RSS
 

Synowie wojny, część II

07 lip

— Nie żyją — głos Avareta był twardy. Tuż obok niego stał Jovan, do którego chyba nie od razu dotarło to, co się stało. Jego ciało zaczęło stopniowo drżeć, najpierw lekko, a w miarę, jak uświadamiał sobie, co ma przed oczami, coraz bardziej. Twarz wykrzywił mu paskudny grymas przerażenia, o którym świadczyć mogły także łzy, które zebrały mu się pod powiekami, nadając oczom wygląd szklanych kulek. Sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał paść na kolana i się rozpłakać.

— O co w tym wszystkim chodzi? — Avaret nie miał skrupułów dla wstrząśniętego mężczyzny. Ton jego głosu był zdecydowany. Liczył, że zdoła w ten sposób jakoś otrzeźwić załamanego Loretańczyka.

Jovan spróbował coś powiedzieć, lecz głos uwiązł mu w gardle i szybko przeszedł w urywany szloch. Najemnik obrócił się w stronę Nevena, próbując pochwycić jego spuszczony ku ziemi wzrok. Ten trzymał się zdecydowanie hardziej, zaciskając jedynie dłonie w pięści.

— Prowadziliśmy dwa wozy z cennym ładunkiem — wymamrotał po chwili wciąż nie podnosząc głowy. — Bardzo cennym ładunkiem… Chcieliśmy was wynająć do ochrony w dalszej drodze — uniósł wzrok wbijając go prosto w przejrzyste oczy najemnika. — Ktoś musiał nas śledzić. Ktoś tylko czyhał na odpowiednią okazję. Ktoś…

— Nie ma czasu do tracenia — przerwał mu Avaret. Chwycił za kubrak osuwającego się na ziemię Jovana i postawił go na nogach, po czym uderzył otwartą dłonią w prawy policzek. Pomogło. Z oczu znikło przerażenie, a zastąpiły je gniew i buta, którym jednak Loretańczyk nie zdążył dać upustu. — Musimy działać czym prędzej. Ktokolwiek uprowadził wozy, zrobił to niedawno. Prędko!

Wybiegł na zewnątrz, nie oglądając się na resztę, a następnie rozejrzał po pustym podwórzu, starając się dojrzeć coś, co naprowadziłoby go na właściwy trop. Zasłona nocy i towarzysząca jej niemal bezwzględna cisza zatapiały jednak całą okolicę w odmętach niewyrazistości, zmuszając szukającego do snucia nie popartych żadnymi argumentami domysłów. A należało działać szybko.

— Jovan! Neven! Biegnijcie w górę ulicy. Ja i Ervill pobiegniemy w dół. W razie czego krzyczcie.

Nie czekając na odpowiedź ruszył w obranym przez siebie kierunku. Po swojej prawej usłyszał zaraz urywane sapanie Ervilla. Elf starał się z całych sił dostosować do narzuconego tempa, widać było jednak, że sprawia mu to niemało trudności i kwestią czasu jest, aż opadnie z sił. Uraz, jakiego doznał, a właściwie długotrwała stagnacja i morze wypitego w tym czasie alkoholu, odcisnęły wyraźne piętno na sprawności ruchowej Ervilla, czyniąc jego mięśnie wiotkimi a płuca skurczonymi.

— O co może… w tym … chodzić? — zapytał któryś już raz tej nocy, czyniąc przerwy pomiędzy poszczególnymi słowami na zaczerpnięcie tchu.

— Myślę, że jeśli pobiegniesz szybciej i uda nam się złapać te wozy, to poznasz odpowiedź na swoje pytanie.

— Musisz mi tak… przyganiać, Avarecie? Miejże trochę… współczucia dla kaleki.

Avaret nie odpowiedział, a zamiast tego przyśpieszył jeszcze bardziej. Trzeba przyznać, że biedny elf czynił co w jego mocy, by nie odstawać. Może dlatego odstał tak szybko. W pewnym momencie Avaret spostrzegł, że nikt już koło niego nie biegnie. Obejrzawszy się przez ramię dostrzegł zgiętego w pół Ervilla, wspierającego się prawą dłonią o mur stojącego przy drodze cechu rzemieślników. Głośno wymiotował.

— Nie przejmuj się mną! — usłyszał jego głos. Salwa wymiocin odegrała rolę swoistej pauzy, po której elf znowu się odezwał. — Biegnij dalej! Dogonię cię!

Avaret rzecz jasna ani nie zamierzał się przyjacielem przejmować, ani mu pomagać, ani też nie liczył, że ten zdoła go dogonić. Pomknął przed siebie dostrzegając w odległości kilkudziesięciu kroków skrzyżowanie ulic. Minął jakąś oberżę, której okna świeciły jasnym światłem, kilka kamienic, które z kolei wydawały się pogrążone we śnie wraz z jej lokatorami, oraz jakiś budynek, który mógł być chyba tylko zamtuzem, gdyż w kilku oknach dostrzegł wyglądające przez nie kobiety, odziane w dość frywolne fatałaszki. Jego myśli przemykały przez głowę w miarowym rytmie podeszew uderzających o ziemię. Kogo tak właściwie ścigam? Jaki towar znajduje się na wozie? No i, cholera, którą stronę wybrać, gdy dotrę do skrzyżowania, a w dalszym ciągu nie dostrzegę uciekających drani? Czas podjęcia decyzji zbliżał się w szaleńczym tempie, wraz z każdym kolejnym susem.

Obie przecinające się ze sobą ulice były całkowicie puste. Avaret rozejrzał się pospiesznie to na prawo, to na lewo. Zacisnął wściekle zęby, po czym na chybił trafił skierował się ku niewyraźnemu kształtowi, majaczącemu w oddali ulicy prowadzącej ku wschodowi. Przebiegł już żwawym tempem dość spory kawałek drogi, pomimo to nie odczuwał specjalnego zmęczenia, a wręcz przeciwnie, determinacja i ciekawość czyniły jego nogi lekkimi tak, iż odnosił wrażenie, że z każdym kolejnym krokiem wzbija się ku niebu. Lecz niewyraźny kształt, w miarę jak nabierał konturów i powiększał się, zwiększał sceptycyzm Avareta. Z całą pewnością się nie poruszał, nie mógł być więc uciekającym wozem.

— Niech to szlag — zaklął zwolniwszy biegu. Kilka kroków przed nim leżały beczki, które, najpewniej źle ułożone, zwyczajnie przewróciły się na drogę. Avaret zerknął na budynek, o który prawdopodobnie były wcześniej oparte.

Browar. Pieprzony browar.

Zawrócił zrezygnowany. Już nie biegł, a szedł wolno naprzód, dopiero teraz odczuwając zmęczenie spowodowane wzmożonym wysiłkiem. Nie wiedział czemu, ale silne przeczucie mówiło mu, że również Jovan i Neven odnieśli identyczną porażkę. Dotarłszy do skrzyżowania, wytężył jeszcze raz wzrok spoglądając w kierunku przeciwnym do tego, w którym pobiegł. Nie dostrzegł nic. Obrócił się i ruszył z powrotem w stronę podupadającej stodoły, przy której rozstali się z Loratańczykami.

Nagle poprzez zasnuwający okolicę mrok jego uszu doszedł jakiś dźwięk, najprawdopodobniej rozmowy, lecz nie był tego pewien. Przystanął i wstrzymawszy oddech, nadstawił ucha. Odgłosy były niewyraźne, przytłumione i początkowo trudne do rozróżnienia, lecz z każdym kolejnym wolno stawianym krokiem nabierał pewności co do tego, kogo właściwie słyszy. Blady uśmiech rozjaśnił nieco zatroskaną twarz najemnika.

— Zechciej mi wybaczyć, nadobna niewiasto, że zakłócam twój nocny spoczynek — słowa Ervilla skierowane były do wyglądającej z okna jednego z budynków kurwy. Avaret nabrał już pewności, że przybytek ów musi być burdelem. — Nie widziałaś aby przypadkiem kogoś przejeżdżającego tą drogą nie dalej, jak przed momentem? Ścigam groźnych bandytów, lecz niestety strach przed moją osobą dodał im chyba nie lada chyżości, gdyż, psiakrew, całkiem zgubiłem ich trop.

— Widziałam tylko jego — kobieta wskazała długim, chudym palcem zbliżającego się do nich Avareta. — I chyba niespecjalnie się ciebie boi, elfie, skoro sam ku tobie zmierza.

Ervill obrócił się raptownie we wskazanym kierunku. Pochwycił od razu spojrzenie przyjaciela, który beznamiętnym ruchem głową dał mu znać, że pościg nie zakończył się żadnym sukcesem.

— Wracajmy więc. Być może naszym tajemniczym przyjaciołom bardziej się poszczęściło.

Odwrócił się, po czym ruszył w stronę, z której przybył, posyłając sterczącej w oknie kurtyzanie płomiennego całusa. Ta, o dziwo, oblała się rumieńcem.

