RSS
 

Bez przebaczenia, część III

29 paź

Stojąc pośrodku ulicy, Avaret żegnał wzrokiem oddalających się z dużą prędkością Arcziego i Sonneta, którzy dosiadali najszybszych koni, jakie mogli opanować. Ich niski wzrost zdecydowanie nie sprzyjał jechaniu cwałem, trzeba jednak przyznać, że radzili sobie wcale dzielnie.

Zaraz po tym, jak wrócili do gospody, najemnik przypomniał sobie słowa wyższego z krasnoludów, który zadeklarował chęć pomocy, gdyby była ona potrzebna. Prędko zrodził się pomysł, by wysłać obu w drogę do Povet, aby tam odnaleźli Lothara Kunsta i zaczerpnęli nieco wiedzy na temat dawnej działalności jego oraz jego zmarłych towarzyszy. Do Povet było pół dnia drogi, i drugie tyle z powrotem, Avaret obiecał jednak krasnoludom, że jeśli wrócą przed północą, dostaną nieco wyższą prowizję od nagrody ufundowanej dla nich przez burmistrza.

Kiedy zniknęli z zasięgu jego wzroku, odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem w kierunku gospody, w której czekali na niego Ervill oraz Garray. Zarówno po jego prawej, jak i lewej ręce, stały rozstawione liczne kramy, przy których stali kupcy, oferując przechodzącym ludziom wszelkiego rodzaju towary, począwszy od warzyw i owoców, a na biżuterii skończywszy. Avaret przyglądał się od niechcenia klientom przechodzącym od jednego straganu do drugiego, gdy wtem ujrzał znajomą twarz. Młoda dziewczyna, o kruczoczarnych włosach, pochylała się nad stoiskiem oferującym, z tego, co dojrzał, różnej maści przyprawy. W prawej ręce dzierżyła wiklinowy kosz wypełniony już innymi zakupami. Dopiero po chwili skojarzył, skąd zna tę twarz; niewątpliwie stała przed nim służąca Katriny Gawen, którą poznał przelotnie ledwie kilka godzin wcześniej. Zastanowił się moment. Może ona zdoła wyjawić mu jakiś fakt istotny dla sprawy, pominięty wcześniej, świadomie, lub nie, przez jej panią? Przybrał serdeczną minę i skierował swoje kroki w kierunku młodej służącej.

Znów się spotykamy — rzucił stając obok, lecz nie patrząc w jej kierunku. Udał zainteresowanie stosem jabłek piętrzącym się w skrzyni tuż przed nim.

Dziewczyna uniosła powoli wzrok. W jej oczach Avaret dostrzegł to samo, co przy pierwszym spotkaniu: chłód i dystans.

Zdaje się, że nie poznałaś wcześniej mego imienia. Jestem Avaret. Staram się pomóc w sprawie morderstwa twojego chlebodawcy.

Wiem, czym się zajmujesz — odparła. Avaret zastanowił się, co jest bardziej oziębłe, jej wzrok czy głos. — Zapewne myślisz, że podczas niewinnej rozmowy, którą starasz się właśnie zawiązać, wyjawię ci mimochodem jakiś szczegół, który pomoże w rozwikłaniu tej tajemnicy. Mam rację?

Avaret, nie wiedząc, co odrzec, uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi.

Niestety, nie będę mogła ci pomóc. Nie wiem o niczym szczególny, jedynie to, co powiedziała wam już Katrina. Wypełniam swoje obowiązki i nic więcej.

Obróciła się na pięcie i ruszyła wolnym krokiem w kierunku posesji Gawenów. Averet podbiegł, by się z nią zrównać.

Jak ci się u nich pracuje? To znaczy teraz u niej… U Katriny.

Jestem zadowolona — jej twarz pozostawała sztywna, jedynie krwistoczerwone usta się poruszały. — Niedługo minie pół roku, odkąd mnie przyjęli. Pracuje mi się dobrze, a Katrina docenia włożony przeze mnie trud.

Najemnik wbił wzrok w ziemię, zastanawiając się, o co mógłby spytać. Dziewczyna wyraźnie nie była skora do dyskusji, co nieco zbiło go z pantałyku i utrudniło myślenie.

Nie trudź się, Avarecie. Niczego szczególnego się ode mnie nie dowiesz. Szkoda twojego, jak i mojego czasu na niewinne, jak to planowałeś, pogaduchy o niczym — odbiła w boczną uliczkę biegnącą pomiędzy podniszczonymi kamienicami. Avaret przystanął, zagryzając dolną wargę.

Przy okazji, bo nawet tego nie potrafiłeś się dowiedzieć — krzyknęła już z pewnej odległości, nie odwracając głowy — jestem Adelia, rycerzu.

* * *

Ervill i Garray siedzieli przy stole znajdującym się w jednym z kątów karczmy. Na dnie kufla, który elf dzierżył w dłoni, znajdowało się jeszcze kilka łyków złocistego piwa. Dwa identyczne, z tym, że już całkiem puste, stojące na stole przed nim, zasłaniały w pewnym stopniu jego oblicze. Czarodziej spoczywał na krześle z prawą stopą opartą na lewym kolanie, pocierając palcami krótko przystrzyżoną, siwą brodę. Gdy tylko ujrzał Avareta, podniósł się. Ervill również zareagował, witając przyjaciela głośnym beknięciem.

Odjechali — poinformował ich Avaret, mając oczywiście na myśli dwójkę krasnoludów. — Wygląda na to, że całkiem nieźle radzą sobie w siodle. Myślę, że ujrzymy ich jeszcze dziś przed północą.

Garray skinął głową, po czym obaj zasiedli przy stole.

Co dalej? — spytał Ervill.

Garray zadumał się.

Może najpierw ustalmy, czego się dowiedzieliśmy. Po pierwsze: mamy na pewno dwie ofiary, zamordowane w brutalny, praktycznie identyczny sposób. Niepodobna nie połączyć obu morderstw. Po drugie: wiemy, że obaj jegomoście znali się od dłuższego czasu. Czy to przypadek? Może tak, może nie. Właśnie żeby się tego dowiedzieć, nasze zaprzyjaźnione krasnoludy wyruszyły z wizytą do pobliskiego Povet, by odnaleźć Lothara Kunsta. Garath nie miał rodziny, a wdowę po Alramie już odwiedziliśmy.

Myślę, że to jak na razie jedyny słuszny trop, jakiego powinniśmy się trzymać — wtrącił żywo Avaret. — Dlatego wiecie co? Najwyższa pora złożyć wizytę Olafowi van Bergowi.

* * *

Zaczynało już zmierzchać, gdy dotarli do posesji Olafa van Berga. Jego dom był zgoła inny od tego Gawenów; znacznie mniejszy, zniszczony i zaniedbany. Znajdował się nieco na uboczu miasta. Najwyraźniej interesy jego właściciela szły nieporównywalnie gorzej od tych prowadzonych przez jego zmarłego znajomego.

Avaret załomotał trzykrotnie prawą pięścią o podrapane drzwi wejściowe. Odczekali kilka chwil, w ciągu których jednak drzwi dalej pozostały zamknięte. Wymienili krótkie, porozumiewawcze spojrzenia, po czym Avaret nacisnął wyblakłą, mosiężną klamkę, a cała trójka przekroczyła próg i znalazła się w zagraconym, słabo oświetlonym wnętrzu budynku.

Spójrzcie — rzucił Ervill rozglądając się wokół. — Ptaszyna wyfruwa z gniazda….

Przy ścianach, które ich otaczały, stało, z tego co naliczyli, sześć wielkich, drewnianych kufrów. Niektóre z nich były otwarte, toteż dało się dostrzec, że wypełnione są dobytkiem, jaki człowiek potrafi zgromadzić przez lata: ubraniami, sztućcami, talerzami czy pościelami.

Myślę, że można to będzie uznać za kolejny dowód… — Garray wypowiadał słowa powoli, ciągle rozglądając się wokół. Jego uwagę przykuł jakiś ruch w sąsiednim pomieszczeniu, nieoddzielonym żadnymi drzwiami. Skinął głową towarzyszom, równocześnie podnosząc palec wskazujący do ust. Ruszyli w tamtym kierunku, stąpając ostrożnie na paluszkach, próbując nie uczynić żadnego hałasu, w której to sztuce normalnie mistrzem był Ervill, teraz jednak, po wypiciu kilku piw, nie prezentował się wcale najlepiej.

Po krótkiej chwili dostrzegli to, co spowodowało ruch zauważony przez czarodzieja; w jednym z kątów kucał, plecami do nich, siwiejący, długowłosy mężczyzna. Z tego, co dało się widzieć, zajęty był pakowaniem kolejnego kufra. Nieco dalej, po prawej stronie nad jego głową, znajdowało się dość obszerne okno, jednak tak brudne i pokryte pajęczynami, że nie wpuszczało ani odrobiny zachodzącego słońca. Sam pokój był właściwie pusty, nie licząc jednego kredensu, stojącego przy przeciwległej ścianie.

Dzień dobry — rzekł zwyczajnie Garray.

Olaf podskoczył na dźwięk jego głosu. Odwrócił się gwałtownie, wbijając w nich wzrok przerażonych, przekrwionych oczu. Miał krzywy, zapewne parokrotnie złamany w przeszłości nos, a jego twarz pokrywał co najmniej tygodniowy, niechlujny zarost.

Nie zabijajcie mnie, błagam! Błagaaaaam! To nie ja…! To oni!

Avaret uniósł brwi z zaskoczenia, podczas gdy Olaf zawył i zaczął łkać.

Chłopie, chyba nas z kimś… — próbował mu przerwać zdezorientowany Ervill. Garray wyciągnął rękę, próbując uspokoić przerażonego mężczyznę, jednak tamten nie ustawał w błaganiach.

Przysięgam, że tego nie chciałem! — krzyknął padając na kolana i splatając dłonie w geście błagania o litość. — To oni mnie namówili…! Oni…!

Avaret podszedł do klęczącego mężczyzny, złapał go za podarte łachy, w jakie był odziany, podniósł stawiając na nogi i potrząsnął nim tak, że ten omal nie rozbił sobie głowy uderzając o ścianę. To najwidoczniej wyrwało go z amoku, w jaki wpadł ujrzawszy trójkę niespodziewanych gości.

Słuchaj uważnie! — warknął mu Avaret prosto w twarz. — Nie przyszliśmy tu, żeby cię zabić, wręcz przeciwnie. Pomyliłeś nas z kimś. A teraz — puścił go i odstąpił na odległość jednego kroku — z chęcią usłyszę, z kim.

Olaf stał z rozdziawioną gębą, plecami opierając się o ścianę. Minęła jeszcze chwila, zanim się odezwał.

Nie przyszliście mnie zabić…?

Ervill odrzucił głowę gwałtownie w tył, wypuszczając z głośnym świstem powietrze.

Nie, ale jesteś na dobrej drodze do tego, żeby to się zmieniło.

Więc kim jesteście? Po co tu przyszliście?

Żeby zadać kilka pytań — Garray przejął inicjatywę — a nie na nie odpowiadać. — Powtórzę więc to postawione przez mojego kompana: z kim nas pomyliłeś?

Olaf wyraźnie zaczął odzyskiwać pewność siebie, kiedy już jasne stało się, że, przynajmniej w tym momencie, nie grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Rysy jego twarzy rozluźniły się, po czym znowu powykrzywiały, tym razem w grymasie złości.

To ja powtórzę swoje pytanie!— warknął. — Kim jesteście? Jakim prawem naruszacie teren mojej posesji? Nie przypominam sobie, żebym was zapraszał.

Garray uśmiechnął się w taki sposób, że już ten jeden gest sprawił, ze Olafowi zrzedła nieco mina.

Drogi przyjacielu — zaczął — możesz oczywiście nas stąd wyrzucić, nie odpowiadając na żadne z naszych pytań i czekać dalej na niemiłego gościa, którego tak się lękasz. Albo możesz nam powiedzieć wszystko, co wiesz, a my już postaramy się ci pomóc. Nawiasem mówiąc — schylił się przytykając prawą dłoń do lewego kącika ust tak, jakby chciał powiedzieć coś Olafowi w sekrecie — tym się właśnie zajmujemy. Usiłujemy schwytać tego, którego wizyty się obawiasz.

Olaf zaniemówił na chwilę, próbując odnaleźć się w sytuacji. Avaret zerknął przez zabrudzone okno. Nie wiedzieć kiedy, na zewnątrz zapadła już całkiem noc, ciemna i bezgwiezdna, cicha, lecz napełniająca niepokojem. Jedynie blask księżyca wyróżniał się pośród czarnej szaty, która zakryła niebo, oświetlając mknące po nim, skłębione chmury. Avaret stał jak zahipnotyzowany, gapiąc się bezmyślnie, gdy nagle przepływające obłoki nabrały gwałtownego rozpędu, zupełnie, jak gdyby pchnął je bardzo mocny, porywisty wiatr. Najemnik spuścił wzrok nieco w dół, w kierunku drzew okalających domostwo Olafa i dostrzegł, że również nimi targa wicher.

Coś tu jest nie tak — pomyślał.

Niespodziewanie okno, przy którym stali, otworzyło się do wewnątrz, a podmuch, który się przez nie wdarł, uniósł w górę zasłony, które poczęły falować, sięgając swoimi końcami daleko w głąb pokoju.

Co do…? — wyrzucił z siebie Olaf. Chwilę później jego oczy rozszerzyły się ze strachu.

Avaret zwrócił swój wzrok z powrotem w stronę okna. Dojrzał to, co sprawiło, że oczy Olafa przybrały rozmiary dojrzałych jabłek. I zamarł na moment. W skąpym blasku księżyca ukazał się czarny kształt, niby cień sunący po niebie, który pikował z ogromną szybkością prosto w otwór, utworzony przez otwarte okiennice. Najemnik chwycił odruchowo za miecz, lecz zdążył go wysunąć z pochwy jedynie do połowy, gdy cień wpadł w niego z ogromnym impetem, odrzucając kilka stóp w tył. Odzyskawszy równowagę, dojrzał Ervilla stojącego w pozycji bojowej, z mieczem trzymanym oburącz, wymierzonym, przed siebie oraz Olafa, kryjącego się za plecami sposępniałego Garraya. Obrócił lekko głowę.

Stwór stał nieruchomo pośrodku przestronnego pokoju. Odziany był w szary, postrzępiony kaftan, wyposażony w kaptur, skrywający twarz w mroku. Jedyne, co dało się na niej dostrzec, to dwa płomienie w miejscu oczu, zupełnie, jakby jego czaszkę wypełniał ogień, znajdujący ujście w miejscu pustych oczodołów. Jego ręce były długie i chude, zakończone szpetnymi i zapewne bardzo ostrymi szponami. U pasa nosił broń, nie był to jednak miecz, a szabla o niezwykle szerokim ostrzu. Z barków, prawie ku samej podłodze, spływała peleryna w identycznym kolorze, co postrzępiony kaftan, co najmniej równie zniszczona, jak on.

Stwór uniósł z wolna prawą rękę aż do pozycji poziomej, równocześnie wysuwając z dłoni szpon odpowiadający palcowi wskazującemu.

On przyszedł po ciebie, mój przyjacielu — wyszeptał spokojnie Garray wlepiając wzrok w wyciągnięty pazur. Olaf złapał się kurczowo jego pleców, drżąc jeszcze bardziej z przerażenia.

Tknij go — wysyczał Ervill w kierunku straszydła— a sprawię, że dzieci będą się ciebie bać jeszcze bardziej.

Peleryna załopotała, gdy stwór, błyskawicznym ruchem, skoczył ku elfowi. Widząc to, Avaret, niewiele się namyślając, rzucił się na pomoc przyjacielowi. Jednak poczwara bezbłędnie odczytała jego intencje, atakując go długimi, zakrzywionymi pazurami. Mężczyzna odskoczył, kątem oka dostrzegając krew broczącą z lewego ramienia Ervilla. Wylądowawszy kilka kroków dalej, usłyszał czarodzieja, gromkim głosem wypowiadającego jakieś nic nie mówiące mu słowa. Niewidzialna siła odrzuciła poczwarę w tył, jednak nie na tyle mocno, by uczynić jej jakąkolwiek krzywdę. Korzystając z sytuacji, Avaret i Ervill runęli na nią z wyciągniętymi mieczami, lecz nim zdążyli zadać ciosy, ta trzymała już w ręce swą zakrzywioną szablę. Odparła ich atak z łatwością odbijając jednym, silnym, ruchem zarówno jedno, jak i drugie cięcie. Gestem uczynionym drugą ręką cisnęła nimi w kierunku ściany i odwróciła się twarzą do czarodzieja. Garray wyciągnął przed siebie obie ręce i to zginając, to prostując palce, recytował zaklęcia. Stwór jednak musiał być również obdarzony sporą magiczną mocą, gdyż, czyniąc podobne gesty, dawał wyraźny odpór czarom przeciwnika.

Tymczasem Avaret, pozbierawszy się po zadanym ciosie, dostrzegł, że w całym zamieszaniu, zniknął gdzieś Olaf. Stwór również musiał to zauważyć, gdyż nagle zerwał magiczną więź, jaka wytworzyła się między nim, a czarodziejem i wyskoczył przez okno, prosto w ciemną, bezgwiezdną noc.

Za nim! — zawołał Avaret, po czym, jednym, długim susem dopadł okna.

Ujrzał Olafa, biegnącego niezgrabnie w kierunku pobliskiego lasu oraz cień, sunący nad nim w powietrzu, który lada chwila miał go dopaść. Rzucił się do biegu, kątem oka dostrzegając podążającego w ślad za nim Ervilla.

Zostaw go! — krzyknął boleśnie świadom tego, że nie zdąży. Straszydło znalazło się tuż nad głową biednego Olafa, po czym, gwałtownie zmieniając kierunek lotu, opadło na nieszczęśnika. Olaf zawył przeraźliwie, gdy stwór zaczął szarpać go pazurami, rozdzierając skórę i niszcząc ubranie. Avaret był już dosłownie dwa kroki od nich, gdy usłyszał, daleko za sobą, potężny głos Garraya. Stwór, jakby rażony piorunem, wygiął nienaturalnie plecy, unosząc się znad pokiereszowanego ciała ofiary, po czym syknął przenikliwie i wzbił się w powietrze z szybkością kogoś, kto odejmuje palec od wrzącej wody. Zawisł na chwilę jakieś dwadzieścia stóp nad ziemia. Garray wykrzyczał kolejne zaklęcie, a straszydło umknęło, wtapiając się w czarny całun zakrywający niebo. Avaret przyklęknął przy nieprzytomnym Olafie.

Żyje! — ryknął słysząc płytki oddech rannego.

Garray dopadł ich zdyszany.

Zabieramy go stąd czym prędzej! Zanim on powróci!

Co to do cholery było? — wrzasnął Ervill. — Wiesz czarodzieju? Widziałeś kiedyś w życiu takie kurestwo?

Avaret zauważył, że oczy klęczącego nad Olafem czarodzieja, zaświeciły blaskiem intensywniejszym od tego, który dawał tej nocy księżyc.

Owszem. Widziałem.

* * *

 
Komentarze (7)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Vessna

    3 listopada 2013 o 19:25

    Cześć, Drago. Widzę, że znowu się namęczyłeś, oczywiście przyjęłam info o twoim rozdziale. Jeśli o twoje opowiadanie chodzi, to nie mam słów wyjaśnień, dlaczego nie czytam. Po prostu głupio mi, że nie mam chwili czasu, a czytanie co drugie zdanie, na siłę, wydaje się bezsensowne.
    Jak w końcu uda mi się uporać z internetem w nowym mieszkaniu, to usiądę do tego. Przepraszam.
    Może to i trochę nie fair, że ja nie czytam, a przychodzę z informacją, ale i tak szepnę ci, że jest już nowy rozdział na Czerwonym Piachu.
    Dużo weny życzę, niedługo wpadnę.

     
  2. ~Vessna

    9 listopada 2013 o 14:59

    No to jestem znowu.
    Wiesz, zawsze gdy siadam do twojego kolejnego rozdziału, jakoś tak ciepło mi się na serduchu robi.
    Pierwszy raz od dawien dawna zachciało mi się coś przeczytać i najpierw pomyślałam o tobie. Nie zawiodłam się: ktoś pisał któregoś razu, że z każdym akapitem się poprawiasz. Miał rację: co rozdział jest więcej ciebie i twojego własnego stylu.

    Ten świat jest nadzwyczaj przyjemny w odbiorze, a akcja trzyma w napięciu. Tym razem nastrój jeszcze lepszy niż ostatnio.
    To, z czym sama mam problem, a co z chęcią ci wytknę, to stawianie zbyt wielu przecinków. Może warto byłoby sięgnąć po jakiś krótki słownik interpunkcyjny i poczytać do poduszki? Mi kiedyś bardzo to pomogło. Ale to tylko taka moja dobra rada. Nie złośliwa, absolutnie. Ładnie piszesz i miło byłoby, gdyby było jeszcze ładniej.

    Odnośnie samej treści, powiem ci, że mam problem z odróżnieniem Ervilla od Avareta: jak się zastanowię, który jest który, to sobie przypominam, ale w czasie trwania akcji jakoś się gubię. Może różnice między nimi zostały za słabo zaznaczone, może za mało opisywanych różnic w charakterach, w psychice. A może to ja źle czytam. Dobra, już nie narzekam.

    Ogólnie uważam, że jest bardzo dobrze i oby tak dalej.
    Pozdrawiam.

     
    • rockydrago

      9 listopada 2013 o 18:41

      Dzięki za cenne uwagi. Na pewno się do nich zastosuję :-)

       
  3. ~Rengaru

    26 listopada 2013 o 19:59

    Dobre opowiadania ;)

     
  4. ~Vessna

    15 grudnia 2013 o 18:44

    Chwila wolnego czasu? Może kawy? A może czwarty rozdział Czerwonego Piachu?
    Zapraszam serdecznie.

    [Na twój rozdział także czekam z niecierpliwością. Pozdrawiam.]

     
  5. ~Angelique

    26 lutego 2014 o 18:41

    Adelia… Jakie ładne imię! Poza tym, mam nadzieję, że coś między nimi zaiskrzy… No między nią, a „rycerzem”. :P

    Widzę, że nasi detektywi potrafią nieźle dedukować. To dobrze o nich świadczy. Może wkrótce dowiedzą się czegoś konkretnego.

    Niby czarodziej wie, co to za potwór pojawił się w domostwie Olafa, ale nie zawadzi się upewnić, czy stwór działa sam, czy też ktoś nim steruje?!

    Pozdrawiam i zmykam do rozdziału czwartego.

    Ps. Znacznie lepiej się czyta rozdziały krótsze. ;)

     
  6. ~roxette16

    2 czerwca 2014 o 18:08

    Ma charakterek, ta Adelia. Bystra, zdystansowana, pewna siebie, co zakrawa niemal na arogancję.
    Akcja gładko mknie do przodu, trzymając czytelnika w napięciu, pozostawiając po sobie zarówno odpowiedzi jak i nowe pytania.
    Nie zgodzę się z Vanessą. Dla mnie Avaret i Ervill różnią się dość wyraźnie. Owszem, mają wspólne cechy. Obaj lubią przygody, nie należą do lękliwych. jednak to człowiek jest mózgiem zespołu, osobą rozważną, bystrą. Elf przypomina nieco duże dziecko. Lubi być w centrum uwagi, bawić się. Nie można mu zarzucić kompletny brak rozsądku, jednak biorąc pod uwagę jego pochodzenie, nie można mu tego uznać za złe – w końcu jest członkiem długowiecznej rasy, więc nie można przyrównywać go do ludzkich standardów.
    Pozdrawiam,
    roxette16