RSS
 

Synowie wojny, część I

09 maj

Goran Metz, przygarbiony, starszy mężczyzna o siwiejących, rzadkich włosach i pooranym zmarszczkami czole, trącił swoim pionkiem jednego z tych, które tworzyły oddział Avareta.

— Szach i mat — rzekł. Uśmiech triumfu wykrzywił jego twarz, nadając rysom serdeczny i ciepły wyraz. Avaret oparł podbródek na pięściach analizując roszadę zastosowaną przez jego przeciwnika. Znajdowali się w ciasnym pomieszczeniu, wyposażonym w kilka zawalonych papierami, książkami i innymi rupieciami regałów, niewysoki, trójnogi stolik, na którym znajdowała się plansza do gry oraz towarzyszące mu niewygodne krzesełka, a także ciężkie, dębowe biurko, zagracone w równym stopniu, co regały. Biurko stało oparte o ścianę, pomiędzy dwoma regałami. Ktoś, kto chciałby przy nim zasiąść, musiał liczyć się z niemałym ryzykiem, gdyż stojące przy nim krzesło w żadnym razie nie sprawiało wrażenia stabilnego. Małe, kwadratowe okienko nie było na tyle czyste, by wpuszczać do środka ilość promieni słonecznych wystarczającą do odpowiedniego oświetlenia izdebki.

— Znowu przegrałem — Avaret westchnął spoglądając w świdrujące oczka swego przeciwnika. Goran był emerytowanym żołnierzem, któremu na starość przypadła mało zajmująca posada dozorcy zbrojowni miasta Mostar. Jego zadaniem było wydawanie broni strażnikom miejskim, ostrzenie tępego oręża oraz naprawa tego zniszczonego. Roboty było niewiele, toteż dozorca zabijał czas czytaniem książek, które w większości odziedziczył, jak mówił, dawno temu po zamożnym stryju. Sam był typem erudyty — filozofa, niespotykanym raczej wśród żołnierzy, zachowującym jednak skromność nieskażoną ani krztyną arogancji. Papiery walające się po izdebce, która pełniła przez większość dnia również rolę jego domu, były pokryte jego własnymi zapiskami, wszelakiego rodzaju wnioskami czy spostrzeżeniami.

— Znowu — przyznał Goran — niemniej poczyniłeś znaczne postępy w ciągu ostatniego miesiąca. Od naszej pierwszej partii.

Istotnie, Avaret sam zauważył, że w miarę, jak rozgrywali coraz więcej partii, zmuszał Gorana do stosowania coraz zmyślniejszych zagrań, często samemu się na takie zdobywając. Dozorca musiał nierzadko włożyć wiele trudu, by wypowiedzieć na końcu słowo „mat”.

Ich znajomość rozpoczęła się równo przed dwudziestoma siedmioma dniami. Wtedy to Avaret i Ervill przybyli do Mostaru wraz z karawaną składającą się z kilku wozów, prowadzoną przez kupców, którzy wynajęli ich do ochrony w obawie przed zbójami zasadzającymi się na prowadzącym do miasta trakcie. Obawy okazały się jak najbardziej uzasadnione, gdyż niespełna dzień drogi od Mostaru zostali napadnięci. Atak udało się odeprzeć, a karawanę uchronić od grabieży, jednak Ervill otrzymał głęboką i brzydko wyglądającą ranę w udo. Gdy dotarli do miasta, rozpoczął okres rekonwalescencji, którego głównym punktem było codzienne zalewanie się w trupa w gospodzie „Pod Rogatym Jeleniem”, w której się zatrzymali. Avaret, będąc, chcąc nie chcąc, przez ten czas uziemiony, zdecydował nie konkurować z elfem w tych mało chlubnych zawodach. Poznawszy Gorana prędko się z nim zaprzyjaźnił i tak rozpoczęła się ich trwająca już prawie miesiąc szachowa batalia. Avaret nie miał większego pojęcia o tej grze, gdy ją rozpoczynali, jednak z każdym dniem stawał się lepszy, czemu zdecydowanie służyła osoba jego nauczyciela. Dozorca udzielał mu wielu cennych rad dbając o to, by doskonalił się w grze na każdym kroku, dzięki czemu sam zyskiwał groźnego przeciwnika, co oczywiście służyło rywalizacji.

— Niewiele zostało mi już czasu na dalszą naukę — rzekł Avaret prostując i przeciągając. Małe krzesełka nie pozwalały na siedzenie w wygodnej pozycji w trakcie gry. — Minął już prawie miesiąc, odkąd się tu zatrzymaliśmy. Noga Ervilla ma się coraz lepiej, zawartość jego sakiewki za to coraz gorzej. Wnet będziemy musieli opuścić Mostar i poszukać nowego zajęcia.

— Całkiem możliwe, że znajdziecie jakieś tutaj — zauważył Goran. Avaret pokręcił jednak głową.

— Wątpię. Przez cały miesiąc nadstawiałem ucha. I nic. Zbyt spokojne to wasze miasto.

— Każda passa się kiedyś kończy — Goran uśmiechnął się sięgając ręką ku stolikowi, by poskładać planszę i pionki. Avaret uśmiechnął się półgębkiem, a jego przenikliwe, błękitne oczy zaświeciły się łobuzersko.

— Czyżbyś o czymś wiedział?

— O niczym, czego sam nie wiesz. Nic w naturze nie jest ciągłe, drogi przyjacielu, wszystko się kiedyś kończy. Po suszy przychodzi deszcz, lato poprzedza zima, a okres pokoju przerywany jest nagłą wojną.

Avaret uśmiechnął się ukradkiem. Przyzwyczaił się już do filozoficznych monologów Gorana. Czasem słuchało się ich z zaciekawieniem, czasem jednak nie było się do końca świadomym, o czym monolog ów traktuje. Jedno było pewne: nie potrzeba było wiele, by zaczął w ten sposób perorować.

Tym razem oracja była krótka. Goran nie dodał nic więcej. Avaret spojrzał przez okienko na zewnątrz. Niebo przybierało czerwonawą barwę znikającego powoli za horyzontem słońca.

— Czas na mnie— rzekł wstając. Pożegnał się z gospodarzem i opuścił budynek zbrojowni wychodząc przez boczne drzwi, tak małe, że musiał schylić się w progu, by nie uderzyć się w głowę. Rozejrzał się wokół, omiatając wzrokiem sąsiadujące ze zbrojownią budynki, po czym ruszył niespiesznym krokiem w kierunku odległej o kilkaset jardów gospody „Pod Rogatym Jeleniem”. Ostatnie promienie słońca przeciskały się wąskimi uliczkami, oświetlając rzucające długie cienie szyldy, które informowały przechodniów o profesji mieszkańca danego budynku. Znalazł się jeden kowal, dwóch płatnerzy, jakiś złotnik czy stolarz, aż w końcu oczom Avareta ukazał się szyld obwieszczający, że oto stoi u progu karczmy „Pod Rogatym Jeleniem”. Pchnął masywne drzwi i wszedł do środka.

Wewnątrz panował istny rejwach. Mało który stół wolny był od wszelkiej maści klienteli, którą łączył ze sobą gwar, jaki wspólnie tworzyli. Za drewnianą ladą niewysoki, szczupły karczmarz o imieniu Holet, którego znali już bardzo dobrze, uwijał się jak tylko potrafił, by poradzić sobie z nadchodzącymi zamówieniami, a że był, przy całej swojej pracowitości, dość niezdarny, przychodziło mu to z wielkim trudem. Kilku wstawionych już mężczyzn domagało się następnej kolejki waląc pięściami w stół, dwóch dziadków, krzyczało do siebie tak głośno, że nie było wątpliwości, że obaj są raczej głuchawi, ktoś dał komuś innemu w mordę. Avaret rozejrzał się uważniej. Nie zajęło mu dużo czasu, zanim dojrzał Ervilla, siedzącego przy stole będącym niemal centralnym punktem gospody. Nie był sam, wraz z nim siedziało dwóch mężczyzn, podobnie, jak on, wznosząc kufle do góry. Ervill był już tak pijany, że jego kufel przechylał się pod sporym kątem, a jego zawartość skapywała niewielkimi strumieniami na głowę i kark elfa.

— Kto mnie oblał, kurwa jego mać?! — krzyczał za każdym razem, gdy chłodne piwo lądowało między jego włosami.

W ciągu ostatniego miesiąca elf zawarł mnóstwo nowych znajomości, które w większości kończyły się w momencie, gdy tracił świadomość w wyniku spożycia nadmiernej ilości alkoholu. Jednego wieczoru, podpuszczony przez towarzyszy do szklanki, wlazł na stół i zaczął na nim tańczyć. Jego występ nie trwał jednak zbyt długo, gdyż, straciwszy równowagę, spadł z niego i rąbnął głową o ziemię. Następnego dnia był przekonany, że okropny ból głowy spowodowany jest kacem. W upadek uwierzył dopiero, gdy namacał na głowie ogromnych rozmiarów guza.

Mężczyźni, którzy siedzieli z nim przy stoliku, wydawali się raczej spokojni, co musiało oznaczać, że dopiero zaczęli pić. Pierwszy z nich, siedzący po prawej stronie elfa, był wyższy i masywniejszy. Brązowe włosy sięgały mu do ramion, twarz miał smukłą, o długim, krzywym nosie i maleńkich, przymrużonych oczkach. Drugi był bardziej dostojnej urody. Miał gładko uczesane jasne włosy i szeroki uśmiech, ukazujący równe, białe zęby. Avaret ruszył w ich kierunku.

— Avaret! — krzyknął Ervill na widok przyjaciela. — Chodź no tu, siadaj! Panie karczmarzu, piwo dla mojego kompana! Albo dwa, co byś nie musiał ciągle w te i z powrotem latać. Avarecie, przedstawiam ci moich dostojnych znajomych… — rzekł wskazując prawicą na uśmiechniętych mężczyzn — których imiona niestety wyleciały mi chwilowo z głowy.

— Nie wyleciały — poprawił go ten jasnowłosy. — Zwyczajnie nie zdążyliśmy się jeszcze przedstawić. Pozwólcie więc, że uczynię to teraz — to powiedziawszy powstał. — Mój towarzysz zwie się Neven, ja zaś mam na imię Jovan — skłonił się lekko dotykając dłonią piersi.

— Ja zwę się Avaret — odrzekł najemnik — mój towarzysz zaś to Chlejus Opój, zwany również Moczymordą, pierwszy wśród pijących tego miasta.

— Darujmy sobie tytuły — rzekł skromnie elf machając ręką. — Mówcie mi po prostu Ervill.

Obaj, Avaret i Jovan, zasiedli przy stoliku. Przed Avaretem stanął kufel złocistego piwa, przyniesiony przez spoconego karczmarza. Najemnik pociągnął głęboki łyk, a jego usta wypełnił orzeźwiający, gorzkawy smak.

— Cóż was sprowadza do tego miasta, mości panowie? — zagadnął Avaret niespecjalnie tym zainteresowany. Nie był, tak, jak Ervill, skory do zawierania znajomości z każdym, z kim mógł się napić. Skoro jednak usiedli już przy jednym stole, wypadało coś powiedzieć.

— Zatrzymaliśmy się tu na krótki czas — odparł ten jasnowłosy, zwany Jovanem. Miał serdeczne usposobienie i szczery uśmiech, który kontrastował z posępna miną jego towarzysza. — Podróżujemy ze wschodu od wielu, wielu dni. Trudy drogi dają już o sobie znać, sprzykrzyło się nam też nocowanie pod gołym niebem, toteż zawadziliśmy o Mostar. Jutro jednak ruszamy dalej.

— Pilno wam, jak widzę. Dokąd zmierzacie, jeśli można zapytać?

— Ha! Tegom się już od nich dowiedział — wtrącił się żywo Ervill — mimo, że sami mi tego nie powiedzieli. Spójrz, Avarecie, na znaki wyszyte na ich piersiach.

Avaret nachylił się, by przyjrzeć się bliżej ich kamizelkom. Istotnie, mniej więcej na wysokości serca dało się widzieć niewielki znak, wyszyty czarną nicią, trudno dostrzegalny z racji tego, że kamizelki również były w raczej ciemnym kolorze.

— Feniks z rozpostartymi w locie skrzydłami — oznajmił, a elf pokiwał potakująco głową. — Herb Loretii.

— Herb Starej Loretii — poprawił go Jovan. Tym razem jego głos był poważny, a z twarzy zniknął uśmiech. — Prawdziwej.

Loretia była starożytnym krajem, której granice leżały około dwudziestu dni drogi konno na zachód od Mostaru. W swojej długiej historii prowadziła wiele wojen z sąsiadującymi krajami, raz będąc zwycięską, raz przegraną. Mniej więcej przed trzystu laty nadszedł moment jej największej słabości, zarówno militarnej, jak i ekonomicznej, co skrzętnie wykorzystał wrogo nastawiony do niej, leżący na północy Azhgad, podbijając ją i anektując we własne granice. Długi okres niewoli, mimo silnych represji i nieustannych prób tłamszenia, czy wręcz wyżynania kultury, tradycji i poczucia przynależności do kraju dziadów i pradziadów, nie zdołał wymazać z serc Loretańczyków ich tożsamości. Wielu oddało za to życie, jednak w końcu, nie więcej, jak przed dwudziestoma laty, Loretia odrodziła się, odpychając wroga poza własne granice.

— Co masz na myśli mówiąc „prawdziwej”? — zainteresował się żywo Avaret. — Czymże różni się stara Loretia od odrodzonej?

Jovan prychnął drwiąco, lecz to Neven zabrał się za objaśnienie całej sprawy. Jego głos był szorstki i niski.

— Nasza wolność jest jedynie pozorna. Przepędzając Azhgadczyków z naszego kraju zapomnieliśmy, by przepędzić także tych z nas, którzy byli ich pachołkami. A oni już wiedzieli, jak się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Rządzą nami skurwysyny, które w poprzednim życiu były oprawcami naszego ludu, dupki, które widząc naszą powstańczą ofensywę, stanęły po tej samej stronie, co my, lecz wcześniej przez setki lat ciemiężyły nas wraz z naszym wrogiem — przerwał na chwilę i uśmiechnął się pod nosem. — Znasz może Avarecie imię naszego króla?

Avaret uniósł brwi nieco zbity z tropu tym pytaniem. Zastanawiał się jakiś moment, lecz jedyne imiona, jakie kołatały się w jego głowie, należały do władców z zamierzchłych czasów. Zerknął na Ervilla, lecz po jego minie znać było, że również on ma problem z wymienieniem króla Loretii z imienia.

— Nie wiem — odparł w końcu.

Jovan walnął pięścią w stół.

— Ha! I nie dziwota! Wszak od wywalczenia wolności nie mieliśmy żadnego króla! Naszym krajem rządzi Wielka Rada, w której skład wchodzą sprzedawczyki i kolaboratorzy, ustanowiona jeszcze przed wybuchem powstania przez króla Azhgadu. Jej skład zmienia się co jakiś czas, lecz de facto rządzą stale ci sami ludzie. Każdy kandydat do Rady musi zostać wcześniej przez nią zaaprobowany. Kto się Radzie otwarcie sprzeciwia, a chciałby wejść w jej szeregi, często kończy żywot wskutek, nazwijmy to, „nieszczęśliwego wypadku”. Absurd, nieprawdaż?

— Nie wiedziałem, że aż tak u was źle…

— To jeszcze nic. Polityka Rady zmierza ku temu, by ponownie pozbawić nas wolności. Azhgad już zaciera ręce na myśl o ponownej aneksji. Przedstawiciele Rady oczywiście temu zaprzeczają, tłumacząc taką politykę „próbą odbudowania przyjaźni i poprawy wzajemnych stosunków”. Odbudowania przyjaźni? Jasna cholera, przecież Azhgad to nasz największy wróg, psia mać!

Avaret pokręcił głową. Poczuł coś, co nazwać by można pewnego rodzaju solidarnością, pomieszaną z dużą dozą gniewu. Początkowo zdziwił się, że wezbrało w nim to drugie uczucie, lecz prędko domyślił się przyczyny, a miała ona źródło właśnie w poczuciu solidarności. Mimowolnie wyobraził sobie swój kraj, zniewolony, słaby, obdarty z tradycji, o wymazanej historii i pozbawiony dumy. Zauważył, że jego dłonie mocno zaciskają się w pięści.

— Jeśli rzeczywiście tak się sprawy mają…. Jak to się jednak stało, że dopuściliście do pozostania Wielkiej Rady? Przecież ten chory twór winien być natychmiast po odzyskaniu wolności rozwiązany, a każdy kolaborant, jeśli nie powieszony, to już na pewno odsunięty od sprawowania jakiejkolwiek władzy…

— Za mało w życiu widziałeś, Avarecie — wtrącił się niespodziewanie Ervill. Mimo sporej ilości wypitego alkoholu, elf sprawiał wrażenie całkiem trzeźwego. — Tacy zawsze się uchowają i będą wiedzieć, jak przetrwać, jeśli się ich od razu nie chwyci za pysk. Będą się tłumaczyć, usprawiedliwiać, żądać dowodów, w końcu oskarżać o fałszywe pomówienia. Role się odwrócą, mordercy wystąpią w roli ofiar, domagający się sprawiedliwości w roli napastników. Niejeden zostanie bohaterem i autorytetem, mimo zbrodni, jakie popełnił. Fałsz, Avarecie, zakłamanie i manipulacja, to oręż, którym walczą. No, napijmy się — zakończył chwytając za kufel i osuszając go całkowicie. W ciszy, która zapanowała, każdy z jego słuchaczy rozmyślał nad wypowiedzianymi przezeń słowy.

— Nic dodać — rzekł Jovan, przerywając ją w końcu — nic ująć.

Zamówili jeszcze po kuflu piwa. Każdy z Loretańczyków uraczył się także pajdą chleba ze smalcem oraz laską kiełbasy, gdyż, jak tłumaczyli, dalsza droga do ojczyzny wymagać będzie od nich siły i wytrzymałości, a bez jedzenia cech takowych na pewno nie posiądą. Jedli, pili i w dalszym ciągu rozmawiali. Avaret robił się powoli senny. Siedzący obok niego Ervill pochrapywał już od jakiegoś czasu, dopóki nie został drastycznie wyrwany z objęć snu spadając z krzesła. Instynktownie dobył wtedy zatkniętego za pas sztyletu, przekonany że uległ jakiejś napaści, co wzbudziło wybuch śmiechu wśród wszystkich gości gospody. Jovan i Neven uznali to za znak do udania się na spoczynek. Odsunęli krzesła i powstali. Avaret poszedł za ich przykładem, by móc się z nimi pożegnać.

— Życzę wam dobrej nocy. I bezpiecznej podróży, oczywiście.

Loretańczycy, zamiast odpowiedzieć, spojrzeli jedynie po sobie i po krótkim zastanowieniu, jednocześnie skinęli porozumiewawczo głowami.

— Prawdę mówiąc — zaczął nieśmiało Jovan, przywołując na twarz serdeczny uśmiech — chcielibyśmy wam coś jeszcze pokazać.

Averat uniósł brwi w wyrazie zdziwienia.

— A cóż takiego?

— Jeśli pozwolisz, Avarecie i również ty, Ervillu, to prosiłbym, byście udali się wraz z nami w pewne miejsce. To niedaleko.

Robi się tajemniczo — pomyślał Avaret. Wzruszył jednak jedynie ramionami i skinął potwierdzająco głową.

Na zewnątrz było całkiem chłodno. Jovan bez zastanowienia powiódł ich w górę ulicy, przy której mieściła się gospoda „Pod Rogatym Jeleniem”, w całości zalanej mrokiem. Gdzieś w oddali usłyszeli wycie bitego psa. W zaułkach kręcili się wątpliwej reputacji obywatele Mostaru, których od rabunkowej napaści powstrzymywał noszony u boku przez Avareta miecz. Ervill co jakiś czas pozdrawiał ich kpiarskim tonem i uniesioną dłonią.

— Dokąd zmierzamy? — rzekł Avaret zrównując się z Jovanem. Uznał, że pora usłyszeć jakieś wyjaśnienia.

— Już niedaleko.

— Co chcesz nam pokazać?

Jovan nie odpowiedział od razu. Najemnik czekał jednak cierpliwie, wbijając w niego swój wzrok.

— Nie powiedzieliśmy wam jak dotąd nic o celu naszej podróży — odparł w końcu. — Nie zastanowiło cię to?

— Zastanowiło.

— Oczywiście. Nie jesteśmy sami, Avarecie, podróżujemy jeszcze z dwoma kompanami. Właśnie do nich zmierzamy.

— Dlaczego się rozdzieliliście?

Jovan uśmiechnął się.

— Ponieważ ktoś musiał zostać, by pilnować tego, co ze sobą wieziemy.

A co wieziecie? — zadał sobie w myślach pytanie Avaret, jednak nie wypowiedział go głośno, a postanowił zaczekać, aż Jovan sam zechce to zrobić.

— Nasze spotkanie nie było przypadkowe — ciągnął Loretańczyk. — Wcześniej usłyszeliśmy dużo dobrego o was od kupców, których karawanę doprowadziliście bezpiecznie do tego miasta. Wypytaliśmy o to i owo. W końcu zdecydowaliśmy się osobiście z wami porozmawiać — przerwał, rozglądnął się po otaczających ich budynkach, jak gdyby starając się w ten sposób przypomnieć dalszą drogę, po czym skręcił w wąską, niewybrukowaną uliczkę. Z tyłu Neven tłumaczył coś Ervillowi przyciszonym głosem. — Chcielibyśmy was wynająć.

Avaret rozciągnął wargi w szerokim, mimowolnym uśmiechu, przypominając sobie słowa Gorana o tym, że każda passa kiedyś się kończy.

— Wynająć — powtórzył, starając się odegnać od siebie poczucie rozbawienia. — To, że jesteśmy najemnikami i żyjemy z tego, że się nas wynajmuje, to rzecz powszechnie wiadoma i jeśli był w tym mieście ktoś, kto nie wiedział, czym się paramy, to wystarczyło, że przyszedł do gospody i posłuchał pijackich opowieści Ervilla o naszych barwnych przygodach i chwalebnych uczynkach. Po co więc te podchody?

Jego rozmówca zacisnął usta, nie zwalniając ani trochę kroku. Czoło pokryły mu bruzdy, świadcząc o wielkiej trosce i zaniepokojeniu, oczy zaświeciły się dziwnym blaskiem, co zdawało się współgrać z mimiką twarzy, dając wspólnie obraz wielce strapionego człowieka.

— Sprawa jest raczej z natury tych delikatnych… Nie chciałbym póki co nic więcej mówić.

Najemnik nie zadawał więcej pytań. Szli dalej w milczeniu, mijając po drodze piekarnię, zakład bednarza i stajnię, z której dobiegało co jakiś czas rżenie któregoś z koni. Za stajnią skręcała w lewo krótka uliczka, która doprowadziła ich do opuszczonego, drewnianego budynku, leżącego w głębi ogrodzonego zwalonym płotem podwórza. Budynek sprawiał wrażenie, jak gdyby w przeszłości również pełnił rolę stajni, jednak musiało to być bardzo dawno temu.

— To tutaj — odezwał się w końcu Loretańczyk. — Jesteśmy na miejscu. W środku czekają na nas nasi towarzysze.

Avaret przyjrzał się uważniej okolicy. Wszystko wokół sprawiało ponure, czy wręcz upiorne wrażenie, które potęgowane było rzecz jasna dodatkowo przez panujące ciemności. Blady blask księżyca i gwiazd padał na walające się po podwórzu resztki zniszczonych sprzętów, spośród których najbardziej wyróżniał się stary wóz, któremu brakowało jednego koła. Sam budynek chylił się lekko ku ziemi, a ziejące w jego ścianach liczne dziury sprawiały, że całość przywodziła na myśl jakąś szkaradę w obdartych łachach, wyciągającą pazury ku swojej ofierze. Avareta tknęło złe przeczucie, gdy mijał częściowo zwalony płot.

Wrota budynku stały otworem, w którym nie widać było nic, gdyż całe wnętrze skąpane było w mroku. Również najmniejszy szmer nie zdradzał niczyjej obecności.

— Dagonet! — Avaret usłyszał za plecami głos Jovana, u którego boku kroczyli Ervill i Neven. — Risk! Wróciliśmy!

Odpowiedziała mu głucha cisza. Avaret zerknął w jego stronę. Twarz Loretańczyka stężała w wyrazie zaniepokojenia, które zdawało się wzrastać proporcjonalnie do czasu upływającego od momentu oznajmienia powrotu. Najemnik złapał ostrożnie rękojeść miecza i wolnym krokiem począł zmierzać ku otwartym wrotom. Ervill ruszył jego śladem, nie pozwalając mu samemu podjąć ryzyka.

— O co w tym wszystkim chodzi? — szepnął skonsternowany elf. — Neven coś tam mi tłumaczył, ale mało go słuchałem…

— Chyba zaraz się czegoś dowiemy — odparł Avaret. Jego wzrok przemknął po ziemi tuż u wejścia do chylącego się budynku. Coś przykuło jego uwagę. Kucnął, by lepiej przyjrzeć się rzadkim kępkom pożółkłej trawy, którymi upstrzona była w tym miejscu ziemia.

— To krew — mruknął rozgarniając dłonią darń, tak cicho, że nawet elf dosłyszał to z trudem. Wyprostował się i ścisnął mocniej rękojeść miecza. Nawykł już do sytuacji, w których serce biło mocniej, a każdy z narządów zmysłu odbierał bodźce intensywniej, niż zwykle, by w ten sposób przeciwdziałać nadchodzącemu zagrożeniu. Dzięki Ervillowi nauczył się również stąpać ostrożnie i cicho niczym kot, bezszelestnie zbliżając się do celu. Nie było możliwości, by dał się zaskoczyć. Ruchy Ervilla również były pewne i przemyślane. Równocześnie przekroczyli próg stajni.

W środku nie czekało na nich nic, prócz mroku, w którym mogło kryć się wszystko.

— Co widzą oczy elfa? — szepnął Avaret. Ciemność skryła ironiczny uśmieszek, który wypełzł na jego twarzy.

— To samo co twoje, Avarecie. Bawi cię, że w obliczu ciemności jestem równie ułomny jak wy, ludzie?

— Nie.

— Akurat. Zazdrościcie nam wiecznej młodości, sokolego wzroku oraz lepszej przemiany materii. Każdy aspekt, w którym was nie przewyższamy, jest przez was mocno wykpiwany. Nie wiem skąd…

— Zamknij się — przerwał mu Avaret trącając go ramieniem. Skupił wzrok, który powoli przyzwyczajał się do ciemności panujących we wnętrzu stodoły, na czymś, co wystawało zza zgromadzonych przy jednej ze ścian beczek. Podszedł do nich, cały czas zachowując skupienie, a następnie obszedł tak, aby nie przesłaniały mu już widoku. Pochyliwszy się zdał sobie sprawę, że owe coś, które przykuło jego uwagę, to but. Jego wzrok podążył dalej, wzdłuż wyciągniętej nogi, bioder, klatki piersiowej i głowy, należących do mężczyzny w średnim wieku. Z tej ostatniej sterczała strzała, z miejsca zaś, w którym się znajdowała, w dalszym ciągu spływała posoka. Avaret dotknął skroni mężczyzny.

Jeszcze ciepła — pomyślał pocierając mokre palce.

— Zdaje się, że Jovan i Neven winni nam są solidne wyjaśnienia — usłyszał obok głos Ervilla. Elf kucał przy drugich zwłokach, leżących nieopodal, które Avaret dostrzegł dopiero teraz. — Coś tu się stało. I to dosłownie przed chwilą.

* * *

 
Komentarze (9)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~roxette16

    9 maja 2014 o 19:53

    Ciekawe… to mało powiedziane. Opowiadanie jest ekscytujące, zajmujące. Czyta się je z lekkością i przyjemnością. Zawsze lubiłam książki, których akcja dzieje się w świecie wymyślonym, który ma w sobie coś ze średniowiecza, zwłaszcza, jeśli tak jak i tu został on dobrze przedstawiony.
    Pozdrawiam i życzę weny,
    roxette16

     
  2. ~celandine

    12 maja 2014 o 23:32

    Chciałabym napisać jakiś konstruktywny komentarz, ale nie mogę, bo jak zwykle bardzo mi się podobało.
    „Co widzą oczy elfa?” – przyznam, że jak to przeczytałam, to się przestraszyłam, że będzie totalna kalka z LOTR’a, ale na szczęście ładnie się wybroniłeś :)

     
  3. ~Angelique

    14 maja 2014 o 13:29

    Elf i człowiek, to taka mieszanka wybuchowa, jeśli chodzi o kompanów do przygód, że zawsze coś ciekawego musi ich spotkać.

    Nie zdziwiłam się tym odrodzonym państwem. Zawsze jak ktoś chce dobrze dla swoich poddanych, to wychodzi jajco. Wolność? Tak jak ten koleś wspomniał – pozornie wszystko jest ok, ale jak się zagłębisz np. w sprawy rady i władcy, to nic nie jest już takie cudowne. Na każdym kroku walka o prestiż i pieniądze.

    Szachy – uwielbiam grać w nie. Niestety i mi często nie wychodzi mówić mat. Także niech się Goran nie martwi :P

    Jestem bardzo ciekawa tej tajemnicy i tego, co się wydarzyło przed momentem. Znowu ktoś dostał łomot, ale za co i dlaczego?

    Pozdrawiam i czekam na II część :)))

     
  4. ~Vessna

    30 maja 2014 o 23:16

    Cześć, Drago.
    Wpadłam tylko się przywitać i powiedzieć, że jeszcze żyję. Znowu mi czasu brakuje. Ale oczywiście nie zapomniałam o tobie i jak przyjdą wakacje, to opowiadanie będzie pierwszym, za co się wezmę.
    Twoje opowieści – muszę to powiedzieć – nie należą do tych najłatwiejszych. Trzeba się skupić i właśnie dlatego nie chcę czytać na odwal.
    Pozdrawiam ciepło i życzę dużo weny. Żebym miała jak najwięcej do nadrabiania! :D

     
  5. ~Vessna

    12 czerwca 2014 o 18:05

    Witam po przerwie :).
    Egzaminy co prawda właśnie mijają, co oznacza, że powinnam się w tej chwili uczyć, ale przegadałam to sama ze sobą i stwierdziłam, że jednak mogę poczytać.

    Śpieszę z wrażeniami. Generalnie czytało mi się bardzo dobrze. Dobrze jest znać bohaterów, ich przywary i zalety. Przywiązałam się do tej dwójki i myślę, że nie tylko ja.

    Znowu mnóstwo alkoholu, moje ulubione otoczenie :D.

    Ciekawam, jak zaskoczysz nas kolejnym razem. I mam nadzieję, że to już niedługo. W końcu tyle z czytaniem zwlekałam, że pewnie zdążyłeś coś naskrobać.

    Pozdrawiam,
    Vess

     
  6. ~Angelique

    27 czerwca 2014 o 00:28

    Kiedy nowość? :))

     
  7. ~Vessna

    30 czerwca 2014 o 09:32

    Ja też ciekawam, kiedy coś nowego.
    Wpadłam powiadomić o nowym rozdziale Piachu. Wpadnij, jak będziesz miał chwilę.

     
  8. ~wilczyca1315

    12 lipca 2014 o 17:03

    Kiedy tu weszłam, nie do końca wiedziałam, czego się spodziewać. A tu proszę- historia jest pisana po mistrzowsku! Od pierwszych słów prześladowało mnie wrażenie jakbym czytała powieść profesjonalnego pisarza. Nie znalazłam nic do czego można by się przyczepić. Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem.

     
  9. ~Basia

    12 września 2016 o 12:35

    Witam,
    już mi się ta historia bardzo podoba, elfy… ciekawe co przewozili, i kto ich zaatakował…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie