RSS
 

Synowie wojny, część VII

05 sty

Dzień miał się już ku końcowi, gdy Avaret ponownie stanął w progu gospody „Pod Rogatym Jeleniem”. Ostatnie promienie słońca zdążyły smagnąć jego plecy, spływając następnie w dół, ku stopom, które chwilę później wiodły najemnika w górę schodów prowadzących do izb dla gości karczmy. Znalazłszy się na górze pchnął drzwi prowadzące do pokoju, który dzielił z Ervillem.

— Nareszcie jesteś — witające go słowa należały do Ervilla, siedzącego na skraju jednego z dwu wąskich łóżek. Elf pochylał się, przedramiona opierając na kolanach, dłonie łącząc ze sobą. Była to poza kogoś, kto z wyraźnym zniecierpliwieniem na coś czeka. A w tym wypadku kogoś.

— Trafiliśmy na trop — rzekł Jovan, zajmujący drugie łóżko. Avaretowi wydało się, że wstąpił weń jakby nowy duch, ożywiający nieco martwe kończyny, zmazujący z twarzy beznamiętny wyraz. Lekki podmuch wiatru wleciał do izby przez znajdujące się pomiędzy łożami uchylone okno, poruszając opadającymi na czoło lokami Loretańczyka. Wydawał się być w tym momencie tym samym radosnym młodzieńcem, którym musiał być, zanim narodził się jako jeden z synów wojny.

Siedzący na krześle przy drzwiach Neven dźwignął się, by móc dosięgnąć czegoś, co leżało na stojącym nieopodal regale, by następnie okazać rzecz Avaretowi. Oczy najemnika przebiegły od dołu do góry, wzdłuż ostrza sztyletu, jego jelca, aż do trzonu, na którym znajdował się jakiś grawerunek. Zamarł na krótki moment, gdy zdał sobie sprawę z tego, co widzi.

— Skąd to macie? — spytał. Suchość w gardle spowodowała, że jego głos zabrzmiał niczym piasek przesypywany z ręki do ręki.

Ervill podniósł się gwałtownie, przywołując na twarz pewny siebie uśmiech. Jego oczy śmiały się również, współgrając z ustami. Razem tworzyły obraz zwycięzcy, który utarł nosa rywalom i nie zamierza się tym nie chwalić.

— Widzisz, drogi przyjacielu, źle mnie oceniłeś. Starcze zgorzknienie jeszcze mnie nie nadgryzło, wciąż pełen jestem ikry, nadziei, chęci do działania i nieustępliwości. To, co mi wypominałeś, to jedynie rozum i doświadczenie, oraz dobra ocena sytuacji. Daruję ci jednak, zrzucając wszystko na karb nieroztropności, której z wiekiem na pewno się pozbędziesz.

— Możesz jaśniej?

— Przypadek — wtrącił się Jovan. — Czysty przy…

— Właśnie ta nieustępliwość — Ervill nie dał zepsuć sobie popisu, lekkim podniesieniem głosu dając do zrozumienia Jovanowi, by więcej się nie odzywał — doprowadziła mnie do jedynego tropu, jakim w tym momencie dysponujemy. Wyobraź sobie Avarecie, że gdy ty traciłeś czas w bibliotece, ja odnalazłem człowieka, który przypadkiem wszedł w posiadanie tego sztyletu. Znalazł go, jak mówi, na trakcie wiodącym na południe, niemal na samych obrzeżach miasta. Jovan i Neven przyjechali ze wschodu, można więc z całą pewnością założyć, że to nie oni go zgubili. Nie pozostaje nam nic innego, jak wsiąść na koń, i dopaść tych łajdaków — zakończył elf, krzyżując z dumą ręce na wypiętej piersi.

Avaret zaśmiał się ochrypłym śmiechem.

— Skoro opuścili już miasto, to kto usiłował mnie zgładzić, gdy byłem w Bibliotece? — rzekł, po czym, na poparcie swoich słów, okazał całej trójce mającą w niego ugodzić strzałę. Jako że tkwiła ona mocno w blacie stołu, który przeszyła, Avaret zdecydował się przeciąć ją na pół, by móc ją wyciągnąć.

Ervill przyjrzał się jej z konsternacją. Również Loretańczycy doskoczyli do Avareta, by móc bliżej przyglądnąć się przedmiotowi.

— Nie ma… Nie ma grawerunku — oświadczył niepewnym głosem elf.

Avaret drgnął, wyraźnie zaskoczony. Nie zadał sobie wcześniej trudu przeprowadzenia dokładniejszych oględzin strzały, wziął raczej za pewnik, że jest ona powiązana z Bractwem Jadowitego Węża. Uniósł ją na wysokość swoich oczu i obrócił obie części drzewca wokół ich własnych osi.

— Rzeczywiście… — wymamrotał wciąż przesuwając wzrokiem po przedmiocie, jak gdyby liczył na to, że grawerunek jednak gdzieś się na nim chowa. — Masz rację — przyznał po chwili bardziej zdecydowanym głosem.

— Co to oznacza? — spytał Jovan, przejmując od Avareta strzałę. Obejrzawszy ją pobieżnie — nie miał wszak powodów, by nie wierzyć osądowi poprzednich obserwatorów — przekazał ją Nevenowi.

— Cholera wie — odparł Ervill, z donośnym klapnięciem usadawiając się na łóżku. — Albo Bractwu skończyły się magiczne strzały… Albo w sprawę wmieszany jest ktoś jeszcze.

Avaret pokręcił głową.

— To niedorzeczne. Historia i tak jest już wystarczająco absurdalna. Nie czyńmy z niej jeszcze większej farsy.

— Co zatem uczynimy?

Avaret skrzyżował ręce na piersi. Ślad wiodący na południe, był jedynym, jakim dysponowali. Czas grał na ich niekorzyść, podjęcie ryzyka mogło im się niebywale opłacić, bądź pozostawić w miejscu, w którym i tak już tkwili. Nie mieli nic do stracenia.

— Ruszamy na południe. Jeszcze dzisiaj.

Zauważył, że jego słowa zrzuciły ogromny balast z ramion Jovana. Znać było, że młody Loretańczyk z napięciem oczekiwał próby podjęcia skonkretyzowanego działania, zapewne od chwili, w której płomyk nadziei na powrót rozgorzał w jego sercu. Z impetem dopadł drzwi, by następnie w tempie błyskawicy przemknąć po wiodących w dół schodach, zapewne, aby czym prędzej przygotować konie do drogi. Neven podążył jego śladem, emocje trzymając kurczowo na wodzy. W ginącym coraz bardziej w mroku nadchodzącej nocy pokoju pozostali jedynie Avaret i Ervill. Po chwili dołączył do nich również gołąb, który przysiadł na parapecie otwartego okna. W dziobie trzymał jakąś cienką witkę, lecz przestraszony głośnym okrzykiem, jaki dobył się gdzieś z pobliskich ulicznych zakamarków, wypuścił ją z dzioba, pozwalając upaść na ziemię.

— Wiesz, że być może dajemy im jedynie złudną nadzieję? — głos Ervilla przeciął ciszę, która zasnuwała izbę. — Że ten trop może doprowadzić nas równie dobrze donikąd?

Avaret milczał, wpatrując się w gołębia, który opadł na podłogę pokoju, po czym, pochwyciwszy gałązkę w dziób, wyfrunął na otwartą przestrzeń.

— Wiem. Ale grzechem byłoby nie spróbować.

* * *

Poruszali się naprzód w milczeniu, z rzadka jedynie wymieniając zdawkowe uwagi. Trzeci dzień pościgu zagnał ich na równinę Bermath, porośniętą niemal wyłącznie trawą. Wcześniej zostawili za sobą gęste bory, rwące rzeki, oraz kilka napotkanych po drodze, słabo zaludnionych osad. Avaret już na początku natknął się na ślad, który mógł zostać pozostawiony przez dwa uciekające wozy, jednak padające ostatnimi czasy deszcze uczyniły go dość niewyraźnym. Ponadto, mimo narzuconego wysokiego tempa, wyprzedzał ich on w dalszym stopniu, jak szacował najemnik, o niecały dzień. W niemałe zdumienie wprawił Avareta fakt, że mimo znacznego balastu, jakim jest ładunek oręża, złodzieje potrafią poruszać się tak szybko.

O ile to rzeczywiście oni.

Trakt, którym podążali, wyglądał na z rzadka uczęszczany. W wielu miejscach zarośnięty trawą, pełen zastarzałych kolein i dziur, nie wydawał się być najlepszą drogą wiodącą na południe. Avaret wiedział, że równolegle do niego, w odległości kilku lig, biegnie szeroki trakt, łączący północ z południem, utrzymany w dobrym stanie i bezustannie uczęszczany. O ile dobrze pamiętał mapy, droga, którą podążali, łączy się z nim w pewnym momencie, w którym jednak, tego nie był pewien.

Spojrzał przed siebie, aby po raz któryś już tego dnia ogarnąć wzrokiem teren, który wychodził im na spotkanie. W odległości kilkuset stóp dostrzegł zagajnik, wydający się być idealnym miejscem do schronienia w ciągu nadchodzącej nocy. Zerknął z góry na łeb swojego konia; jego obwisłe uszy, zwieszona głowa i rozluźniona dolna warga, w połączeniu ze znacznym spadkiem tempa ich pościgu, były jasnym sygnałem do zarządzenia postoju. Avaret nie był zadowolony z tego faktu, potrafił jednak realnie ocenić sytuację i nie wdawać się w bezsensowną szarżę, która mogła przynieść jedynie całkowite wycieńczenie ich wierzchowcom. Zamiast tego pochylił się i pogłaskał swego gniadosza po pysku.

— Zatrzymamy się opodal tego zagajnika — krzyknął donośniej przez ramię, aby jadący w tyle za nim towarzysze mogli go usłyszeć.

Rozłożywszy się w bezpośrednim sąsiedztwie linii drzew, przystąpili do szukania suchych gałęzi, z których można by rozpalić ognisko. Neven dokonał przeglądu ich zapasów, po czym oświadczył, że najwyższy czas coś upolować. Pozostawiwszy mu obowiązek zapewnienia im ognia, Avaret, Ervill i Jovan pochwycili łuki i, rozproszywszy się na trzy strony, ruszyli na polowanie. Czasu mieli już niewiele, cienie młodych drzew rosnących na skraju zagajnika wydłużały się z każdą kolejną chwilą.

Gdy po zapadnięciu zmroku spotkali się przy ognisku, okazało się, że jedyną zdobyczą jest mikry zając, dzierżony za uszy przez Ervilla. Równina nie obfitowała w zwierzynę, przynajmniej jadalną, gdyż ataku jakiejś przemierzającej ją w poszukiwaniu pożywienia watahy wilków można się było jak najbardziej obawiać.

— Lepsze to, niż nic — rzekł Jovan siadając. Podobnie uczynili Avaret i Neven, elf zaś w tym czasie zajął się patroszeniem szaraka.

— Nie martw się — powiedział Avaret. — Nasz pościg dobiega końca, kwestią kilku dni jest, jak dopadniemy tych łajdaków.

— Chciałbym w to wierzyć — bąknął Neven, wbijając wzrok w iskry lecące z ogniska.

— Czyżbyś nie zauważył, Nevenie — wtrącił żywo Ervill, wymachując odrąbaną zającowi łapą — że oto weszliśmy w posiadanie potężnego artefaktu, przynoszącego szczęście jego właścicielowi? Z taką pomocą nasza sprawa już wydaje się być wygrana.

Avaret parsknął śmiechem, kolejny raz niedowierzając poczuciu humoru przyjaciela. Jego parskniecie prędko przerodziło się w zduszony śmiech, który stopniowo udzielił się i Loretańczykom. Po chwili cała czwórka śmiała się donośnie, ocierając ściekające po policzkach łzy. Niedługo później zajadali się upieczonym zającem, podając sobie kolejno kij, na który został nadziany.

— Pora zażyć trochę snu — oznajmił Avaret po skończonym posiłku. — O brzasku musimy ruszyć w dalszą drogę.

Jako, że chłód nocy przybierał na sile, opatulili się czym mogli i prędko posnęli.

Z płytkiego snu wyrwał Avareta jakiś odgłos, dobiegający z bardzo bliska. Zerwał się z ziemi od razu dostrzegając źródło dźwięku.

Tuż przy ognisku kucał mężczyzna o elegancko przystrzyżonych, siwych włosach i krótkiej brodzie, odziany w kontrastujące z jego dostojnym obliczem łachmany, dorzucający do ognia zgromadzone uprzednio gałęzie. Mężczyzna zwrócił swe oblicze w kierunku osłupiałego najemnika; w jego oczach kryła się niezwykła mądrość i rozwaga, a także spryt i przebiegłość.

Avaret znał tego człowieka.

* * *

 
Komentarze (2)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~wilczyca1315

    5 stycznia 2015 o 18:33

    No, ciekawie. Też byłam święcie przekonana, że strzała należała do kogoś z bractwa. Czasem coś wydaje nam się tak oczywiste, że nie dostrzegamy prawdy. Teraz zastanawiam się kto jeszcze mógłby być w to zaplątany. Samo bractwo wydawało się już dostatecznie niepokojące, a teraz to…
    Pozdrawiam
    Wilczyca

     
  2. ~Vessna

    12 stycznia 2015 o 20:20

    Oho, kolejny wróg?
    I kimże jest ten człowiek na końcu?
    Chcę wiedzieć – już! :D

    Jakoś ostatnio krótko piszesz, ale cieszę się, że w ogóle coś się dzieje :). Historia pchnięta do przodu o parę dobrych kroków, bez nadmiaru opisów, zrównoważona.

    Duuuużo weny ci życzę, bo chyba coś braknie ostatnio (widzę, że nie tylko mi, heh).

    Pozdrawiam ciepło! ^^