Szli w milczeniu, wysłuchując jedynie odgłosu własnych kroków. Zawiedli, nie pierwszy raz, lecz gorycz wcale nie była z tego powodu mniejsza. Jedynym, co mogło zmyć jej nieprzyjemny posmak, było odnalezienie wozów i wymierzenie sprawiedliwości mordercom. Determinacja, która owładnęła Avareta, była niespodziewanie silna, zupełnie, jak gdyby traktował całą sprawę osobiście, a nie, jak to zawsze bywało, czysto zawodowo. Coś w jego wnętrzu płonęło, nakazując działać natychmiast i bez wytchnienia. Mężczyzna starał się zdusić w sobie to uczucie i podejść do wszystkiego na chłodno, lecz starania te zdawały się być jedynie próżnym wysiłkiem. Chęć działania napędzała w nim ciekawość, pragnienie zdobycia niezbędnych informacji. Wiedzy, którą mógł posiąść jedynie odbywając szczerą rozmowę z oboma Loretańczykami.

Zastali ich siedzących pod drzwiami na jakichś starych, drewnianych wiadrach. Widok ich zwieszonych głów i skwaszonych min był jasnym sygnałem, że również ich próba się nie powiodła. Obaj milczeli, zatopieni we własnych myślach. Nieobecny wzrok Jovana zdradzał jego aktualny stan ducha, wewnętrzną walkę, którą toczył z samym sobą, poczucie winy za śmierć przyjaciół, przy których nie był obecny w decydującym momencie, oraz czynione sobie z tego powodu wyrzuty. Po obliczu Nevena odgadnąć było można dużo mniej. Zasępiony i nieruchomy, nie pozwalał, by emocje pojęły jego ciało we władanie. To on jako pierwszy zauważył powrót Avareta i Ervilla.

— Nie wpadliśmy na żaden trop — rzekł ochrypłym głosem.

Avaret przystanął w odległości kilku stóp od niego. Zmierzył mężczyznę twardym wzrokiem, a pochwyciwszy jego spojrzenie, przeszedł od razu do rzeczy.

— Zupełnie, jak my. Ktokolwiek tego dokonał, wiedział kiedy uderzyć i był do tego doskonale przygotowany. Musiał obserwować was od dłuższego czasu, może nawet podążając krok w krok za waszymi śladami. Pytanie tylko, dlaczego? Co znajdowało się na wozach?

Oblicze Nevena zastygło, rysy jego twarzy nie drgnęły ani razu w trakcie, gdy Avaret przemawiał. Niespodziewanie to Jovan, otrząsnąwszy się najpewniej nieco po zaznanym szoku, powstał i zwrócił swe oblicze w stronę najemników. Avaret nie potrafił dojrzeć jego oczu, wyobrażał sobie jednak, że są czerwone i napuchnięte.

— To, co przewoziliśmy… — głos drżał mu lekko, znać było, że z trudem wypowiada kolejne słowa — to była broń.

— Broń? — wtrącił się milczący do tej pory Ervill.

Loretańczyk skinął głową.

— Miecze, tarcze, łuki, strzały, kolczugi. Głownie jednak miecze. W ich właśnie wykuwaniu specjalizują się krasnoludy z Gorzejących Gór.

— Z Gorzejących Gór? — Ervill zamyślił się na chwilę, zapewne aby odnaleźć na tkwiącej w jego pamięci mapie wspomniane miejsce. — Daleka droga. Nie wiedziałem, że handlujecie bronią.

Usłyszawszy słowa elfa, Jovan zerknął w stronę Nevena. Tamten wykonał nieznaczny ruch głową.

— Nie handlujemy bronią — odparł, po czym nabrał powietrza i kontynuował. — Miała ona posłużyć do walki w powstaniu. Do obalenia rządów Wielkiej Rady. Do odzyskania wolności.

Wszystko zaczyna się zazębiać — przemknęło przez głowę Avaretowi.

— Rewolucja przygotowywana jest już od jakiegoś czasu, w tajemnicy oczywiście, lecz nie da się całkowicie ukryć takiego przedsięwzięcia. Emisariusze, tacy, jak my, przywożą kolejne transporty broni, której tak bardzo nam brakuje. Wkrótce powinniśmy być gotowi. Do wojny, która sprawi, że Loretia spłynie krwią jej własnych mieszkańców. Nie ma jednak innego wyjścia. Widmo kolejnego zniewolenia przez Azhgad jest już zbyt bliskie. Zagląda w oczy każdemu z mych pobratymców, napełniając je strachem i zwątpieniem.

— Wojna jeszcze się nie rozpoczęła, a zdążyła już pociągnąć za sobą pierwsze ofiary — stwierdził sentencjonalnym tonem Ervill. — Wiecie, że to dopiero początek?

Jego pytanie nie doczekało się żadnej odpowiedzi, jeśli nie liczyć krakania wrony, która akuratnie przysiadła gdzieś na skraju dachu wieńczącego stodołę. Pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się przez kurtynę ciemności, padając na twarze czwórki towarzyszy, z których każda wyrażała inne emocje, w gruncie rzeczy jednak dość do siebie podobne. W błękitnych oczach Avareta tańczyły złość i ambicja, chęć wymierzenia sprawiedliwości i walki o słuszną sprawę, jedno uczucie napędzane przez drugie. Po twarzy Ervilla błąkało się coś bardzo bliskiego zgorzknieniu, bolesna świadomość dziejów, wynikająca z przeżytych przez niego ładnych kilku dekad oraz tego, czego w ich trakcie był świadkiem. Oblicze Jovana zatraciło całkowicie młodzieńczy urok, którego miejsce zajęły zwątpienie i bezsilność. Wyglądał jak człowiek, który w całym swoim życiu nie zamierza się już zaśmiać. Zaciśnięte usta i zmrużone oczy Nevena świadczyły o tym, że i w jego wnętrzu musi wiele się dziać, choć jedynie niewielka tego część wydostaje się na zewnątrz.

— Niezależnie od tego — rzekł w końcu Avaret, a słysząc te słowa każdy z obecnych drgnął nieznaczenie — kto dokonał tego haniebnego czynu, zwykły złodziej, czy nie, pierwszym obowiązkiem wobec waszych towarzyszy powinno być pogrzebanie ich, w miarę możliwości z należnym im honorem.

Jovan spróbował coś odpowiedzieć, lecz ściśnięte gardło pozwoliło wydostać się na zewnątrz jedynie cichemu jękowi.

— Dagonet i Risk byli naszymi wiernymi druhami — rzekł zamiast niego Neven. Jego głos brzmiał pewnie i mocno, kontrastując z jękami jego towarzysza. — Należy im się na pewno godny pochówek. Musimy jednak dokonać tego w tajemnicy, z dala od wścibskich oczu. Sami rozumiecie… Nasza sprawa nie potrzebuje rozgłosu.

Najemnik skinął ze zrozumieniem głową.

— Wiele dni spędzonych w tym mieście pozwoliło mi je dość dobrze poznać. Znam jedno miejsce… Powinno nadać się idealnie.

Wynieśli ciała Dagoneta i Riska na zewnątrz, nie mącąc panującej ciszy ani jednym słowem. Gdy już ułożyli je na poznaczonej rzadkimi kępkami trawy ziemi, Avaret przykucnął, by przyjrzeć się lepiej obu mężczyznom. Wydało mu się, że ich rysy układają się w dziwacznym wyrazie ulgi i spokoju, cech tak odmiennych od tych, które towarzyszyły im, żyjącym.

Tylko trup może tak wyglądać.

Położył rękę na skroni Dagoneta, by wydobyć z niej strzałę. Ujął ją w prawą dłoń i począł ciągnąć, gdy nagle namacał na drzewcu jakąś nierówność, coś jakby dość misterne żłobienie. Szarpnął gwałtownie, a gdy już trzymał swobodną strzałę w ręce, przyjrzał się jej uważnie, wystawiając na działanie wschodzącego powoli słońca.

Drzewiec nie był gładki, ale to poczuł już wcześniej. Teraz z kolei jego oczy ujrzały podobiznę wijącego się niczym morskie fale węża, z którego łba wydostawał się równie mocno poskręcany jęzor.

* * *

 
Komentarze (8)

Napisane przez w kategorii Bez kategorii

 

Tags: , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Angelique

    11 lipca 2014 o 10:28

    Zaskoczyłeś mnie nazwą tej kobiety… Kurtyzany, dziwki, prostytutki… A Ty napisałeś: kurwy. :D Niczym jak w: GoT! xD

    Broń, broń, broń… Czyli jednym słowem, zaczyna się rozpierducha! Szkoda mi już z góry niewinnych ofiar: dzieci, matek, wdów i farmerów… Oni po prostu żyją w dość nieciekawych czasach. (a kiedy niby były i będą ciekawe???)

    Jak na elfa, to coś kiepsko z jego kondycją? WTF? Myślałam, że one mają aż nadto energii…
    Człowiek, to jednak człowiek… Pot leci, kurzy się z tyłka, ale biegnie ile sił w nogach :P

    Serdecznie pozdrawiam i czekam na dalszy rozwój wydarzeń.

    Avaret i Ervill, to naprawdę dobra „spółka” ;))

     
  2. ~wilczyca1315

    12 lipca 2014 o 17:21

    Jestem ciekawa co oni teraz zrobią bez tej broni. Avaret i Ervill są po prostu świetni. Cóż mogę powiedzieć- czekam na ciąg dalszy.
    Pozdrawiam
    Wilczyca

     
  3. ~Werdandi

    17 lipca 2014 o 20:08

    Witaj po dłuuugiej przerwie :) Mam taką cichą nadzieję, że mnie jeszcze pamiętasz. Tak czy inaczej powróciłam z otchłani i zaraz zabieram się za nadrabianie zaległości, bo choć ja się leniłam, Ty pracowałeś pełną parą i mam co czytać

    Zatem…niech Wielki Wen będzie Tobą :)

     
  4. ~Vessna

    21 lipca 2014 o 23:59

    Dobra, masz mnie. Leń jestem. Miałam ten rozdział od tygodnia na zakładce (tak jak zresztą parę innych opowiadań), ale jak napisałeś, wzięły mnie wyrzuty sumienia.

    Ku mojemu zdziwieniu, rozdział nie za długi, ale za to dopracowany. Ciekawa jestem, cóż ten wąż oznacza…
    I nie wiem w sumie czemu, ale przepadam za scenami z paniami do towarzystwa. Twoja – muszę to przyznać – zdecydowanie udana, a sam Ervill przywodzi na myśl nieśmiertelnego Jaskra (którego zresztą nie można nie kochać :D).

    [Wkradła się literówka: "Nie ma czasu do (s)tracenia." I gdzieś po środku teksu Jovan ustąpił miejsca Jowanowi.]

    Weny na wakacje! Czekam na kolejną notkę :).

     
  5. ~Werdandi

    22 lipca 2014 o 12:28

    No dobra, przyznaję się bez bicia, że parszywie się leniłam z tym komentarzem. Jedyne, co mogę dać na swoją obronę to to, że zupełnie odwrotnie było z czytaniem. Gdy już tu weszłam… to poszłam spać zdecydowanie za późno. Potem padałam na pysk w robocie, ale chyba było warto.

    Dokończyłam „Bez przebaczenia” í wiesz… Dziwnie mi się czytało, bo warsztatowo każda kolejna część miała jakby lepszy poziom. Ale to zdecydowanie na plus :) Samo rozwiązanie intrygi było w porządku… W sumie nic nie można mu zarzucić, ale… Bo ja wiem? Nie bardzo mnie poruszyło. Za to zakończenie samego opowiadania juz tak… To było świetne, serio. Może opisywać swojej reakcji nie będę, bo chyba nie godzi się tak sypać wulgaryzmami w komentarzach.

    „W głębi lasu ” jest… Właściwie to nie wiem, jakie jest, bo nie potrafię go obiektywnie ocenić. Lubię trochę sieki w tekstach, ale nie cierpię, gdy to ona jest podstawą. To tylko moja subiektywna opinia, a i zdaję sobie sprawę, że „W głębi lasu ” powstało w konkretnym celu.

    Á propos całości „Synów wojny ” dopiero przyjdzie mi się wypowiedzieć, mam nadzieję, że niebawem :) Bo znów mamy tajemnicę i znów nie wiem, o co właściwie chodzi, jak na początku pierwszego opowiadania. Tak, ciekawa jestem i to bardzo.

    Pisz,pisz niech Cię wen nie opuszcza

     
  6. ~Vessna

    25 lipca 2014 o 12:59

    Na Piachu nowinka, zapraszam :).

     
  7. ~Waughin Jarth młodszy

    29 lipca 2014 o 23:25

    Witam serdecznie!

    Uprzejmie informuję, że niniejszy blog został uwzględniony w minibadaniu poświęconym zagadnieniu trudności języka używanego w amatorskich utworach literackich. Wyniki oraz szczegóły dostępne są na stronie marszkuswiatlosci.wordpress.com.

    Kłaniam się nisko i życzę wielu sukcesów na niwie twórczej,
    Waughin Jarth młodszy

     
  8. ~Basia

    13 grudnia 2016 o 11:19

    Witam,
    miało być powstanie, ciekawe kto jest odpowiedzialny za skradzenie tych wozów, i właśnie co to za znak na tej strzale…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie