RSS
 

Bez przebaczenia, część V

19 sty

W okolicy było cicho i spokojnie. Dom Gawenów, wieńczący drogę wspinającą się do niego po całym wzgórzu, sprawiał wrażenie, jak gdyby jego mieszkańcy pogrążeni byli w błogim, niezmąconym niczym śnie. Avaret czuł się niemal jak włamywacz.

Dopiero, gdy stanęli na ganku, dostrzegli pierwszy symptom świadczący o tym, że coś może być nie tak. Drzwi wejściowe, miast być zaryglowane na cztery spusty, co jest zwyczajnym stanem rzeczy o tej porze, były lekko uchylone. Przez wąską szparę wydostawał się snop migającego światła, którego źródłem był najpewniej jakiś niezgaszony świecznik stojący gdzieś tuż za progiem.

Garray pchnął lekko drzwi, które odsłoniły przed nimi wnętrze domu. Tak, jak się domyślali, niedaleko od wejścia, na zbitej z ciemnego drewna komodzie, stał kaganek, na którym chaotycznie pełgał żółto-niebieski płomień. Weszli do środka stąpając ostrożnie.

Wnętrze oświetlał jedynie ów kaganek. Tańczący nań ogień był jedyną rzeczą, jaka się w tym wnętrzu ruszała. Cała trójka poczęła rozglądać się po nim omiatając wzrokiem muśnięte delikatnym blaskiem księżyca stoły, krzesła, schody wiodące na piętro oraz znajdujące się na nim balustrady.

Patrzcie! — rzucił Ervill przyciszonym głosem, wskazując coś palcem. Jakieś dziesięć stóp od progu, w ścianie po jego lewej ręce, znajdowało się wejście do piwnicy, odkryte przez otwarte na oścież drzwi. Garray złapał za kaganek i stawiając pierwszy krok na prowadzących do niej schodach, gestem dał znak Avaretowi i Ervilowi, by zeszli za nim. Kaganek dawał tak słabe światło, że byli w stanie spojrzeć nie dalej, niż dwa stopnie w przód. Zejście było dość strome, a do tego tak długie, że Avaret zaczął już myśleć, że wiedzie do samego piekła, gdy wtem dojrzał kolejną łunę bladego światła, wydostającą się z podziemnych czeluści. Z każdym schodem łuna stawała się wyrazistsza, aż w końcu dało się dostrzec wyłożoną kamieniem podłogę, leżącą u stóp schodów.

Piwnica była dość sporych rozmiarów, oświetlona całkiem nieźle wiszącymi na ścianach pochodniami. Jednak rzeczą, która od razu przykuła wzrok Avareta, było coś leżącego niemal na samym jej środku, coś wyglądające zupełnie jak…

To trup — rzekł beznamiętnie Ervill, obdarzony z całej trójki najlepszym wzrokiem. — Kolejny, którego możemy dopisać do rosnącej listy. Ciekaw jestem, kto tym razem.

Jako, że środek piwnicy był najsłabiej oświetlonym miejscem, elf przejął od czarodzieja kaganek i postąpił w kierunku leżącego nieruchomo ciała. Idący krok za nim Avaret, poczuł nagle pod stopami wilgoć. Spuściwszy wzrok w dół zdał sobie sprawę, że z ciała sączy się strużka krwi, która zdążyła już pokryć sporą część podłogi.

Znalazłszy się w bezpośrednim sąsiedztwie ofiary, Ervill przykucnął i przybliżył kaganek do jej twarzy.

Jasna cholera… — wymamrotał z niedowierzaniem. — To Katrina.

Kątem oka Avaret dojrzał za sobą sylwetkę Gararya, który stanął jak wryty.

To niemożliwe — rzekł z wyraźną nutą zdumienia w głosie. — Demon nie może wydostać się spod władzy tego, kto go przyzwał. Nie może go zabić.

Avaret spojrzał prosto w oczy czarodzieja. Przez jego głowę przewaliła się lawina myśli. Niektóre z nich zatrzymały się na chwilę. I sprawiły, że zaczął rozumieć.

Chyba, że… — zaczął wpatrując się cały czas w Garraya.

Od strony schodów dobiegł ich odgłos stawianych miękko kroków. Wszyscy, bez wyjątku, wbili wzrok w ich podstawę, na której malował się już cień schodzącej postaci.

Chyba że — podjął chłodny, metaliczny głos — to nie Katrina wezwała demona.

Najpierw ujrzeli drobne stopy, miękko i ostrożnie stąpające po każdym kolejnym stopniu. Wokół nóg, skrytych pod sięgającą kostek spódnicą, falował równie ciemny, jak ona materiał peleryny. Na koniec ukazała się głowa i mimo, że twarz skryta była pod kapturem, Avaret już wiedział.

Adelia — rzekł wbijając w nią wzrok swych błękitnych, przenikliwych oczu.

Dziewczyna uniosła ręce i odrzuciła z głowy kaptur, ukazując swoje ostre rysy i krwistoczerwone usta.

Ona? — rzucił niemało zaskoczony Ervill rozluźniając mięśnie po krótkiej chwili napięcia i prostując się. — Przecież to tylko służka… Dlaczego?

Adelia zacisnęła usta.

Ja głupcze. I właśnie dlatego, że byłam zwykłą służką, nikt mnie nie podejrzewał. Któż zwraca na kogoś takiego uwagę?

Ale dlaczego? — Garray przejął inicjatywę, przemawiając miękkim głosem, który z pewnością miał uspokoić dziewczynę. — Czym zawiniła ci czwórka byłych najemników, których na twój rozkaz zabił Tabritan? Czym zasłużyła sobie na twoją zemstę Katrina?

Avaret zerknął na czarodzieja.

Czwórka. No tak, Adelia nie wie, że udało nam się uratować Olafa. Wciąż żyje, a przynajmniej żył, gdy opuszczaliśmy karczmę. Przekonana o jego śmierci, nie spróbuje ponownie nasłać na niego demona. Tylko czy on sam nie wróci, by dokończyć dzieła? Niemniej lepiej nie wyprowadzać jej z błędu.

Spojrzał kątem oka na Ervilla obawiając się, że ten wszystko wypapla. Szczęśliwie jednak elf wyjątkowo zachował chłodną głowę i dalej stał niewzruszony z zaciśniętymi wargami

Katrina nie miała zginąć… Przynajmniej tego nie planowałam. Nakryła mnie tu dzisiaj, gdy odprawiałam rytuał. Zresztą od dawna się już domyślała.

A najemnicy? Musiałaś mieć powód, by ich zabić, inaczej nie udałoby ci się przyzwać Tabritana.

Adelia odrzuciła głowę do tyłu wybuchając głośnym, szaleńczym śmiechem, który wypełnił wnętrze piwnicy, odbijając się od jednej ściany do drugiej.

Najemnicy?! To nie byli żadni najemnicy, czarowniku, a zwykłe, podłe zbóje. Oczywiście, że miałam powód, by pragnąć ich krwi, by pożądać ich bolesnej i straszliwej śmierci. Nienawiść i chęć zemsty wypełniały mnie od stóp do głów odkąd skończyłam pięć lat. Odkąd poznałam całą czwórkę. Chcecie usłyszeć historię? Oto ona.

Gdzieś na górze trzasnęły drzwi, a wiatr, który się ze świstem przez nie wdarł, nie mógł być zwykłym wiatrem.

To Tabritan.

Mój ojciec był całkiem zamożnym kupcem — zaczęła Adelia, nie zwracając żadnej uwagi na łomot dobiegający z góry. — On, matka i ja mieszkaliśmy w Atarze, daleko stąd. Swoje wczesne dzieciństwo wspominam bardzo dobrze. Tak, to był szczęśliwy czas…

Zawiesiła na chwilę głos. W ciszy, która zaległa w ciemnej piwnicy, Avaret dosłyszał słaby odgłos kroków stawianych na wiodących do niej schodach, które ustały w momencie, gdy już spodziewał się ujrzeć tuż przy boku Adelii sylwetkę demona.

Jest tuż za jej plecami.

Kątem oka złowił, niespokojny ruch czarodzieja. Jego twarz zastygła w wyrazie wysokiego napięcia.

Razu pewnego, gdy liczyłam sobie zaledwie pięć lat, ojciec obwieścił mnie i mojej matce, że porzucamy tę dziurę, jaką był Atar. Że interesy idą na tyle dobrze, że najwyższy czas przeprowadzić się do pokaźniejszego miasta, do większej wygody i luksusów. W mieście takim, jak argumentował, jego działalność wkroczy na wyższy poziom rozwoju, co zapewni nam dostatni byt. Zarówno mnie, jak i matkę niezmiernie uradowała taka perspektywa. Nie powiem, żebyśmy w Atarze klepali biedę, ale widać było, że interes ojca, wcale już nieźle prosperujący, może dać jeszcze większe owoce, gdyby zapewnić mu odpowiednie środowisko. Krótko mówiąc, jakiś czas później byliśmy już gotowi, by osiedlić się w Markalcie. Ojciec wynajął wozy, na których zmieściły się nie tylko drogocenne dywany, którymi handlował, ale i cały nasz dobytek, wraz z oszczędnościami jego życia. Wiedząc, że w dalekiej drodze, jaka nas czekała, taka karawana może być łatwym łupem dla grasujących zbójów, zapewnił nam ochronę najemników.

Przerwała na chwilę. W miarę, jak zmierzała do końca wypowiedzi, jej oczy płonęły coraz bardziej, a łuna nienawiści, jaką łatwo można było w nich dostrzec sprawiła, że po plecach Avareta przeszedł dreszcz.

Najemnicy! — prychnęła pogardliwie wykrzywiając usta w upiornym grymasie. — Część z nich, owszem, była nimi… Ale ta czwórka? Wystarczyło ujechać kawałek drogi, a ujawniła się ich prawdziwa profesja.

Avaret dojrzał, że na twarzy czarodzieja malują się troska i zrozumienie. Oraz że już wie, jaki był finał tej przykrej historii. Sam powoli się już tego domyślał.

Trzeciej nocy — podjęła chłodno dziewczyna — poderżnęli gardła swym kompanom, gdy ci byli pogrążeni w śnie. Nie inaczej uczynili z moim ojcem, a nawet matką.

Widziałaś to na własne oczy — wtrącił spokojnie Garray. — Widziałaś, jak zabijają twoich rodziców.

Adelia zamyśliła się wyraźnie zaskoczona nutą zrozumienia, jaką odnalazła w głosie starego mężczyzny.

Tak — przyznała. Jej ton stał się inny, przynajmniej częściowo opuściły go chłód i nienawiść. — Patrzyłam bezradnie na ich śmierć, kryjąc się pod kocem, który naturalnie nie był dla mnie żadną osłoną. Patrzyłam i trzęsłam się ze strachu. A gdy rodzice leżeli już martwi, i ich krew wsiąkała w ziemię, zatrzęsłam się jeszcze bardziej. Bo cztery podłe kreatury, które dopiero co wyrżnęły swoich towarzyszy, wbiły wzrok swych plugawych oczu w kształt poruszający się pod kocem. Prędko mnie spod niego wygrzebali zanosząc się śmiechem. I popełnili błąd, którego pożałowali dopiero po wielu latach.

Puścili cię wolno — ton głosu Avareta był bardzo podobny do tego, jakim uprzednio odezwał się czarodziej.

Początkowo chcieli mnie zabić, jak resztę. Alram się jednak temu sprzeciwił. Nie widział w tym sensu stwierdzając, że nic im z mojej strony nie grozi. Oraz że zginę wśród bezkresnych równin, które nas otaczały. Reszta nie oponowała zbytnio, będąc już myślami przy łupach, jakie właśnie zdobyli. Zostawili mnie samą, lecz jakoś przeżyłam. Ku ich zgubie. Oraz — uśmiechnęła się pogardliwie — niemałemu zdziwieniu. Tak, wydaje mi się, że Olaf i Garath rozpoznali mnie, już po śmierci Alrama. Dodali dwa do dwóch i zdecydowali się uciekać. Niestety zbyt późno.

W piwnicy zaległa cisza. Avaret nie mógł się powstrzymać przed spojrzeniem na dziewczynę bardziej przychylnym okiem, pomimo czynów, jakich się dopuściła.

W końcu gdyby nie ta banda, jej życie potoczyłoby się w zgoła odmienny sposób, a ona sama stałaby się innym człowiekiem.

Myśli te rozbiegły się jednak nieco, gdy odezwał się Garray.

Los ciężko cię doświadczył Adelio, a czyn, jakiego dopuściły się te łotry rozbudziłby chęć odwetu i pragnienie sprawiedliwości w każdym człowieku. A ty byłaś zaledwie dzieckiem. Nie można mieć ci za złe tego, jaką nienawiścią pałałaś do oprawców twojej rodziny. Lecz twoja zemsta sięgnęła za daleko, pociągając za sobą niewinną ofiarę, jaką była Karina.

Usta Adelii rozbiegły się ukazując rząd białych zębów.

Katrina… Krzyczała jak zarzynana świnia, gdy podchodziłam do niej z nożem w ręku. Niewinna ofiara? Moi rodzice również nie byli niczemu winni.

W tym momencie stało się jasne, że pragnienie zemsty wypaliło w niej całą niewinność, nie pozostawiając żadnej cząstki dziecka, jakim kiedyś była. Człowiek, którym się urodziła, nie przeżył długo jej własnych rodziców. Avaret uniósł miecz do góry i postąpił w jej kierunku, oświetlany migotliwym blaskiem pochodni zawieszonych na ścianach. Ervill, niewiele się namyślając, podążył za przyjacielem.

Wtem Adelia zaniosła się szaleńczym śmiechem, a jej płaszcz załopotał wprawiony w ruch przez kształt, który obok niej przemknął. Coś rąbnęło Avareta w czoło tak, że na chwilę pociemniało mu przed oczami. Zauważywszy niespodziewany atak, Ervill doskoczył do niego najszybciej, jak mógł, zagradzając tym samym drogę Tabritanowi. Ciął na odlew, lecz demon zdążył uchronić się przed ciosem dobywając oręża i parując uderzenie. Elf nie pozwolił mu jednak przejść do ataku zadając kolejny cios, tym razem z góry, który jednak również napotkał na swej drodze szeroką szablę Tabritana. Seria pchnięć, parad i uników, jaką następnie między sobą wymienili, doprowadziła elfa pod samą ścianę. W tym momencie do walki włączył się Garray. Uniósł obie dłonie na wysokość klatki piersiowej odsuwając każdy z palców możliwie najdalej od sąsiadujących. Jego brwi zadrżały nim wypłynął z nich strumień bladoniebieskiego światła, godząc następnie w korpus demona. Moc, z jaką zaatakował czarodziej, odrzuciła go na kilka stóp w tył. Avaret wykorzystał sytuację, i dopadł demona, tnąc oburącz na odlew. Tabritan wydał z siebie krótki syk, gdy ostrze rozdzierało jego postrzępiony płaszcz. Z dziury nie wypłynęło jednak nic, co choć w najmniejszym stopniu mogłoby przypominać krew. Najemnik, nieco tym zaskoczony, wycofał się o dwa kroki. Powiódł wzrokiem po ścianach i kątach piwnicy.

Zniknęła! — zawołał do towarzyszy stojących za nim. — Adelia uciekła!

Istotnie, dziewczyna musiała wykorzystać zamieszanie, jakie zapanowało i umknąć niepostrzeżenie. W ferworze walki nikt nie zwrócił na to uwagi.

A to suka! — wrzasnął Ervill. Jego dłoń zacisnęła się silniej na mieczu, podczas gdy on sam zwinnym susem minął Tabritana, którego cięcie, mające zatrzymać elfa, okazało się o co najmniej pół oddechu spóźnione. Ervill dopadł schodów i przeskakując po dwa, trzy naraz, pomknął ku górze. Wściekły demon wydał z siebie charczący dźwięk, po czym, ignorując pozostałą na placu boju dwójkę, ruszył w ślad za elfem. Jego obute w czarną skórę stopy zdawały się nie dotykać podłoża, postrzępiona peleryna łopotała ocierając się o ściany ogradzające wąskie zejście do podziemi.

Kurwa mać! — zaklął soczyście Avaret, po czym skoczył ku schodom niemniej zwinnie, niż jego przyjaciel tuż przed momentem.

Kilka uderzeń serca później był już na zewnątrz. Ciemne chmury zasnuły księżyc, spuszczając na ziemię zasłonę mroku. Trudno było dostrzec cokolwiek w takich warunkach.

Jasna cholera! Gdzie oni są?

Garray, który stanął tuż za jego plecami, jak gdyby czytając mu w myślach, wyciągnął nad jego barkiem prawą rękę i złożył dłoń w taki sposób, że kciuk niemal stykał się z pozostałymi palcami tworząc niedomknięty okrąg. Spomiędzy palców wystrzeliła błyskawica, która oświetliła na krótki moment całe wzgórze. W tej samej chwili ich uszu dobiegł krzyk; w świetle błyskawicy dojrzeli Ervilla dopadającego Adelii. Kilka stóp nad jego głową unosił się Tabritan, zamierzając się na niego swą szablą.

Szybko! — warknął do czarodzieja. — Zrób coś, nim go zabije!

Sam, nie czekając na reakcję towarzysza, pomknął w kierunku walczących, wyciągając przed siebie długie nogi najszybciej, jak umiał.

Nie zdążę. Zrób coś, bo on go zabije!

Nagle coś, jakaś niewidzialna siła, przemknęło mu tuż nad głową podrywając do góry kilka kosmyków jasnych włosów. Ciągle biegnąc, uniósł nieco głowę. Nie dostrzegł zupełnie nic, jednak pół oddechu później coś ugodziło w Tabritana tak mocno, że nie wiadomo na jaką odległość odrzuciłaby go ta siła, gdyby na jego drodze nie stanął wysoki, stary modrzew. Demon przykleił się do niego na krótką chwilę, po czym zsunął bezwładnie w dół, wprawiając potrącane gałęzie w miarowy, falisty ruch. Ujrzawszy to, Ervill stracił na krótki moment koncentrację, wbijając w powalonego demona wzrok zdumionych oczu.

Ty idioto! — przeklął go w myślach Avaret nie zwalniając biegu.

Rysy Adelii wygięły się w chytrym grymasie. Jej dłoń sięgnęła pod płaszcz, dobywając ostrego, błyszczącego noża. Avaret zdał sobie sprawę, że widzi to wszystko, ponieważ kolejna błyskawica Garraya rozdarła niebo nad nimi. Lecz, podobnie jak poprzednia, musiała za chwilą zgasnąć. Próbował krzyknąć, lecz głos uwiązł mu w gardle. W jego głowie kołatała się tylko jedna myśl. Jedno rozwiązanie.

W gasnącym świetle błyskawicy odchylił za siebie dzierżony w dłoni miecz tak daleko, jak tylko mógł. Jego kości niemal zatrzeszczały, w napiętych mięśniach poczuł dojmujący ból. Nim ponownie zapanował całkowity mrok, zdążył cisnąć mieczem w kierunku Adelii.

Najpierw usłyszał krzyk. Potem charknięcie. A na końcu, gdy już był na tyle blisko, by ujrzeć swój własny miecz tkwiący w brzuchu konającej na rękach Ervilla dziewczyny, usłyszał jej cichy, urywany szloch.

To niesprawiedliwe… Niesprawiedliwe… — wyszeptała z najwyższym trudem, walcząc z wylewającą się z jej ust krwią. Nim dołączył do nich Garray, była już martwa. Po Tabritanie zaś nie został nawet ślad.

* * *

 

 

 

 

 
Komentarze (11)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , , , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. celandine

    26 stycznia 2014 o 19:46

    Opowiadanie bardzo mi się podoba, a szczególnie cała idea połączenia fantasy i kryminału. Doskonale się sprawdza.
    Mam nadzieję, że nie urwiesz historii w takim momencie? Byłoby to co najmniej straszne.
    Jako że jestem u Cb pierwszy raz, nie obraź się że polecę ci własnego bloga (celandine.blog.pl)
    Pozdrawiam i życzę weny!

     
    • rockydrago

      27 stycznia 2014 o 15:15

      Oczywiście, że nie urwę. Pozostała jeszcze jedna część, którą dodam wkrótce (a która jest juz napisana).
      Twój blog oczywiście z chęcią odwiedzę :-)

       
  2. ~Klaudia

    31 stycznia 2014 o 17:03

    bardzo mi się podoba twoje opowiadanie ;) :*
    Czekam na następny rozdział :)
    No i oczywiście zapraszam do siebie ;)
    http://juliaopwiadania.blogspot.com/

     
  3. ~Marta

    1 lutego 2014 o 03:03

    Fajne to:) Bardzo podoba mi się twój styl.
    Zapraszam do swojego dziwnego opowiadania…
    http://zemstakirumi.blogspot.com/

     
  4. ~dana

    4 lutego 2014 o 18:26

    Świetne!!!!!!!niedawno zaczęłam to czytac ale jestem na bieżąco:* przy okazji zapraszam do mnie
    theeternalkids.blogspot.com

     
    • rockydrago

      4 lutego 2014 o 20:10

      W sumie od teraz tego typu posty można umieszczać w dziale „Autoreklama” :-)

       
  5. ~Vessna

    9 lutego 2014 o 22:01

    Masz, czego chciałeś. Haha! Spamy, reklamy. To pierwszy stopień na drodze rozgłaszania faktu istnienia swojego bloga. Dalej są hejty, przygotuj się :D.

    Heh, tak szczerze powiedziawszy, to już jakiś czas temu wzięłam się za czytanie opowiadania od początku – bo jakoś historia mi się zlała i nie mogłam się odnaleźć. Ale nie żałuję. Nie miałam jednak sposobności napisać, z tego względu że czytałam na telefonie, na wykładach.

    Bardzo zgrabnie napisany rozdział. I jak porównałam sobie choćby do pierwszego, jest bardzo duży progres – i oby tak dalej.
    Jeśli chodzi o samą treść, ładne zamknięcie koła, ale jak dla mnie sama końcówka jakaś taka przyspieszona. Rzucił miecz, umarła, amen. Można było to bardziej rozbudować, z chęcią jeszcze bym poczytała :).

    No i cóż mogę powiedzieć? Napisałeś, że jeszcze jedna część, a historia ma się jak gdyby ku końcowi. Masz zamiar stworzyć coś zupełnie nowego, czy może jakaś kolejna, nazwijmy to, ‚misja’? [Bo nie wyobrażam sobie, żebyś przestał pisać!]

    Ze swojej strony pragnę poinformować, że rozdział na CzP jest już prawie napisany i w ciągu najbliższego tygodnia z pewnością się pojawi.

    Pozdrawiam serdecznie,
    Vess.

     
    • rockydrago

      10 lutego 2014 o 17:42

      Witam :-)
      To opowiadania skończy się na częsci szóstej, którą dodam w najbliższym czasie. Następnie mam już gotowe kolejne opowiadania(napisane właściwie przed ukończeniem „Bez przebaczenia”), które miało być jedną z misji w grze „Bellator” (link po prawej stronie) jednak póki co nic konkretnego w kierunku powstania gry się nie dzieje.
      Wpadnę do Ciebie zaraz, jak tylko dodasz kolejną część :-)

       
  6. ~Angelique

    26 lutego 2014 o 19:00

    A niech mnie! Przechytrzyłeś mnie… Nie jestem jednak zbyt sprytnym detektywem… Hmmmm….

    Więc jednak służka była wszystkiemu winna. Nawet dobrze, że już jej nie ma wśród żywych. Skoro niewinna ofiara nic dla niej nie znaczyła i nie miała żadnych wyrzutów sumienia, to jej dusza już gniła… ;/

    Nie jestem zaskoczona tym, że demon zniknął. Wydaje mi się, że wrócił do swojego „świata”. Teraz czeka aż ktoś inny go przywoła. Hmmmm….

    Rozdział 6 się zbliża! Znikam zatem w nim ;))

     
  7. ~roxette16

    2 czerwca 2014 o 18:34

    Tajemnica wyjaśniona. Trochę to trwało, zanim ją poznałam, jednak wciąż czuję pewien niedosyt. Szkoda, że akcja tak szybko się rozwiązała. Teraz widzę, że popełniłam spory błąd zakładając, że wyjaśnienie tej historii będzie tak oczywiste. Jednak Adelia miała rację – rzadko zwraca się uwagę na służbę, gdy dzieją się złe rzeczy jej panom. Bo jaki powód mogłaby mieć?
    Pozdrawiam,
    roxette16

     
  8. ~Vessna

    3 września 2014 o 13:36

    Aaaa! Jak to zaległości?! Znowuuu? Dziś wieczorem przysiadam i pochłaniam, bo aż wstyd mi się zrobiło.