RSS
 

Bez przebaczenia, część IV

16 gru

Biegli.

Miarowy odgłos podeszew uderzających o ubitą, wydeptaną wśród rosnącej trawy drogę, był jedyną melodią wybrzmiewającą pośród zupełnej ciszy. Avaret co i rusz unosił głowę ku bezgwiezdnemu niebu, nerwowo wyglądając potwora, który mógł powrócić w każdej chwili. Prawą ręką cały czas ściskał rękojeść znajdującego się w pochwie miecza, tak mocno, że zrobiła się śliska od potu. Musiał być w pełnej gotowości.

Tuż przed nim biegł Garray. Czarodziej, zaraz po tym, jak stwór odleciał, nie mówiąc wiele, obdarł rękawy swojej koszuli, by zacisnąć nimi najbardziej krwawiące na ciele Olafa rany. Powstawszy z kolan, wyciągnął rękę nad leżącym nieruchomo mężczyzną. Jego ciało uniosło się powoli do góry, pozostając cały czas sztywnym, a Garray ruszył truchtem w kierunku zabudowań, transportując tym sposobem Olafa u swego boku. Uprzednio rzucił towarzyszom komendę, nakazującą podążyć za nim. Zanim to uczynili, wyjawił im jedynie, że kierować się będą w kierunku karczmy, w której nocowali, by tam ukryć Olafa. Z przodu, przed Garrayem, pobiegł Ervill, który wyprzedził wszystkich, aby eskortowana ofiara nie znajdowała się zaraz z brzegu, wystawiona na atak.

Widział to już wcześniej — przypomniał sobie słowa Garraya Avaret. Zakapturzone straszydło, skrywające całą, prócz oczu, twarz w cieniu, obdarzone monstrualnie długimi pazurami i niemniej groźnym orężem.

Avaret, jak żył, nie słyszał o niczym podobnym. Sam widział już to i owo: spotkał już parę razy wilkołaka, kiedyś natknął się na ptaszora, pół człowieka, pół kruka, który był owocem klątwy rzuconej przez wiedźmę, wbił też drewniany kołek w serce pewnego wampira. Wszystko to jednak było czymś, o czym ludzie opowiadali, o czym słyszał od dziecka, czymś rzadkim, ale jednak występującym. Natomiast straszydło, z którym dopiero co miał do czynienia, było mu całkowicie obce.

Swoją drogą czarodziej potrafi jednak trochę więcej, niż proste, jarmarczne sztuczki — pomyślał. Poczuł się nieco pewniej ze świadomością, że biegnie przed nim tak potężny człowiek.

Nie zorientował się nawet, kiedy polna droga ustąpiła miejsca kamiennemu brukowi. Chwilę później otaczały ich już zniszczone, podrapane kamienice, leżące na skraju obszaru zabudowań. Droga, którą biegli, podążała prosto, jak okiem sięgnął, a karczma znajdowała się po jej prawej stronie, w odległości nie więcej, niż kilkuset jardów. Nim się obejrzał, stali już u jej progu. Ervill, jako, że znajdował się na czele, pchnął drzwi i wszedł jako pierwszy.

Wnętrze karczmy było prawie puste. Jedynie dwóch gości siedziało przy jednym ze stołów, znajdującym się bliżej lady, za którą stał gospodarz wycierający brudny kufel szmatą. Wbił w nich wzrok zaskoczonych oczu, jednak zanim zdążył zadać jakiekolwiek pytanie, przemknęli po schodach na wyższe piętro, gdzie znajdowały się ich izby. U ich szczytu, zaraz po lewej stronie, mieściła się ta należąca do Garraya. To właśnie do niej weszli.

Zamknijcie drzwi! — zakomenderował czarodziej, gdy już znaleźli się za jej progiem. Sam ostrożnie ułożył Olafa na swoim posłaniu. Ervill niezwłocznie wykonał jego polecenie.

Avaret zerknął przez okno, lecz nic nie przykuło jego uwagi.

Wydaje się, że przynajmniej teraz będzie tu bezpieczny — rzekł wskazując Olafa. Garray siedział na łóżku grzebiąc w swoim worku. — Możesz nas teraz oświecić? Co to było?

Czarodziej nie odpowiedział nic, jak gdyby w ogóle nie usłyszał pytania. W dalszym ciągu penetrował worek, o którym wcześniej Avaret przysiągłby, że jest właściwie pusty. Najemnik czekał cierpliwie na odpowiedź, świadom tego, że w końcu ją usłyszy. Garray mamrotał coś niezrozumiale pod nosem. W końcu znalazł w worku to, czego szukał; niewielką, szklaną, błękitno-przeźroczystą fiolkę, wypełnioną do połowy płynem. Złapał lewą ręką za usta Olafa rozchylając je, a prawą wlał w nie jej zawartość. Dopiero wtedy odsapnął głośno.

Zabezpieczyłem to miejsce zaklęciem — rzekł. — To coś nie znajdzie go tutaj tak szybko. Podałem mu też pewną miksturę, która powinna pomóc. Rany są bardzo groźne, ale być może uda się go uratować.

Avaret oparł się o ścianę zakładając ręce.

Wytłumacz nam teraz zatem, czym było to coś.

Tak!— wtrącił elf. Burza czarnych włosów wydostała się z opaski okalającej jego czoło, przesłaniając znaczną część twarzy. Jego ramię w dalszym ciągu krwawiło, jednak, podobnie jak większością rzeczy w swoim życiu, wcale się tym nie przejmował. — Jak żyję, nie widziałem czegoś takiego. Co to było? Dlaczego zaatakowało Olafa i zabiło pozostałych?

Garray usiadł na krześle stojącym tuż przy łóżku. Pochylił się, opierając łokcie na kolanach. Już miał coś powiedzieć, gdy usłyszeli głośny stukot stóp pokonujących schody prowadzące na piętro. Averet i Ervill złapali instynktownie za miecze. Drzwi otworzyły się gwałtownie, lecz nie ukazał się w nich upiór, a Arczi i Sonnet, obaj mocno zdyszani.

Nie żyje…! — wyrzucił z siebie wyższy z krasnoludów podpierając się na kolanach. Zarówno jego jak i Sonneta pokrywały kurz i brud świadczący o przebytej drodze. — Lothar nie żyje od przeszło pół roku.

Garray pokiwał głową, jak gdyby wszystko układało się w logiczną całość. Ervill złapał Arcziego za ramię i potrząsnął dość gwałtownie.

Nie żyje? Jak?

Krasnolud wziął parę głębszych oddechów zanim odpowiedział.

Zamordowany…! — wysapał w końcu — Lothar Kunst został brutalnie zamordowany. Do dzisiaj sprawy nie wyjaśniono.

Elf puścił jego ramię.

Więc mamy pewność — pomyślał Avaret przyglądając się to jednemu to drugiemu z przybyłych krasnoludów. W tym wszystkim nie było przypadku.

Jego umysł łaknął wiedzy. Chciał poznać prawdę o przyczynie i sprawcy zabójstw. Czuł wielką radość, gdy wszystko się zazębiało, gdy nabierało sensu i przejrzystości. Każdą z tajemnic, z którą się zetknął, rozkładał na czynniki pierwsze, dogłębnie analizując i próbując poskładać od nowa w logiczną całość. Różnił się w tym względzie od Ervilla, który często działał impulsywnie, niewiele się namyślając chwytał za miecz i w ten sposób starał się wyjaśnić większość nieporozumień. Teraz właśnie udało się ułożyć kilka z części układanki: zabójstwa z całą pewnością nie były przypadkowe.

A zaraz dowiem się czegoś więcej — przemknęło mu przez głowę, gdy zwrócił swój wzrok w kierunku Garraya.

Pora, bym wyjawił wam to, co już wiem — rzekł ten prostując się w krześle. Obok niego Ervill półszeptem zdawał krasnoludom relację z tego, co zaszło.

Stwór, który dopiero co starał się zamordować Olafa van Berga, nazywa się Tabritan… — zawiesił głos unosząc głowę i przebiegając wzrokiem po wszystkich zgromadzonych — … lecz potocznie nazywany jest demonem zemsty.

Zapadła chwila ciszy. Każdy starał się w myślach poskładać to, co usłyszał, by wysnuć jakiś wniosek.

A za co on się chce mścić, ten Tabritan? — Ervill przygryzł wargę i uniósł jedną z brwi. — Ci ludzie, których zabił, nie wyglądali na takich, którzy mogliby mu coś zrobić. No, chyba że jak był mały to mu coś… — urwał na chwilę drapiąc się po potylicy. — Choć z drugiej strony mały demon? Kto to widział…?

Sonnet parsknął śmiechem, Arczi, jak mógł, starał się go zdusić. Garray jedynie pokręcił głową.

Tabritan nie mści się dla zaspokojenia własnego pragnienia.

Avaret otworzył szerzej oczy.

Co to znaczy?

Ano to — podjął Garray — że działa na czyichś usługach. Widzicie, Tabritan jest demonem, którego może przyzwać jedynie ktoś bardzo mocno pragnący zemsty, za pomocą tajemnego rytuału. Człowiek, który tego dokona, staje się jego panem. Tabritan zabije każdą osobę, którą ten mu wskaże.

Ervill zagwizdał melodyjnie.

Jak możemy się więc dowiedzieć, kto to zrobił?

Czarodziej uśmiechnął się.

My już to wiemy.

Ty draniu — usta Avareta wygięły się lekko ku górze. Wszystko przejrzałeś, ale dopiero teraz nam to mówisz? Cóż, pewnie również w ten sposób, dozując odpowiednio informacje, budujesz swój wizerunek mędrca.

Kto to? — Arczi oderwał się od ściany, o którą cały czas się opierał, wyciągając przed siebie ręce, jak żebrak łaknący chleba. — Kto za tym stoi?

Osobą odpowiedzialną za zamordowanie Lothara Kunsta, Alrama Gawena i Garatha Magnusona jest nie kto inny, a Katrina Gawen, wdowa po Alramie.

Po raz drugi zapadła cisza. Przed oczami Avareta przewijały się wszystkie szczegóły, na które zwrócił uwagę w domu Katriny.

Coś musiało ją zdradzić, inaczej skąd Garray wiedziałby, że to ona…

Jesteś pewien? — zapytał w końcu zrezygnowany. — Dlaczego właśnie ona?

Cóż, pamiętacie może, że goszcząc w domu Gawenów, zwróciłem uwagę na pewien szczególny zapach. Zapytałem o niego Katrinę, jednak ta zbyła mnie dwoma słowami. Wtedy nie uznałem tego za ważne, jednak nie wiem dlaczego, zapach ten nie dawał mi spokoju. Teraz mam już pewność. Spotkałem się z nim wcześniej jedynie raz, wiele lat temu, właśnie wtedy, gdy po raz pierwszy miałem do czynienia z Tabritanem.

Nie powiem, żebym go jakoś specjalnie obwąchiwał, bo i nie było jak — wtrącił się Ervill — ale nie wyczułem od niego żadnego smrodu.

Garray znowu pokręcił głową, jak miał już w zwyczaju, gdy odzywał się elf.

Nie mówię o zapachu demona, a o unikalnej mieszaninie rzadkich ziół, które podczas spalania, co jest ważną częścią rytuału przyzywającego, wydzielają specyficzny aromat. Aromat ten unosił się w całym domu Gawenów, począwszy od progu.

Ervill rozdziawił usta i odchylił głowę do tyłu w geście zrozumienia.

Nagle Olaf wierzgnął gwałtownie na łóżku.

Pierrrrdolona… kurrwa — wycharczał wykrzywiając usta. Cały czas zdawał się być jednak nieprzytomny, jego powieki pozostawały zamknięte. Wszyscy zwrócili na niego uwagę swoich oczu. Olaf wygiął plecy w łuk, po brodzie pociekła mu ślina. — Mogłem ją zaaabić… — dodał jeszcze, po czym opadł na posłanie i znieruchomiał.

Cóż — odezwał się Ervill — chyba czas już zaprowadzić Katrinę przed wymiar sprawiedliwości. Nasz przyjaciel wyraźnie się tego dopomina. Nie zwlekajmy! Ruszajmy do niej od razu!

Tak jest! — Arczi uniósł pięść do góry. — Ruszajmy!

Chwileczkę panowie — Garray stonował ich zapał wyciągając przed siebie prawą dłoń. — Nie zapominajmy o Tabritanie. Co prawda obłożyłem ten pokój zaklęciem ochronnym, ale myślę, że dodatkowa protekcja Olafowi na pewno nie zaszkodzi — skierował swój wzrok ku obu krasnoludom. — Zostańcie tutaj i nie odstępujcie łoża rannego. Na wszelki wypadek. My w tym czasie złożymy ponowną wizytę wdowie Gawen.

Arczi i Sonnet, choć niechętnie, przystali na ten pomysł.

* * *

 
Komentarze (8)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Alicja

    18 grudnia 2013 o 19:00

    Coś niebywałego! Piękna historia! Żałuję, że dopiero teraz na nią natrafiłam, ale obiecuje czytać i komentować każdy kolejny wpis.
    Może zajrzysz do mnie. Dopiero co zaczytam, ale szukam czytelników:
    http://opposite-of-darkness.bloog.pl/

     
  2. ~Vessna

    20 grudnia 2013 o 12:04

    Przepraszam, że dopiero teraz: miałam tak zakręcony tydzień, że nawet nie wiem, jak się nazywam.

    Siedziałam sobie któregoś razu – dzień lub dwa temu – zastanawiając się, co ze sobą zrobić. Zaraz trzeba było wychodzić.
    I wtedy przypomniałam sobie, że mam przecież parę rzeczy do przeczytania.
    Drago, uważam, że idzie ci coraz lepiej – i niesamowite jest to, jak szybko pniesz się w górę. Czytam niektóre z twoich zdań i aż przystaję i zastanawiam się, jak są zbudowane – też czasem chciałabym się czegoś nauczyć.

    Pamiętam, że jak czytałam, gdzieś mi chyba w tym rozdziale jakieś powtórzenie zatrzeszczało. Nie pamiętam niestety gdzie – chyba gdzieś na początku.
    Generalnie bardzo ładnie, ale jakoś tak krótko – chociaż, nie powiem, ja akurat wolę krótkie rozdziały.
    A, no i w końcu chyba zaczęłam odróżniać Ervilla od Avareta (tak!).
    Swoją drogą, przez chwilę przeszła mnie myśl, że chciałabym być takim mędrcem jak Garray. Tylko z drugiej strony: w czasach wikipedii? Po co? Smutne…

    Tak czy inaczej, dzięki tobie mój dzień stał się bardziej magiczny i za to bardzo jestem wdzięczna.
    Pozdrawiam.

     
    • ~Vessna

      20 grudnia 2013 o 12:12

      Widziałam, że prosiłeś o wejścia na toplisty. Ze swojej strony powiem ci tylko, że „Najlepsze strony fantasy” jakimś cudem w ogóle nie generują wejść – jeśli się przyjrzysz, cała statystyka stoi tam w miejscu.
      Czasem mam potrzebę komuś pomóc, dlatego proponuję na przykład tę toplistę. Tu zdecydowanie bardziej opłaca się pomęczyć.
      Ach, no i wesołych świąt!

       
  3. ~Alicja

    21 grudnia 2013 o 16:47

    Zapraszam do przeczytania prologu mojej historii na blogu. Przepraszam za jego skromne rozmiary. Pragnę wprowadzić czytelników w atmosferę opowiadania. Proszę o szczery komentarz.
    http://Www.opposite-of-darkness.bloog.pl

     
    • ~Alicja

      21 grudnia 2013 o 19:52

      Drogi Rocky, co do Twojego komentarza: w tamtych miejscach nie było błędów jeszcze specjalnie sprawdzałam w słownikach:)
      A co do interpunkcji to masz rację:) Akurat z tym zawsze miałam problem;d

       
  4. ~Angelique

    26 lutego 2014 o 18:52

    Tabritan! Wiedziałam, że ten demon nie może sam działać. Byłam pewna, że jest na czyiś usługach, no i proszę. Nie zawiodłam się, po raz kolejny, na swojej intuicji. ;)

    To by się zgadzało! Chodzi mi o wdowę. Zawsze jest najciemniej pod latarnią! I to tak wiele razy się sprawdziło, że aż jest niemal schematyczne. Nic dziwnego, że jak ktoś ginie, to pierwsze sprawdzane jest alibi męża/żony/partnera/partnerki.

    Czarodziej jest nie tylko utalentowany, ale i bardzo mądry.

    Pozdrawiam i znikam w rozdziale piątym! ;)

     
  5. ~Agnieszka27

    20 marca 2014 o 12:12

    Znajomy nakłonił mnie do wejścia na ten blog, wiedząc jaka literatura mnie interesuje a będąc jego osobistym pasjonatem. Nie zawiodłam się :) ciekawe opowiadania. Pozdrawiam.

     
  6. ~roxette16

    2 czerwca 2014 o 18:19

    Ten stwór przypomina mi te istoty (których nazwy niestety nie mogę sobie przypomnieć) z „Harr’ego Pottera”. W ciemnych, zniszczonych pelerynach, latające, bez widocznej twarzy. Nie zarzucam tutaj plagiatu, tylko zauważam pewne podobieństwo, które mi się nasunęło na myśl.
    Nigdy nie przyszłoby mi na myśl, że to ta kobieta. Jestem ciekawa, czy Garray już się domyśla, co wywołało u niej takie pragnienie zemsty. Ja niestety nie mam żadnego pojęcia. zastanawia mnie również, dlaczego tak długo zwlekała z zabiciem męża i pozostałych mężczyzn z miasta, skoro pół roku wcześniej „zleciła” demonowi pierwsze zabójstwo.
    Pozdrawiam,
    roxette16