RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Bez kategorii’

Synowie wojny, część VI

11 paź

Potężny gmach, wzniesiony przed wiekami z gładko oszlifowanych bloków szarego kamienia sprawiał, że Wielka Biblioteka Mostaru w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Labirynt korytarzy, do których przylegały mniejsze pomieszczenia zajmowane przez bibliotekarzy, bądź też służące do innych celów, okalał ogromną Salę Główną, w której na równym rzędem ustawionych regałach, spoczywały książki, manuskrypty czy w końcu pojedyncze pergaminy. Ich liczba kazała przypuszczać, że Wielka Biblioteka niekoniecznie zaczerpnęła swą nazwę od rozmiarów budynku. Dostępu do niej nie mógł uzyskać każdy poszczególny mieszkaniec miasta, chyba, że był gotów słono za to zapłacić. Dużej części obywateli było to jednak wszystko jedno, zważywszy na fakt, że i tak nie potrafiła czytać, ni pisać.

Avaret podążał tropem niewysokiego dziadunia, odzianego w szary habit, przepasany grubym sznurem. Dziadunio sprawiał wrażenie do reszty zdziwaczałego, o czym świadczył już jego ubiór, sugerujący wręcz religijne oddanie i wierność zawartości biblioteki. Mimo to okazało się, że jest na tyle przytomny umysłowo, by pozbawić Avareta połowy zawartości jego sakiewki, w zamian za wstęp do Sali Głównej. Wykładem na temat historii Biblioteki uraczył najemnika, ku jego wielkiej uldze, nieodpłatnie.

W całym gmachu panował półmrok. Światło słoneczne, jak zapewnił dziadunio, niezbyt służy starym księgom. Mimo braku dostępu promieni słonecznych, jakoś udawało się jednak uchronić gmach od wilgoci. W jaki sposób, tego już przewodnik Avaretowi nie wyjaśnił.

Przystanęli przy kamiennej balustradzie, wieńczącej ich całkiem długi spacer pogrążonym w prawie całkowitych ciemnościach korytarzem. Avaret oparł się o nią, by móc przez chwilę podziwiać zapierający dech w piersiach widok Sali Głównej. W dole, jakieś dwadzieścia stóp poniżej poziomu, na jakim się znajdowali, rozciągały się niezliczone rzędy regałów, których końce ginęły w mroku gdzieś, hen daleko, na drugim końcu Sali. W oczy rzuciło mu się kilka jasnych punktów, rozproszonych w dość regularny sposób.

— To miejsca, w których można zasiąść i trochę poczytać — poinformował go dziadunio. — Krzesło, stolik, a na nim lampka oliwna. Uwagę zachowaj, młodzieńcze, byś przypadkiem pożaru nie wzniecił. Co prawda dawno się tu już żaden nie zdarzył, aczkolwiek po dziś dzień zachowuję wspomnienie ognia szalejącego przed pięćdziesięciu laty. Zabrał ze sobą wiele bezcennych manuskryptów, że wspomnę choćby…

— Wątpię, bym ich potrzebował — przerwał bezpardonowo najemnik. — Jak już mówiłem, interesuje mnie Bractwo Jadowitego Węża.

Dziadunio zacmokał, zawiedziony najwyraźniej tym, że nie będzie mu dane wygłosić kolejnej oracji.

— Bractwo Jadowitego Węża — powtórzył. W jego głosie czaiła się lekka niechęć. — Chodźmy więc.

Zeszli w dół po szerokich schodach, zbiegających w obie strony równolegle do balustrady. Gdy już ich stopy stąpały po posadzce Sali Głównej, dziadunio wyciągnął rękę, wskazując coś w oddali.

— Tym korytarzem aż do miejsca, w którym ginie on w mroku — przez korytarz rozumiał przestrzeń ograniczoną z obu stron przez wysokie regały. — Tam powinieneś coś znaleźć.

Avaret skinął głową. Mimo, że granica mroku z wiadomych przyczyn musiała ulec przesunięciu w miarę, jak będzie posuwał się naprzód, nie poprosił o konkretniejsze wskazówki. Nie miał ochoty na dalsze pogaduchy z przewodnikiem. Ruszył żwawym krokiem, rozglądając się z podziwem po otaczającym go świadectwie wielowiekowej historii. Ciszę, jaka tu panowała, mącił jedynie niewyraźny szelest, być może szepty innych ludzi buszujących pomiędzy regałami, wzdragających się odezwać głośniej przez wzgląd na powagę miejsca, w jakim się znajdowali.

To szepczą karty historii. O wiekach minionych, lecz także i przyszłych, gdyż w końcu historia nauczycielką życia.

Najemnik uśmiechnął się krzywo do własnych myśli, zastanawiając nad tym, kiedy to ostatnio historia kogokolwiek czegoś nauczyła.

Przystanął, by ocenić dystans, jaki pokonał. Koniec alejki za jego plecami zdawał się być całkiem zatopiony w mroku, zdecydował więc, że to w tym miejscu rozpocznie swoje poszukiwania. Podszedł do stojącego najbliżej regału i na chybił trafił wybrał tomiszcze, które najbardziej rzuciło mu się w oczy. Wybór padł na O poprawie moralności ludu prostego, co nie okazało się być celnym strzałem. Avaret odłożył księgę na swoje miejsce, swą uwagę zwracając w nieco dalsze rejony. Począł przebiegać wzrokiem po półkach od lewej do prawej, gdy nagle w oczy rzucił mu się grawerunek, który już tak dobrze znał. Odszukał szybko ów znak wśród rzędu opasłych ksiąg, które przejrzał. Nie mylił się. Znak węża wyryty na grzbiecie jednej z książek był identyczny z tym znajdującym się na drzewcu strzały, z tą różnicą, że ten najpewniej się nie poruszał. Wyciągnął księgę, wzniecając kurz pokrywający ją i sąsiednie tomy, po czym obrócił się w kierunku niewyraźnego światła, którego źródłem była mała lampka, zdobiąca blat stołu uposażonego w jedno krzesło z oparciem. Stolik stał wciśnięty pomiędzy dwa znajdujące się naprzeciw siebie regały, przerywając ciągłość zmierzającego dalej łańcucha, z przodu zaś ograniczony był przez szeroki filar, wspierający wysoki strop biblioteki. Avaret usadowił się wygodnie na krześle. Pełgający chaotycznie ogienek lampki zmusił go początkowo do przymrużenia oczu. Gdy już się przyzwyczaił, skierował całą swoją uwagę na leżącą przed nim księgę.

Czy to w niej znajdę odpowiedzi na swoje pytania? Czy wiem w ogóle, jak one brzmią? Co spodziewam się odnaleźć?

Wypuszczając z głośnym świstem powietrze z ust, otworzył księgę.

Dzieło Sazaara Bardta — przeczytał w myślach Avaret. Rok 1307.

Najemnik przyjrzał się z zaciekawieniem dacie zdobiącej pierwszą kartę. Wyglądało na to, że księga została spisana w czasach, o których wspominał w swojej opowieści Goran, okresie działalności Bractwa. Samo nazwisko autora nic jednak Avaretowi nie mówiło. Odwrócił wzrok w kierunku, z którego przyszedł. Przez chwilę nie widział nic, oszołomiony zupełnie półmrokiem korytarza, po kilku mrugnięciach oczu przywykł jednak do niego. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że niewyraźny szelest, do tej pory dobiegający jego uszu, całkowicie zanikł, zastąpiony przez niepokojącą ciszę. Poczuł się, jak gdyby był zupełnie sam pośród tysięcy zakurzonych ksiąg, jedyny człowiek starający się za wszelką cenę dokopać prawdy, samotnie stawiając czoła setkom lat dziejów. Skupił się na powrót na księdze. Ktoś, kto przyjrzałby się w tym momencie jego twarzy, dostrzegłby ogniki pełgające w jego błękitnych oczach, czyniące je jeszcze jaśniejszymi, niż były zazwyczaj. Ogień ten w większości przypadków okazałby się być narzędziem niezbędnym człowiekowi do przeżycia, opatulającym go ciepłym płaszczem, zapewniającym ochronę. Podsycony jednakowoż przez czyjeś wrogie działanie, gotów był nieść śmierć i spustoszenie.

Avaret, podparłszy pięścią czoło, zagłębił się w lekturze. Wydarzenia, których dotyczyła, zostały już pokrótce przedstawione najemnikowi w opowieści dozorcy. Autor księgi przekonywał, że udało mu się przeniknąć do Bractwa, którego stał się pełnoprawnym członkiem. Ogólnikowe opisy, nie odbiegające specjalnie od wszakże mało szczegółowej relacji Gorana, nie zdawały się jednak potwierdzać tego faktu. Avaret począł przewracać kolejne stronice, zapoznając się z ich treścią dość pobieżnie. Zapełnione były one w większej mierze raczej fantazyjnym tłem dziejowym, aniżeli konkretnymi informacjami. Zirytowany Avaret zamknął z hukiem księgę, nie zważając na głośne echo, jakie poniosło się po ścianach Sali Głównej.

Tylnia okładka otworzyła się jednak z powrotem, odsłaniając ostatnią kartę księgi.

jednakowoż największą spośród sił Bractwa jest jego wieczność, oparta na solidnych fundamentach tajemnicy i skrytości, lojalności i tradycji, która przetrwa wśród wybranych, by pozwolić mu powrócić w najmniej spodziewanym momencie. Czy to po pięćdziesięciu, stu, czy w końcu pięciuset latach.

Avaret zamrugał, niedowierzając gorzkiej ironii ostatnich słów.

A może…?

Nagłe przeczucie wyrwało go z sideł krainy domysłów. Błyskawicznie oderwał się od stołu, przewracając się wraz z krzesłem na ziemię w momencie, w którym coś rozpruło powietrze z głośnym świstem, uderzając następnie w blat stołu. Avaret pozbierał się natychmiast z ziemi, usiłując wykryć źródło zagrożenia. Jego oczy przesłonięte były jednak kurtyną czarnych chmur, mieniących się mimo intensywnego mrugania powiekami. Gdzieś z góry dobiegł go odgłos uderzających o kamień podeszew, dźwięk uciekającego człowieka. Nim jego wzrok przyzwyczaił się do panujących ciemności, hałas zdążył już zginąć gdzieś w oddali.

Avaret, z wciąż szybko bijącym sercem, zerknął w stronę książki, nad którą dopiero co się pochylał. Tylna okładka w dalszym ciągu pozostawała otwarta. Niemałą pomoc niosła jej w tym tkwiąca w niej strzała, której grot schowany był gdzieś pod blatem stołu.

Czyżby to wszystko była prawda? — zadał sobie pytanie Avaret.

Nagły dreszcz wstrząsnął jego ciałem.

* * *

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Synowie wojny, część II

07 lip

— Nie żyją — głos Avareta był twardy. Tuż obok niego stał Jovan, do którego chyba nie od razu dotarło to, co się stało. Jego ciało zaczęło stopniowo drżeć, najpierw lekko, a w miarę, jak uświadamiał sobie, co ma przed oczami, coraz bardziej. Twarz wykrzywił mu paskudny grymas przerażenia, o którym świadczyć mogły także łzy, które zebrały mu się pod powiekami, nadając oczom wygląd szklanych kulek. Sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał paść na kolana i się rozpłakać.

— O co w tym wszystkim chodzi? — Avaret nie miał skrupułów dla wstrząśniętego mężczyzny. Ton jego głosu był zdecydowany. Liczył, że zdoła w ten sposób jakoś otrzeźwić załamanego Loretańczyka.

Jovan spróbował coś powiedzieć, lecz głos uwiązł mu w gardle i szybko przeszedł w urywany szloch. Najemnik obrócił się w stronę Nevena, próbując pochwycić jego spuszczony ku ziemi wzrok. Ten trzymał się zdecydowanie hardziej, zaciskając jedynie dłonie w pięści.

— Prowadziliśmy dwa wozy z cennym ładunkiem — wymamrotał po chwili wciąż nie podnosząc głowy. — Bardzo cennym ładunkiem… Chcieliśmy was wynająć do ochrony w dalszej drodze — uniósł wzrok wbijając go prosto w przejrzyste oczy najemnika. — Ktoś musiał nas śledzić. Ktoś tylko czyhał na odpowiednią okazję. Ktoś…

— Nie ma czasu do tracenia — przerwał mu Avaret. Chwycił za kubrak osuwającego się na ziemię Jovana i postawił go na nogach, po czym uderzył otwartą dłonią w prawy policzek. Pomogło. Z oczu znikło przerażenie, a zastąpiły je gniew i buta, którym jednak Loretańczyk nie zdążył dać upustu. — Musimy działać czym prędzej. Ktokolwiek uprowadził wozy, zrobił to niedawno. Prędko!

Wybiegł na zewnątrz, nie oglądając się na resztę, a następnie rozejrzał po pustym podwórzu, starając się dojrzeć coś, co naprowadziłoby go na właściwy trop. Zasłona nocy i towarzysząca jej niemal bezwzględna cisza zatapiały jednak całą okolicę w odmętach niewyrazistości, zmuszając szukającego do snucia nie popartych żadnymi argumentami domysłów. A należało działać szybko.

— Jovan! Neven! Biegnijcie w górę ulicy. Ja i Ervill pobiegniemy w dół. W razie czego krzyczcie.

Nie czekając na odpowiedź ruszył w obranym przez siebie kierunku. Po swojej prawej usłyszał zaraz urywane sapanie Ervilla. Elf starał się z całych sił dostosować do narzuconego tempa, widać było jednak, że sprawia mu to niemało trudności i kwestią czasu jest, aż opadnie z sił. Uraz, jakiego doznał, a właściwie długotrwała stagnacja i morze wypitego w tym czasie alkoholu, odcisnęły wyraźne piętno na sprawności ruchowej Ervilla, czyniąc jego mięśnie wiotkimi a płuca skurczonymi.

— O co może… w tym … chodzić? — zapytał któryś już raz tej nocy, czyniąc przerwy pomiędzy poszczególnymi słowami na zaczerpnięcie tchu.

— Myślę, że jeśli pobiegniesz szybciej i uda nam się złapać te wozy, to poznasz odpowiedź na swoje pytanie.

— Musisz mi tak… przyganiać, Avarecie? Miejże trochę… współczucia dla kaleki.

Avaret nie odpowiedział, a zamiast tego przyśpieszył jeszcze bardziej. Trzeba przyznać, że biedny elf czynił co w jego mocy, by nie odstawać. Może dlatego odstał tak szybko. W pewnym momencie Avaret spostrzegł, że nikt już koło niego nie biegnie. Obejrzawszy się przez ramię dostrzegł zgiętego w pół Ervilla, wspierającego się prawą dłonią o mur stojącego przy drodze cechu rzemieślników. Głośno wymiotował.

— Nie przejmuj się mną! — usłyszał jego głos. Salwa wymiocin odegrała rolę swoistej pauzy, po której elf znowu się odezwał. — Biegnij dalej! Dogonię cię!

Avaret rzecz jasna ani nie zamierzał się przyjacielem przejmować, ani mu pomagać, ani też nie liczył, że ten zdoła go dogonić. Pomknął przed siebie dostrzegając w odległości kilkudziesięciu kroków skrzyżowanie ulic. Minął jakąś oberżę, której okna świeciły jasnym światłem, kilka kamienic, które z kolei wydawały się pogrążone we śnie wraz z jej lokatorami, oraz jakiś budynek, który mógł być chyba tylko zamtuzem, gdyż w kilku oknach dostrzegł wyglądające przez nie kobiety, odziane w dość frywolne fatałaszki. Jego myśli przemykały przez głowę w miarowym rytmie podeszew uderzających o ziemię. Kogo tak właściwie ścigam? Jaki towar znajduje się na wozie? No i, cholera, którą stronę wybrać, gdy dotrę do skrzyżowania, a w dalszym ciągu nie dostrzegę uciekających drani? Czas podjęcia decyzji zbliżał się w szaleńczym tempie, wraz z każdym kolejnym susem.

Obie przecinające się ze sobą ulice były całkowicie puste. Avaret rozejrzał się pospiesznie to na prawo, to na lewo. Zacisnął wściekle zęby, po czym na chybił trafił skierował się ku niewyraźnemu kształtowi, majaczącemu w oddali ulicy prowadzącej ku wschodowi. Przebiegł już żwawym tempem dość spory kawałek drogi, pomimo to nie odczuwał specjalnego zmęczenia, a wręcz przeciwnie, determinacja i ciekawość czyniły jego nogi lekkimi tak, iż odnosił wrażenie, że z każdym kolejnym krokiem wzbija się ku niebu. Lecz niewyraźny kształt, w miarę jak nabierał konturów i powiększał się, zwiększał sceptycyzm Avareta. Z całą pewnością się nie poruszał, nie mógł być więc uciekającym wozem.

— Niech to szlag — zaklął zwolniwszy biegu. Kilka kroków przed nim leżały beczki, które, najpewniej źle ułożone, zwyczajnie przewróciły się na drogę. Avaret zerknął na budynek, o który prawdopodobnie były wcześniej oparte.

Browar. Pieprzony browar.

Zawrócił zrezygnowany. Już nie biegł, a szedł wolno naprzód, dopiero teraz odczuwając zmęczenie spowodowane wzmożonym wysiłkiem. Nie wiedział czemu, ale silne przeczucie mówiło mu, że również Jovan i Neven odnieśli identyczną porażkę. Dotarłszy do skrzyżowania, wytężył jeszcze raz wzrok spoglądając w kierunku przeciwnym do tego, w którym pobiegł. Nie dostrzegł nic. Obrócił się i ruszył z powrotem w stronę podupadającej stodoły, przy której rozstali się z Loratańczykami.

Nagle poprzez zasnuwający okolicę mrok jego uszu doszedł jakiś dźwięk, najprawdopodobniej rozmowy, lecz nie był tego pewien. Przystanął i wstrzymawszy oddech, nadstawił ucha. Odgłosy były niewyraźne, przytłumione i początkowo trudne do rozróżnienia, lecz z każdym kolejnym wolno stawianym krokiem nabierał pewności co do tego, kogo właściwie słyszy. Blady uśmiech rozjaśnił nieco zatroskaną twarz najemnika.

— Zechciej mi wybaczyć, nadobna niewiasto, że zakłócam twój nocny spoczynek — słowa Ervilla skierowane były do wyglądającej z okna jednego z budynków kurwy. Avaret nabrał już pewności, że przybytek ów musi być burdelem. — Nie widziałaś aby przypadkiem kogoś przejeżdżającego tą drogą nie dalej, jak przed momentem? Ścigam groźnych bandytów, lecz niestety strach przed moją osobą dodał im chyba nie lada chyżości, gdyż, psiakrew, całkiem zgubiłem ich trop.

— Widziałam tylko jego — kobieta wskazała długim, chudym palcem zbliżającego się do nich Avareta. — I chyba niespecjalnie się ciebie boi, elfie, skoro sam ku tobie zmierza.

Ervill obrócił się raptownie we wskazanym kierunku. Pochwycił od razu spojrzenie przyjaciela, który beznamiętnym ruchem głową dał mu znać, że pościg nie zakończył się żadnym sukcesem.

— Wracajmy więc. Być może naszym tajemniczym przyjaciołom bardziej się poszczęściło.

Odwrócił się, po czym ruszył w stronę, z której przybył, posyłając sterczącej w oknie kurtyzanie płomiennego całusa. Ta, o dziwo, oblała się rumieńcem.

Szli w milczeniu, wysłuchując jedynie odgłosu własnych kroków. Zawiedli, nie pierwszy raz, lecz gorycz wcale nie była z tego powodu mniejsza. Jedynym, co mogło zmyć jej nieprzyjemny posmak, było odnalezienie wozów i wymierzenie sprawiedliwości mordercom. Determinacja, która owładnęła Avareta, była niespodziewanie silna, zupełnie, jak gdyby traktował całą sprawę osobiście, a nie, jak to zawsze bywało, czysto zawodowo. Coś w jego wnętrzu płonęło, nakazując działać natychmiast i bez wytchnienia. Mężczyzna starał się zdusić w sobie to uczucie i podejść do wszystkiego na chłodno, lecz starania te zdawały się być jedynie próżnym wysiłkiem. Chęć działania napędzała w nim ciekawość, pragnienie zdobycia niezbędnych informacji. Wiedzy, którą mógł posiąść jedynie odbywając szczerą rozmowę z oboma Loretańczykami.

Zastali ich siedzących pod drzwiami na jakichś starych, drewnianych wiadrach. Widok ich zwieszonych głów i skwaszonych min był jasnym sygnałem, że również ich próba się nie powiodła. Obaj milczeli, zatopieni we własnych myślach. Nieobecny wzrok Jovana zdradzał jego aktualny stan ducha, wewnętrzną walkę, którą toczył z samym sobą, poczucie winy za śmierć przyjaciół, przy których nie był obecny w decydującym momencie, oraz czynione sobie z tego powodu wyrzuty. Po obliczu Nevena odgadnąć było można dużo mniej. Zasępiony i nieruchomy, nie pozwalał, by emocje pojęły jego ciało we władanie. To on jako pierwszy zauważył powrót Avareta i Ervilla.

— Nie wpadliśmy na żaden trop — rzekł ochrypłym głosem.

Avaret przystanął w odległości kilku stóp od niego. Zmierzył mężczyznę twardym wzrokiem, a pochwyciwszy jego spojrzenie, przeszedł od razu do rzeczy.

— Zupełnie, jak my. Ktokolwiek tego dokonał, wiedział kiedy uderzyć i był do tego doskonale przygotowany. Musiał obserwować was od dłuższego czasu, może nawet podążając krok w krok za waszymi śladami. Pytanie tylko, dlaczego? Co znajdowało się na wozach?

Oblicze Nevena zastygło, rysy jego twarzy nie drgnęły ani razu w trakcie, gdy Avaret przemawiał. Niespodziewanie to Jovan, otrząsnąwszy się najpewniej nieco po zaznanym szoku, powstał i zwrócił swe oblicze w stronę najemników. Avaret nie potrafił dojrzeć jego oczu, wyobrażał sobie jednak, że są czerwone i napuchnięte.

— To, co przewoziliśmy… — głos drżał mu lekko, znać było, że z trudem wypowiada kolejne słowa — to była broń.

— Broń? — wtrącił się milczący do tej pory Ervill.

Loretańczyk skinął głową.

— Miecze, tarcze, łuki, strzały, kolczugi. Głownie jednak miecze. W ich właśnie wykuwaniu specjalizują się krasnoludy z Gorzejących Gór.

— Z Gorzejących Gór? — Ervill zamyślił się na chwilę, zapewne aby odnaleźć na tkwiącej w jego pamięci mapie wspomniane miejsce. — Daleka droga. Nie wiedziałem, że handlujecie bronią.

Usłyszawszy słowa elfa, Jovan zerknął w stronę Nevena. Tamten wykonał nieznaczny ruch głową.

— Nie handlujemy bronią — odparł, po czym nabrał powietrza i kontynuował. — Miała ona posłużyć do walki w powstaniu. Do obalenia rządów Wielkiej Rady. Do odzyskania wolności.

Wszystko zaczyna się zazębiać — przemknęło przez głowę Avaretowi.

— Rewolucja przygotowywana jest już od jakiegoś czasu, w tajemnicy oczywiście, lecz nie da się całkowicie ukryć takiego przedsięwzięcia. Emisariusze, tacy, jak my, przywożą kolejne transporty broni, której tak bardzo nam brakuje. Wkrótce powinniśmy być gotowi. Do wojny, która sprawi, że Loretia spłynie krwią jej własnych mieszkańców. Nie ma jednak innego wyjścia. Widmo kolejnego zniewolenia przez Azhgad jest już zbyt bliskie. Zagląda w oczy każdemu z mych pobratymców, napełniając je strachem i zwątpieniem.

— Wojna jeszcze się nie rozpoczęła, a zdążyła już pociągnąć za sobą pierwsze ofiary — stwierdził sentencjonalnym tonem Ervill. — Wiecie, że to dopiero początek?

Jego pytanie nie doczekało się żadnej odpowiedzi, jeśli nie liczyć krakania wrony, która akuratnie przysiadła gdzieś na skraju dachu wieńczącego stodołę. Pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się przez kurtynę ciemności, padając na twarze czwórki towarzyszy, z których każda wyrażała inne emocje, w gruncie rzeczy jednak dość do siebie podobne. W błękitnych oczach Avareta tańczyły złość i ambicja, chęć wymierzenia sprawiedliwości i walki o słuszną sprawę, jedno uczucie napędzane przez drugie. Po twarzy Ervilla błąkało się coś bardzo bliskiego zgorzknieniu, bolesna świadomość dziejów, wynikająca z przeżytych przez niego ładnych kilku dekad oraz tego, czego w ich trakcie był świadkiem. Oblicze Jovana zatraciło całkowicie młodzieńczy urok, którego miejsce zajęły zwątpienie i bezsilność. Wyglądał jak człowiek, który w całym swoim życiu nie zamierza się już zaśmiać. Zaciśnięte usta i zmrużone oczy Nevena świadczyły o tym, że i w jego wnętrzu musi wiele się dziać, choć jedynie niewielka tego część wydostaje się na zewnątrz.

— Niezależnie od tego — rzekł w końcu Avaret, a słysząc te słowa każdy z obecnych drgnął nieznaczenie — kto dokonał tego haniebnego czynu, zwykły złodziej, czy nie, pierwszym obowiązkiem wobec waszych towarzyszy powinno być pogrzebanie ich, w miarę możliwości z należnym im honorem.

Jovan spróbował coś odpowiedzieć, lecz ściśnięte gardło pozwoliło wydostać się na zewnątrz jedynie cichemu jękowi.

— Dagonet i Risk byli naszymi wiernymi druhami — rzekł zamiast niego Neven. Jego głos brzmiał pewnie i mocno, kontrastując z jękami jego towarzysza. — Należy im się na pewno godny pochówek. Musimy jednak dokonać tego w tajemnicy, z dala od wścibskich oczu. Sami rozumiecie… Nasza sprawa nie potrzebuje rozgłosu.

Najemnik skinął ze zrozumieniem głową.

— Wiele dni spędzonych w tym mieście pozwoliło mi je dość dobrze poznać. Znam jedno miejsce… Powinno nadać się idealnie.

Wynieśli ciała Dagoneta i Riska na zewnątrz, nie mącąc panującej ciszy ani jednym słowem. Gdy już ułożyli je na poznaczonej rzadkimi kępkami trawy ziemi, Avaret przykucnął, by przyjrzeć się lepiej obu mężczyznom. Wydało mu się, że ich rysy układają się w dziwacznym wyrazie ulgi i spokoju, cech tak odmiennych od tych, które towarzyszyły im, żyjącym.

Tylko trup może tak wyglądać.

Położył rękę na skroni Dagoneta, by wydobyć z niej strzałę. Ujął ją w prawą dłoń i począł ciągnąć, gdy nagle namacał na drzewcu jakąś nierówność, coś jakby dość misterne żłobienie. Szarpnął gwałtownie, a gdy już trzymał swobodną strzałę w ręce, przyjrzał się jej uważnie, wystawiając na działanie wschodzącego powoli słońca.

Drzewiec nie był gładki, ale to poczuł już wcześniej. Teraz z kolei jego oczy ujrzały podobiznę wijącego się niczym morskie fale węża, z którego łba wydostawał się równie mocno poskręcany jęzor.

* * *

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii