyłoby to niechybnie, że nie mamy do czynienia z bezrozumnym potworem, lecz wyrachowanym zabójcą.

Który jednak morduje swoje ofiary z okrucieństwem godnym najgorszego potwora — zauważył Avaret. — Nie ma co, ciekawa sprawa nam się trafiła.

Zapadła cisza. Nie trwała zbyt długo, gdyż zaraz rozległy się na schodach odgłosy stawianych kroków. Chwilę później zasiadała ich już przy stole cała piątka; towarzystwo uzupełnili Arczi i Sonnet.

I jak postępuje śledztwo, panowie? — zagadnął Arczi.

Avaret zastanowił się krótką chwilę nad tym, czy powinien wtajemniczać obu krasnoludów w szczegóły. Zdecydował się to jednak uczynić, nie mając złudzeń co do tego, że prędzej czy później Ervill nie wypapla im wszystkiego przy kuflu piwa. Powtórzył im to, czego dowiedział się już Garray.

Cóż, zawsze to już coś — skomentował Arczi. — Jeśli będziemy mogli jakoś pomóc, to tylko powiedzcie. Zabawimy w mieście jeszcze przez jakiś czas a potem ruszamy dalej.

Avaret kiwnął z aprobatą głową.

Skończywszy posiłek zabrali się do roboty.

* * *

Dom Alrama Gawena znajdował się na skraju miasta, na niewysokim wzgórzu porośniętym jedynie kilkoma drzewami. U podnóży wzniesienia znajdowało się kilka niewielkich budynków, między innymi speluniasty szynk, w którym, jak domyślał się Avaret, bawiły krasnoludy owego dnia, gdy ujrzały ciało ofiary wynoszonej z jej własnego domu.

Budynek ów prezentował się wcale okazale, przesłaniając znaczną część widocznego za nim nieba. Utrzymany był w dobrym stanie, co nie było łatwe przy rozmiarach, jakie prezentował, a także z uwagi na to, że zamieszkiwany był, jak się wcześniej wywiedziano, jedynie przez gospodarza — Alrama Gawena, obecnie już nieżyjącego, jego żonę oraz jedną służącą.

Właśnie ona otworzyła drzwi w kilka chwil po tym, jak Garray zastukał w nie kołatką w kształcie podkowy. Była młoda, nie mogła liczyć więcej, niż dwadzieścia pięć wiosen, twarz jej jednak naznaczona była pewnego rodzaju doświadczeniem, które bynajmniej w żaden sposób jej nie postarzało. Nie miała twarzy gosposi — jej rysy były ostre, wyraziste i chłodne. Całego obrazu dopełniały przenikliwe oczy, długie czarne rzęsy, oraz krwistoczerwone usta. Gęste, ciemne włosy skrywała biała chustka.

W czym mogę panom pomóc? — spytała. Jej głos był twardy niczym hartowana stal, ton daleki od potulnego.

Czarodziej obdarzył ją miłym uśmiechem mającym potwierdzić jak najbardziej pokojowe zamiary.

Chcielibyśmy pomówić z panią tego domu — odparł grzecznie. — Jeśli to oczywiście nie problem.

Dziewczyna odsunęła się nieco, dając gościom do zrozumienia, że mogą wejść do środka.

Po przestąpieniu progu ich oczom ukazała się obszerna izba, pełniąca rolę salonu, który zajmował większą część parteru. Wnętrze wypełniały meble, nie nazbyt liczne, aczkolwiek na pierwszy rzut oka można było poznać, że oddano w zamian za nie sporo złotych monet. Ściany pokryte były pięknymi, acz ubogimi w barwę i chłodnymi obrazami, podłogę wyścielał dywan, który był niezawodnym świadectwem wielkiego kunsztu jego wykonawców. Elegancką sofę, znajdującą się pośrodku izby, zajmowała kobieta, najpewniej świeżo upieczona wdowa. Cała obleczona w czerń, siedziała całkiem nieruchomo, wzrok wbijając w krajobraz za oknem.

Pani — zwróciła się do niej służka — masz gości.

To rzekłszy oddaliła się, by oddać się swoim obowiązkom. Kobieta nie zareagowała w żaden sposób, wydawała się być nieobecna. Avaret i Ervill rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenia. Tymczasem, niespodziewanie, Garray postąpił kilka kroków w kierunku sofy.

Cóż to za ciekawy zapach? — zagadnął serdecznie wdowę. — Unosi się w całym domu. Jakieś zioła?

Kobieta odwróciła się w jego kierunku. Dopiero teraz gościom udało się dojrzeć jej twarz. Wydawała się mieć około czterdziestu lat. Była zadbaną, elegancką kobietą, jej rysy nadawały jej dumny i wyniosły wygląd.

Nie wiem — odparła po krótkiej pauzie, jaka nastąpiła — i, raczy pan wybaczyć, mało mnie to w tym momencie obchodzi. W czym mogę pomóc?

Garray wypatrzył sobie masywne, pokryte żłobieniami krzesło stojące opodal sofy, przysunął je sobie bliżej i na nim spoczął. Avaret i Ervill poszli za jego przykładem. Gdy już wszyscy siedzieli w bliskiej odległości od siebie, czarodziej zwrócił się do gospodyni domu:

Na sam początek proszę przyjąć nasze najszczersze kondolencje. Jest nam niezmiernie przykro z powodu pani straty.

Kobieta skinęła nieznacznie głową dając do zrozumienia, że przyjmuje wyrazy ubolewania.

Dobry obyczaj nakazuje także — ciągnął Garray — abyśmy się przedstawili, zanim zaczniemy rozmawiać. Tak więc, moja droga pani, towarzysze moi zwą się Avaret oraz Ervill — to mówiąc wskazał kolejno obu najemników — ja zaś sam jestem Garray.

Dobry obyczaj nakazuje, abym i ja się przedstawiła, mimo że zapewne moje nazwisko nie jest wam obce, skoro przychodzicie do mnie w konkretnej sprawie. Aby dopełnić formalności, zwę się Gawen. Katrina Gawen.

Garray skinął z szacunkiem głową.

Powodem naszej wizyty jest, raczy pani wybaczyć, że poruszam ten bolesny dlań temat, śmierć pani męża. Chcieliśmy zadać kilka pytań.

Powieki Katriny zadrżały, jednak udało jej się opanować.

Można wiedzieć, dlaczego was to interesuje?

Zostaliśmy wynajęci, by rozwiązać sprawę jego morderstwa — wtrącił Avaret. — Jego i nie tylko, gdyż, jak zapewne pani wiadomo, dość zagadkową śmierć poniósł w ostatnich dniach także inny mężczyzna, Garath Magnuson.

Ach, biedny Garath. Oczywiście wiem o wszystkim.

Czy znała pani Garatha osobiście? Lub pani mąż?

Katrina zawahała się chwilę.

Ja raczej nie — odparła. — Mój mąż znał go dosyć długo, wspólnie budowali swój pierwszy interes tu, w Sletoborze po tym, gdy przybyli do niego lata temu. Potem każdy poszedł w swoją stronę. Pozostali przyjaciółmi, choć od dłuższego czasu widywali się sporadycznie i raczej przypadkowo — urwała i zmarszczyła czoło, jak gdyby jakaś myśl przyszła jej do głowy. — Myślicie, że oba morderstwa coś łączy? To znaczy, że nie są przypadkowe, lecz ofiary zostały w jakiś sposób odpowiednio dobrane?

Garray spojrzał jej prosto w oczy.

Staramy się to dopiero ustalić, szanowna pani.

Katrina spuściła głowę. Po jej policzkach polały się łzy.

Któż mógłby chcieć skrzywdzić mojego Alrama? On przecież nikomu nie zawinił. Był zawsze uczciwy — załkała chowając twarz w chusteczce.

Ervill już otwierał usta, by pocieszyć ją jakimś dobrym słowem, lecz Avaret, znając dobrze poczucie kurtuazji elfa, szturchnął go wymownie w bok. Ervill zamknął usta robiąc przy tym minę wielce urażonego i niedocenianego.

Garray położył rękę na jej ramieniu w ciepłym geście wsparcia. Katrina uspokoiła się, rysy jej twarzy się wygładziły. Popatrzyła żywym wzrokiem na czarodzieja.

Katrino — zwrócił się do niej opiekuńczym tonem — aby rozwikłać tę sprawę, będziemy potrzebować twojej pomocy.

Lekkim skinieniem głowy dała znak, że rozumie. Garray rozsiadł się wygodniej, podobnie uczynili obaj najemnicy, przy czym elf, który od dłuższego czasu spoglądał na wygodny fotel stojący tuż przy sofie, przesiadł się nań, uprzednio sprawdziwszy jego miękkość delikatnie go uklepując. Czarodziej przystąpił do zbierania informacji.

Droga pani, zacznijmy od tego, czy jest ktokolwiek, kogo by pani podejrzewała?

Katrina pokręciła energicznie głową.

Nie ma nikogo takiego — odparła zdecydowanie. — Mój mąż był uczciwy i dobry. Nie wchodził z nikim w konflikt. Był personą powszechnie szanowaną w Sletoborze.

Proszę mi powiedzieć zatem coś o jego interesach. Czym się dokładnie zajmował?

Wdowa nabrała oddechu.

Alram przybył do Sletoboru okołu dwudziestu lat temu wraz ze swym przyjacielem, Olafem van Bergiem. Zatrzymali się u Garatha Magnusona, który był ich wspólnym znajomym. Wszyscy trzej posiadali trochę swojego kapitału, zdecydowali się więc założyć spółkę i zająć handlem. Zaczęli importować dywany z dalekich krajów. Interes szedł całkiem dobrze, toteż po kilku latach spółka rozbiła się i każdy z nich mógł sobie pozwolić na samodzielne prowadzenie swojego interesu. Alram pozostał przy dywanach, do tego doszły jeszcze meble. Wiodło nam się wcale dobrze, nigdy nie mogłam narzekać na niedostatek przy jego boku.

Czy wie pani dokładnie, skąd znała się cała trójka?

Katrina przekrzywiła lekko głowę, wbijając wzrok w sufit, mrużąc przy tym lekko oczy, jakby usiłowała sobie dokładnie wszystko przypomnieć.

Zdaje się, że tworzyli jakąś niewielką kompanię najemników, których zatrudniano do ochrony transportów kupieckich. Był jeszcze jeden, Lothar… jak mu tam było? Lothar Kunst, o ile dobrze pamiętam, jednak on akurat nie mieszka w Sletoborze, zdaje się, że osiadł w Povet… To dość niedaleko, jakieś pół dnia jazdy, jednak nigdy go nie poznałam… Wszyscy czterej skończyli z najemnictwem, gdy już uzbierali trochę kapitału i postanowili założyć własne interesy.

Garray, dotąd nachylony nisko, cofnął się na oparcie i zadumał. Korzystając ze sposobności, Avaret zadał pytanie, które od początku go nurtowało:

A co z dniem morderstwa? Widziała coś pani?

Wdowa zasępiła się nieco, spuściwszy wzrok poczęła nerwowo tarmosić skrawek czarnej sukni.

Widzi pan… Tego dnia nieco poróżniliśmy się z Alramem. Drobna małżeńska sprzeczka, jakich wiele. Spaliśmy osobno. Gdy przyszłam do niego rano…

Głos jej się załamał, po policzkach spłynęły łzy. Garray skinął na towarzyszy.

Myślę, że najwyższy czas, abyśmy zostawili drogą panią w należnym jej spokoju — powiedziawszy to wstał. — Proszę jeszcze raz przyjąć nasze kondolencje.

Czy to przez aksamitnie brzmiący głos czarodzieja, czy może coś innego, w każdym razie Katrina opanowała płacz na tyle, żeby odprowadzić gości do wyjścia i ich pożegnać.

Słońce, stojące już wysoko na niebie, ogrzewało twarze Avareta, Ervilla i Garraya, gdy opuszczali w milczeniu posesję państwa Gawen, a w tym momencie już tylko wdowy po Alramie. W drodze w dół pagórka Avaret zastanawiał się intensywnie nad wszystkim, co właśnie usłyszeli. Wiedzieli już, co łączyło obu zmarłych i wydawało się wielce nieprawdopodobne, by śmierć obu w tak krótkim odstępie czasu była przypadkowa. Jakby słysząc jego myśli, odezwał się Garray:

Musimy niezwłocznie porozmawiać z oboma pozostałymi jegomościami. Bardzo możliwe, że znajomość, jaka łączyła nieboszczyków, jest kluczowa dla sprawy, jednak koniecznym jest, aby to potwierdzić.

Ervill kopnął kamień leżący na jego drodze. Siła, z jaką został wprawiony w ruch, pognała go na sam dół, godząc jednego z przechodniów w kostkę, który w odpowiedzi zaklął głośno i bardzo brzydko. Elf uniósł głowę w górę pogwizdując niewinnie, ręce chowając za plecy.

Dalej jednak nie mamy motywu — rzekł Avaret . — I dalej ciężko mi sobie wyobrazić, że takiej rzezi mógł dokonać człowiek. To się wszystko nie trzyma kupy.

Czarodziej uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi, lecz uśmiech ten napełnił Avareta pewnością, niezmąconym przeświadczeniem, że cała zagadka zostanie od początku do końca rozwikłana.

* * *

 
Komentarze (18)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Werndandi

    28 sierpnia 2013 o 19:15

    Pierwszą część łyknęłam wczorajszego wieczora… i wczorajszej nocy, bo długaśne to cholerstwo. Ale było warto pójść dziś do roboty nie wyspana, oj było. Po powrocie zamierzałam ją skomentować, bo poprzednio padałam już na pysk i ciężko byłoby mi sklecić coś sensownego i trzymającego się kupy. Tymczasem… niespodzianka! Druga część…bardzo się cieszę, że nie muszę na nią czekać. Zaraz pomknę do lektury.

    Pierwsza część opowiadania była potwornie wciągająca. Nie umniejszyły tego nawet powtórzenia, które niestety Ci się zdarzały, zwłaszcza w początkowych akapitach. A’propos… chyba bardzo lubisz słowo ‚niewielki’… było go tam od groma i ciut ciut :)
    Co ciekawe, z każdym zdaniem tekst robił się lepszy. Magia jakaś, czy co? Zwłaszcza od momentu, gdy wędrowcy zawitali do karczmy czytało mi się coraz przyjemniej.
    Jeszcze jedno, z komentarzy pod pierwszą częścią wiem, że darzysz ogromną sympatią prozę Sapkowskiego. Być może dlatego zdania wypowiadane przez Ervilla brzmią jak wyjęte z jego książki. Miło widzieć w internecie dobrą archaizację. :)

    Na prawdę cieszę się, że tutaj trafiłam, za co możesz podziękować Vessnie. Oj tak, stare, dobre, klasyczne fantasy… Miód dla duszy.

    No cóż, zmykam czytać powyższy post. A jeśli Ty byłbyś zainteresowany to zapraszam do siebie. (opowiesc-pewnego-wedrowca.blogspot.com)

     
  2. ~Werndandi

    28 sierpnia 2013 o 19:15

    Pierwszą część łyknęłam wczorajszego wieczora… i wczorajszej nocy, bo długaśne to cholerstwo. Ale było warto pójść dziś do roboty nie wyspana, oj było. Po powrocie zamierzałam ją skomentować, bo poprzednio padałam już na pysk i ciężko byłoby mi sklecić coś sensownego i trzymającego się kupy. Tymczasem… niespodzianka! Druga część…bardzo się cieszę, że nie muszę na nią czekać. Zaraz pomknę do lektury.

    Pierwsza część opowiadania była potwornie wciągająca. Nie umniejszyły tego nawet powtórzenia, które niestety Ci się zdarzały, zwłaszcza w początkowych akapitach. A’propos… chyba bardzo lubisz słowo ‚niewielki’… było go tam od groma i ciut ciut :)
    Co ciekawe, z każdym zdaniem tekst robił się lepszy. Magia jakaś, czy co? Zwłaszcza od momentu, gdy wędrowcy zawitali do karczmy czytało mi się coraz przyjemniej.
    Jeszcze jedno, z komentarzy pod pierwszą częścią wiem, że darzysz ogromną sympatią prozę Sapkowskiego. Być może dlatego zdania wypowiadane przez Ervilla brzmią jak wyjęte z jego książki. Miło widzieć w internecie dobrą archaizację. :)

    Na prawdę cieszę się, że tutaj trafiłam, za co możesz podziękować Vessnie. Oj tak, stare, dobre, klasyczne fantasy… Miód dla duszy.

    No cóż, zmykam czytać powyższy post. A jeśli Ty byłbyś zainteresowany to zapraszam do siebie. (opowiesc-pewnego-wedrowca.blogspot.com)

     
    • ~Werndandi

      28 sierpnia 2013 o 19:16

      Wybacz, jakimś cudem dodałam komentarz dwa razy, ale to chyba wina serwisu.

       
      • rockydrago

        28 sierpnia 2013 o 20:46

        Bardzo dziękuję za Twój komentarz. Muszę przyznać, że nie spodziewałem się, że moje opowiadanie może się spotkać z takim entuzjazmem.
        Dziękuję równiez za zwrócenie uwagi na błędy, jakie popełniam. Będę się starał zastępować słowo „niewielki” jakimś synonimem. Co do powtórzeń, to muszę przyznać, że poświęciłem niewiele czasu na redakcję pierwszej częśći, obiecałem sobie jednak bardziej uważać na nie w przyszłości.
        Obiecuję również, że najpóźniej jutro ujrzysz mój komentarz na swoim blogu.
        Pozdrawiam :)

         
        • ~Werndandi

          28 sierpnia 2013 o 22:39

          Do niczego nie zmuszam :) Czasy, gdy pisałam ‚na komcia odpowiedz komciem’ minęły bezpowrotnie dobre dziesięć lat temu.
          Co do redagowania tekstu, to mogę Ci dać jedną radę, którą sama kiedyś otrzymałam, a która bardzo mi się przysłużyła. Jeśli sprawdzasz tekst to nie rób tego wiele razy, a w dłuższych odstępach czasu. Inaczej przestaniesz zauważać błędy. Np. jednego dnia piszesz,, po napisaniu sprawdzasz, ale potem zaglądasz za co najmniej 3-4 dni. Powodzenia :)
          Mnie tym czasem oderwano od lektury i wciąż mam przed sobą większość części drugiej.

           
  3. ~Werndandi

    29 sierpnia 2013 o 11:32

    Normalnie CSI z tej twojej kompanii. Ale poważnie, momentami ich wypowiedzi brzmią jak żywcem wyjęte z seriali policyjnych, które ogląda moja współlokatorka. Po za tym zastanowiło mnie, jak to możliwe, żeby wdowa po Alramie, tak jak i cały jej dom była elegancka, dobrze wychowana, dosyć szykowna i tak dalej. Jakoś nie pasuje mi to do speluniastej karczmy, którą prowadziła razem z mężem.

    Ta część jest lepsza pod względem technicznym, ale… sama nie wiem. Poprzednia bardziej przypadła mi do gustu. Rozumiem, że śledztwo to śledztwo, ale moim zdaniem jeżeli jest osadzone w quasi-średniowieczu, to powinno mieć trochę więcej jego smaczków.

     
    • rockydrago

      29 sierpnia 2013 o 11:48

      Moja droga, trcohę źle zrozumiałaś co napisałem, albo być może to ja wyrazilem się w nieodpowiedni sposób. Speluniasty szynk wcale nie był prowadzony przez Alrama i jego żonę, znajdował się jedynie u podstawy wzgórza, na którym mieści się ich domostwo.
      Cóż, masz rację, że ta część znacząco różni się gatunkowo od poprzedniej. Nie znaczy to oczywiście, że opowiadanie będzie dalej podążać jedynie tą ścieżką.
      Dziękuję za słowa krytyki :)
      Pozdrawiam

       
      • ~Werndandi

        30 sierpnia 2013 o 12:44

        No tak… muszę sobie zapamiętać, by nie czytać nic bardziej skomplikowanego niż etykietka szamponu, gdy kofeina z czterech ‚siekier’ przestaje działać, a ja wpadam w dziwny stan podobny do zejścia po prochach…Średnio sprzyja to logicznemu myśleniu i zauważaniu pewnych oczywistych rzeczy. Musisz mi wybaczyć :)

         
  4. ~Vessna

    30 sierpnia 2013 o 20:01

    Zobaczyłam drugą część już jakiś czas temu, ale tak mi zbrzydło czytanie w ciągu ostatnich kilku dni… W końcu się wzięłam i postanowiłam najpierw odwiedzić ciebie. I mam ochotę czytać dalej, muszę przyznać.

    W tym rozdziale zauważyłam mniej Sapkowskiego, więcej ciebie – to bardzo dobrze. Mam takie dziwne wrażenie, że dopiero zaczynasz swoją przygodę z pisaniem, więc, jak mówiła Werndandi, każdy akapit jest coraz lepszy. To naprawdę cieszy.

    Będę się czepiać, bo zależy mi na tym, żebyś dobrze pisał. Przedmówczyni mówiła o „niewielkim”, a mi się rzucił „denat”. Rada moja jest taka, żeby nie nadużywać słów, których obecnie raczej nie stosujemy. W tekście wystąpiło trzy, czy cztery razy – to za dużo, jak na słowo, które rzuca się w oczy. Tak już jest z archaizmami (a także wyrazami, które z użytku dopiero wychodzą), że bardzo trzeba na nie uważać.

    Podobała mi się ostatnia scena z kamieniem – dobrze napisana, zdołała mnie rozbawić, choć była banalna (no bo przecież kto tak nie zrobił choć raz w życiu?).

    Ogólnie pozytywnie i jeśli tendencja będzie podobna, to liczę, że za jakieś cztery-pięć rozdziałów zobaczymy coś naprawdę niesamowitego.

    I dobrze, że rozdział jest trochę krótszy: dużo lepiej się to czyta, łatwiej przyswaja.

    Pozdrawiam cieplutko.

     
    • rockydrago

      30 sierpnia 2013 o 21:42

      Dziękuję za uwagi. Na pewno postaram się do nich zastosować :)

       
  5. ~Głęboka Kałuża

    31 sierpnia 2013 o 12:34

    Połączenie fantasy z kryminałem bardzo mi się podoba. Mam do takich wątków sentyment, ze względu na pierszą większą kampanię RPG, którą poprawadziłam. Ach, przyjemne czasy… Tak jak wcześniej czytelnicy zauważyli im dłużej się czyta, tym lepiej. Szczególnie przyjemnie pochłaniało mi się w tej części dialogi. Czekam na dalszy rozwój akcji.

     
  6. ~Linkink

    4 września 2013 o 13:41

    Witam serdecznie.

    Opowiadania – genialne! Fabuła, klimat i dobrze zbudowane postacie – tego naprawdę, bardzo często brakuje! Widzę, że Pańska twórczość wręcz zmusza do komentarzy – jeszcze nie widziałem żeby jakiś bloger zyskał tak aktywną publiczność w tak krótkim czasie!

    Na wstępie proszę o wybaczenie, że się nie przedstawię, ale wolę pozostać anonimowy w związku z projektem do którego chciałbym Pana zaprosić. Wkrótce premierę będzie miała nowa gra RPG polskiego pochodzenia. Gra ma być w calości darmowa – z oficjalnej strony każdy z zainteresowanych będzie mógł pobrać program umożliwiający tworzenie kart i plansz, które każdy będzie mógł wydrukować. Chcąc uatrakcyjnić rozgrywkę zamierzamy zamieścić również różnego rodzaju misje, zadania czy opowiadania, do których gracze będą mogli rozgrywać walki w owej grze. Czy nie zachciałby Pan napisać jednej z takich publikacji? Po przeczytaniu Pana opowiadań jesteśmy pewni, że posiada Pan odpowiednie umiejętności aby zaciekawić naszych graczy. Bardzo by nam Pan pomógł, a oprócz tego może Pan zyskać większą popularność, gdyż zamieścimy stosowne linki na kartach postaci oraz Pana opowiadaniu. Opowiadania pojawią się również na naszej stronie głównej w zakładce oficjalne publikacje i będą specjalnie promowane. Do każdego z opowiadań stworzymy osobną okładkę. Jasto to szansa na dotarcie do nowych czytelników. Jeżeli gra odniesie sukces zamierzamy również wydać publikację zawierającą najciekawsze misje. Jeżeli byłby Pan zainteresowany proszę o kontakt pod adresem email: bellatorgra@gmail.com , a ktoś z zespołu wyśle Panu więcej informacji. Może Pan też odwiedzić nasz profil na FB: https://www.facebook.com/pages/Bellator/431199816992592
    Z wyrazami szacunku

    _Linkink

     
  7. ~Vessna

    4 września 2013 o 18:57

    Nuda? Zmęczony dniem? Zapraszam na lekturę pośród Czerwonego Piachu. Może dodasz coś od siebie?
    (jeśli nie chcesz otrzymywać powiadomień, po prostu mi o tym powiedz).
    Pozdrawiam!

     
  8. ~Angelique

    26 lutego 2014 o 18:32

    Odnoszę wrażenie, że jest to kryminał przeniesiony do czasów tak jakby „średniowiecznych”. Podoba mi się, że „detektywi” próbują rozwikłać ową zagadkę śmierci dwóch panów.

    Interesująco przebiegła rozmowa z wdową. Używasz ciekawych zwrotów w zdaniach. Takich, a bo ja wiem? No kojarzących mi się ze średniowieczem, chłopstwem itd.

    Jak słusznie zauważyłam, na razie każdy jest sobie przyjacielem. Zobaczymy jak długo.

    W poprzednim rozdziale, w komentarzach, ktoś nazwał Cię „naśladowcą Sapkowskiego”. Może i tak. Jednak jak dla mnie cała historia jest raczej z „koszyczka”, w którym znajduje się „Władca Pierścieni”, „Hobbit”, „Sherlock Holmes”.

    Pozdrawiam :))
    Znikam zatem w rozdziale III.

     
  9. ~roxette16

    22 maja 2014 o 20:56

    Oprócz fantasy jeszcze kryminał? Moje dwa ulubione gatunki literackie w jednym utoworze.
    Przeczytałam to jednym tchem, żałując, że dopiero teraz znalazłam czas. Zapowiada się ciekawe śledztwo.
    Pozdrawiam,
    roxette16