RSS
 

Synowie wojny, część VIII

07 lut

— Garray — wyszeptał. Czarodziej uśmiechnął się w odpowiedzi. — Co tu robisz? — dodał bardziej zdecydowanym głosem. Zauważył, że jego towarzysze poczęli wiercić się w swoich legowiskach, kwestią chwil pozostawało, aż się wybudzą.

— Witaj Avarecie — głos Garraya był ciepły, dokładnie taki, jakim go zapamiętał. — Kolejny raz dajesz się zaskoczyć, nieprawdaż?

Tym razem najemnik również się uśmiechnął, przywołując w pamięci ich pierwsze spotkanie. Okoliczności wydawały się niemal identyczne. Gdzieś z boku Ervill przecierał już oczy, niezdecydowany co do tego, czy rzeczywiście się wybudził, czy też w dalszym ciągu śni. Po kilku chwilach wszyscy stali już na nogach. Garray został przedstawiony Loretańczykom, i odwrotnie, nie poruszono jednak kwestii okoliczności, które połączyły czwórkę wędrowców.

— Dobrze, dobrze — Ervill bez zbędnych ceregieli zdecydował się zakończyć część powitalną. — Trzeba przyznać, że to niemały zbieg okoliczności, żeśmy się tu spotkali. Prawda, Garrayu? Chyba że — a znając cię wcale bym tego nie wykluczał — to nie jest zbieg okoliczności.

Garray wbił swój wzrok w twarz elfa. Wpatrywał się weń tak długo, aż w końcu elf, speszony nieco nawiązanym kontaktem, zdecydował się przybrać głupią minę, szczerząc zęby i unosząc brwi. Reakcja ta sprawiła, że czarodziej roześmiał się, dłonią zakrywając oczy.

— Ervill, wciąż ten sam, co zwykle, kropla szaleństwa w morzu roztropności. Masz rację, nie złączył nas przypadek. Mamy wspólny cel, do którego, mam nadzieję, możemy od tej pory podążać wspólnie.

Niespodziewanie Jovan wyskoczył zza pleców Avareta, stając w odległości ledwie kilku kroków od Garraya. Zmierzył go wzrokiem od stóp do głów, a w spojrzeniu jego próżno było szukać respektu, a raczej pewnego rodzaju wyzwania i subtelnej groźby.

— Skąd wiesz, czego szukamy? Nie zdradzaliśmy się nikomu z naszymi zamiarami, prócz nas i naszych wrogów nikt nie wie o celu naszej wędrówki. Wytłumacz się prędko!

Czarodziej przeniósł na młodego Loretańczyka spojrzenie swych bystrych oczu. Jovan prędko zmalał pod jego naporem, nie minęła chwila, a opuściła go cała buta, jaka w nim wezbrała.

— Nie atakuj mnie w ten sposób, przyjacielu — rzekł, a jego głos wyraźnie ukoił nerwy Jovana. — Jak ci już wiadomo, jestem czarodziejem. Wiadomo mi wiele o różnych sprawach, a waszej jestem z całą pewnością przychylny. Pozwólcie, że zanim wyjaśnię swoją rolę, streszczę to, co wiem o was.

Cała czwórka słuchaczy nabrała tchu, z zaciekawieniem oczekując relacji czarodzieja.

— Jak powszechnie wiadomo, w Loretii nie dzieje się najlepiej. Wolność tego kraju jest poważnie zagrożona, co gorsza, do niewoli pchają go jej własne zepsute elity, zaś Azhgad tylko zaciera ręce w oczekiwaniu na zadanie decydującego ciosu. Nic nie pozostaje jednak bez reakcji. Młode pokolenie Loretii nie zamierza zaznać losu swoich przodków, w związku z czym przygotowuje się do wybuchu rebelii, mającej odsunąć ich ojczyznę od zaciskających się szponów sąsiada z północy. Tutaj na scenę wkraczacie wy, drodzy przyjaciele — wraz z tymi słowy zwrócił się w kierunku Nevena i Jovana. — Przyjmujecie role emisariuszy, którzy ze wszystkich zakątków świata sprowadzają do kraju broń, której posiadanie zostało mocno ograniczone przez decyzje Wielkiej Rady, w celu zapobieżenia ewentualnym rozruchom. Wasz transport zostaje jednak skradziony, wasi towarzysze zabici, wy zaś, z pomocą Avareta i Ervilla, ruszacie w pogoń za złodziejami.

Nim podjął się kontynuowania swojej wypowiedzi, nabrał nosem powietrza, które zaraz ze świstem wypuścił.

— Uprzedzę tutaj nasuwające się wam pytania. Bractwo Jadowitego Węża nie istnieje. Czy istniało kiedyś, tego nie jestem pewien, jednak dzisiaj z pewnością nie z nim mamy do czynienia.

Ciszę, która na chwilę zapanowała, zmącił jedynie trzepot skrzydeł jakiegoś ptaka, który wzbił się ku niebu z gałęzi jednego z pobliskich drzew.

— Cóż… — zaczął z wolna Avaret. — Z pewnością wiadomość ta nie jest bardziej szokująca od tej, która oznajmiłaby nam, że istotnie za tym wszystkim stoi Bractwo. Kto więc jest za to odpowiedzialny?

Garray dorzucił kilka kolejnych gałęzi do ognia, który zatrzaskał buchając iskrami.

— Za wszystkim stoi oczywiście Azhgad, a konkretniej jego szpiedzy, którzy mają za zadanie udaremnić poczynania emisariuszy. Bractwo Jadowitego Węża to jedynie zmyślna przykrywka, mająca wprowadzić w błąd.

— Ale… — w oczach Jovana malowało się niedowierzanie. — Przecież… Przecież ten wąż zdobiący strzały… On naprawdę się poruszał. Toż to podobno znak charakterystyczny jedynie dla Bractwa.

Garray odrzucił głowę do tyłu, przecinając śmiechem zasłonę nocy.

— To jeden z powodów, dla których zaangażowałem się w tę sprawę. Szpiegom musi pomagać jeden ze znających magię, jakiś podrzędny sztukmistrz, nie wiedzący jak w należyty sposób spożytkować tę odrobinę mocy, jaka została mu dana. Sztuczka ze strzałami jest niesłychanie błaha, niemniej nie w taki sposób powinno się korzystać z magii.

— Wyczuwam w tobie nutkę niechęci do Azhgadu, Garrayu? — wtrącił Ervill. — Skąd to uprzedzenie? Nie jesteś przecież Loratańczykiem, jak mi się zdaje.

Czarodziej łypnął na elfa, a jego mina zdradzała, że ma mu coś poważniejszego do zakomunikowania.

— Nie jestem Loretańczykiem, masz zupełną rację w tym względzie. Niemniej wszystkie lata, które spędziłem na tym padole, a było ich więcej, niż w twoim przypadku, uzmysłowiły mi kilka rzeczy. Zbyt silny Azhgad nie leży w niczyim interesie. Imperialistyczne zapędy tego kraju nie pozwolą poprzestać mu jedynie na zagarnięciu swojego południowego sąsiada. Poprzednie tego rodzaju próby co prawda spełzły na niczym, niemniej nie warto dawać mu kolejnej szansy, której konsekwencją może być większy konflikt, z udziałem wielu krajów, tysiące trupów, spalone miasta, zniszczone uprawy, głód i zaraza. Pewna swojej suwerenności Loretia może być skutecznym przedmurzem dla reszty świata.

— A więc — Ervill przywołał na twarz gorzki uśmiech — Loretia ma dla ciebie znaczenie czysto użytkowe? Ma być jedynie narzędziem służącym do obrony przed agresją Azhgadu?

Garray wpatrzył się przed siebie. Mimo kurtyny ciemności zdawało się, że jego oczy spoczęły na czymś znajdującym się w oddali.

— To się nazywa polityka, Ervillu — skwitował. — Ale nie, nie zgodzę się do końca z tym, co sugerujesz. Widzisz, długie życie może uczynić z ciebie cynika, natomiast bardzo długie życie daje ci sposobność powrotu do młodzieńczych, czy też nawet dziecięcych wartości, pozwala poznać je dogłębnie i docenić ich znaczenie. Pragnienia proste, instynktowne, co nie znaczy, że mniej ważne od zawiłych rozgrywek politycznych, to wartości, które upodobałem sobie szczególnie. Jedną z nich jest wolność, uczucie leżące u podstaw człowieczeństwa, nie dające się w żaden sposób wykorzenić. Uczucie, które jest tak mocno duszone w sercach Loretańczyków.

Avaret zerknął w stronę Ervilla, starając się dostrzec, czy uwaga o cynikach zrobiła na nim jakieś wrażenie. Elf nie dał jednak niczego po sobie poznać, jego mina nie zdradzała żadnych oznak refleksji.

Garray przesunął wzrokiem po twarzach całej czwórki, po czym klasnął w dłonie.

— No cóż, to tyle, jeśli chodzi o ważniejsze sprawy. Jeśli nasz pościg ma być skuteczny, to dobrze by było zażyć nieco snu przed jego wznowieniem.

W odpowiedzi wszyscy pokiwali głowami, Ervill zaś, jakby chcąc podkreślić trafność uwagi czarodzieja, potarł pięściami oczy i ziewnął ostentacyjnie.

Noc była chłodna, lecz dzięki niegasnącemu ognisku żaden z wędrowców tego nie odczuł. Avaret był wielce rad, że drogi jego i Garraya, po raz kolejny się skrzyżowały.

* * *

Udało im się natrafić na świeży ślad jeszcze zanim słońce osiągnęło zenit w swej codziennej wędrówce po niebie. Nim tego dokonali, zdążyli już jednak zostawić za sobą równinę, pośrodku której przyszło im spędzić noc. Jej miejsce zajął teren obfity w różnej wysokości wzniesienia, pokryte w znacznym stopniu świerkami i sosnami. Trakt, którym w dalszym ciągu podążali, wił się pomiędzy nimi, okrążając je, bądź w miarę możliwości całkiem unikając.

— Doganiamy ich — rzucił Garray przez ramię do reszty. Od początku ich wspólnej wędrówki wysforował się naprzód, czyniąc siebie samozwańczym przewodnikiem. Nikt takiemu rozwiązaniu jednak nie oponował, każdy raczej z pokorą przyjął swoją rolę w tym pochodzie. Najtrudniej przyszło to chyba Avaretowi, który do tej pory mógł uchodzić za osobę kierującą ich poczynaniami, aczkolwiek rozwaga wzięła w nim górę nad ambicją i również on nie wygłaszał żadnych uwag. — Myślę, że znam miejsce, w którym się z nimi zetkniemy.

— Czyżby — odezwał się nie kto inny, a Erviil, a już w pierwszym jego słowie złowić można było ironię — jedną z tajemnych sztuk, na temat której posiadłeś wiedzę, było i jasnowidztwo?

— Ja tę sztukę zwę raczej rozumowaniem — odparł Garray, nieporuszony w żaden sposób wygłoszoną przez elfa uwagą. — Logicznym myśleniem, bądź też dedukcją. Tak się składa, że w niewielkiej oddali znajdują się ruiny pewnego zamku, który w czasach świetności bronił przebiegającej w tym miejscu granicy. Wydaje się on być idealnym miejscem do dłuższego postoju i założę się, że Azhgadczycy z tej okazji skorzystali, wszak nie spodziewają się raczej pogoni. Ty jednak, panie elfie — dorzucił zmieniając ton na nieco bardziej kąśliwy — możesz nazywać tę sztukę jasnowidztwem, skoro wydaje ci się ona tak tajemna.

Ervill mruknął coś, wyraźnie speszony odpowiedzią czarodzieja, jak to jednak w jego wypadku bywa, humor wrócił mu bardzo prędko.

Potwierdzenie słów czarodzieja ujrzeli jeszcze zanim zdecydowali się na odpowiadający obiadowi popas. Wyjechawszy z lasu, który trakt w pewnym momencie przecinał, dostrzegli w odległości nie więcej, niż pół stai, strome wzniesienie, które wieńczyły ściany kamienia, kiedyś wchodzące w skład okazałej budowli. Poszczególne części zamku zniszczone były raczej w różnym stopniu, aniżeli równomiernie; sam zamek górny, wraz z wybijającą się z jednego z narożników wieżą, prezentowały się wcale nieźle w porównaniu do okalających go murów i budynków przedzamcza, po których pozostały jedynie hałdy porozrzucanych bezładnie kamieni. Droga u ich stóp biegła dalej nieosłonięta przez rosnące drzewa, czego jednak nie można było powiedzieć o samym wzniesieniu, pod które zarówno od wschodu, jak i zachodu, podchodził gęsto rosnący las, nieśmiało przedzierając się także pod mury zamku.

— Jeśli rzeczywiście się tam zatrzymali, roztropniej będzie podejść ich od strony lasu, aniżeli drogi. Przywiążmy tutaj konie i ruszmy dalej pieszo — Avaret zdecydował się uszczknąć nieco z puli, którą przydzielili Garrayowi i samemu zaproponować jakieś działanie. Wiedział, że czarodziej będzie podzielał jego sposób myślenia w tej kwestii.

— Słusznie — odparł Garray, jakby na poparcie przewidywań Avareta.

Zagłębili się na powrót w las, okrążając trakt od wschodniej strony, skryci pod zieloną zasłoną. Splątane, zachodzące na siebie gałęzie świerków, sosen i modrzewi znacząco spowalniały ich pochód, skutecznie utrudniając przedzieranie się w obranym kierunku. Mimo, że szli w niewielkiej odległości od granicy lasu, jedynie nieliczne promienie słońca przedzierały się przez iglastą ścianę, z trudem docierając do wilgotnej ściółki. Na czoło kolumny wysunął się tym razem Avaret, który, dobywszy uprzednio miecza, torował reszcie drogę, siekąc bezlitośnie zagradzające im gałęzie. Po jakimś czasie teren zaczął się nieznacznie wznosić, obwieszczając dotarcie do podstawy wzniesienia. Cała piątka zatrzymała się w tym miejscu.

— No więc jesteśmy — oznajmił Avaret, przysiadając na przegniłym pniu jakiegoś dawno ściętego drzewa. — Wypadałoby przedyskutować jakiś plan działania.

Nagle Ervill poruszył się niespokojnie, instynktownie sięgając dłonią do rękojeści miecza.

— Ktoś tu jest! — krzyknął, w tym samym momencie, w którym coś przecięło powietrze, przelatując na wysokości jego pasa. W następnej chwili potworny wrzask zmusił wszystkie ptaki znajdujące się w okolicy do poderwania się z drzew. Avaret dostrzegł strzałę tkwiącą w ubabranym krwią udzie Jovana, gdy wtem następna przebiła korę rosnącego obok niego modrzewia. Całkowicie zdezorientowany, potknął się o jakiś wystający korzeń, w duchu przeklinając siebie samego za to, że dał się zaskoczyć w tak trudnym terenie.

Niespodziewanie, nim jego twarz zdążyła zetknąć się z porastającym ziemię mchem, poczuł na całym ciele jakiś niezwykle mocny podmuch, którego siła sprawiła, że koniec końców wylądował na plecach. Uniósłszy niezwłocznie głowę zorientował się, że podobny los spotkał wszystkich jego towarzyszy, za wyjątkiem stojącego niewzruszenie Garraya. Dookoła niego jakby nieco pojaśniało; zdał sobie sprawę, że w promieniu kilkudziesięciu stóp leżą połamane gałęzie, oderwane od drzew mniej więcej do wysokości jego głowy. Prędko dojrzał również dwie męskie sylwetki, gramolące się niezdarnie wśród opadłych konarów. Zerwał się błyskawicznie na nogi, po czym, jednym susem dopadłszy pierwszej z nich, zagłębił ostrze swego miecza w jej brzuchu. Nim udało mu się wyswobodzić oręż, podobny los spotkał drugiego mężczyznę z ręki Ervilla.

— Wartownicy! — warknął wściekle Ervill, przekrzykując wrzaski rannego Jovana. Z furią odepchnął plującego krwią mężczyznę, wspierającego się na jego mieczu. Ten, jeszcze zanim upadł na ziemię, był już martwy. — Jednak nie dali się tak całkiem zaskoczyć!

Avaret podbiegł prędko do leżącego na ziemi Jovana, którego głowa spoczywała wsparta o dłonie klęczącego Nevena.

— Szczęściem grot przeszył udo na wylot — mruknął Garray, pochylając się nad rannym. Ułamał strzałę i, nim Jovan zdążył wygłosić choć słowo protestu, wyciągnął ją z nogi jednym, sprawnym ruchem, drugą dłonią zakrywając mu usta. Stłumiony jęk nie mógł być słyszany w dalszej odległości.

— Coś ty… zrobił? — wyrzucił z siebie Loretańczyk, głośno dysząc. Jego klatka piersiowa poruszała się szybko to w górę, to w dół, po twarzy, spod zlepionych na czole włosów, cienkimi strużkami spływał pot.

— Spokojnie, to niegroźna rana — rzekł w odpowiedzi czarodziej, równocześnie zakładając opatrunek z dobytej nie wiadomo skąd tkaniny. Zakończywszy powstał i przyglądnął się swojemu dziełu.

— Co dalej? — zapytał Avaret stając u boku Garraya.

Czarodziej rozejrzał się po okolicy, zatrzymując wzrok na co bardziej zakrytych miejscach.

— Nie mamy czasu do stracenia — odparł z wolna czarownik. — Musimy zaatakować prędko, zanim śmierć wartowników zostanie zauważona. Jovana musimy gdzieś tutaj ukryć, nie ma innej rady.

— Jak to? — zaprotestował żywo Loratańczyk. — Beze mnie nie dacie rady! Muszę wam pomóc!

Począł dźwigać się do góry, czepiając przy tym rękawa stojącego nad nim Nevena. Znać było, że duch w nim był wielki, ciało okazało się jednak za słabe. Ze zduszonym stęknięciem osunął się zaraz na ziemię. Po jego policzkach spłynęły łzy, zataczając łuk wokół wydętych ust, spod których widać było zaciśnięte z wściekłości zęby.

— To żadna ujma dla ciebie, Jovanie — rzekł łagodnym głosem Garray. — Docierając aż tutaj pokazałeś, jak ważne jest dla ciebie dobro twej ojczyzny. Sama zawziętość nie wystarczy, czasami trzeba wykazać się również mądrością, właściwą oceną sytuacji. Wielu było już takich, co porwali się na wroga, nie mając żadnych szans. Cóż im z tego przyszło, poza śmiercią? Nie giń dzisiaj, byś mógł walczyć jutro, Loretańczyku.

Avaretowi wydało się, że słowa Garraya nieco udobruchały rannego młodzieńca.

Czy podobnie podziałałyby i na mnie?

Wiedział, że czarodziej ma zupełną rację w tym, co mówi, niemniej zdawał sobie sprawę z tego, że jemu samemu ciężko byłoby podjąć podobną decyzję.

Ukryli Jovana przy zwalonym świerku, czyniąc z pourywanych przez zaklęcie Garraya gałęzi dodatkową osłonę. Loretańczyk odprowadzał ich niepewnym wzrokiem, gdy wspinali się w kierunku zamku. Prędko jednak znikli mu z oczu, zasłonięci parawanem iglastych gałęzi.

Droga na szczyt nie zajęła im wiele czasu, jako że zbocze wzniesienia nie było tak gęsto zarośnięte. Przemykali od drzewa do drzewa tak, aby zniwelować szanse zauważenia. Prędko drzewa ustąpiły miejsca porozrzucanym kamieniom, zwałom budulca kiedyś tworzącego zamek, teraz już pokrytych mchem i zwietrzałych.

— Wśród nich będzie czarodziej — ostrzegł towarzyszy Garray, gdy znajdowali się już pod samą bramą zamku. — Nie trapcie się nim, zostawcie go mnie. Zajmijcie się raczej resztą bandy.

Po przejściu przez bramę ukazał im się zapuszczony dziedziniec, którego bruk dawno już przegrał walkę z pleniącą się wszędzie trawą. Pośrodku niego stały dwa wozy wyładowane orężem, nieopodal nich konie pochylały łby, skubiąc gęste zielsko. Avaret wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Ervillem, a następnie, przywołując na twarz uśmiech, postarał się dodać otuchy Nevenowi.

— Więc jak? — zagadnął szeptem Loretańczyk. — Zabieramy wozy i konie i cicho opuszczamy to miejsce?

Garray zmierzył go krytycznym wzrokiem. Avaretowi zdało się, że dostrzegł coś w spojrzeniu czarodzieja, jakieś uczucie, które ciężko było mu nazwać. Z pewnością nie należało ono jednak do pozytywnych.

— Myślę, że warto byłoby tę sprawę doprowadzić do końca — odparł sucho czarodziej. — Nie zależy ci na wymierzeniu sprawiedliwości, Nevenie?

Nie czekając na odpowiedź ruszył ku przeciwnemu krańcowi dziedzińca, do miejsca, w którym w murze ział wyłom o rozmiarach pozwalających dorosłemu człowiekowi na swobodne przejście. Pozostała trójka podążyła prędko za nim, starając się trzymać jak najbliżej jego boku.

Znaleźli się w ciemnym korytarzu, którego ściany pokrywały jeszcze gdzieniegdzie poszarpane gobeliny. Na całej jego długości walały się po ziemi kamienie, zniszczony, przeżarty rdzą oręż czy spróchniałe deski. Z którejś z przylegających do niego sal dobywały się odgłosy ożywionej rozmowy, głośne śmiechy i przekleństwa. Avaret prędko zlokalizował źródło tych dźwięków, umiejscawiając je za otworem pozostawionym po wyrwanych, leżących na posadzce drzwiach. Zacisnął mocnej dłoń na dobytym wcześniej z pochwy półtoraku, przesuwając się wolno wzdłuż ściany, aż do krawędzi otworu. U swego boku poczuł obecność Gararya, dalej w rzędzie stali Ervill i Neven. Obejrzał się ostatni raz w stronę czarodzieja, a gdy doczekał się znaku z jego strony w postaci skinienia głową, wszystko się zaczęło.

Wpadli raptownie do obszernej sali, dawniej służącej zapewne za jadalną, zaskakując kompletnie zgromadzonych przy ledwo zdatnych do użytku stołach, akurat w trakcie spożywania przez nich posiłku. Avaret doliczył się ich sześciu, błyskawicznie jednak liczba ta zmalała do pięciu, gdy dopadł tego stojącego najbliżej wejścia. Zagłębił ostrze w jego brzuchu, lewą ręką przytrzymując z tyłu za szyję, aż do momentu, gdy z jego ust wypłynęły strumienie krwi.

— Kim jesteście…?! — posłyszał gdzieś z boku głos, który zaraz przeszedł w urywane charczenie. Wyswobodziwszy od miecza pierwszą ofiarę, omiótł pospiesznie pole potyczki. Po jego lewej stronie Garray rozprawiał się ze spokojem ze wspomnianym wcześniej przezeń czarownikiem. Mężczyzna był, a przynajmniej wydawał się być, sądząc po jego gładkiej cerze i gęstych włosach, całkiem młodym i niedoświadczonym adeptem sztuki magicznej. Garray, lekkim skinieniem ręki, posłał go z impetem w kierunku ściany, o którą się rozbił, lądując po chwili na ziemi. Oczy miał szeroko rozwarte, dolną szczękę luźno zwisającą. Był już trupem.

— Avaret, uważaj! — krzyk Ervilla doleciał jego uszu w samą porę, by zablokować klingę zamierzającego się na niego mężczyzny o zezowatych oczach i rzadkich włosach. Odepchnął go z impetem i, nim tamten zdążył zareagować, rozciął mu brzuch.

Gdy oderwał od niego wzrok, było już po wszystkim. W sali nie pozostawał już nikt, kto mógłby im zagrozić. Ervill i Neven zaraz stanęli u boku Avareta; twarz elfa przecinał poprzeczny, krwawy rozbryzg, jednak nie był to ślad jego własnej posoki. Z dalszego kąta sali zmierzał ku nim Garray.

Naraz, gdzieś u stóp Avareta rozległ się krwawy charkot. Najemnik spojrzał w dół.

— Jeszcze żyjesz? — warknął Neven w kierunku mężczyzny o zezowatym wzroku, który z całych sił starał się powstrzymać dłońmi krew wylewającą się mu z głębokiej rany na brzuchu. — Zaraz cię…!

— Nie! — powstrzymał go stanowczym głosem Garray. Dopadł prędko pozostałych i, odepchnąwszy Loratańczyka, pochylił się nad rannym.

— Zamierzasz go oszczędzić, czarowniku? — w głosie Nevena wyraźnie pobrzmiewały tony wściekłości i irytacji. — Po tym, czego się dopuścili?

Garray z uwagą przyjrzał się ranie mężczyzny.

— Jeszcze przed chwilą w ogóle nie zamierzałeś tu wchodzić — odparł spokojnym głosem. — Co się tak nagle zmieniło?

Neven warknął z furią w odpowiedzi. Jego twarz zmieniła się nie do poznania; na przestrzeni całej ich znajomości nie okazał tylu emocji, co w tej chwili. Cały kipiał wręcz złością, a jakby na podkreślenie stanu, w jakim się znajdował, cisnął z impetem mieczem, który odbił się od posadzki, wydając metaliczny dźwięk.

— Róbcie, co chcecie. Nie zamierzam na to patrzyć.

Szybkim krokiem przemierzył odległość dzielącą go od wyjścia, znikając zaraz wśród kamiennych murów. Avaret złowił wzrokiem spojrzenie Ervilla; w jego brązowych oczach malowały się zdziwienie i konsternacja.

— A teraz — z zamyślenia wyrwał go głos Garraya, nie był on jednak skierowany do niego, a do mężczyzny, który wydawał się powoli żegnać z tym światem — powiesz nam wszystko, co wiesz.

Nie wiedzieć, czy to sam łotr poczuł nagłą, przedśmiertną skruchę, czy to zadziałały owinięte w jakieś czary słowa Garraya, niemniej zaraz począł z mozołem zdawać relację z ostatnich wydarzeń. Avaret w napięciu słuchał przerywanych charkotem zeznań mężczyzny. Usta otwierały mu się ze zdumienia, a gdy ten wydał już ostatnie tchnienie, ruszył najszybciej, jak mógł, w kierunku dziedzińca.

* * *

Tak, jak przypuszczał, Neven nie czekał na nich na zewnątrz. Brakowało również jednego z koni, szczęściem Loretańczyk, działając w popłochu, nie wpadł na pomysł uwolnienia pozostałych i udaremnienia próby pościgu.

Paskudny uśmiech, będący niejaką zapowiedzią przyszłych wydarzeń, wykrzywił wargi Avareta.

* * *

Dopadli go na nieosłoniętym drzewami trakcie, który wiódł od zamku dalej, w kierunku południa. Neven miał pecha; spośród piątki koni uwiązanych na dziedzińcu, wybrał chyba tego najsłabszego. Na nic zdały się nerwowe uderzenia piętami w jego boki, próżnym trudem było garbienie się w siodle w celu zmniejszenia oporu powietrza. Z każdym spojrzeniem przez ramię trójka za jego plecami znajdowała się coraz bliżej. W ostatnim z nich rozpoznać można było mieszaninę wściekłości i przerażenia, w tym wyjątkowym zestawieniu leżących bardzo blisko szaleństwa.

W końcu Avaret i Ervill przypadli do niego, każdy z innej strony. Neven próbował się szamotać, lecz nie miał szans z ich dwójką. Wspólnymi, skoordynowanymi działaniami zrzucili go z konia, który i tak był już bardzo blisko kresu swoich sił po tej szaleńczej gonitwie.

— Niczego o mnie nie wiecie! — wysyczał, tarzając się niezdarnie po ziemi, wijąc w paroksyzmach furii i bólu po upadku na plecy. Żyły na jego szyi nabrzmiały, sprawiając wrażenie gotowych do wybuchnięcia i zalania ziemi falą krwi. — Niczego!

Mimo szału, jaki nim targał, nie miał żadnych szans obronić się przed spętaniem.

* * *

Natknęli się na Jovana na wzniesieniu, w bezpośrednim sąsiedztwie ruin zamku. Gnany ciekawością i chęcią działania, przykuśtykał w ich kierunku, bagatelizując mogące z tego wyniknąć niebezpieczeństwo. Neven upadł u jego stóp na twarz, pchnięty zdecydowanie przez Ervilla.

— Co to ma znaczyć? — warknął oszołomiony Jovan.. — Co wyście mu zrobili?

— To, na co zasłużył — odparł Avaret, podczas gdy Neven z trudem dźwigał się na klęczki. Manewr ten poczynić przyszło mu z wielkim trudem, jako że ręce miał spętane za plecami. — To on jest winien tego, co was spotkało.

Widać było, że Jovan próbował coś z siebie wykrztusić, lecz słowa Avareta najwyraźniej całkiem odebrały mu mowę. Przenosił nerwowo wzrok z najemnika na przyjaciela i z powrotem, jego brwi poruszały się nerwowo, podobnie jak drżące usta, niezdolne do ułożenia w taki sposób, aby dobyły się z nich jakieś słowa.

— Ten człowiek jest zdrajcą przyjacielu — rzekł Garray. — To on doniósł szpiegom Azhgadu, którędy będziecie transportować broń. To on uknuł wraz z nimi spisek, mający na celu udaremnienie waszej misji. To on, widząc niezłomność Avareta, zaatakował go w Bibliotece.

— To za jego przyczyną — Avaret zdecydował się przejąć pałeczkę po czarodzieju — Dagonet i Risk nie żyją.

Jovan wbił spojrzenie niewidzących oczu w swego najlepszego przyjaciela, druha, z którym dzielił przygody całego życia, w tym te największe. Sięgnął jedną ręką do czoła i zachwiał się, gdy druga ześliznęła mu się po kiju, na którym się wspierał i byłby niechybnie upadł, gdyby nie szybka reakcja Ervilla, który doskoczył w samą porą, by go przytrzymać.

— To… To wszystko prawda? — wydusił z siebie słabym głosem w kierunku Nevena, który, zwiesiwszy głowę, wzbraniał się wyraźnie przed spojrzeniem w oczy towarzysza. — Dlaczego?

Neven nie odpowiedział, miast tego spluwając śliną pomieszaną z krwią na ziemię.

— Nie wierzę — spod przymkniętych powiek Jovana wypłynęły łzy, a strumienie, którymi spływały, były szersze, niż wszystkie te, które wylał dotychczas. — Nie wierzę. Zbyt dobrze go znam, zbyt długo. Nie mógł tego zrobić.

Avaret uznał za bezcelowe zapewniać Loretańczyka o tym, że mają rację.

A więc oto jest moment, w którym pokonanie wroga przynosi więcej cierpienia i łez, niż zadane przez niego rany.

— Jovanie, ten człowiek winny jest zdrady ojczyzny. To, czego się dopuścił, ściągnęło bezpośrednio śmierć na dwóch waszych towarzyszy, a być może przyniesie i konsekwencje dla całego waszego narodu. Jedyną możliwą karą, współmierną do winy, jest śmierć.

Z twarzy Jovana, mimo, że już przedtem była przeraźliwie blada, odpłynęły resztki krwi. Kątem oka Avaret dostrzegł Garraya, ruszającego w dół wzgórza, którego śladem, w odległości ledwie kilku kroków za nim, podążał już Ervill.

— Jeśli nie dasz rady, ja to zrobię. Niemniej ta sprawa, z nas tu wszystkich, ciebie dotyczy najbardziej — wyszeptał, po czym, obróciwszy się na pięcie, ruszył w kierunku oddalających się przyjaciół, zostawiając Jovana sam na sam z Nevenem.

O nic bardziej okrutnego nie mogłem go chyba poprosić. Ale czy jest inne wyjście?

Czekali na niego na samym dole, opodal rozłożystego dęba, kontrastującego z odległą o kilkaset stóp iglastą ścianą lasu.

— Uczyniliśmy ohydną rzecz — wyparował Ervill, gdy byli już w komplecie, wpatrując się przy tym bystrym wzrokiem w szczyt wzniesienia. — Ohydną.

Avaret przystanął zaraz obok niego. Jego myśli przebiegały w szaleńczym tempie.

— Wybraliśmy jedyne słuszne rozwiązanie. Cóż innego moglibyśmy począć? Karą za zdradę, w obliczu nadchodzącej wojny, może być tylko śmierć. To nie ja urządziłem ten świat według obowiązujących zasad, jednak z większością z nich się zgadzam, jak okrutne by nie były. Neven musi umrzeć, a kto powinien zadać mu śmierć, jeśli nie człowiek najbardziej przez niego zdradzony? Tylko jasne i proste zasady, oraz ich bezwarunkowe egzekwowanie, mogą zapewnić nam przetrwanie w tym zwariowanym świecie.

Przesunął wzrok z elfa w stronę wzgórza, na którym tkwili nieruchomo Loretańczycy, Neven wciąż klęcząc. Czerwone promienie niknącego powoli wśród wzgórz słońca, kładły się na zniszczonych murach niegdysiejszej warowni, malując idylliczny pejzaż, tak nieprzystający do rozgrywającej się tam sceny. O dziwo, krajobraz otaczający ich samych wydał mu się zimny i surowy, okolica cicha, jakby zamarło w niej wszelkie życie. Jedynie chłodny wiatr poruszał się po niej leniwie, owijając ich ciała i wprawiając je w dreszcze. Nie spodziewał się prędkiego wykonania wyroku, pewien był, że Jovan uczyni wszystko, by wpierw zrozumieć intencje przyjaciela.

— Zdrada to jedna z najokrutniejszych zbrodni, jakich może dopuścić się człowiek — rzekł niespodziewanie milczący do tej pory Garray. — Śmierć ciała nie jest wbrew pozorom najgorszą rzeczą, z jaką możemy się zetknąć. Dużo gorsza od niej jest śmierć ducha, upadek nadziei, utrata zaufania. Nie wiem, czy Neven zdawał sobie do końca sprawę z tego, czego się dopuszcza. Nie wiem również, czy Jovan zdobędzie się na czyn, który wszak jego towarzyszom życia nie wróci, a pozbawi go za to innego z nich, jedynie w imię sprawiedliwości, zasad czy zadośćuczynienia.

— Musi. Tak po prostu musi być.

Garry wpatrzył się uważniej w scenę rozgrywającą się pośród ruin. Pytanie, które po chwili zadał, wypowiedziane zostało w przestrzeń przed nim, tak, że Avaret nie był do końca pewien, czy to na pewno on jest jego adresatem.

— A ty? Co ty byś uczynił na jego miejscu?

 

 

KONIEC

 
Komentarze (5)

Napisane przez w kategorii Opowiadanie

 

Tags: , , , , ,

Dodaj komentarz

 

 
  1. ~wilczyca1315

    7 lutego 2015 o 19:30

    Zakończenie smutne, ale prawdziwe. Zdrada kogoś, kogo wydaje nam się, że znamy, przyjaciela, albo nawet osoby, którą spotykamy na codzień i nie mamy w stosunku do niej jakiś głębszych uczuć, boli gorzej niż otwarta rana.
    Generalnie końcówka zmusza do refleksji, za co bardzo cię podziwiam. Nie każdy potrafi napisać coś, co na dłużej zostanie w głowie.
    Pozdrawiam
    Wilczyca

     
  2. ~Amiki

    15 lutego 2015 o 00:03

    Dziękuję za to opowiadanie. Bardzo miło i szybko się je czytało. Od początku do samego końca historia bardzo mnie wciągnęła i zainteresowała. Zakończenie jak napisała osoba powyżej jest naprawdę dobre. Liczę, że w przyszłości napiszesz jeszcze inne opowiadanie z Avaretem i Ervillem w roli głównej. Będę z niecierpliwością czekała :) Pozdrawiam i życzę dużo weny! ;)

     
  3. ~Vessna

    21 kwietnia 2015 o 00:47

    [Zanim zapomnę, jedna rzecz: "opodal rozłożystego dębU".]

    Chciałam się przywitać po dłuższej nieobecności, ale doszło do mnie, że nie było mnie tak długo, że aż wstyd przepraszać.
    W każdym razie jestem, przeczytałam i… wstąpił we mnie zwyczajowy smutek. Czasem myślę sobie, że takie słowa, jakimi zakończył czarodziej ów opowieść, przydałoby się wypowiedzieć i w prawdziwym życiu: po cichu, do samego siebie – a w głębi serca mieć nadzieję, że jednak ktoś je usłyszy.
    Tym chyba różnimy się od książkowych postaci: że gdy jesteśmy samotni, to jesteśmy samotni, a kiedy tłumaczymy życiowe prawdy po cichu, choć chcielibyśmy być nazywani mędrcami, jesteśmy nazywani głupcami.
    Życie, życie…

    Dawno nie pisałeś. Mam nadzieję, że nie zniknąłeś na dobre. Kiedy można liczyć na coś nowego spod twego pióra?

     
    • rockydrago

      21 kwietnia 2015 o 09:33

      Dzięki za wytknięcie błędu :-)
      Zniknąć nie zniknąłem, coś tam mam też już napisane, ale idzie mi to dość wolno, w związku z czym trochę wstrzymuję się z publikacją. W każdym razie żyję :-).

       
      • ~Vessna

        21 kwietnia 2015 o 11:52

        U mnie też coraz to wolniej, ale w wakacje mam nadzieję znowu przysiąść i trochę nadgonić.

        Jak to jest, że nigdy na nic czasu nie ma? :)

        Niemniej czekam niecierpliwie na kolejne opowiadanie, po cichutku mając nadzieję, że nie trzeba będzie się żegnać z bohaterami, których mieliśmy okazję poznać.