RSS
 

Synowie wojny, część III

31 lip

Słońce stało już dość wysoko na niebie, gdy Avaret w towarzystwie Nevena, raźnym krokiem zbliżał się do drzwi zbrojowni, nad którą pieczę sprawował Goran Metz. Najemnik liczył, że jego znakomicie obeznany z bronią przyjaciel będzie w stanie powiedzieć im coś więcej na temat tajemniczego znaku węża. Czas działał na ich niekorzyść, z każdą chwilą szanse na odbicie ładunku malały.

Minąwszy znajomy mu już z widzenia zakład garbarski, Avaret zerknął z ukosa na swego towarzysza. Po drodze nie zamienili zbyt wiele słów, jednak nie wydawało mu się, by małomówność jego rozmówcy była efektem przeżyć minionej nocy, a raczej po prostu skrytej natury. Loretańczyk był ewidentnie ulepiony z dalece twardszej gliny, niż jego pobratymiec, któremu w dalszym ciągu trudno było się pozbierać. Z tego powodu zdecydowali, że na razie będzie lepiej, jeśli odpocznie nieco i nabierze sił, które w niedalekiej przyszłości mogą okazać się nieocenione. Ervill zadeklarował się dotrzymać mu towarzystwa, bynajmniej jednak nie z powodu stanu swojego ducha, a raczej w wyniku konsekwencji, jakie niesie za sobą nadmierne spożycie alkoholu. Zwyczajnie zaczął doskwierać mu kac.

— Ciekawi mnie jedna rzecz — zaczął Avaret drapiąc się po krótkiej, jasnobrązowej brodzie. Nie wiedzieć czemu, sprawiało mu to niemałą przyjemność.

— Tak?

— Ciekaw jestem, dlaczego zwróciliście się do nas. Przejechaliście sami, we czwórkę kawał drogi, udanie, co trzeba dodać, gdyż jak wiem wasz ładunek nic a nic nie stracił na liczności. Dlaczego zdecydowaliście się na dodatkową ochronę dopiero na tym etapie podróży? Do Loretii jest jeszcze kawałek drogi, nijak ma się to jednak do dystansu, jaki już pokonaliście.

Neven uśmiechnął się gorzko.

— To nie był mój pomysł — przyznał bez ogródek. Uśmiech szybko zniknął spod jego krzywego nosa, ustępując miejsca trudnemu do rozszyfrowania grymasowi. — Niemniej rozumiem pobudki, jakie kierowały resztą. I w gruncie rzeczy uważam, że dobrze postanowili. Widzisz, na początku wszystko wydaje się łatwe. Plan jest prosty: dotrzeć do Gorzejących Gór, zabrać transport oręża i przywieźć go do Loretii. Jednak w drodze powrotnej wszystko się zmienia. Człowiek na każdym kroku wącha zasadzkę, patrzy spode łba na każdego mijanego wędrowca. Ma się świadomość, że nie jest się już nic nie wartym dla zbója golcem, że wypchany czymś po brzegi wóz przyciąga uwagę. Kilkakrotnie musieliśmy się bardzo postarać, by umknąć jakiejś zasadzce, prawdziwej, czy złudnej, bo jestem pewien, że duża część tego, czego się po drodze obawialiśmy, czego byliśmy pewni, to tylko nasze wymysły, wykreowane przez strach. Chcieliśmy poczuć się choć trochę pewniej, ot cała historia.

— Rozumiem — Avaret skinął głową. — Mimo wszystko dużo ryzykowaliście.

— Co masz na myśli?

— Nie udawaj — najemnik zaśmiał się. — Wtajemniczenie w takie przedsięwzięcie osób z zewnątrz jest jednak cholernym ryzykiem. Niektórzy nazwaliby to głupotą.

Neven zamilkł na chwilę, nieco zbity z tropu.

— Przecież… Przecież jesteście najemnikami… Wykonujecie zadania zlecone wam przez tego, kto wam płaci. Płacimy my, więc powinniście być po naszej stronie… Każdy może was wynająć, a wy robicie to, co jest w interesie zleceniodawcy. Czyż nie?

Avaret parsknął śmiechem.

— W teorii tak. W praktyce różnie to bywa. Mnie osobiście każdy wynająć nie może. W tym upatruję wyższości swojego zawodu nad tym najstarszym.

— Jak to?

— Zwyczajnie. Nie będę robił czegoś, co mi się nie spodoba, czegoś, co będzie sprzeczne z moim sumieniem. To jest jedna sprawa. Druga jest taka, że nie każdy, komu zapłacisz, będzie ci wierny. Zawsze może pojawić się ktoś, kto da więcej, a ty, zanim się połapiesz, możesz być trupem, żebrakiem bądź kaleką. Ludzka natura jest chciwa, a natura najemnika już najbardziej. Zapamiętaj to sobie.

Neven spojrzał na Avareta podejrzliwym wzrokiem, nie wiedząc, czy ten mówi poważnie, czy też kpi.

— Co mam przez to rozumieć?

Najemnik przystanął, by umożliwić wypchanemu po brzegi, a nawet sporo ponad nie, wozowi swobodny przejazd. Niemal bezzębny woźnica burknął coś niezrozumiale, skłaniając głowę. Zapewne było to „dziękuję”.

— Dokładnie nic — odparł wznowiwszy swój marsz. — Oho! Jesteśmy na miejscu.

Przemierzył te kilka kroków, które dzieliły ich od progu zbrojowni, po czym, czyniąc równocześnie zapraszający gest lewą ręką w kierunku Nevena, prawą pchnął niewysokie drzwi.

— Uważaj na głowę — ostrzegł towarzysza. — Wejście projektował najpewniej krasnolud.

W środku było cicho i chłodno. Avaret odsapnął głośno, lewą dłonią starł pot, który wystąpił mu na czole w trakcie marszu. U jego boku zaraz stanął Neven, pośpiesznym wzrokiem omiatając wnętrze zbrojowni. Nie minęła chwila, a zza rogu krótkiego korytarza, w którym stali, wyłoniła się postać Gorana Metza. Przygarbiony, posiwiały mężczyzna wyrzucił ręce w górę na ich widok, wyraźnie rad ich odwiedzin.

— Avaret! — zakrzyknął. Począł energicznie zacierać ręce, zapewne licząc na kolejną partię szachów. — Witam, witam. Widzę, że przemożna chęć odwetu mocno ci doskwiera, mam rację? Nie ma sprawy, już rozkładam planszę. Ty w międzyczasie zechciej nas sobie przedstawić, mnie i twojego kompana, rzecz jasna.

To rzekłszy jednym, zwinnym susem dopadł swojego pokoju, w którym zwykli rozgrywać szachowe batalie. Bałagan, jaki w nim panował, nie zmniejszył się od ostatniej wizyty najemnika ani o jotę. Avaret westchnął, kręcąc głową z uśmiechem.

— Tym razem nie przyszedłem na partię szachów — rzucił w kierunku Gorana. Na twarzy dozorcy, która na dźwięk tych słów wychynęła zza ściany, malowało się zaskoczenie pomieszane z nutką rozczarowania. Jego gęste brwi zatańczyły nad oczami zanim zdecydował, by i reszta jego ciała opuściła zagracone pomieszczenie. Avaret przedstawił sobie obu mężczyzn, po czym, nie wdając się w przytaczanie Goranowi wydarzeń minionej nocy, nie poświęcając ani słowa na przybliżenie mu okoliczności poznania Loretańczyków, bez zbędnych ceregieli dobył skrytej za pasem strzały i podetknął ją niemal pod sam nos dozorcy.

— Byłbyś w stanie coś więcej nam o tym powiedzieć? Nie mam na myśli samej strzały, a raczej wyryty na niej znak

Goran zmrużył oczy, dokładając swojemu czołu kolejnej porcji zmarszczek. Kąciki jego ust poruszały się nieznacznie, zupełnie, jak gdyby z całych sił starał się powstrzymać wypełzający na twarz uśmiech. Avaret zauważył, że mimowolnie ściska strzałę o wiele mocniej, niż było to potrzebne. Poczuł, jak drzewiec powoli odkształca się pod naporem jego siły. Raptownie rozluźnił uścisk, bojąc się, że może przypadkiem zniszczyć jedyną poszlakę, tak, że strzała omal nie wysunęła mu się z dłoni. Przeniósł wzrok w stronę Gorana akurat w momencie, gdy ten zdawał się być gotowy, by wygłosić swoje zdanie na temat dostarczonej mu rewelacji. Krótką chwilę napięcia ostatecznie zakończyło jego cmoknięcie.

— Istotnie — rzekł prostując się, a po jego minie znać było, że sprawia mu niemałą przyjemność możliwość pouczenia obu mężczyzn — niecodzienne znalezisko dzierżysz w dłoni, Avarecie. Chodźcie! Usiądźmy wygodnie, to wszystko wam opowiem.

Obróciwszy się na pięcie skierował swe kroki na powrót w stronę zagraconej izby. Avaretowi przemknęło przez myśl pytanie odnośnie togo, co Goran rozumie przez wygodne usadowienie się na wąskich, twardych, dających mizerne wytchnienie obolałym kończynom krzesłach, jednak powstrzymał się od komentarza. Zająwszy miejsce przy stole, leżące bardziej w głębi pokoju, raz jeszcze przyglądnął się tajemniczemu grawerunkowi. Zdało mu się, że gdy porusza strzałą między kciukiem, a palcem wskazującym i środkowym, wąż wije się zupełnie, jak gdyby rzeczywiście był gadem pełzającym wśród traw. Z zamyślenia wyrwał go Goran, sadowiąc się dokładnie naprzeciw niego.

— Nie pytam, skąd macie tę strzałę, jak weszła w wasze posiadanie. Mimo, że ciekawość aż mnie zżera, mówiąc szczerze.

Avaret milczał. Zacisnąwszy mocniej usta, skinieniem głowy nakazał Goranowi kontynuować, bez pochylania się nad tym aspektem całej sprawy. Dozorca wykrzywił wargi w wyrazie nieco zadziornego uśmiechu.

— No cóż, przejdźmy dalej — rzekł. Najemnik zauważył, że Neven nachylił się nad stołem, uważnie nasłuchując. — Grawerunek jest niezwykły, trzeba przyznać. Oczywiście moglibyście pomyśleć, że każdy może taki stworzyć, cóż to bowiem za problem dla wprawnego rzemieślnika. Jednak z tym jest inaczej. Ciekaw jestem, Avarecie, czy udało ci się dostrzec w nim coś, co by go w znaczący sposób wyróżniało.

Avaret wbił w Gorana wzrok zdumionych oczu. Czyżby i on dostrzegł coś, co on sam uznał za złudzenie?

— Cóż… Widziałem… Wydało mi się, że ten wąż się porusza.

— Bingo! — krzyknął Goran waląc pięścią w stół. Stojący na nim kałamarz przesunął się na niebezpiecznie bliską krawędzi odległość. Dozorca chrząknął, zupełnie nie zwracając na to uwagi. — Aby poznać genezę przedmiotu, który dzierżysz Avarecie w swej dłoni, musimy się cofnąć o wiele lat. Zbyt wiele, by to, co zaraz powiem, można było uznać za bezsprzeczne fakty, zbyt mało jednak, by traktować to jedynie jako legendę, wydumaną bajdę opowiadaną dzieciom.

Avaret zerknął w stronę malutkiego okienka znajdującego się nad głową Gorana. Upał ostatnich dni przywlókł w końcu za sobą burzowe chmury, które poczęły kłębić się za oknem zupełnie, jak gdyby przybyły na zawołanie Gorana, aby podsycić atmosferę jego opowieści. Najemnikowi zdało się, że na twarz dozorcy wypełzł delikatny uśmiech wywołany dodatkowym podniecenie, które mu się w związku z tym udzieliło. Bez wątpienia czuł się w tym momencie jak ryba w wodzie.

— Wszystko zaczęło się jakieś pięćset z górą lat temu — zaczął Goran. — Wtedy to jeden z prominentnych dostojników królewskich, właściwie to nawet jeden z doradców króla, wskutek uknutej przez nieprzychylnych mu ludzi intrygi, został postawiony w stan oskarżenia o zdradę kraju. Król, jak niesie plotka sam uwikłany w intrygę, lekką ręką wydał wyrok skazujący go na śmierć. W dniu egzekucji cały plac, na środku którego znajdował się szafot, zapełnił się ludźmi. Wtedy to, na oczach tłumu zdarzył się cud. Nie wiedzieć jak, skazańcowi udało się jakoś umknął spod stryczka. Nim zniknął przystanął na dachu jednego z otaczających plac budynków i obwieścił zemstę na królu i jego rodzie. Zemstę, która dokona się na długo wcześniej, zanim zostanie zauważona.

— O co mu chodziło? — przerwał zaciekawiony Neven. Jego twarz zastygła w pełnym napięcia grymasie.

— Tego nikt nie wiedział — odparł Goran. W jego oczach tańczyły ogniki, zdradzające przepełniającą go satysfakcję, powodowaną wzbudzonym w słuchaczu zaciekawieniem. — Tutaj przechodzimy do drugiej części historii. Wkrótce po tym zdarzeniu, nie więcej, jak kilka lat, kraj zalała fala zuchwałych napadów. Jej ofiarą padli poborcy podatków, którzy znikali bez żadnego śladu wraz z zebranymi pieniędzmi, karawany przewożące drogocenne klejnoty, złote monety, bursztyny i jedwabie. Zjawisko narastało w zastraszającym tempie, najgorsze zaś było to, że po incydentach nie pozostawał żaden świadek. Dosłownie żaden. W końcu ktoś dostrzegł pewną rzecz łączącą wszystkie rozboje.

— Strzała z wijącym się wężem — wtrącił Avaret.

— Dokładnie — Goran skinął głową. — Na ludność padł blady strach. Szeptano o hordzie demonów zesłanej w karze za występki dworu, nazwano ją właśnie Bractwem Jadowitego Węża. Król miał do całej sytuacji dużo bardziej racjonalne podejście, niemniej zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie z niej wynikało. Wiecie, co wtedy się stało?

Obaj, Avaret i Neven, pokręcili przecząco głowami. Huk gromu rozdarł na poły ciszę, jaka na chwilę zapanowała.

— W momencie, w którym przerażenie ludu sięgnęło zenitu, rozboje zaczęły stopniowo ustawać. Bractwo przystąpiło do kolejnej fazy działania. Zasobne w zagrabione bogactwa, znajdując się u szczytu potęgi, poczęło stopniowo przejmować władzę. Zaczynając od najniższych szczebli, korumpowało i przeciągało na swoją stronę kolejnych dostojników. Jakoś tak to się jednak działo, że żaden z przekupionych nie nawiązywał osobistego kontaktu z członkiem bractwa, wszystko odbywało się przez tajemniczych pośredników. W międzyczasie władzę przejął syn zmarłego króla. Gangrena, która toczyła ludność, sięgała coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dotarła w najbliższe otoczenie władcy, który miał już przeciwko sobie większość hrabiów i lordów. Wtedy to prostaczkowie zaczęli przebąkiwać, że oto dokonała się zemsta zapowiedziana kilkadziesiąt lat wcześniej, oraz że nadszedł moment, w którym niesłusznie skazany doradca, niechybnie stojący na czele bractwa, ujawni się by przejąć władzę i włożyć na swą głowę koronę. I tutaj następuje najciekawsza rzecz.

Czekając na kontynuację opowieści, Avaret zerknął w stronę okienka, akurat w momencie, gdy jego przeciwległe rogi połączyła błyskawica. Wnętrze izdebki na krótki moment zalała fala światła.

— Nie stało się nic. Bractwo przepadło bez śladu, znikło raz na zawsze, zapadło się pod ziemię. Król utrzymał władzę, po jego śmierci zaś przejął ją jego syn, a następnie wnuk. Nikt więcej nie słyszał o Bractwie Jadowitego Węża.

Avaret zmarszczył czoło.

— I tyle? Legendy nigdy tak się nie kończą.

Ciepły śmiech Gorana, który żywo kontrastował z kolejno następującymi po sobie hukami piorunów, wypełnił każdy kąt pomieszczenia.

— To nie jest legenda, przyjacielu, przynajmniej nie do końca. Istnieje wiele źródeł historycznych, potwierdzających autentyczność tamtych wydarzeń.

— Więc… Wiec sugerujesz mi, że na wpół mityczna organizacja odrodziła się właśnie teraz? Że powróciła, ni z tego, ni z owego, po paruset latach niebytu?

Dozorca rozłożył ręce w obronnym geście.

— Absolutnie niczego takiego nie sugeruję, Avarecie. Przyszedłeś do mnie z zapytaniem o strzałę, którą tak kurczowo ściskasz w swej prawicy, ja zaś przytoczyłem ci jej historię. Wstrzymuję się od jakichkolwiek werdyktów, jest mi do nich bardzo daleko.

— Więc co to wszystko ma znaczyć? — rzucił podirytowany najemnik. Wcześniej liczył, że wizyta złożona Goranowi zdoła posunąć śledztwo naprzód, zamiast tego uzyskał kolejną porcję pytań i wątpliwości. Ziarnko bezsilność w jego wnętrzu pękło, otwierając drogę wzrastającemu uczuciu. Zerknął na siedzącego nieruchomo Nevena. Oblicze Loretańczyka było zasępione, puste oczy nie zdradzały żadnych emocji. Widok ten pozwolił zakiełkować kolejnemu ziarnku w duszy Avareta, ziarnku poczucia zawodu. Przepełniony gniewem, w głównej mierze na samego siebie, zacisnął mocniej nie tylko dłoń dzierżącą jedyną poszlakę, lecz również zęby, które głośno zazgrzytały.

— Tego musisz już sam się dowiedzieć — rzekł Goran, nawiązując do zadanego wcześniej pytania. W jego oczach odbijał się blask coraz liczniej przecinanego błyskawicami nieba.

* * *

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~wilczyca1315

    1 sierpnia 2014 o 20:05

    Ciekawe to Bractwo Jadowitego Węża. Chętnie dowiedziałabym się o nim czegoś więcej.
    Pozdrawiam
    Wilczyca

     
  2. ~Angelique

    7 sierpnia 2014 o 16:41

    Goran może i wie coś więcej, ale gdyby wszystko „wyśpiewa”, nie byłoby z tym wszystkim takiej zabawy.

    Avaret ma rację! Natura człowieka jest strasznie chciwa. Ja Ci dzisiaj daję 100 złotych monet i mi służysz, jutro mój największy wróg da Ci 200 i już jestem w piachu… Ach, ci najemnicy! :D

    Czekam z niecierpliwością na dalszą część o tych „jadowitych wężach” :))))).

    Pozdrawiam i dużo weny ^^