RSS
 

Synowie wojny, część V

18 wrz

Ervill, rozsiadłszy się wygodniej, a przez wygodę rozumiał oparcie prawej nogi na stole i kołysanie się na tylnich nogach krzesła, począł analizować odbytą dopiero co, utrzymaną w niezbyt przyjaznym tonie, pogawędkę z Avaretem. Przywary, jakie zostały mu w niej wytknięte, w żaden sposób nie wydawały się mu być prawdziwe, co nie znaczyło wcale, że nie poczuł się lekko dotknięty. Zjeździł z Avaretem pół świata, wespół stawiali czoła niebezpieczeństwom, jakie innym nawet się nie śniły, hartując tym samym swoją przyjaźń. Elf zdawał sobie sprawę z różnic światopoglądowych, jakie ich dzielą, mimo to miał pewność, że jego kompan rozumie go bardziej, niż ktokolwiek inny na tym świecie. To samo działało również w drugą stronę. Ervill bardzo dobrze pojmował prawość i niezłomność Avareta, jego szlachetność, honorowość i cały zespół innych cech, które trudno było wyrazić jednym słowem, co więcej, pochwalał je i w jakimś stopniu także podzielał.

Przeniósł wzrok na wciąż niedopite piwo, sięgające swoim poziomem niemal dokładnie połowy kufla i zadał sobie odwieczne pytanie filozofów. Odpowiedź, jaka mu się jednak od razu nasunęła, usprawiedliwił prędko swoim umiłowaniem do piwa i innych mocnych trunków, zapewniając siebie samego, że gdyby w kuflu była woda, jego odczucia byłyby zgoła odmienne.

Z morza przemyśleń wyłowił go obraz zapadniętych oczu Jovana, przeszklonych nie wylanymi łzami, trwale odkrytych przez tkwiące nieruchomo powieki.

— Przykro mi — bąknął ni z tego ni z owego, z najwyższym trudem starając się stłumić głośne beknięcie, tak nieodpowiednie dla tej chwili. Udało mu się wygrać tę walkę, natychmiast zdał sobie jednak sprawę z tego, jak głupio zabrzmiały jego słowa. Zauważył, że Loretańczyk nawet nie drgnął, co odczytał jako dobry znak. Pochyliwszy głowę, jął z mozołem klecić w myślach formułkę, która mogłaby wlać trochę miodu w poszarpane serce Jovana, przyszło mu jednak do głowy, że jest w nim zbyt wiele dziur, przez które miód z pewnością od razu wypłynie. — Długo ich znałeś?

Jovan uniósł nieco głowę, na tyle, by móc przyjrzeć się obliczu elfa. Minęła dłuższa chwila, zanim w końcu zdecydował się odpowiedzieć.

— Niezbyt — siła jego głosu zaskoczyła Ervilla, który spodziewał się usłyszeć raczej jęk i szlochanie, aniżeli pewną odpowiedź. — Spotkaliśmy się po raz pierwszy na krótko przed naszą wyprawą. Niemniej znałem ich dobrze.

Ervill na powrót zajął się kuflem piwa, jednocześnie uważnie słuchając.

— W trakcie takiej wyprawy można poznać człowieka od stóp do głów, ze wszystkimi jego zaletami i przywarami, lękami i radościami. Dagonet i Risk byli mi druhami, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, wiernymi i oddanymi, gotowymi stanąć za mną w najgorszej opresji. Można przeżyć całe życie u boku drugiej osoby i do końca nie wiedzieć, czego się po niej spodziewać. W tym przypadku było dokładnie odwrotnie. W ciągu krótkiego czasu zdołałem się przekonać, że mogę na nich polegać.

Ervill upił porządny łyk piwa.

— Mądrze prawisz. Nawet zbyt mądrze, jak na takiego młokosa.

— Nieco inaczej ma się sprawa z Nevenem — kontynuował Jovan, puszczając uwagę elfa mimo uszu. — Pochodzimy z tej samej wioski, wspólnie wychowywaliśmy się, dorastaliśmy, wspólnie też przystaliśmy do rebeliantów. Połowa moich wspomnień, tych radosnych, ale i też gorzkich, jest również i jego wspomnieniami. Pierwsza walka na drewniane miecze, praca w polu, wspólne psoty, jak i otrzymane za nie lanie, letnie kąpiele w rzece, słuchanie opowieści starszych w długie, mroźne, zimowe wieczory… Podróż do Gorzejących Gór. Śmierć Dagoneta i Riska.

Ervill zdał sobie sprawę, że ślina, która zebrała mu się w rozdziawionych ustach, zaraz osiągnie poziom, po przekroczeniu którego spłynie mu po brodzie. Przełknął ją szybko, zastanawiając się, czy Jovan, którego poznał zeszłego wieczora, umarł już na zawsze. Jednocześnie zauważył, że potok wylanych przezeń słów, przynosi mu nieco ukojenia, jak gdyby wyrzucał z siebie jakąś truciznę. Samo to, że przemawiał donośnie i bez zająknięcia, było sporym postępem w porównaniu do stanu, w jakim jeszcze niedawno się znajdował.

— Tak — podjął na nowo, równie mocnym, jak przedtem głosem. — O ile Dagoneta i Riska mogę nazwać druhami, o tyle w przypadku Nevena odpowiedniejszym określeniem byłby brat.

Ostatnie słowa Jovana wprawiły Ervilla w stan głębokiej zadumy. Relacje, które tak dokładnie i obrazowo opisywał, oraz uczucia, jakich w związku z nimi doświadczył, kazały elfowi zastanowić się nad tym, w jakim miejscu znajduje się nić jego życia, czy splata się z innymi, a jeśli tak, to jak ściśle. Mimo szmatu czasu, licząc kategoriami ludzkimi, jaki już przeżył, nie mógł powiedzieć, że spotkał na swej drodze wielu przyjaciół, osób, dla których coś znaczył, bądź które dla niego coś znaczyły. Kompanów do picia, owszem, miał wielu, wiedział jednak, że każdy z nich sprzedałby go za garść miedziaków, gdyby nadarzyła się ku temu okazja. Podrapał się po szyi, będąc już bliskim gorzkiej konkluzji. Jedyną osobą, na którą mógł w swoim życiu liczyć, był Avaret.

Moment puenty, jaką w duchu wygłosił, zbiegł się w czasie z trzaskiem raptownie otwieranych drzwi wejściowych. Ervill zerknął w ich stronę ponad ramieniem Jovana, do którego — uszu wskazywał na to brak jakiejkolwiek reakcji ruchowej — hałas najwyraźniej nie dotarł. Przez próg gramoliła się niezdarnie grupka trzech wyraźnie podchmielonych młodzieńców, którym towarzyszyła dziewka będąca ich rówieśnicą. Pierwszych dwóch miało identyczne, gęste czarne czupryny, bliźniaczo podobne spojrzenia brązowych oczu, oraz takie same, delikatne podbródki. Musieli być braćmi. Trzeci miał gładko wygoloną głowę, po której spływały ostatnie krople pozostawionego na zewnątrz deszczu. Dziewczyna, o delikatnej twarzy i silnie rudych, prawie czerwonych włosach, trzymała się wyraźnie jego boku. Wszyscy odziani byli w stroje sugerujące raczej niższe pochodzenie, pełne łat i dziur, na które łat już zabrakło. Rozejrzeli się niespiesznie po sali, po czym zajęli stół stojący w sąsiedztwie paleniska. Nim to jednak uczynili, łysy młodzieniec zdążył rzucić Ervillowi pełne pogardy spojrzenie. Nim dołączył to towarzyszy, elfowi udało się przyuważyć miecz wiszący u jego pasa, który wychylił się na krótką chwilę spod sięgającego niemal ziemi płaszcza.

Nie wyglądają na uczciwych obywateli — pomyślał Ervill instynktownie umiejscawiając całą gromadkę w klasie przestępczej miasta Mostar.

Nowi goście prędko zaczęli się domagać piwa, ponaglając biednego Holeta paskudnie brzmiącymi przekleństwami. Popłoch, jaki wywołały one u gospodarza, przywiódł go do nieszczęśliwego potknięcia, w konsekwencji którego cała pierwsza kolejka rozlała się po ziemi. Feralny wypadek rychło doczekał się salw śmiechu, które jednak prędko ustąpiły kolejnym przekleństwom. Ervill na dobre zajął się dopiciem piwa, starając się równocześnie nawiązać swobodniejszą rozmowę z Jovanem, jednak jego zdawkowe odpowiedzi z czasem okazały się przeszkodami nie do pokonania. Elf na powrót pogrążył się w zadumie, nie na tyle jednak głębokiej, by jego uszy nie wyłowiły paru paskudnych epitetów dotyczących jego osoby, dobiegających z sąsiedniego stołu. Zwróciwszy swe oczy w kierunku źródła tych obelg, napotkał spojrzenie łysego młodzieńca, który zdawał się od dłuższego czasu łypać na niego spode łba. Ervill nie należał do tych, co to dają sobie w kaszę dmuchać. Rozeźlić go tez nie było ciężko.

— Cóż tak spozierasz na mnie spode łba? — rzucił wyzywającym tonem w wiadomym kierunku. — Dawnoś nie widział nikogo z gatunku długowłosych, mam rację?

Ruda dziewczyna siedząca u jego boku roześmiała się słodko i szczerze, wprawiając łysego w stan zażenowania, potwierdzony obrazem kraśniejących policzków. Przysunęła usta do jego ucha i zaczęła szeptać. Mimo, że tego nie słyszał, Ervill był pewien, że podjudza go do odpowiedzi na jego zaczepkę.

— Dawno nie widziałem tutaj plugawego elfa!— warknął młodzieniec, opluwając wszystko i wszystkich, którzy znajdowali się wokół niego.

Ervill zaśmiał się donośnie.

— Może zatem pokażesz mi łaskawie miejsce, w którym będę mógł się schować przed twoim gniewem? — odparł łysemu, postanawiając dorzucić cegiełkę do wznoszonego muru jego poczucia podrażnionej dumy. Bardziej wynikało to z faktu, że zdążył już mocno stęsknić się za walką, aniżeli z powodu wymierzonych w niego inwektyw. Chłopak wydawał się idealnym przeciwnikiem do tego, aby przypomnieć sobie, jak miecz leży w ręce.

Dziewczyna wciąż szeptała, chłopak znajdował się już na drodze, z której wstyd byłoby zawrócić. W końcu wstał, zachwiawszy się przy tym nieznacznie.

— Pokażę! — rzucił buńczucznym tonem. — Pierwej jednak wyrządzę ci trochę krzywdy.

Ervill również powstał, uśmiechając się pod nosem. Zauważył, że także i jemu piwo zmąciło zmysł równowagi. Potraktował ten fakt jako dodatkową gratkę w szykującej się zabawie.

— Wyjdźmy więc na zewnątrz, by stoczyć ten heroiczny pojedynek. Gospodarza darzę zbyt dużą estymą, by doprowadzać jego przybytek do ruiny.

Łysy młodzieniec chyżo ruszył w kierunku drzwi, nie czekając, aż Ervill wygramoli się zza stołu. Jego kompania ruszyła w ślad za nim. Ervill, wciąż z kpiącym uśmiechem na ustach, mimowolnie zerknął w stronę Jovana. Widok jego twarzy, świadomość tego, że urządza sobie podobne zabawy w cieniu tragedii, jaka dotknęła jego towarzysza, sprawił, że uśmiech momentalnie spełzł mu z twarzy.

— Nie martw się — rzekł lakonicznie, gestem zachęcając Jovana do pójścia ze sobą. Ku jego uldze, Loretańczyk zdecydował się mu towarzyszyć.

Na zewnątrz wciąż lało. Gdyby ulica w tym miejscu nie była brukowana, przyszłoby im grzęznąć w błocie, co już całkowicie zamieniłoby ich potyczkę w zwykłą farsę.

— Jestem Katus — krzyknął łysy. Jego głos z trudem dotarł poprzez strugi deszczu do Ervilla. Elf od razu nadał młodzieńcowi własne imię, które od oryginalnego wyróżniał jedynie rozstaw liter. — Będziesz mnie pamiętał na długo po tym, jak z tobą skończę.

Nie czekając na odpowiedź, runął do bezmyślnego ataku, trzymając miecz oburącz, tuż przy twarzy. Nie zdołało to zaskoczyć elfa, który szybkim ruchem wydobył swój oręż z pochwy. W momencie, gdy Katus był już bliski końca swojej szarży, Ervill uchylił się nieco, otwierając przeciwnikowi dalszą drogę. Zdążył jeszcze klepnąć go płazem miecza w pośladki, w konsekwencji czego chłopak całkowicie stracił już równowagę i wyrżnął twarzą o ziemię.

— Oto jest mąż, który prawdziwie umiłował tę ziemię — zakpił Ervill. — Składa jej pocałunki nie bacząc na wrogą aurę.

Katus podniósł się w końcu, co nie znaczy, że nie kosztowało go to wielkiego trudu. Gdy zwrócił się pokiereszowaną twarzą w kierunku przeciwnika, w jego spojrzeniu można było dostrzec gniew graniczący z furią. Sapał głośno i warczał, Ervill natomiast śmiał się, podobnie jak i ruda dziewczyna. Znać było, że jakiekolwiek były zamiary Katusa wobec niej, ona nie traktuje go zbyt poważnie.

Młodzieniec sapnął jeszcze kilka razy, po czym natarł po raz kolejny, tym razem jednak z mniejszym impetem. Ervill bez trudu odbił kilka jego bezładnych ciosów, na koniec uderzając go dłonią zaciśniętą na rękojeści prosto w nos. Katus z krzykiem złapał się zań dłonią wolną od miecza. Krew, jaka spłynęła mu po ustach i brodzie, lądowała na bruku, prędko rzednąc wśród spadającego deszczu.

— Ty… skurwysynu! — wystękał chłopak, co wydawało się być zwyczajowym zwrotem w podobnej sytuacji. Odjąwszy dłoń od zakrwawionego nosa, ukazał zaciśnięte wściekle zęby. Nie nauczony poprzednimi doświadczeniami, przypuścił następny, wyzuty z jakiejkolwiek strategii atak. Zamachnął się kilkukrotnie, uderzając całkowicie na oślep, nie osiągając jednak ani razu celu, gdyż każde z natarć napotykało albo unik, albo było bez trudu blokowane. Znudzony już tą zabawą Ervill wykorzystał pierwszy, lepszy moment, w którym przeciwnik całkiem się odsłonił, i wolną ręką rąbnął go potężnie w brzuch. Katus zgiął się w pół, wydobywając z siebie stłumiony jęk. Gdy tak trwał w tej pozycji, Ervill obszedł go spokojnie i, przyjrzawszy się dokładnie celowi, kopnął go podeszwą w wypięte pośladki. Młodzieniec poleciał w przód, raz kolejny stykając się twarzą z szorstkim brukiem.

— Dziękuję państwu, koniec widowiska — podsumował elf chowając miecz i teatralnie otrzepując ręce. Ruszył niespiesznym krokiem z powrotem w kierunku karczmy, gdy nagle dostrzegł, jak prawa ręka Jovana unosi się ku górze, a jej palec wskazujący prostuje, by coś mu wskazać. Jeszcze zanim Loretańczyk zdążył wykrzyczeć słowa ostrzeżenia, Ervill błyskawicznie odskoczył w bok, słysząc, jak coś rozdziera powietrze w miejscu, w którym dopiero co stał. Chwilę później rozległ się dźwięk metalu uderzającego o kamień.

— On… Próbowałem cię ostrzec — wydusił Jovan, mierząc palcem w klęczącego Katusa. Ervill, niewiele się zastanawiając, doskoczył do niego i, nie okazując żadnej litości dla wciąż klęczącego mężczyzny, wymierzył mu kopniaka prosto w twarz. Jego siła była tak wielka, że pokonany wykonał niemal pełny obrót wokół własnej osi, nim ostatecznie rozciągnął się jak długi na bruku. Elf splunął na bezwładne ciało, ostatecznie odbierając chłopakowi honor.

— Pozbierajcie go — warknął do dwóch jego bliźniaczo podobnych do siebie towarzyszy. Na dźwięk jego słów targnął nimi dreszcz przerażenia. — A ty, ruda… Nie zadawaj się z nim. Przecież widzisz, że to idiota.

Dziewczyna skinęła głową. Delikatny uśmiech nie opuszczał jej ust.

— Chodź Jovan, wracajmy do środka. Całkiem już przemokłem.

Postąpił kilka kroków naprzód, lecz zdał sobie sprawę, że podąża sam.

