RSS
 

Bez przebaczenia, część VI

13 lut

Wracali. Przez zasnuwające niebo chmury przebijały się pierwsze promyki wschodzącego słońca, nadając ich pochodowi niemal symboliczne znaczenie. Avaret niósł na rękach ciało martwej Adelii. Garray był zbyt wyczerpany walką, by użyczyć im jeszcze ten jeden raz swej magicznej mocy, a Ervill przypomniał sobie o ranie, którą zadał mu Tabritan znacznie wcześniej, gdy złożyli wizytę Olafowi.

Więc on już nie wróci? — Ervill skierował wzrok w kierunku idącego po jego prawej stronie Garraya. — Pogoniliśmy go na dobre?

Nie wróci. To osoba Adelii wiązała go z tym światem. Jeśli ona nie żyje, Tabritan nie ma tu czego szukać. Dopóki nie przyzwie go ktoś inny.

Dopóki nie przyzwie go ktoś inny — powtórzył elf pogrążając się w zadumie.

* * *

Siedziba burmistrza miasta mieściła się na piętrze eleganckiego, zadbanego budynku wznoszącego się po południowej stronie rynku. Tordas Duben, który piastował to zacne stanowisko, spoglądał przez okno, przypatrując się krzątaninie, jaka zazwyczaj na nim panowała. Za jego plecami siedzieli Avaret i Ervill.

Wszystko, co właśnie usłyszałem, jest jak najbardziej niewiarygodne — rzekł powoli, z wielkim mozołem wypowiadając każde słowo. — Zdajecie sobie z tego sprawę?

Żaden z najemników nie odpowiedział.

Zapłatę oczywiście otrzymacie, nie bójcie się o to — podjął Tordas Duben nie doczekawszy się odpowiedzi. Odwrócił się w stronę rozmówców i skierował ku nim swoje spojrzenie. — Niemniej wersja, jaka zostanie oficjalnie przedstawiona, będzie się nieco różnić od tego, co raczyliście mi opowiedzieć. Ujmę to w ten sposób: żadnego demona nie było. Adelia była obłąkana i zabijała ludzi bez wyraźnej przyczyny. Wam udało się ją zdemaskować, lecz gdy próbowaliście przyprowadzić ją przed wymiar sprawiedliwości, wywiązała się walka, w wyniku której nieszczęśliwie zginęła. Co wy na to?

Ervill prychnął drwiąco.

W tym steku bzdur nie ma ziarenka prawdy — rzucił zniesmaczony Avaret. — Jakim sposobem dałaby radę zabić trójkę sprawnych mężczyzn, zadając im tak okrutne obrażenia?

Mało kto widział tak naprawdę te ciała, panie Avarecie. Ogłosi się, że wieści o zmasakrowanych zwłokach były jedynie plotkami. W rzeczywistości zaś zostali zaskoczeni bądź otruci.

To nie wszystko — Avaret wstał. — Adelia nie była obłąkana. Demon nie zabijał bez powodu. Olaf, gdy tylko wyzdrowieje, musi stanąć przed sądem. A wyrok powinien być surowy.

Tordas ponownie odwrócił się ku oknu, chowając ręce za plecami.

To miasto bardzo rozwinęło się w ostatnich latach panowie…— zaczął zawieszając na chwilę głos. — Widzicie, jaka piękna kostka pokrywa nasz rynek? Jaki wspaniały dzwon stoi na samym jego środku? Rozbrzmiewa tylko w razie pożaru, bądź wrogiej napaści, a jego dźwięk niesie się po całym mieście, zawiadamiając o niebezpieczeństwie wszystkich mieszkańców. O, a ta fontanna tuż obok niego? Daje każdemu ochłodę w upalne letnie dni — odwrócił się z powrotem ku najemnikom napotykając ich twarde spojrzenia.

Do czego zmierzasz? — spytał Avaret w głębi ducha domyślając się już przyczyny tej pozornie nic nie znaczącej dygresji.

Olaf wiele uczynił dla tego miasta. Nie ma już tej pozycji, co przed laty, interesy nie wiodą mu się już tak dobrze, jednak w dalszym ciągu pozostaje jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych obywateli.

Jednym słowem żadnego procesu nie będzie? — wycedził Avaret przez zaciśnięte usta.

Jednym słowem: nie.

* * *

Siedzieli przy karczemnym stole, racząc się słynną sletoborską wódką. Wewnątrz panowało wielkie ożywienie; strach i groza zniknęły z serc mieszkańców, w związku z czym atmosfera stała się dalece weselsza. Zewsząd słychać było śmiech i gromkie krzyki. Jedynie przy stole zajmowanym przez Avareta i Ervilla panowała cisza, czemu nie zdołała się przeciwstawić nawet niemal całkowicie osuszona butelka.

Wcześniej, tego samego dnia, Garray pożegnał się z nimi i odjechał na zachód.

Życie jest przewrotne, pełne niespodzianek, niesprawiedliwości i goryczy — rzekł im dosiadając konia. — Możemy robić, co w naszej mocy, by to zmienić, lecz nigdy nie zdołamy wszystkiego naprawić.

Również Arczi i Sonnet opuścili miasto. Arczi skwitował całą sytuację zwykłym „tak to już bywa”, Sonnet zaś jedynie wzruszył ramionami robiąc minę, która mówiła: „nic nie poradzisz”.

Na górze, nad ich głowami, Olaf walczył z zadanymi przez demona ranami. Jeśli udałoby mu się wygrać, będzie wiódł dalej spokojne życie poważanego mieszkańca. Avaret, cały czas bijąc się z myślami, łypnął na elfa siedzącego po drugiej stronie stołu. Ervill westchnął.

No dobra. Widzę, co zamierzasz — pomimo wypitego alkoholu zdawał się być poważnym, co zdarzało się mu wyjątkowo rzadko nawet na trzeźwo. Avaret zdążył poznać elfa na tyle, by domyślać się, że poza pajaca i lekkoducha jest, przynajmniej w jakiejś części, jedynie maską skrywającą rozgoryczenie, zawód i złość oraz pewien rodzaj tęsknoty za poprzednim życiem i daleką ojczyzną, z której został wypędzony. Maska była również swego rodzaju usprawiedliwieniem, w które sam elf po trosze wierzył, rozgrzeszającym go z przewinień wcześniejszych lat. Nadawała mu beztroski wygląd kogoś, kto pozornie o nic nie dba.

Jednak w rzeczywistości Ervill nie był do końca taki. W zatłoczonej karczmie, przy brudnym, krzywym stole, jego maska nieco się obsunęła, ukazując część jego prawdziwego oblicza. Wydawał się być zupełnie poważny.

Jasna cholera! — warknął zawiedziony. — Zawsze musisz taki być? Nie możesz nigdy odpuścić?

Avaret milczał. Powziął już decyzję i nie zamierzał od niej odchodzić. W końcu Ervill westchnął głośno, rozluźniając napięty kark. Dał za wygraną.

Będziemy musieli uciekać.

Będziemy musieli.

Znowu.

Avaret skinął głową. Elf nabrał powietrza i przygryzając wargę, pokręcił głową. W końcu podniósł się.

Idę przygotować konie. Zrób to szybko.

Avaret był pewien, że nikt z biesiadujących na dole ludzi nie zwrócił najmniejszej uwagi na wysokiego mężczyznę o jasnych włosach, wspinającego się po schodach na górne piętro. Gdy już się na nim znalazł, pchnął niezwłocznie drzwi, za którymi znajdowała się izba służąca obecnie Olafowi. Medyk odwiedził go wcześniej tego dnia i opatrzył jego rany, resztę pozostawiając, jak to ujął „sile wyższej”. Późnym wieczorem w pokoju nie powinien znajdować się nikt, prócz samego rannego. Avaret cicho zamknął za sobą drzwi i wolnym krokiem podszedł do łóżka.

Olaf spał. Jego oddech był nieregularny, na twarzy zaś malował się wyraz głębokiego cierpienia. Avaret pochylił się nad nim, by uczynić to, co zamierzał.

Po raz drugi cię zaskakuję, przyjacielu — usłyszał znajomy głos za plecami. Odwrócił się gwałtownie, całkowicie zaskoczony czyjąś obecnością. Z krzesła, stojącego przy ścianie tuż pod oknem, podniósł się mężczyzna, a gdy już się wyprostował, snop bladego, księżycowego światła, wdzierającego się przez okno, uczynił jego sylwetkę znajomą.

Garray — szepnął Avaret. Już miał spytać, jak się tu znalazł, skoro przecież wyjechał, jednak zreflektował się w porę.

Czarodzieje — pomyślał. — Co tu robisz?

Czekam na ciebie, oczywiście — uśmiechnął się przyjaźnie. — Spodziewałem się, że prędzej, czy później tu zaglądniesz. Raczej prędzej, nawiasem mówiąc, wszak masz silnie rozbudowane poczucie tego, co uważasz za słuszne, co raczej nie każe ci długo zwlekać z decyzją.

Istotnie — stwierdził lakonicznie mężczyzna, zastanawiając się, dokąd wiedzie ta dyskusja.

A decyzja, jaką podjąłeś, każe ci zabić Olafa.

Tym razem Avaret nie odpowiedział.

Nie uważasz, że nie nam decydować o życiu i śmierci innych? Że takie sprawy winniśmy zostawić losowi? Dalszemu biegowi wydarzeń? Świat nigdy nie będzie idealny, wiesz o tym dobrze.

Nie, nie będzie — odparł Avaret. — Nie będzie tym bardziej, jeśli zdecydujemy się pozostawiać pewne rzeczy, jak to ująłeś, biegowi wydarzeń. My decydujemy o tym, jaki jest ten świat. Jeśli ktoś swą zbrodnią zasłużył na śmierć, nie pozostaje nam nic innego, jak mu ją zadać. To nazywam sprawiedliwością. To jest sprawiedliwością. Jeśli tylko mamy taką możliwość, powinniśmy ją wymierzać. A ten człowiek, ponad wszelką wątpliwość, na nią zasłużył.

A siła wyższa? Wierzysz w jakąś?

Bogowie? Owszem, wierzę w jednego. Tego, który wszystko stworzył. I który na tym poprzestał, zostawiając całą resztę nam samym. Jesteśmy panami swojego losu, Garrayu. Jeśli ktoś ma wymierzać sprawiedliwość, to właśnie my.

Zatem zrób to.

Avaret drgnął, nieco zbity z tropu.

Co?

Zabij go. Po to tu wszak przyszedłeś.

Myślałem… Myślałem, że zamierzasz mnie przed tym właśnie powstrzymać…

Czarodziej pokręcił głową.

Nie, Avarecie, nie zamierzam. Pragnąłem tylko usłyszeć twoją argumentację czynu, jakiego zamierzasz się dopuścić. Chciałem się upewnić, że wiesz, co robisz. Że znajdujesz w tym sens. I upewniłem się. Lecz niejednokrotnie los płata nam figle przyjacielu i wyręcza nas w najmniej spodziewanym momencie.

Co masz na myśli?

Wsłuchaj się, Avarecie, w melodię ciszy wybrzmiewającą w tej izbie.

Avaret wytężył słuch. Nasłuchiwał i nasłuchiwał, jednak jego uszu nie dobiegał już żaden dźwięk.

Łącznie z nieregularnym oddechem Olafa. 

 

 

KONIEC

 

Jeśli się podobało, kliknij buttona po prawej :-)

 
Komentarze (10)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Vessna

    15 lutego 2014 o 17:14

    Siedzałam sobie w półmroku, czekając aż coś zaskoczy mnie swoim istnieniem – cokolwiek. Przypomniałam sobie o tym rozdziale. Przeczytałam. Krótszy niż zwykle – ale może to i dobrze. Zamknięty zupełnie: idea przekazana, wszystko wyjaśnione.
    Pamiętam, kiedy trafiłam tu za pierwszym razem. Nastrój utrzymany, język dużo lepszy niż na początku – tylko chwalić!
    Piękne zakończenie.

    Liczę, że będzie mi dane przeczytać jakieś kolejne opowiadanie. Spoglądając na twój styl widziałabym coś jeszcze cięższego, jeszcze bardziej mrocznego. A może wręcz przeciwnie – kolorową sielankę?
    Co do połączenia fantasy z kryminałem, wyszło ci to bardzo zgrabnie i – mam nadzieję – wyjdzie jeszcze nie raz.

    No. Także nie spoczywamy na laurach, tylko bierzemy się do dalszej pracy :). Jeszcze lepszej i jeszcze piękniejszej.

    Sześć miesięcy i sześć części, dobrze liczę? Jeśli chodzi o doznania literackie, to było bardzo miłe pół roku.

    Cóż, czekam na coś kolejnego. Daj znać.
    A, no i przy okazji – zapraszam na tak długo wyczekiwany rozdział V CzP.

     
    • rockydrago

      17 lutego 2014 o 14:49

      Następne opowiadanie, które się tu ukaże, będzie raczej dosć luźne. I dużo krótsze :-)

       
  2. celandine

    15 lutego 2014 o 19:36

    O kurczę.
    Warto było czekać na takie zakończenie. Serio. Prawie brak mi słów… ale tylko prawie :P
    A teraz rzeczy, które mi się najbardziej podobały: po pierwsze, rozmowa z burmistrzem. Nasunął mi się na myśl kochany pan Sapkowski, pewnie z resztą nie pierwszy raz Ci to ktoś mówi. I cholernie prawdziwy morał, albo przekaz Twojego opowiadania.
    Po drugie, opadnięcie maski Ervilla.
    Po trzecie, rozmowa z czarodziejem. Tu z kolei na myśl mi przyszedł Tolkien i słynne słowa Gandalfa, jakie wypowiedział w Morii :P Ale potem wrażenie znikło, jak wspomniano deizm i bardzo dobrze.
    Ogólnie bardzo mi się podobało i z niecierpliwością czekam na następne opowiadanie.

     
    • rockydrago

      17 lutego 2014 o 14:50

      Dziękuję :-) Następne opowiadanie ukaże się już wkrótce :-)

       
  3. ~Angelique

    26 lutego 2014 o 15:44

    Dziękuję pięknie za zajrzenie na mojego bloga :)
    Cieszę się, że zaintrygowała Cię moja opowieść.

    Szybko nadrobię zaległości w Twoim opowiadaniu :)

    Pozdrawiam i miło mi Cię poznać ^^

     
  4. ~Angelique

    26 lutego 2014 o 19:07

    Tak, spodziewałam się tego, że demon tak naprawdę odszedł, ale na „chwilę”.

    W każdym razie, krasnoludy odjechały, Olaf teoretycznie za zasługi miasta pozostaje „niewinny”, a czarodziej również wyruszył w swoją drogę.

    Smutno mi. Mam nadzieję, że w dalszych rozdziałach jeszcze się z nimi spotkamy.

    Trwożę się… On zabije Olafa, czy nie? Ciekawe jak to rozstrzygniesz.

    Cieszę się, że do mnie zajrzałeś na bloga.
    Dodaję Cię do linków, pozdrawiam :))

    Czekam na nowość

    Ps. Kiedy zaczynałam czytać początek, pomyślałam: „Boże, może to gniot”. A teraz? Bardzo mi się podoba i wręcz jestem zaciekawiona do granic wytrzymałości! Nie często zdarza się, aby w tym całym „bagnie” blogów, ktoś okazał się wart czytania. Ty właśnie ową „perełką” jesteś i to bardzo mnie cieszy.

    ;))

     
    • rockydrago

      27 lutego 2014 o 12:25

      Witam,
      Nie sposób nie odpowiedzieć, jeśli ktoś zostawia wiadomość pod każdą częścią :-) Doceniam i podziwiam.
      Czy zabije Olafa? Cóż, być może Cię rozczaruję (a być może wcale nie) ale to już… koniec :-). Ta część opoiwadania jest ostatnią. Co się zaś tyczy Olafa, to jego losy wyjaśniają się na samiusieńkim końcu tej części. Nie chciałem wszystkiego podawać na tacy ani mówić wprost, jednak można wywnioskować, co się z nim stało.
      Pozdrawiam :-)

       
  5. ~Pablo Sauromata

    11 czerwca 2014 o 14:55

    Bardzo wciągająca historia. Gratuluję pomysłu i wytrwałości w pisaniu. Trzymam kciuki!