— Jovan? — dorzucił pytającym tonem, odwracając się w kierunku stojącego nieruchomo mężczyzny. Loretańczyk wpatrywał się uparcie w sztylet, który o mały włos nie ugodził Ervilla. Gdy ten podszedł bliżej, dojrzał to, co wprawiło jego kompana w stan niemego osłupienia. Rękojeść zawierała grawerunek. I nie był to byle jaki grawerunek.

Był to herb Loretii.

* * *

 
Komentarze (8)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~Angelique

    19 września 2014 o 11:56

    No to kolejna awantura i bitwa gotowa… OMG!

    Śmiesznie musiało to wyglądać, jak dwa elfy się za kudły wzięły! xD Szkoda, że mnie nie było w tej tawernie.

    Czy wszyscy zawsze muszą topić smutki w piwie? Ehhh Ci ludzie i inne istoty magiczne…

    Czekam na dalszy ciąg, co tak krótko?? :)))

     
  2. ~wilczyca1315

    20 września 2014 o 21:28

    Jak to jest, że za każdym razem gdy przeczytam dalszy ciąg twojego opowiadania, braknie mi słów? Bo uważam, że powtarzanie ciągle „Świetnie”, albo „czekam na ciąg dalszy” jest bez sensu. Gdyby to była książka, czytałabym jednym tchem aż do końca. A potem modliłabym się o kolejną część.
    Bardzo spodobał mi się opis starcia i oczywiście zakończenie.
    „Oto jest mąż, który prawdziwie umiłował tę ziemię – zakpił Ervill. – Składa jej pocałunki nie bacząc na wrogą aurę.”- ten fragment był po prostu genialny ;) Ta ruda dziewczyna wydała mi się za to jakaś dziwna…
    Serdecznie Pozdrawiam i liczę, że szybko pojawi się ciąg dalszy.
    Wilczyca

     
  3. ~Z.

    25 września 2014 o 21:41

    Po pierwsze: dlaczego dialogi zaczynasz dywizem, a w środku masz półpauzy? Dywiz nie służy do budowania dialogów, to jest łącznik. Łączy np. człony nazwiska: Ewa Szara-Ozimek.
    Po drugie: dlaczego tekst jest do lewej, a nie wyjustowany? To aż boli, zęby się krzywią…
    Po trzecie: odstępy zamiast wcięć akapitowych? Żartujesz sobie? Widujesz w książkach taki zapis? Spójrz na tekst w przypadkowej książce, zwróć uwagę na to, jak jest złożony, o czym tu piszę, a później doprowadź to wszystko do porządku, bo wstyd zostawić tak tekst na blogu. Pokazujesz go publicznie, więc zadbaj o estetykę i błędy.

     
    • rockydrago

      26 września 2014 o 09:23

      Z bólem serca muszę przyznać, że niestety miałaś rację. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło. Twoje uwagi pchnęły mnie do natychmiastowego działania i, na tyle, na ile mogłem, poprawiłem wpisy.
      Co do punktu trzeciego Twojej wypowiedzi, to oczywiście w trakcie pisania stosuję akapity, a nie odstępy, niestety w trakcie zamieszczania wpisu te pierwsze zostają automatycznie zamienione w te drugie. Niestety nie wiem, jak to obejść.
      Pozdrawiam i dziękuję :)

       
  4. ~Vessna

    30 września 2014 o 00:07

    Się probiło się…

    …Boszzz, patrzę na te wasze teksty i zaczynam się swoich wstydzić. Chyba faktycznie muszę się wziąć za siebie.

    Mój ulubiony elf-pijak jak zwykle wszczął burdę i jak zwykle pewnie nie obejdzie się bez dziwnych następstw, a jakże. Czekam niecierpliwie!

    [Tekst faktycznie wygląda elegancko przy dbałości o szczegóły, o których ktoś wyżej pisał.]

     
  5. ~filip

    19 maja 2015 o 15:24

    ile jest czesci synow wojny i czy jest skonczona ?

     
    • rockydrago

      20 maja 2015 o 17:33

      Części jest osiem, wszystkie są już upublicznione na blogu, więc jest to już skończona historia.

       
  6. ~Basia

    15 listopada 2017 o 11:02

    Witam,
    wspaniały rozdział, no tak jazk zwykle burda… przez chwilę myślałam, ze będzie wizerunek tego węża na tym sztylecie…
    Dużo weny życzę Tobie…
    Pozdrawiam serdecznie