RSS
 

Archiwum dla kategorii ‘Opowiadanie’

Synowie wojny, część III

31 lip

Słońce stało już dość wysoko na niebie, gdy Avaret w towarzystwie Nevena, raźnym krokiem zbliżał się do drzwi zbrojowni, nad którą pieczę sprawował Goran Metz. Najemnik liczył, że jego znakomicie obeznany z bronią przyjaciel będzie w stanie powiedzieć im coś więcej na temat tajemniczego znaku węża. Czas działał na ich niekorzyść, z każdą chwilą szanse na odbicie ładunku malały.

Minąwszy znajomy mu już z widzenia zakład garbarski, Avaret zerknął z ukosa na swego towarzysza. Po drodze nie zamienili zbyt wiele słów, jednak nie wydawało mu się, by małomówność jego rozmówcy była efektem przeżyć minionej nocy, a raczej po prostu skrytej natury. Loretańczyk był ewidentnie ulepiony z dalece twardszej gliny, niż jego pobratymiec, któremu w dalszym ciągu trudno było się pozbierać. Z tego powodu zdecydowali, że na razie będzie lepiej, jeśli odpocznie nieco i nabierze sił, które w niedalekiej przyszłości mogą okazać się nieocenione. Ervill zadeklarował się dotrzymać mu towarzystwa, bynajmniej jednak nie z powodu stanu swojego ducha, a raczej w wyniku konsekwencji, jakie niesie za sobą nadmierne spożycie alkoholu. Zwyczajnie zaczął doskwierać mu kac.

— Ciekawi mnie jedna rzecz — zaczął Avaret drapiąc się po krótkiej, jasnobrązowej brodzie. Nie wiedzieć czemu, sprawiało mu to niemałą przyjemność.

— Tak?

— Ciekaw jestem, dlaczego zwróciliście się do nas. Przejechaliście sami, we czwórkę kawał drogi, udanie, co trzeba dodać, gdyż jak wiem wasz ładunek nic a nic nie stracił na liczności. Dlaczego zdecydowaliście się na dodatkową ochronę dopiero na tym etapie podróży? Do Loretii jest jeszcze kawałek drogi, nijak ma się to jednak do dystansu, jaki już pokonaliście.

Neven uśmiechnął się gorzko.

— To nie był mój pomysł — przyznał bez ogródek. Uśmiech szybko zniknął spod jego krzywego nosa, ustępując miejsca trudnemu do rozszyfrowania grymasowi. — Niemniej rozumiem pobudki, jakie kierowały resztą. I w gruncie rzeczy uważam, że dobrze postanowili. Widzisz, na początku wszystko wydaje się łatwe. Plan jest prosty: dotrzeć do Gorzejących Gór, zabrać transport oręża i przywieźć go do Loretii. Jednak w drodze powrotnej wszystko się zmienia. Człowiek na każdym kroku wącha zasadzkę, patrzy spode łba na każdego mijanego wędrowca. Ma się świadomość, że nie jest się już nic nie wartym dla zbója golcem, że wypchany czymś po brzegi wóz przyciąga uwagę. Kilkakrotnie musieliśmy się bardzo postarać, by umknąć jakiejś zasadzce, prawdziwej, czy złudnej, bo jestem pewien, że duża część tego, czego się po drodze obawialiśmy, czego byliśmy pewni, to tylko nasze wymysły, wykreowane przez strach. Chcieliśmy poczuć się choć trochę pewniej, ot cała historia.

— Rozumiem — Avaret skinął głową. — Mimo wszystko dużo ryzykowaliście.

— Co masz na myśli?

— Nie udawaj — najemnik zaśmiał się. — Wtajemniczenie w takie przedsięwzięcie osób z zewnątrz jest jednak cholernym ryzykiem. Niektórzy nazwaliby to głupotą.

Neven zamilkł na chwilę, nieco zbity z tropu.

— Przecież… Przecież jesteście najemnikami… Wykonujecie zadania zlecone wam przez tego, kto wam płaci. Płacimy my, więc powinniście być po naszej stronie… Każdy może was wynająć, a wy robicie to, co jest w interesie zleceniodawcy. Czyż nie?

Avaret parsknął śmiechem.

— W teorii tak. W praktyce różnie to bywa. Mnie osobiście każdy wynająć nie może. W tym upatruję wyższości swojego zawodu nad tym najstarszym.

— Jak to?

— Zwyczajnie. Nie będę robił czegoś, co mi się nie spodoba, czegoś, co będzie sprzeczne z moim sumieniem. To jest jedna sprawa. Druga jest taka, że nie każdy, komu zapłacisz, będzie ci wierny. Zawsze może pojawić się ktoś, kto da więcej, a ty, zanim się połapiesz, możesz być trupem, żebrakiem bądź kaleką. Ludzka natura jest chciwa, a natura najemnika już najbardziej. Zapamiętaj to sobie.

Neven spojrzał na Avareta podejrzliwym wzrokiem, nie wiedząc, czy ten mówi poważnie, czy też kpi.

— Co mam przez to rozumieć?

Najemnik przystanął, by umożliwić wypchanemu po brzegi, a nawet sporo ponad nie, wozowi swobodny przejazd. Niemal bezzębny woźnica burknął coś niezrozumiale, skłaniając głowę. Zapewne było to „dziękuję”.

— Dokładnie nic — odparł wznowiwszy swój marsz. — Oho! Jesteśmy na miejscu.

Przemierzył te kilka kroków, które dzieliły ich od progu zbrojowni, po czym, czyniąc równocześnie zapraszający gest lewą ręką w kierunku Nevena, prawą pchnął niewysokie drzwi.

— Uważaj na głowę — ostrzegł towarzysza. — Wejście projektował najpewniej krasnolud.

W środku było cicho i chłodno. Avaret odsapnął głośno, lewą dłonią starł pot, który wystąpił mu na czole w trakcie marszu. U jego boku zaraz stanął Neven, pośpiesznym wzrokiem omiatając wnętrze zbrojowni. Nie minęła chwila, a zza rogu krótkiego korytarza, w którym stali, wyłoniła się postać Gorana Metza. Przygarbiony, posiwiały mężczyzna wyrzucił ręce w górę na ich widok, wyraźnie rad ich odwiedzin.

— Avaret! — zakrzyknął. Począł energicznie zacierać ręce, zapewne licząc na kolejną partię szachów. — Witam, witam. Widzę, że przemożna chęć odwetu mocno ci doskwiera, mam rację? Nie ma sprawy, już rozkładam planszę. Ty w międzyczasie zechciej nas sobie przedstawić, mnie i twojego kompana, rzecz jasna.

To rzekłszy jednym, zwinnym susem dopadł swojego pokoju, w którym zwykli rozgrywać szachowe batalie. Bałagan, jaki w nim panował, nie zmniejszył się od ostatniej wizyty najemnika ani o jotę. Avaret westchnął, kręcąc głową z uśmiechem.

— Tym razem nie przyszedłem na partię szachów — rzucił w kierunku Gorana. Na twarzy dozorcy, która na dźwięk tych słów wychynęła zza ściany, malowało się zaskoczenie pomieszane z nutką rozczarowania. Jego gęste brwi zatańczyły nad oczami zanim zdecydował, by i reszta jego ciała opuściła zagracone pomieszczenie. Avaret przedstawił sobie obu mężczyzn, po czym, nie wdając się w przytaczanie Goranowi wydarzeń minionej nocy, nie poświęcając ani słowa na przybliżenie mu okoliczności poznania Loretańczyków, bez zbędnych ceregieli dobył skrytej za pasem strzały i podetknął ją niemal pod sam nos dozorcy.

— Byłbyś w stanie coś więcej nam o tym powiedzieć? Nie mam na myśli samej strzały, a raczej wyryty na niej znak

Goran zmrużył oczy, dokładając swojemu czołu kolejnej porcji zmarszczek. Kąciki jego ust poruszały się nieznacznie, zupełnie, jak gdyby z całych sił starał się powstrzymać wypełzający na twarz uśmiech. Avaret zauważył, że mimowolnie ściska strzałę o wiele mocniej, niż było to potrzebne. Poczuł, jak drzewiec powoli odkształca się pod naporem jego siły. Raptownie rozluźnił uścisk, bojąc się, że może przypadkiem zniszczyć jedyną poszlakę, tak, że strzała omal nie wysunęła mu się z dłoni. Przeniósł wzrok w stronę Gorana akurat w momencie, gdy ten zdawał się być gotowy, by wygłosić swoje zdanie na temat dostarczonej mu rewelacji. Krótką chwilę napięcia ostatecznie zakończyło jego cmoknięcie.

— Istotnie — rzekł prostując się, a po jego minie znać było, że sprawia mu niemałą przyjemność możliwość pouczenia obu mężczyzn — niecodzienne znalezisko dzierżysz w dłoni, Avarecie. Chodźcie! Usiądźmy wygodnie, to wszystko wam opowiem.

Obróciwszy się na pięcie skierował swe kroki na powrót w stronę zagraconej izby. Avaretowi przemknęło przez myśl pytanie odnośnie togo, co Goran rozumie przez wygodne usadowienie się na wąskich, twardych, dających mizerne wytchnienie obolałym kończynom krzesłach, jednak powstrzymał się od komentarza. Zająwszy miejsce przy stole, leżące bardziej w głębi pokoju, raz jeszcze przyglądnął się tajemniczemu grawerunkowi. Zdało mu się, że gdy porusza strzałą między kciukiem, a palcem wskazującym i środkowym, wąż wije się zupełnie, jak gdyby rzeczywiście był gadem pełzającym wśród traw. Z zamyślenia wyrwał go Goran, sadowiąc się dokładnie naprzeciw niego.

— Nie pytam, skąd macie tę strzałę, jak weszła w wasze posiadanie. Mimo, że ciekawość aż mnie zżera, mówiąc szczerze.

Avaret milczał. Zacisnąwszy mocniej usta, skinieniem głowy nakazał Goranowi kontynuować, bez pochylania się nad tym aspektem całej sprawy. Dozorca wykrzywił wargi w wyrazie nieco zadziornego uśmiechu.

— No cóż, przejdźmy dalej — rzekł. Najemnik zauważył, że Neven nachylił się nad stołem, uważnie nasłuchując. — Grawerunek jest niezwykły, trzeba przyznać. Oczywiście moglibyście pomyśleć, że każdy może taki stworzyć, cóż to bowiem za problem dla wprawnego rzemieślnika. Jednak z tym jest inaczej. Ciekaw jestem, Avarecie, czy udało ci się dostrzec w nim coś, co by go w znaczący sposób wyróżniało.

Avaret wbił w Gorana wzrok zdumionych oczu. Czyżby i on dostrzegł coś, co on sam uznał za złudzenie?

— Cóż… Widziałem… Wydało mi się, że ten wąż się porusza.

— Bingo! — krzyknął Goran waląc pięścią w stół. Stojący na nim kałamarz przesunął się na niebezpiecznie bliską krawędzi odległość. Dozorca chrząknął, zupełnie nie zwracając na to uwagi. — Aby poznać genezę przedmiotu, który dzierżysz Avarecie w swej dłoni, musimy się cofnąć o wiele lat. Zbyt wiele, by to, co zaraz powiem, można było uznać za bezsprzeczne fakty, zbyt mało jednak, by traktować to jedynie jako legendę, wydumaną bajdę opowiadaną dzieciom.

Avaret zerknął w stronę malutkiego okienka znajdującego się nad głową Gorana. Upał ostatnich dni przywlókł w końcu za sobą burzowe chmury, które poczęły kłębić się za oknem zupełnie, jak gdyby przybyły na zawołanie Gorana, aby podsycić atmosferę jego opowieści. Najemnikowi zdało się, że na twarz dozorcy wypełzł delikatny uśmiech wywołany dodatkowym podniecenie, które mu się w związku z tym udzieliło. Bez wątpienia czuł się w tym momencie jak ryba w wodzie.

— Wszystko zaczęło się jakieś pięćset z górą lat temu — zaczął Goran. — Wtedy to jeden z prominentnych dostojników królewskich, właściwie to nawet jeden z doradców króla, wskutek uknutej przez nieprzychylnych mu ludzi intrygi, został postawiony w stan oskarżenia o zdradę kraju. Król, jak niesie plotka sam uwikłany w intrygę, lekką ręką wydał wyrok skazujący go na śmierć. W dniu egzekucji cały plac, na środku którego znajdował się szafot, zapełnił się ludźmi. Wtedy to, na oczach tłumu zdarzył się cud. Nie wiedzieć jak, skazańcowi udało się jakoś umknął spod stryczka. Nim zniknął przystanął na dachu jednego z otaczających plac budynków i obwieścił zemstę na królu i jego rodzie. Zemstę, która dokona się na długo wcześniej, zanim zostanie zauważona.

— O co mu chodziło? — przerwał zaciekawiony Neven. Jego twarz zastygła w pełnym napięcia grymasie.

— Tego nikt nie wiedział — odparł Goran. W jego oczach tańczyły ogniki, zdradzające przepełniającą go satysfakcję, powodowaną wzbudzonym w słuchaczu zaciekawieniem. — Tutaj przechodzimy do drugiej części historii. Wkrótce po tym zdarzeniu, nie więcej, jak kilka lat, kraj zalała fala zuchwałych napadów. Jej ofiarą padli poborcy podatków, którzy znikali bez żadnego śladu wraz z zebranymi pieniędzmi, karawany przewożące drogocenne klejnoty, złote monety, bursztyny i jedwabie. Zjawisko narastało w zastraszającym tempie, najgorsze zaś było to, że po incydentach nie pozostawał żaden świadek. Dosłownie żaden. W końcu ktoś dostrzegł pewną rzecz łączącą wszystkie rozboje.

— Strzała z wijącym się wężem — wtrącił Avaret.

— Dokładnie — Goran skinął głową. — Na ludność padł blady strach. Szeptano o hordzie demonów zesłanej w karze za występki dworu, nazwano ją właśnie Bractwem Jadowitego Węża. Król miał do całej sytuacji dużo bardziej racjonalne podejście, niemniej zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie z niej wynikało. Wiecie, co wtedy się stało?

Obaj, Avaret i Neven, pokręcili przecząco głowami. Huk gromu rozdarł na poły ciszę, jaka na chwilę zapanowała.

— W momencie, w którym przerażenie ludu sięgnęło zenitu, rozboje zaczęły stopniowo ustawać. Bractwo przystąpiło do kolejnej fazy działania. Zasobne w zagrabione bogactwa, znajdując się u szczytu potęgi, poczęło stopniowo przejmować władzę. Zaczynając od najniższych szczebli, korumpowało i przeciągało na swoją stronę kolejnych dostojników. Jakoś tak to się jednak działo, że żaden z przekupionych nie nawiązywał osobistego kontaktu z członkiem bractwa, wszystko odbywało się przez tajemniczych pośredników. W międzyczasie władzę przejął syn zmarłego króla. Gangrena, która toczyła ludność, sięgała coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dotarła w najbliższe otoczenie władcy, który miał już przeciwko sobie większość hrabiów i lordów. Wtedy to prostaczkowie zaczęli przebąkiwać, że oto dokonała się zemsta zapowiedziana kilkadziesiąt lat wcześniej, oraz że nadszedł moment, w którym niesłusznie skazany doradca, niechybnie stojący na czele bractwa, ujawni się by przejąć władzę i włożyć na swą głowę koronę. I tutaj następuje najciekawsza rzecz.

Czekając na kontynuację opowieści, Avaret zerknął w stronę okienka, akurat w momencie, gdy jego przeciwległe rogi połączyła błyskawica. Wnętrze izdebki na krótki moment zalała fala światła.

— Nie stało się nic. Bractwo przepadło bez śladu, znikło raz na zawsze, zapadło się pod ziemię. Król utrzymał władzę, po jego śmierci zaś przejął ją jego syn, a następnie wnuk. Nikt więcej nie słyszał o Bractwie Jadowitego Węża.

Avaret zmarszczył czoło.

— I tyle? Legendy nigdy tak się nie kończą.

Ciepły śmiech Gorana, który żywo kontrastował z kolejno następującymi po sobie hukami piorunów, wypełnił każdy kąt pomieszczenia.

— To nie jest legenda, przyjacielu, przynajmniej nie do końca. Istnieje wiele źródeł historycznych, potwierdzających autentyczność tamtych wydarzeń.

— Więc… Wiec sugerujesz mi, że na wpół mityczna organizacja odrodziła się właśnie teraz? Że powróciła, ni z tego, ni z owego, po paruset latach niebytu?

Dozorca rozłożył ręce w obronnym geście.

— Absolutnie niczego takiego nie sugeruję, Avarecie. Przyszedłeś do mnie z zapytaniem o strzałę, którą tak kurczowo ściskasz w swej prawicy, ja zaś przytoczyłem ci jej historię. Wstrzymuję się od jakichkolwiek werdyktów, jest mi do nich bardzo daleko.

— Więc co to wszystko ma znaczyć? — rzucił podirytowany najemnik. Wcześniej liczył, że wizyta złożona Goranowi zdoła posunąć śledztwo naprzód, zamiast tego uzyskał kolejną porcję pytań i wątpliwości. Ziarnko bezsilność w jego wnętrzu pękło, otwierając drogę wzrastającemu uczuciu. Zerknął na siedzącego nieruchomo Nevena. Oblicze Loretańczyka było zasępione, puste oczy nie zdradzały żadnych emocji. Widok ten pozwolił zakiełkować kolejnemu ziarnku w duszy Avareta, ziarnku poczucia zawodu. Przepełniony gniewem, w głównej mierze na samego siebie, zacisnął mocniej nie tylko dłoń dzierżącą jedyną poszlakę, lecz również zęby, które głośno zazgrzytały.

— Tego musisz już sam się dowiedzieć — rzekł Goran, nawiązując do zadanego wcześniej pytania. W jego oczach odbijał się blask coraz liczniej przecinanego błyskawicami nieba.

* * *

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część I

09 maj

Goran Metz, przygarbiony, starszy mężczyzna o siwiejących, rzadkich włosach i pooranym zmarszczkami czole, trącił swoim pionkiem jednego z tych, które tworzyły oddział Avareta.

— Szach i mat — rzekł. Uśmiech triumfu wykrzywił jego twarz, nadając rysom serdeczny i ciepły wyraz. Avaret oparł podbródek na pięściach analizując roszadę zastosowaną przez jego przeciwnika. Znajdowali się w ciasnym pomieszczeniu, wyposażonym w kilka zawalonych papierami, książkami i innymi rupieciami regałów, niewysoki, trójnogi stolik, na którym znajdowała się plansza do gry oraz towarzyszące mu niewygodne krzesełka, a także ciężkie, dębowe biurko, zagracone w równym stopniu, co regały. Biurko stało oparte o ścianę, pomiędzy dwoma regałami. Ktoś, kto chciałby przy nim zasiąść, musiał liczyć się z niemałym ryzykiem, gdyż stojące przy nim krzesło w żadnym razie nie sprawiało wrażenia stabilnego. Małe, kwadratowe okienko nie było na tyle czyste, by wpuszczać do środka ilość promieni słonecznych wystarczającą do odpowiedniego oświetlenia izdebki.

— Znowu przegrałem — Avaret westchnął spoglądając w świdrujące oczka swego przeciwnika. Goran był emerytowanym żołnierzem, któremu na starość przypadła mało zajmująca posada dozorcy zbrojowni miasta Mostar. Jego zadaniem było wydawanie broni strażnikom miejskim, ostrzenie tępego oręża oraz naprawa tego zniszczonego. Roboty było niewiele, toteż dozorca zabijał czas czytaniem książek, które w większości odziedziczył, jak mówił, dawno temu po zamożnym stryju. Sam był typem erudyty — filozofa, niespotykanym raczej wśród żołnierzy, zachowującym jednak skromność nieskażoną ani krztyną arogancji. Papiery walające się po izdebce, która pełniła przez większość dnia również rolę jego domu, były pokryte jego własnymi zapiskami, wszelakiego rodzaju wnioskami czy spostrzeżeniami.

— Znowu — przyznał Goran — niemniej poczyniłeś znaczne postępy w ciągu ostatniego miesiąca. Od naszej pierwszej partii.

Istotnie, Avaret sam zauważył, że w miarę, jak rozgrywali coraz więcej partii, zmuszał Gorana do stosowania coraz zmyślniejszych zagrań, często samemu się na takie zdobywając. Dozorca musiał nierzadko włożyć wiele trudu, by wypowiedzieć na końcu słowo „mat”.

Ich znajomość rozpoczęła się równo przed dwudziestoma siedmioma dniami. Wtedy to Avaret i Ervill przybyli do Mostaru wraz z karawaną składającą się z kilku wozów, prowadzoną przez kupców, którzy wynajęli ich do ochrony w obawie przed zbójami zasadzającymi się na prowadzącym do miasta trakcie. Obawy okazały się jak najbardziej uzasadnione, gdyż niespełna dzień drogi od Mostaru zostali napadnięci. Atak udało się odeprzeć, a karawanę uchronić od grabieży, jednak Ervill otrzymał głęboką i brzydko wyglądającą ranę w udo. Gdy dotarli do miasta, rozpoczął okres rekonwalescencji, którego głównym punktem było codzienne zalewanie się w trupa w gospodzie „Pod Rogatym Jeleniem”, w której się zatrzymali. Avaret, będąc, chcąc nie chcąc, przez ten czas uziemiony, zdecydował nie konkurować z elfem w tych mało chlubnych zawodach. Poznawszy Gorana prędko się z nim zaprzyjaźnił i tak rozpoczęła się ich trwająca już prawie miesiąc szachowa batalia. Avaret nie miał większego pojęcia o tej grze, gdy ją rozpoczynali, jednak z każdym dniem stawał się lepszy, czemu zdecydowanie służyła osoba jego nauczyciela. Dozorca udzielał mu wielu cennych rad dbając o to, by doskonalił się w grze na każdym kroku, dzięki czemu sam zyskiwał groźnego przeciwnika, co oczywiście służyło rywalizacji.

— Niewiele zostało mi już czasu na dalszą naukę — rzekł Avaret prostując i przeciągając. Małe krzesełka nie pozwalały na siedzenie w wygodnej pozycji w trakcie gry. — Minął już prawie miesiąc, odkąd się tu zatrzymaliśmy. Noga Ervilla ma się coraz lepiej, zawartość jego sakiewki za to coraz gorzej. Wnet będziemy musieli opuścić Mostar i poszukać nowego zajęcia.

— Całkiem możliwe, że znajdziecie jakieś tutaj — zauważył Goran. Avaret pokręcił jednak głową.

— Wątpię. Przez cały miesiąc nadstawiałem ucha. I nic. Zbyt spokojne to wasze miasto.

— Każda passa się kiedyś kończy — Goran uśmiechnął się sięgając ręką ku stolikowi, by poskładać planszę i pionki. Avaret uśmiechnął się półgębkiem, a jego przenikliwe, błękitne oczy zaświeciły się łobuzersko.

— Czyżbyś o czymś wiedział?

— O niczym, czego sam nie wiesz. Nic w naturze nie jest ciągłe, drogi przyjacielu, wszystko się kiedyś kończy. Po suszy przychodzi deszcz, lato poprzedza zima, a okres pokoju przerywany jest nagłą wojną.

Avaret uśmiechnął się ukradkiem. Przyzwyczaił się już do filozoficznych monologów Gorana. Czasem słuchało się ich z zaciekawieniem, czasem jednak nie było się do końca świadomym, o czym monolog ów traktuje. Jedno było pewne: nie potrzeba było wiele, by zaczął w ten sposób perorować.

Tym razem oracja była krótka. Goran nie dodał nic więcej. Avaret spojrzał przez okienko na zewnątrz. Niebo przybierało czerwonawą barwę znikającego powoli za horyzontem słońca.

— Czas na mnie— rzekł wstając. Pożegnał się z gospodarzem i opuścił budynek zbrojowni wychodząc przez boczne drzwi, tak małe, że musiał schylić się w progu, by nie uderzyć się w głowę. Rozejrzał się wokół, omiatając wzrokiem sąsiadujące ze zbrojownią budynki, po czym ruszył niespiesznym krokiem w kierunku odległej o kilkaset jardów gospody „Pod Rogatym Jeleniem”. Ostatnie promienie słońca przeciskały się wąskimi uliczkami, oświetlając rzucające długie cienie szyldy, które informowały przechodniów o profesji mieszkańca danego budynku. Znalazł się jeden kowal, dwóch płatnerzy, jakiś złotnik czy stolarz, aż w końcu oczom Avareta ukazał się szyld obwieszczający, że oto stoi u progu karczmy „Pod Rogatym Jeleniem”. Pchnął masywne drzwi i wszedł do środka.

Wewnątrz panował istny rejwach. Mało który stół wolny był od wszelkiej maści klienteli, którą łączył ze sobą gwar, jaki wspólnie tworzyli. Za drewnianą ladą niewysoki, szczupły karczmarz o imieniu Holet, którego znali już bardzo dobrze, uwijał się jak tylko potrafił, by poradzić sobie z nadchodzącymi zamówieniami, a że był, przy całej swojej pracowitości, dość niezdarny, przychodziło mu to z wielkim trudem. Kilku wstawionych już mężczyzn domagało się następnej kolejki waląc pięściami w stół, dwóch dziadków, krzyczało do siebie tak głośno, że nie było wątpliwości, że obaj są raczej głuchawi, ktoś dał komuś innemu w mordę. Avaret rozejrzał się uważniej. Nie zajęło mu dużo czasu, zanim dojrzał Ervilla, siedzącego przy stole będącym niemal centralnym punktem gospody. Nie był sam, wraz z nim siedziało dwóch mężczyzn, podobnie, jak on, wznosząc kufle do góry. Ervill był już tak pijany, że jego kufel przechylał się pod sporym kątem, a jego zawartość skapywała niewielkimi strumieniami na głowę i kark elfa.

— Kto mnie oblał, kurwa jego mać?! — krzyczał za każdym razem, gdy chłodne piwo lądowało między jego włosami.

W ciągu ostatniego miesiąca elf zawarł mnóstwo nowych znajomości, które w większości kończyły się w momencie, gdy tracił świadomość w wyniku spożycia nadmiernej ilości alkoholu. Jednego wieczoru, podpuszczony przez towarzyszy do szklanki, wlazł na stół i zaczął na nim tańczyć. Jego występ nie trwał jednak zbyt długo, gdyż, straciwszy równowagę, spadł z niego i rąbnął głową o ziemię. Następnego dnia był przekonany, że okropny ból głowy spowodowany jest kacem. W upadek uwierzył dopiero, gdy namacał na głowie ogromnych rozmiarów guza.

Mężczyźni, którzy siedzieli z nim przy stoliku, wydawali się raczej spokojni, co musiało oznaczać, że dopiero zaczęli pić. Pierwszy z nich, siedzący po prawej stronie elfa, był wyższy i masywniejszy. Brązowe włosy sięgały mu do ramion, twarz miał smukłą, o długim, krzywym nosie i maleńkich, przymrużonych oczkach. Drugi był bardziej dostojnej urody. Miał gładko uczesane jasne włosy i szeroki uśmiech, ukazujący równe, białe zęby. Avaret ruszył w ich kierunku.

— Avaret! — krzyknął Ervill na widok przyjaciela. — Chodź no tu, siadaj! Panie karczmarzu, piwo dla mojego kompana! Albo dwa, co byś nie musiał ciągle w te i z powrotem latać. Avarecie, przedstawiam ci moich dostojnych znajomych… — rzekł wskazując prawicą na uśmiechniętych mężczyzn — których imiona niestety wyleciały mi chwilowo z głowy.

— Nie wyleciały — poprawił go ten jasnowłosy. — Zwyczajnie nie zdążyliśmy się jeszcze przedstawić. Pozwólcie więc, że uczynię to teraz — to powiedziawszy powstał. — Mój towarzysz zwie się Neven, ja zaś mam na imię Jovan — skłonił się lekko dotykając dłonią piersi.

— Ja zwę się Avaret — odrzekł najemnik — mój towarzysz zaś to Chlejus Opój, zwany również Moczymordą, pierwszy wśród pijących tego miasta.

— Darujmy sobie tytuły — rzekł skromnie elf machając ręką. — Mówcie mi po prostu Ervill.

Obaj, Avaret i Jovan, zasiedli przy stoliku. Przed Avaretem stanął kufel złocistego piwa, przyniesiony przez spoconego karczmarza. Najemnik pociągnął głęboki łyk, a jego usta wypełnił orzeźwiający, gorzkawy smak.

— Cóż was sprowadza do tego miasta, mości panowie? — zagadnął Avaret niespecjalnie tym zainteresowany. Nie był, tak, jak Ervill, skory do zawierania znajomości z każdym, z kim mógł się napić. Skoro jednak usiedli już przy jednym stole, wypadało coś powiedzieć.

— Zatrzymaliśmy się tu na krótki czas — odparł ten jasnowłosy, zwany Jovanem. Miał serdeczne usposobienie i szczery uśmiech, który kontrastował z posępna miną jego towarzysza. — Podróżujemy ze wschodu od wielu, wielu dni. Trudy drogi dają już o sobie znać, sprzykrzyło się nam też nocowanie pod gołym niebem, toteż zawadziliśmy o Mostar. Jutro jednak ruszamy dalej.

— Pilno wam, jak widzę. Dokąd zmierzacie, jeśli można zapytać?

— Ha! Tegom się już od nich dowiedział — wtrącił się żywo Ervill — mimo, że sami mi tego nie powiedzieli. Spójrz, Avarecie, na znaki wyszyte na ich piersiach.

Avaret nachylił się, by przyjrzeć się bliżej ich kamizelkom. Istotnie, mniej więcej na wysokości serca dało się widzieć niewielki znak, wyszyty czarną nicią, trudno dostrzegalny z racji tego, że kamizelki również były w raczej ciemnym kolorze.

— Feniks z rozpostartymi w locie skrzydłami — oznajmił, a elf pokiwał potakująco głową. — Herb Loretii.

— Herb Starej Loretii — poprawił go Jovan. Tym razem jego głos był poważny, a z twarzy zniknął uśmiech. — Prawdziwej.

Loretia była starożytnym krajem, której granice leżały około dwudziestu dni drogi konno na zachód od Mostaru. W swojej długiej historii prowadziła wiele wojen z sąsiadującymi krajami, raz będąc zwycięską, raz przegraną. Mniej więcej przed trzystu laty nadszedł moment jej największej słabości, zarówno militarnej, jak i ekonomicznej, co skrzętnie wykorzystał wrogo nastawiony do niej, leżący na północy Azhgad, podbijając ją i anektując we własne granice. Długi okres niewoli, mimo silnych represji i nieustannych prób tłamszenia, czy wręcz wyżynania kultury, tradycji i poczucia przynależności do kraju dziadów i pradziadów, nie zdołał wymazać z serc Loretańczyków ich tożsamości. Wielu oddało za to życie, jednak w końcu, nie więcej, jak przed dwudziestoma laty, Loretia odrodziła się, odpychając wroga poza własne granice.

— Co masz na myśli mówiąc „prawdziwej”? — zainteresował się żywo Avaret. — Czymże różni się stara Loretia od odrodzonej?

Jovan prychnął drwiąco, lecz to Neven zabrał się za objaśnienie całej sprawy. Jego głos był szorstki i niski.

— Nasza wolność jest jedynie pozorna. Przepędzając Azhgadczyków z naszego kraju zapomnieliśmy, by przepędzić także tych z nas, którzy byli ich pachołkami. A oni już wiedzieli, jak się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Rządzą nami skurwysyny, które w poprzednim życiu były oprawcami naszego ludu, dupki, które widząc naszą powstańczą ofensywę, stanęły po tej samej stronie, co my, lecz wcześniej przez setki lat ciemiężyły nas wraz z naszym wrogiem — przerwał na chwilę i uśmiechnął się pod nosem. — Znasz może Avarecie imię naszego króla?

Avaret uniósł brwi nieco zbity z tropu tym pytaniem. Zastanawiał się jakiś moment, lecz jedyne imiona, jakie kołatały się w jego głowie, należały do władców z zamierzchłych czasów. Zerknął na Ervilla, lecz po jego minie znać było, że również on ma problem z wymienieniem króla Loretii z imienia.

— Nie wiem — odparł w końcu.

Jovan walnął pięścią w stół.

— Ha! I nie dziwota! Wszak od wywalczenia wolności nie mieliśmy żadnego króla! Naszym krajem rządzi Wielka Rada, w której skład wchodzą sprzedawczyki i kolaboratorzy, ustanowiona jeszcze przed wybuchem powstania przez króla Azhgadu. Jej skład zmienia się co jakiś czas, lecz de facto rządzą stale ci sami ludzie. Każdy kandydat do Rady musi zostać wcześniej przez nią zaaprobowany. Kto się Radzie otwarcie sprzeciwia, a chciałby wejść w jej szeregi, często kończy żywot wskutek, nazwijmy to, „nieszczęśliwego wypadku”. Absurd, nieprawdaż?

— Nie wiedziałem, że aż tak u was źle…

— To jeszcze nic. Polityka Rady zmierza ku temu, by ponownie pozbawić nas wolności. Azhgad już zaciera ręce na myśl o ponownej aneksji. Przedstawiciele Rady oczywiście temu zaprzeczają, tłumacząc taką politykę „próbą odbudowania przyjaźni i poprawy wzajemnych stosunków”. Odbudowania przyjaźni? Jasna cholera, przecież Azhgad to nasz największy wróg, psia mać!

Avaret pokręcił głową. Poczuł coś, co nazwać by można pewnego rodzaju solidarnością, pomieszaną z dużą dozą gniewu. Początkowo zdziwił się, że wezbrało w nim to drugie uczucie, lecz prędko domyślił się przyczyny, a miała ona źródło właśnie w poczuciu solidarności. Mimowolnie wyobraził sobie swój kraj, zniewolony, słaby, obdarty z tradycji, o wymazanej historii i pozbawiony dumy. Zauważył, że jego dłonie mocno zaciskają się w pięści.

— Jeśli rzeczywiście tak się sprawy mają…. Jak to się jednak stało, że dopuściliście do pozostania Wielkiej Rady? Przecież ten chory twór winien być natychmiast po odzyskaniu wolności rozwiązany, a każdy kolaborant, jeśli nie powieszony, to już na pewno odsunięty od sprawowania jakiejkolwiek władzy…

— Za mało w życiu widziałeś, Avarecie — wtrącił się niespodziewanie Ervill. Mimo sporej ilości wypitego alkoholu, elf sprawiał wrażenie całkiem trzeźwego. — Tacy zawsze się uchowają i będą wiedzieć, jak przetrwać, jeśli się ich od razu nie chwyci za pysk. Będą się tłumaczyć, usprawiedliwiać, żądać dowodów, w końcu oskarżać o fałszywe pomówienia. Role się odwrócą, mordercy wystąpią w roli ofiar, domagający się sprawiedliwości w roli napastników. Niejeden zostanie bohaterem i autorytetem, mimo zbrodni, jakie popełnił. Fałsz, Avarecie, zakłamanie i manipulacja, to oręż, którym walczą. No, napijmy się — zakończył chwytając za kufel i osuszając go całkowicie. W ciszy, która zapanowała, każdy z jego słuchaczy rozmyślał nad wypowiedzianymi przezeń słowy.

— Nic dodać — rzekł Jovan, przerywając ją w końcu — nic ująć.

Zamówili jeszcze po kuflu piwa. Każdy z Loretańczyków uraczył się także pajdą chleba ze smalcem oraz laską kiełbasy, gdyż, jak tłumaczyli, dalsza droga do ojczyzny wymagać będzie od nich siły i wytrzymałości, a bez jedzenia cech takowych na pewno nie posiądą. Jedli, pili i w dalszym ciągu rozmawiali. Avaret robił się powoli senny. Siedzący obok niego Ervill pochrapywał już od jakiegoś czasu, dopóki nie został drastycznie wyrwany z objęć snu spadając z krzesła. Instynktownie dobył wtedy zatkniętego za pas sztyletu, przekonany że uległ jakiejś napaści, co wzbudziło wybuch śmiechu wśród wszystkich gości gospody. Jovan i Neven uznali to za znak do udania się na spoczynek. Odsunęli krzesła i powstali. Avaret poszedł za ich przykładem, by móc się z nimi pożegnać.

— Życzę wam dobrej nocy. I bezpiecznej podróży, oczywiście.

Loretańczycy, zamiast odpowiedzieć, spojrzeli jedynie po sobie i po krótkim zastanowieniu, jednocześnie skinęli porozumiewawczo głowami.

— Prawdę mówiąc — zaczął nieśmiało Jovan, przywołując na twarz serdeczny uśmiech — chcielibyśmy wam coś jeszcze pokazać.

Averat uniósł brwi w wyrazie zdziwienia.

— A cóż takiego?

— Jeśli pozwolisz, Avarecie i również ty, Ervillu, to prosiłbym, byście udali się wraz z nami w pewne miejsce. To niedaleko.

Robi się tajemniczo — pomyślał Avaret. Wzruszył jednak jedynie ramionami i skinął potwierdzająco głową.

Na zewnątrz było całkiem chłodno. Jovan bez zastanowienia powiódł ich w górę ulicy, przy której mieściła się gospoda „Pod Rogatym Jeleniem”, w całości zalanej mrokiem. Gdzieś w oddali usłyszeli wycie bitego psa. W zaułkach kręcili się wątpliwej reputacji obywatele Mostaru, których od rabunkowej napaści powstrzymywał noszony u boku przez Avareta miecz. Ervill co jakiś czas pozdrawiał ich kpiarskim tonem i uniesioną dłonią.

— Dokąd zmierzamy? — rzekł Avaret zrównując się z Jovanem. Uznał, że pora usłyszeć jakieś wyjaśnienia.

— Już niedaleko.

— Co chcesz nam pokazać?

Jovan nie odpowiedział od razu. Najemnik czekał jednak cierpliwie, wbijając w niego swój wzrok.

— Nie powiedzieliśmy wam jak dotąd nic o celu naszej podróży — odparł w końcu. — Nie zastanowiło cię to?

— Zastanowiło.

— Oczywiście. Nie jesteśmy sami, Avarecie, podróżujemy jeszcze z dwoma kompanami. Właśnie do nich zmierzamy.

— Dlaczego się rozdzieliliście?

Jovan uśmiechnął się.

— Ponieważ ktoś musiał zostać, by pilnować tego, co ze sobą wieziemy.

A co wieziecie? — zadał sobie w myślach pytanie Avaret, jednak nie wypowiedział go głośno, a postanowił zaczekać, aż Jovan sam zechce to zrobić.

— Nasze spotkanie nie było przypadkowe — ciągnął Loretańczyk. — Wcześniej usłyszeliśmy dużo dobrego o was od kupców, których karawanę doprowadziliście bezpiecznie do tego miasta. Wypytaliśmy o to i owo. W końcu zdecydowaliśmy się osobiście z wami porozmawiać — przerwał, rozglądnął się po otaczających ich budynkach, jak gdyby starając się w ten sposób przypomnieć dalszą drogę, po czym skręcił w wąską, niewybrukowaną uliczkę. Z tyłu Neven tłumaczył coś Ervillowi przyciszonym głosem. — Chcielibyśmy was wynająć.

Avaret rozciągnął wargi w szerokim, mimowolnym uśmiechu, przypominając sobie słowa Gorana o tym, że każda passa kiedyś się kończy.

— Wynająć — powtórzył, starając się odegnać od siebie poczucie rozbawienia. — To, że jesteśmy najemnikami i żyjemy z tego, że się nas wynajmuje, to rzecz powszechnie wiadoma i jeśli był w tym mieście ktoś, kto nie wiedział, czym się paramy, to wystarczyło, że przyszedł do gospody i posłuchał pijackich opowieści Ervilla o naszych barwnych przygodach i chwalebnych uczynkach. Po co więc te podchody?

Jego rozmówca zacisnął usta, nie zwalniając ani trochę kroku. Czoło pokryły mu bruzdy, świadcząc o wielkiej trosce i zaniepokojeniu, oczy zaświeciły się dziwnym blaskiem, co zdawało się współgrać z mimiką twarzy, dając wspólnie obraz wielce strapionego człowieka.

— Sprawa jest raczej z natury tych delikatnych… Nie chciałbym póki co nic więcej mówić.

Najemnik nie zadawał więcej pytań. Szli dalej w milczeniu, mijając po drodze piekarnię, zakład bednarza i stajnię, z której dobiegało co jakiś czas rżenie któregoś z koni. Za stajnią skręcała w lewo krótka uliczka, która doprowadziła ich do opuszczonego, drewnianego budynku, leżącego w głębi ogrodzonego zwalonym płotem podwórza. Budynek sprawiał wrażenie, jak gdyby w przeszłości również pełnił rolę stajni, jednak musiało to być bardzo dawno temu.

— To tutaj — odezwał się w końcu Loretańczyk. — Jesteśmy na miejscu. W środku czekają na nas nasi towarzysze.

Avaret przyjrzał się uważniej okolicy. Wszystko wokół sprawiało ponure, czy wręcz upiorne wrażenie, które potęgowane było rzecz jasna dodatkowo przez panujące ciemności. Blady blask księżyca i gwiazd padał na walające się po podwórzu resztki zniszczonych sprzętów, spośród których najbardziej wyróżniał się stary wóz, któremu brakowało jednego koła. Sam budynek chylił się lekko ku ziemi, a ziejące w jego ścianach liczne dziury sprawiały, że całość przywodziła na myśl jakąś szkaradę w obdartych łachach, wyciągającą pazury ku swojej ofierze. Avareta tknęło złe przeczucie, gdy mijał częściowo zwalony płot.

Wrota budynku stały otworem, w którym nie widać było nic, gdyż całe wnętrze skąpane było w mroku. Również najmniejszy szmer nie zdradzał niczyjej obecności.

— Dagonet! — Avaret usłyszał za plecami głos Jovana, u którego boku kroczyli Ervill i Neven. — Risk! Wróciliśmy!

Odpowiedziała mu głucha cisza. Avaret zerknął w jego stronę. Twarz Loretańczyka stężała w wyrazie zaniepokojenia, które zdawało się wzrastać proporcjonalnie do czasu upływającego od momentu oznajmienia powrotu. Najemnik złapał ostrożnie rękojeść miecza i wolnym krokiem począł zmierzać ku otwartym wrotom. Ervill ruszył jego śladem, nie pozwalając mu samemu podjąć ryzyka.

— O co w tym wszystkim chodzi? — szepnął skonsternowany elf. — Neven coś tam mi tłumaczył, ale mało go słuchałem…

— Chyba zaraz się czegoś dowiemy — odparł Avaret. Jego wzrok przemknął po ziemi tuż u wejścia do chylącego się budynku. Coś przykuło jego uwagę. Kucnął, by lepiej przyjrzeć się rzadkim kępkom pożółkłej trawy, którymi upstrzona była w tym miejscu ziemia.

— To krew — mruknął rozgarniając dłonią darń, tak cicho, że nawet elf dosłyszał to z trudem. Wyprostował się i ścisnął mocniej rękojeść miecza. Nawykł już do sytuacji, w których serce biło mocniej, a każdy z narządów zmysłu odbierał bodźce intensywniej, niż zwykle, by w ten sposób przeciwdziałać nadchodzącemu zagrożeniu. Dzięki Ervillowi nauczył się również stąpać ostrożnie i cicho niczym kot, bezszelestnie zbliżając się do celu. Nie było możliwości, by dał się zaskoczyć. Ruchy Ervilla również były pewne i przemyślane. Równocześnie przekroczyli próg stajni.

W środku nie czekało na nich nic, prócz mroku, w którym mogło kryć się wszystko.

— Co widzą oczy elfa? — szepnął Avaret. Ciemność skryła ironiczny uśmieszek, który wypełzł na jego twarzy.

— To samo co twoje, Avarecie. Bawi cię, że w obliczu ciemności jestem równie ułomny jak wy, ludzie?

— Nie.

— Akurat. Zazdrościcie nam wiecznej młodości, sokolego wzroku oraz lepszej przemiany materii. Każdy aspekt, w którym was nie przewyższamy, jest przez was mocno wykpiwany. Nie wiem skąd…

— Zamknij się — przerwał mu Avaret trącając go ramieniem. Skupił wzrok, który powoli przyzwyczajał się do ciemności panujących we wnętrzu stodoły, na czymś, co wystawało zza zgromadzonych przy jednej ze ścian beczek. Podszedł do nich, cały czas zachowując skupienie, a następnie obszedł tak, aby nie przesłaniały mu już widoku. Pochyliwszy się zdał sobie sprawę, że owe coś, które przykuło jego uwagę, to but. Jego wzrok podążył dalej, wzdłuż wyciągniętej nogi, bioder, klatki piersiowej i głowy, należących do mężczyzny w średnim wieku. Z tej ostatniej sterczała strzała, z miejsca zaś, w którym się znajdowała, w dalszym ciągu spływała posoka. Avaret dotknął skroni mężczyzny.

Jeszcze ciepła — pomyślał pocierając mokre palce.

— Zdaje się, że Jovan i Neven winni nam są solidne wyjaśnienia — usłyszał obok głos Ervilla. Elf kucał przy drugich zwłokach, leżących nieopodal, które Avaret dostrzegł dopiero teraz. — Coś tu się stało. I to dosłownie przed chwilą.

* * *

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

II

27 mar
 
Komentarze (13)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

I

03 mar
 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część VI

13 lut

Wracali. Przez zasnuwające niebo chmury przebijały się pierwsze promyki wschodzącego słońca, nadając ich pochodowi niemal symboliczne znaczenie. Avaret niósł na rękach ciało martwej Adelii. Garray był zbyt wyczerpany walką, by użyczyć im jeszcze ten jeden raz swej magicznej mocy, a Ervill przypomniał sobie o ranie, którą zadał mu Tabritan znacznie wcześniej, gdy złożyli wizytę Olafowi.

Więc on już nie wróci? — Ervill skierował wzrok w kierunku idącego po jego prawej stronie Garraya. — Pogoniliśmy go na dobre?

Nie wróci. To osoba Adelii wiązała go z tym światem. Jeśli ona nie żyje, Tabritan nie ma tu czego szukać. Dopóki nie przyzwie go ktoś inny.

Dopóki nie przyzwie go ktoś inny — powtórzył elf pogrążając się w zadumie.

* * *

Siedziba burmistrza miasta mieściła się na piętrze eleganckiego, zadbanego budynku wznoszącego się po południowej stronie rynku. Tordas Duben, który piastował to zacne stanowisko, spoglądał przez okno, przypatrując się krzątaninie, jaka zazwyczaj na nim panowała. Za jego plecami siedzieli Avaret i Ervill.

Wszystko, co właśnie usłyszałem, jest jak najbardziej niewiarygodne — rzekł powoli, z wielkim mozołem wypowiadając każde słowo. — Zdajecie sobie z tego sprawę?

Żaden z najemników nie odpowiedział.

Zapłatę oczywiście otrzymacie, nie bójcie się o to — podjął Tordas Duben nie doczekawszy się odpowiedzi. Odwrócił się w stronę rozmówców i skierował ku nim swoje spojrzenie. — Niemniej wersja, jaka zostanie oficjalnie przedstawiona, będzie się nieco różnić od tego, co raczyliście mi opowiedzieć. Ujmę to w ten sposób: żadnego demona nie było. Adelia była obłąkana i zabijała ludzi bez wyraźnej przyczyny. Wam udało się ją zdemaskować, lecz gdy próbowaliście przyprowadzić ją przed wymiar sprawiedliwości, wywiązała się walka, w wyniku której nieszczęśliwie zginęła. Co wy na to?

Ervill prychnął drwiąco.

W tym steku bzdur nie ma ziarenka prawdy — rzucił zniesmaczony Avaret. — Jakim sposobem dałaby radę zabić trójkę sprawnych mężczyzn, zadając im tak okrutne obrażenia?

Mało kto widział tak naprawdę te ciała, panie Avarecie. Ogłosi się, że wieści o zmasakrowanych zwłokach były jedynie plotkami. W rzeczywistości zaś zostali zaskoczeni bądź otruci.

To nie wszystko — Avaret wstał. — Adelia nie była obłąkana. Demon nie zabijał bez powodu. Olaf, gdy tylko wyzdrowieje, musi stanąć przed sądem. A wyrok powinien być surowy.

Tordas ponownie odwrócił się ku oknu, chowając ręce za plecami.

To miasto bardzo rozwinęło się w ostatnich latach panowie…— zaczął zawieszając na chwilę głos. — Widzicie, jaka piękna kostka pokrywa nasz rynek? Jaki wspaniały dzwon stoi na samym jego środku? Rozbrzmiewa tylko w razie pożaru, bądź wrogiej napaści, a jego dźwięk niesie się po całym mieście, zawiadamiając o niebezpieczeństwie wszystkich mieszkańców. O, a ta fontanna tuż obok niego? Daje każdemu ochłodę w upalne letnie dni — odwrócił się z powrotem ku najemnikom napotykając ich twarde spojrzenia.

Do czego zmierzasz? — spytał Avaret w głębi ducha domyślając się już przyczyny tej pozornie nic nie znaczącej dygresji.

Olaf wiele uczynił dla tego miasta. Nie ma już tej pozycji, co przed laty, interesy nie wiodą mu się już tak dobrze, jednak w dalszym ciągu pozostaje jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych obywateli.

Jednym słowem żadnego procesu nie będzie? — wycedził Avaret przez zaciśnięte usta.

Jednym słowem: nie.

* * *

Siedzieli przy karczemnym stole, racząc się słynną sletoborską wódką. Wewnątrz panowało wielkie ożywienie; strach i groza zniknęły z serc mieszkańców, w związku z czym atmosfera stała się dalece weselsza. Zewsząd słychać było śmiech i gromkie krzyki. Jedynie przy stole zajmowanym przez Avareta i Ervilla panowała cisza, czemu nie zdołała się przeciwstawić nawet niemal całkowicie osuszona butelka.

Wcześniej, tego samego dnia, Garray pożegnał się z nimi i odjechał na zachód.

Życie jest przewrotne, pełne niespodzianek, niesprawiedliwości i goryczy — rzekł im dosiadając konia. — Możemy robić, co w naszej mocy, by to zmienić, lecz nigdy nie zdołamy wszystkiego naprawić.

Również Arczi i Sonnet opuścili miasto. Arczi skwitował całą sytuację zwykłym „tak to już bywa”, Sonnet zaś jedynie wzruszył ramionami robiąc minę, która mówiła: „nic nie poradzisz”.

Na górze, nad ich głowami, Olaf walczył z zadanymi przez demona ranami. Jeśli udałoby mu się wygrać, będzie wiódł dalej spokojne życie poważanego mieszkańca. Avaret, cały czas bijąc się z myślami, łypnął na elfa siedzącego po drugiej stronie stołu. Ervill westchnął.

No dobra. Widzę, co zamierzasz — pomimo wypitego alkoholu zdawał się być poważnym, co zdarzało się mu wyjątkowo rzadko nawet na trzeźwo. Avaret zdążył poznać elfa na tyle, by domyślać się, że poza pajaca i lekkoducha jest, przynajmniej w jakiejś części, jedynie maską skrywającą rozgoryczenie, zawód i złość oraz pewien rodzaj tęsknoty za poprzednim życiem i daleką ojczyzną, z której został wypędzony. Maska była również swego rodzaju usprawiedliwieniem, w które sam elf po trosze wierzył, rozgrzeszającym go z przewinień wcześniejszych lat. Nadawała mu beztroski wygląd kogoś, kto pozornie o nic nie dba.

Jednak w rzeczywistości Ervill nie był do końca taki. W zatłoczonej karczmie, przy brudnym, krzywym stole, jego maska nieco się obsunęła, ukazując część jego prawdziwego oblicza. Wydawał się być zupełnie poważny.

Jasna cholera! — warknął zawiedziony. — Zawsze musisz taki być? Nie możesz nigdy odpuścić?

Avaret milczał. Powziął już decyzję i nie zamierzał od niej odchodzić. W końcu Ervill westchnął głośno, rozluźniając napięty kark. Dał za wygraną.

Będziemy musieli uciekać.

Będziemy musieli.

Znowu.

Avaret skinął głową. Elf nabrał powietrza i przygryzając wargę, pokręcił głową. W końcu podniósł się.

Idę przygotować konie. Zrób to szybko.

Avaret był pewien, że nikt z biesiadujących na dole ludzi nie zwrócił najmniejszej uwagi na wysokiego mężczyznę o jasnych włosach, wspinającego się po schodach na górne piętro. Gdy już się na nim znalazł, pchnął niezwłocznie drzwi, za którymi znajdowała się izba służąca obecnie Olafowi. Medyk odwiedził go wcześniej tego dnia i opatrzył jego rany, resztę pozostawiając, jak to ujął „sile wyższej”. Późnym wieczorem w pokoju nie powinien znajdować się nikt, prócz samego rannego. Avaret cicho zamknął za sobą drzwi i wolnym krokiem podszedł do łóżka.

Olaf spał. Jego oddech był nieregularny, na twarzy zaś malował się wyraz głębokiego cierpienia. Avaret pochylił się nad nim, by uczynić to, co zamierzał.

Po raz drugi cię zaskakuję, przyjacielu — usłyszał znajomy głos za plecami. Odwrócił się gwałtownie, całkowicie zaskoczony czyjąś obecnością. Z krzesła, stojącego przy ścianie tuż pod oknem, podniósł się mężczyzna, a gdy już się wyprostował, snop bladego, księżycowego światła, wdzierającego się przez okno, uczynił jego sylwetkę znajomą.

Garray — szepnął Avaret. Już miał spytać, jak się tu znalazł, skoro przecież wyjechał, jednak zreflektował się w porę.

Czarodzieje — pomyślał. — Co tu robisz?

Czekam na ciebie, oczywiście — uśmiechnął się przyjaźnie. — Spodziewałem się, że prędzej, czy później tu zaglądniesz. Raczej prędzej, nawiasem mówiąc, wszak masz silnie rozbudowane poczucie tego, co uważasz za słuszne, co raczej nie każe ci długo zwlekać z decyzją.

Istotnie — stwierdził lakonicznie mężczyzna, zastanawiając się, dokąd wiedzie ta dyskusja.

A decyzja, jaką podjąłeś, każe ci zabić Olafa.

Tym razem Avaret nie odpowiedział.

Nie uważasz, że nie nam decydować o życiu i śmierci innych? Że takie sprawy winniśmy zostawić losowi? Dalszemu biegowi wydarzeń? Świat nigdy nie będzie idealny, wiesz o tym dobrze.

Nie, nie będzie — odparł Avaret. — Nie będzie tym bardziej, jeśli zdecydujemy się pozostawiać pewne rzeczy, jak to ująłeś, biegowi wydarzeń. My decydujemy o tym, jaki jest ten świat. Jeśli ktoś swą zbrodnią zasłużył na śmierć, nie pozostaje nam nic innego, jak mu ją zadać. To nazywam sprawiedliwością. To jest sprawiedliwością. Jeśli tylko mamy taką możliwość, powinniśmy ją wymierzać. A ten człowiek, ponad wszelką wątpliwość, na nią zasłużył.

A siła wyższa? Wierzysz w jakąś?

Bogowie? Owszem, wierzę w jednego. Tego, który wszystko stworzył. I który na tym poprzestał, zostawiając całą resztę nam samym. Jesteśmy panami swojego losu, Garrayu. Jeśli ktoś ma wymierzać sprawiedliwość, to właśnie my.

Zatem zrób to.

Avaret drgnął, nieco zbity z tropu.

Co?

Zabij go. Po to tu wszak przyszedłeś.

Myślałem… Myślałem, że zamierzasz mnie przed tym właśnie powstrzymać…

Czarodziej pokręcił głową.

Nie, Avarecie, nie zamierzam. Pragnąłem tylko usłyszeć twoją argumentację czynu, jakiego zamierzasz się dopuścić. Chciałem się upewnić, że wiesz, co robisz. Że znajdujesz w tym sens. I upewniłem się. Lecz niejednokrotnie los płata nam figle przyjacielu i wyręcza nas w najmniej spodziewanym momencie.

Co masz na myśli?

Wsłuchaj się, Avarecie, w melodię ciszy wybrzmiewającą w tej izbie.

Avaret wytężył słuch. Nasłuchiwał i nasłuchiwał, jednak jego uszu nie dobiegał już żaden dźwięk.

Łącznie z nieregularnym oddechem Olafa. 

 

 

KONIEC

 

Jeśli się podobało, kliknij buttona po prawej :-)

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część V

19 sty

W okolicy było cicho i spokojnie. Dom Gawenów, wieńczący drogę wspinającą się do niego po całym wzgórzu, sprawiał wrażenie, jak gdyby jego mieszkańcy pogrążeni byli w błogim, niezmąconym niczym śnie. Avaret czuł się niemal jak włamywacz.

Dopiero, gdy stanęli na ganku, dostrzegli pierwszy symptom świadczący o tym, że coś może być nie tak. Drzwi wejściowe, miast być zaryglowane na cztery spusty, co jest zwyczajnym stanem rzeczy o tej porze, były lekko uchylone. Przez wąską szparę wydostawał się snop migającego światła, którego źródłem był najpewniej jakiś niezgaszony świecznik stojący gdzieś tuż za progiem.

Garray pchnął lekko drzwi, które odsłoniły przed nimi wnętrze domu. Tak, jak się domyślali, niedaleko od wejścia, na zbitej z ciemnego drewna komodzie, stał kaganek, na którym chaotycznie pełgał żółto-niebieski płomień. Weszli do środka stąpając ostrożnie.

Wnętrze oświetlał jedynie ów kaganek. Tańczący nań ogień był jedyną rzeczą, jaka się w tym wnętrzu ruszała. Cała trójka poczęła rozglądać się po nim omiatając wzrokiem muśnięte delikatnym blaskiem księżyca stoły, krzesła, schody wiodące na piętro oraz znajdujące się na nim balustrady.

Patrzcie! — rzucił Ervill przyciszonym głosem, wskazując coś palcem. Jakieś dziesięć stóp od progu, w ścianie po jego lewej ręce, znajdowało się wejście do piwnicy, odkryte przez otwarte na oścież drzwi. Garray złapał za kaganek i stawiając pierwszy krok na prowadzących do niej schodach, gestem dał znak Avaretowi i Ervilowi, by zeszli za nim. Kaganek dawał tak słabe światło, że byli w stanie spojrzeć nie dalej, niż dwa stopnie w przód. Zejście było dość strome, a do tego tak długie, że Avaret zaczął już myśleć, że wiedzie do samego piekła, gdy wtem dojrzał kolejną łunę bladego światła, wydostającą się z podziemnych czeluści. Z każdym schodem łuna stawała się wyrazistsza, aż w końcu dało się dostrzec wyłożoną kamieniem podłogę, leżącą u stóp schodów.

Piwnica była dość sporych rozmiarów, oświetlona całkiem nieźle wiszącymi na ścianach pochodniami. Jednak rzeczą, która od razu przykuła wzrok Avareta, było coś leżącego niemal na samym jej środku, coś wyglądające zupełnie jak…

To trup — rzekł beznamiętnie Ervill, obdarzony z całej trójki najlepszym wzrokiem. — Kolejny, którego możemy dopisać do rosnącej listy. Ciekaw jestem, kto tym razem.

Jako, że środek piwnicy był najsłabiej oświetlonym miejscem, elf przejął od czarodzieja kaganek i postąpił w kierunku leżącego nieruchomo ciała. Idący krok za nim Avaret, poczuł nagle pod stopami wilgoć. Spuściwszy wzrok w dół zdał sobie sprawę, że z ciała sączy się strużka krwi, która zdążyła już pokryć sporą część podłogi.

Znalazłszy się w bezpośrednim sąsiedztwie ofiary, Ervill przykucnął i przybliżył kaganek do jej twarzy.

Jasna cholera… — wymamrotał z niedowierzaniem. — To Katrina.

Kątem oka Avaret dojrzał za sobą sylwetkę Gararya, który stanął jak wryty.

To niemożliwe — rzekł z wyraźną nutą zdumienia w głosie. — Demon nie może wydostać się spod władzy tego, kto go przyzwał. Nie może go zabić.

Avaret spojrzał prosto w oczy czarodzieja. Przez jego głowę przewaliła się lawina myśli. Niektóre z nich zatrzymały się na chwilę. I sprawiły, że zaczął rozumieć.

Chyba, że… — zaczął wpatrując się cały czas w Garraya.

Od strony schodów dobiegł ich odgłos stawianych miękko kroków. Wszyscy, bez wyjątku, wbili wzrok w ich podstawę, na której malował się już cień schodzącej postaci.

Chyba że — podjął chłodny, metaliczny głos — to nie Katrina wezwała demona.

Najpierw ujrzeli drobne stopy, miękko i ostrożnie stąpające po każdym kolejnym stopniu. Wokół nóg, skrytych pod sięgającą kostek spódnicą, falował równie ciemny, jak ona materiał peleryny. Na koniec ukazała się głowa i mimo, że twarz skryta była pod kapturem, Avaret już wiedział.

Adelia — rzekł wbijając w nią wzrok swych błękitnych, przenikliwych oczu.

Dziewczyna uniosła ręce i odrzuciła z głowy kaptur, ukazując swoje ostre rysy i krwistoczerwone usta.

Ona? — rzucił niemało zaskoczony Ervill rozluźniając mięśnie po krótkiej chwili napięcia i prostując się. — Przecież to tylko służka… Dlaczego?

Adelia zacisnęła usta.

Ja głupcze. I właśnie dlatego, że byłam zwykłą służką, nikt mnie nie podejrzewał. Któż zwraca na kogoś takiego uwagę?

Ale dlaczego? — Garray przejął inicjatywę, przemawiając miękkim głosem, który z pewnością miał uspokoić dziewczynę. — Czym zawiniła ci czwórka byłych najemników, których na twój rozkaz zabił Tabritan? Czym zasłużyła sobie na twoją zemstę Katrina?

Avaret zerknął na czarodzieja.

Czwórka. No tak, Adelia nie wie, że udało nam się uratować Olafa. Wciąż żyje, a przynajmniej żył, gdy opuszczaliśmy karczmę. Przekonana o jego śmierci, nie spróbuje ponownie nasłać na niego demona. Tylko czy on sam nie wróci, by dokończyć dzieła? Niemniej lepiej nie wyprowadzać jej z błędu.

Spojrzał kątem oka na Ervilla obawiając się, że ten wszystko wypapla. Szczęśliwie jednak elf wyjątkowo zachował chłodną głowę i dalej stał niewzruszony z zaciśniętymi wargami

Katrina nie miała zginąć… Przynajmniej tego nie planowałam. Nakryła mnie tu dzisiaj, gdy odprawiałam rytuał. Zresztą od dawna się już domyślała.

A najemnicy? Musiałaś mieć powód, by ich zabić, inaczej nie udałoby ci się przyzwać Tabritana.

Adelia odrzuciła głowę do tyłu wybuchając głośnym, szaleńczym śmiechem, który wypełnił wnętrze piwnicy, odbijając się od jednej ściany do drugiej.

Najemnicy?! To nie byli żadni najemnicy, czarowniku, a zwykłe, podłe zbóje. Oczywiście, że miałam powód, by pragnąć ich krwi, by pożądać ich bolesnej i straszliwej śmierci. Nienawiść i chęć zemsty wypełniały mnie od stóp do głów odkąd skończyłam pięć lat. Odkąd poznałam całą czwórkę. Chcecie usłyszeć historię? Oto ona.

Gdzieś na górze trzasnęły drzwi, a wiatr, który się ze świstem przez nie wdarł, nie mógł być zwykłym wiatrem.

To Tabritan.

Mój ojciec był całkiem zamożnym kupcem — zaczęła Adelia, nie zwracając żadnej uwagi na łomot dobiegający z góry. — On, matka i ja mieszkaliśmy w Atarze, daleko stąd. Swoje wczesne dzieciństwo wspominam bardzo dobrze. Tak, to był szczęśliwy czas…

Zawiesiła na chwilę głos. W ciszy, która zaległa w ciemnej piwnicy, Avaret dosłyszał słaby odgłos kroków stawianych na wiodących do niej schodach, które ustały w momencie, gdy już spodziewał się ujrzeć tuż przy boku Adelii sylwetkę demona.

Jest tuż za jej plecami.

Kątem oka złowił, niespokojny ruch czarodzieja. Jego twarz zastygła w wyrazie wysokiego napięcia.

Razu pewnego, gdy liczyłam sobie zaledwie pięć lat, ojciec obwieścił mnie i mojej matce, że porzucamy tę dziurę, jaką był Atar. Że interesy idą na tyle dobrze, że najwyższy czas przeprowadzić się do pokaźniejszego miasta, do większej wygody i luksusów. W mieście takim, jak argumentował, jego działalność wkroczy na wyższy poziom rozwoju, co zapewni nam dostatni byt. Zarówno mnie, jak i matkę niezmiernie uradowała taka perspektywa. Nie powiem, żebyśmy w Atarze klepali biedę, ale widać było, że interes ojca, wcale już nieźle prosperujący, może dać jeszcze większe owoce, gdyby zapewnić mu odpowiednie środowisko. Krótko mówiąc, jakiś czas później byliśmy już gotowi, by osiedlić się w Markalcie. Ojciec wynajął wozy, na których zmieściły się nie tylko drogocenne dywany, którymi handlował, ale i cały nasz dobytek, wraz z oszczędnościami jego życia. Wiedząc, że w dalekiej drodze, jaka nas czekała, taka karawana może być łatwym łupem dla grasujących zbójów, zapewnił nam ochronę najemników.

Przerwała na chwilę. W miarę, jak zmierzała do końca wypowiedzi, jej oczy płonęły coraz bardziej, a łuna nienawiści, jaką łatwo można było w nich dostrzec sprawiła, że po plecach Avareta przeszedł dreszcz.

Najemnicy! — prychnęła pogardliwie wykrzywiając usta w upiornym grymasie. — Część z nich, owszem, była nimi… Ale ta czwórka? Wystarczyło ujechać kawałek drogi, a ujawniła się ich prawdziwa profesja.

Avaret dojrzał, że na twarzy czarodzieja malują się troska i zrozumienie. Oraz że już wie, jaki był finał tej przykrej historii. Sam powoli się już tego domyślał.

Trzeciej nocy — podjęła chłodno dziewczyna — poderżnęli gardła swym kompanom, gdy ci byli pogrążeni w śnie. Nie inaczej uczynili z moim ojcem, a nawet matką.

Widziałaś to na własne oczy — wtrącił spokojnie Garray. — Widziałaś, jak zabijają twoich rodziców.

Adelia zamyśliła się wyraźnie zaskoczona nutą zrozumienia, jaką odnalazła w głosie starego mężczyzny.

Tak — przyznała. Jej ton stał się inny, przynajmniej częściowo opuściły go chłód i nienawiść. — Patrzyłam bezradnie na ich śmierć, kryjąc się pod kocem, który naturalnie nie był dla mnie żadną osłoną. Patrzyłam i trzęsłam się ze strachu. A gdy rodzice leżeli już martwi, i ich krew wsiąkała w ziemię, zatrzęsłam się jeszcze bardziej. Bo cztery podłe kreatury, które dopiero co wyrżnęły swoich towarzyszy, wbiły wzrok swych plugawych oczu w kształt poruszający się pod kocem. Prędko mnie spod niego wygrzebali zanosząc się śmiechem. I popełnili błąd, którego pożałowali dopiero po wielu latach.

Puścili cię wolno — ton głosu Avareta był bardzo podobny do tego, jakim uprzednio odezwał się czarodziej.

Początkowo chcieli mnie zabić, jak resztę. Alram się jednak temu sprzeciwił. Nie widział w tym sensu stwierdzając, że nic im z mojej strony nie grozi. Oraz że zginę wśród bezkresnych równin, które nas otaczały. Reszta nie oponowała zbytnio, będąc już myślami przy łupach, jakie właśnie zdobyli. Zostawili mnie samą, lecz jakoś przeżyłam. Ku ich zgubie. Oraz — uśmiechnęła się pogardliwie — niemałemu zdziwieniu. Tak, wydaje mi się, że Olaf i Garath rozpoznali mnie, już po śmierci Alrama. Dodali dwa do dwóch i zdecydowali się uciekać. Niestety zbyt późno.

W piwnicy zaległa cisza. Avaret nie mógł się powstrzymać przed spojrzeniem na dziewczynę bardziej przychylnym okiem, pomimo czynów, jakich się dopuściła.

W końcu gdyby nie ta banda, jej życie potoczyłoby się w zgoła odmienny sposób, a ona sama stałaby się innym człowiekiem.

Myśli te rozbiegły się jednak nieco, gdy odezwał się Garray.

Los ciężko cię doświadczył Adelio, a czyn, jakiego dopuściły się te łotry rozbudziłby chęć odwetu i pragnienie sprawiedliwości w każdym człowieku. A ty byłaś zaledwie dzieckiem. Nie można mieć ci za złe tego, jaką nienawiścią pałałaś do oprawców twojej rodziny. Lecz twoja zemsta sięgnęła za daleko, pociągając za sobą niewinną ofiarę, jaką była Karina.

Usta Adelii rozbiegły się ukazując rząd białych zębów.

Katrina… Krzyczała jak zarzynana świnia, gdy podchodziłam do niej z nożem w ręku. Niewinna ofiara? Moi rodzice również nie byli niczemu winni.

W tym momencie stało się jasne, że pragnienie zemsty wypaliło w niej całą niewinność, nie pozostawiając żadnej cząstki dziecka, jakim kiedyś była. Człowiek, którym się urodziła, nie przeżył długo jej własnych rodziców. Avaret uniósł miecz do góry i postąpił w jej kierunku, oświetlany migotliwym blaskiem pochodni zawieszonych na ścianach. Ervill, niewiele się namyślając, podążył za przyjacielem.

Wtem Adelia zaniosła się szaleńczym śmiechem, a jej płaszcz załopotał wprawiony w ruch przez kształt, który obok niej przemknął. Coś rąbnęło Avareta w czoło tak, że na chwilę pociemniało mu przed oczami. Zauważywszy niespodziewany atak, Ervill doskoczył do niego najszybciej, jak mógł, zagradzając tym samym drogę Tabritanowi. Ciął na odlew, lecz demon zdążył uchronić się przed ciosem dobywając oręża i parując uderzenie. Elf nie pozwolił mu jednak przejść do ataku zadając kolejny cios, tym razem z góry, który jednak również napotkał na swej drodze szeroką szablę Tabritana. Seria pchnięć, parad i uników, jaką następnie między sobą wymienili, doprowadziła elfa pod samą ścianę. W tym momencie do walki włączył się Garray. Uniósł obie dłonie na wysokość klatki piersiowej odsuwając każdy z palców możliwie najdalej od sąsiadujących. Jego brwi zadrżały nim wypłynął z nich strumień bladoniebieskiego światła, godząc następnie w korpus demona. Moc, z jaką zaatakował czarodziej, odrzuciła go na kilka stóp w tył. Avaret wykorzystał sytuację, i dopadł demona, tnąc oburącz na odlew. Tabritan wydał z siebie krótki syk, gdy ostrze rozdzierało jego postrzępiony płaszcz. Z dziury nie wypłynęło jednak nic, co choć w najmniejszym stopniu mogłoby przypominać krew. Najemnik, nieco tym zaskoczony, wycofał się o dwa kroki. Powiódł wzrokiem po ścianach i kątach piwnicy.

Zniknęła! — zawołał do towarzyszy stojących za nim. — Adelia uciekła!

Istotnie, dziewczyna musiała wykorzystać zamieszanie, jakie zapanowało i umknąć niepostrzeżenie. W ferworze walki nikt nie zwrócił na to uwagi.

A to suka! — wrzasnął Ervill. Jego dłoń zacisnęła się silniej na mieczu, podczas gdy on sam zwinnym susem minął Tabritana, którego cięcie, mające zatrzymać elfa, okazało się o co najmniej pół oddechu spóźnione. Ervill dopadł schodów i przeskakując po dwa, trzy naraz, pomknął ku górze. Wściekły demon wydał z siebie charczący dźwięk, po czym, ignorując pozostałą na placu boju dwójkę, ruszył w ślad za elfem. Jego obute w czarną skórę stopy zdawały się nie dotykać podłoża, postrzępiona peleryna łopotała ocierając się o ściany ogradzające wąskie zejście do podziemi.

Kurwa mać! — zaklął soczyście Avaret, po czym skoczył ku schodom niemniej zwinnie, niż jego przyjaciel tuż przed momentem.

Kilka uderzeń serca później był już na zewnątrz. Ciemne chmury zasnuły księżyc, spuszczając na ziemię zasłonę mroku. Trudno było dostrzec cokolwiek w takich warunkach.

Jasna cholera! Gdzie oni są?

Garray, który stanął tuż za jego plecami, jak gdyby czytając mu w myślach, wyciągnął nad jego barkiem prawą rękę i złożył dłoń w taki sposób, że kciuk niemal stykał się z pozostałymi palcami tworząc niedomknięty okrąg. Spomiędzy palców wystrzeliła błyskawica, która oświetliła na krótki moment całe wzgórze. W tej samej chwili ich uszu dobiegł krzyk; w świetle błyskawicy dojrzeli Ervilla dopadającego Adelii. Kilka stóp nad jego głową unosił się Tabritan, zamierzając się na niego swą szablą.

Szybko! — warknął do czarodzieja. — Zrób coś, nim go zabije!

Sam, nie czekając na reakcję towarzysza, pomknął w kierunku walczących, wyciągając przed siebie długie nogi najszybciej, jak umiał.

Nie zdążę. Zrób coś, bo on go zabije!

Nagle coś, jakaś niewidzialna siła, przemknęło mu tuż nad głową podrywając do góry kilka kosmyków jasnych włosów. Ciągle biegnąc, uniósł nieco głowę. Nie dostrzegł zupełnie nic, jednak pół oddechu później coś ugodziło w Tabritana tak mocno, że nie wiadomo na jaką odległość odrzuciłaby go ta siła, gdyby na jego drodze nie stanął wysoki, stary modrzew. Demon przykleił się do niego na krótką chwilę, po czym zsunął bezwładnie w dół, wprawiając potrącane gałęzie w miarowy, falisty ruch. Ujrzawszy to, Ervill stracił na krótki moment koncentrację, wbijając w powalonego demona wzrok zdumionych oczu.

Ty idioto! — przeklął go w myślach Avaret nie zwalniając biegu.

Rysy Adelii wygięły się w chytrym grymasie. Jej dłoń sięgnęła pod płaszcz, dobywając ostrego, błyszczącego noża. Avaret zdał sobie sprawę, że widzi to wszystko, ponieważ kolejna błyskawica Garraya rozdarła niebo nad nimi. Lecz, podobnie jak poprzednia, musiała za chwilą zgasnąć. Próbował krzyknąć, lecz głos uwiązł mu w gardle. W jego głowie kołatała się tylko jedna myśl. Jedno rozwiązanie.

W gasnącym świetle błyskawicy odchylił za siebie dzierżony w dłoni miecz tak daleko, jak tylko mógł. Jego kości niemal zatrzeszczały, w napiętych mięśniach poczuł dojmujący ból. Nim ponownie zapanował całkowity mrok, zdążył cisnąć mieczem w kierunku Adelii.

Najpierw usłyszał krzyk. Potem charknięcie. A na końcu, gdy już był na tyle blisko, by ujrzeć swój własny miecz tkwiący w brzuchu konającej na rękach Ervilla dziewczyny, usłyszał jej cichy, urywany szloch.

To niesprawiedliwe… Niesprawiedliwe… — wyszeptała z najwyższym trudem, walcząc z wylewającą się z jej ust krwią. Nim dołączył do nich Garray, była już martwa. Po Tabritanie zaś nie został nawet ślad.

* * *

 

 

 

 

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część IV

16 gru

Biegli.

Miarowy odgłos podeszew uderzających o ubitą, wydeptaną wśród rosnącej trawy drogę, był jedyną melodią wybrzmiewającą pośród zupełnej ciszy. Avaret co i rusz unosił głowę ku bezgwiezdnemu niebu, nerwowo wyglądając potwora, który mógł powrócić w każdej chwili. Prawą ręką cały czas ściskał rękojeść znajdującego się w pochwie miecza, tak mocno, że zrobiła się śliska od potu. Musiał być w pełnej gotowości.

Tuż przed nim biegł Garray. Czarodziej, zaraz po tym, jak stwór odleciał, nie mówiąc wiele, obdarł rękawy swojej koszuli, by zacisnąć nimi najbardziej krwawiące na ciele Olafa rany. Powstawszy z kolan, wyciągnął rękę nad leżącym nieruchomo mężczyzną. Jego ciało uniosło się powoli do góry, pozostając cały czas sztywnym, a Garray ruszył truchtem w kierunku zabudowań, transportując tym sposobem Olafa u swego boku. Uprzednio rzucił towarzyszom komendę, nakazującą podążyć za nim. Zanim to uczynili, wyjawił im jedynie, że kierować się będą w kierunku karczmy, w której nocowali, by tam ukryć Olafa. Z przodu, przed Garrayem, pobiegł Ervill, który wyprzedził wszystkich, aby eskortowana ofiara nie znajdowała się zaraz z brzegu, wystawiona na atak.

Widział to już wcześniej — przypomniał sobie słowa Garraya Avaret. Zakapturzone straszydło, skrywające całą, prócz oczu, twarz w cieniu, obdarzone monstrualnie długimi pazurami i niemniej groźnym orężem.

Avaret, jak żył, nie słyszał o niczym podobnym. Sam widział już to i owo: spotkał już parę razy wilkołaka, kiedyś natknął się na ptaszora, pół człowieka, pół kruka, który był owocem klątwy rzuconej przez wiedźmę, wbił też drewniany kołek w serce pewnego wampira. Wszystko to jednak było czymś, o czym ludzie opowiadali, o czym słyszał od dziecka, czymś rzadkim, ale jednak występującym. Natomiast straszydło, z którym dopiero co miał do czynienia, było mu całkowicie obce.

Swoją drogą czarodziej potrafi jednak trochę więcej, niż proste, jarmarczne sztuczki — pomyślał. Poczuł się nieco pewniej ze świadomością, że biegnie przed nim tak potężny człowiek.

Nie zorientował się nawet, kiedy polna droga ustąpiła miejsca kamiennemu brukowi. Chwilę później otaczały ich już zniszczone, podrapane kamienice, leżące na skraju obszaru zabudowań. Droga, którą biegli, podążała prosto, jak okiem sięgnął, a karczma znajdowała się po jej prawej stronie, w odległości nie więcej, niż kilkuset jardów. Nim się obejrzał, stali już u jej progu. Ervill, jako, że znajdował się na czele, pchnął drzwi i wszedł jako pierwszy.

Wnętrze karczmy było prawie puste. Jedynie dwóch gości siedziało przy jednym ze stołów, znajdującym się bliżej lady, za którą stał gospodarz wycierający brudny kufel szmatą. Wbił w nich wzrok zaskoczonych oczu, jednak zanim zdążył zadać jakiekolwiek pytanie, przemknęli po schodach na wyższe piętro, gdzie znajdowały się ich izby. U ich szczytu, zaraz po lewej stronie, mieściła się ta należąca do Garraya. To właśnie do niej weszli.

Zamknijcie drzwi! — zakomenderował czarodziej, gdy już znaleźli się za jej progiem. Sam ostrożnie ułożył Olafa na swoim posłaniu. Ervill niezwłocznie wykonał jego polecenie.

Avaret zerknął przez okno, lecz nic nie przykuło jego uwagi.

Wydaje się, że przynajmniej teraz będzie tu bezpieczny — rzekł wskazując Olafa. Garray siedział na łóżku grzebiąc w swoim worku. — Możesz nas teraz oświecić? Co to było?

Czarodziej nie odpowiedział nic, jak gdyby w ogóle nie usłyszał pytania. W dalszym ciągu penetrował worek, o którym wcześniej Avaret przysiągłby, że jest właściwie pusty. Najemnik czekał cierpliwie na odpowiedź, świadom tego, że w końcu ją usłyszy. Garray mamrotał coś niezrozumiale pod nosem. W końcu znalazł w worku to, czego szukał; niewielką, szklaną, błękitno-przeźroczystą fiolkę, wypełnioną do połowy płynem. Złapał lewą ręką za usta Olafa rozchylając je, a prawą wlał w nie jej zawartość. Dopiero wtedy odsapnął głośno.

Zabezpieczyłem to miejsce zaklęciem — rzekł. — To coś nie znajdzie go tutaj tak szybko. Podałem mu też pewną miksturę, która powinna pomóc. Rany są bardzo groźne, ale być może uda się go uratować.

Avaret oparł się o ścianę zakładając ręce.

Wytłumacz nam teraz zatem, czym było to coś.

Tak!— wtrącił elf. Burza czarnych włosów wydostała się z opaski okalającej jego czoło, przesłaniając znaczną część twarzy. Jego ramię w dalszym ciągu krwawiło, jednak, podobnie jak większością rzeczy w swoim życiu, wcale się tym nie przejmował. — Jak żyję, nie widziałem czegoś takiego. Co to było? Dlaczego zaatakowało Olafa i zabiło pozostałych?

Garray usiadł na krześle stojącym tuż przy łóżku. Pochylił się, opierając łokcie na kolanach. Już miał coś powiedzieć, gdy usłyszeli głośny stukot stóp pokonujących schody prowadzące na piętro. Averet i Ervill złapali instynktownie za miecze. Drzwi otworzyły się gwałtownie, lecz nie ukazał się w nich upiór, a Arczi i Sonnet, obaj mocno zdyszani.

Nie żyje…! — wyrzucił z siebie wyższy z krasnoludów podpierając się na kolanach. Zarówno jego jak i Sonneta pokrywały kurz i brud świadczący o przebytej drodze. — Lothar nie żyje od przeszło pół roku.

Garray pokiwał głową, jak gdyby wszystko układało się w logiczną całość. Ervill złapał Arcziego za ramię i potrząsnął dość gwałtownie.

Nie żyje? Jak?

Krasnolud wziął parę głębszych oddechów zanim odpowiedział.

Zamordowany…! — wysapał w końcu — Lothar Kunst został brutalnie zamordowany. Do dzisiaj sprawy nie wyjaśniono.

Elf puścił jego ramię.

Więc mamy pewność — pomyślał Avaret przyglądając się to jednemu to drugiemu z przybyłych krasnoludów. W tym wszystkim nie było przypadku.

Jego umysł łaknął wiedzy. Chciał poznać prawdę o przyczynie i sprawcy zabójstw. Czuł wielką radość, gdy wszystko się zazębiało, gdy nabierało sensu i przejrzystości. Każdą z tajemnic, z którą się zetknął, rozkładał na czynniki pierwsze, dogłębnie analizując i próbując poskładać od nowa w logiczną całość. Różnił się w tym względzie od Ervilla, który często działał impulsywnie, niewiele się namyślając chwytał za miecz i w ten sposób starał się wyjaśnić większość nieporozumień. Teraz właśnie udało się ułożyć kilka z części układanki: zabójstwa z całą pewnością nie były przypadkowe.

A zaraz dowiem się czegoś więcej — przemknęło mu przez głowę, gdy zwrócił swój wzrok w kierunku Garraya.

Pora, bym wyjawił wam to, co już wiem — rzekł ten prostując się w krześle. Obok niego Ervill półszeptem zdawał krasnoludom relację z tego, co zaszło.

Stwór, który dopiero co starał się zamordować Olafa van Berga, nazywa się Tabritan… — zawiesił głos unosząc głowę i przebiegając wzrokiem po wszystkich zgromadzonych — … lecz potocznie nazywany jest demonem zemsty.

Zapadła chwila ciszy. Każdy starał się w myślach poskładać to, co usłyszał, by wysnuć jakiś wniosek.

A za co on się chce mścić, ten Tabritan? — Ervill przygryzł wargę i uniósł jedną z brwi. — Ci ludzie, których zabił, nie wyglądali na takich, którzy mogliby mu coś zrobić. No, chyba że jak był mały to mu coś… — urwał na chwilę drapiąc się po potylicy. — Choć z drugiej strony mały demon? Kto to widział…?

Sonnet parsknął śmiechem, Arczi, jak mógł, starał się go zdusić. Garray jedynie pokręcił głową.

Tabritan nie mści się dla zaspokojenia własnego pragnienia.

Avaret otworzył szerzej oczy.

Co to znaczy?

Ano to — podjął Garray — że działa na czyichś usługach. Widzicie, Tabritan jest demonem, którego może przyzwać jedynie ktoś bardzo mocno pragnący zemsty, za pomocą tajemnego rytuału. Człowiek, który tego dokona, staje się jego panem. Tabritan zabije każdą osobę, którą ten mu wskaże.

Ervill zagwizdał melodyjnie.

Jak możemy się więc dowiedzieć, kto to zrobił?

Czarodziej uśmiechnął się.

My już to wiemy.

Ty draniu — usta Avareta wygięły się lekko ku górze. Wszystko przejrzałeś, ale dopiero teraz nam to mówisz? Cóż, pewnie również w ten sposób, dozując odpowiednio informacje, budujesz swój wizerunek mędrca.

Kto to? — Arczi oderwał się od ściany, o którą cały czas się opierał, wyciągając przed siebie ręce, jak żebrak łaknący chleba. — Kto za tym stoi?

Osobą odpowiedzialną za zamordowanie Lothara Kunsta, Alrama Gawena i Garatha Magnusona jest nie kto inny, a Katrina Gawen, wdowa po Alramie.

Po raz drugi zapadła cisza. Przed oczami Avareta przewijały się wszystkie szczegóły, na które zwrócił uwagę w domu Katriny.

Coś musiało ją zdradzić, inaczej skąd Garray wiedziałby, że to ona…

Jesteś pewien? — zapytał w końcu zrezygnowany. — Dlaczego właśnie ona?

Cóż, pamiętacie może, że goszcząc w domu Gawenów, zwróciłem uwagę na pewien szczególny zapach. Zapytałem o niego Katrinę, jednak ta zbyła mnie dwoma słowami. Wtedy nie uznałem tego za ważne, jednak nie wiem dlaczego, zapach ten nie dawał mi spokoju. Teraz mam już pewność. Spotkałem się z nim wcześniej jedynie raz, wiele lat temu, właśnie wtedy, gdy po raz pierwszy miałem do czynienia z Tabritanem.

Nie powiem, żebym go jakoś specjalnie obwąchiwał, bo i nie było jak — wtrącił się Ervill — ale nie wyczułem od niego żadnego smrodu.

Garray znowu pokręcił głową, jak miał już w zwyczaju, gdy odzywał się elf.

Nie mówię o zapachu demona, a o unikalnej mieszaninie rzadkich ziół, które podczas spalania, co jest ważną częścią rytuału przyzywającego, wydzielają specyficzny aromat. Aromat ten unosił się w całym domu Gawenów, począwszy od progu.

Ervill rozdziawił usta i odchylił głowę do tyłu w geście zrozumienia.

Nagle Olaf wierzgnął gwałtownie na łóżku.

Pierrrrdolona… kurrwa — wycharczał wykrzywiając usta. Cały czas zdawał się być jednak nieprzytomny, jego powieki pozostawały zamknięte. Wszyscy zwrócili na niego uwagę swoich oczu. Olaf wygiął plecy w łuk, po brodzie pociekła mu ślina. — Mogłem ją zaaabić… — dodał jeszcze, po czym opadł na posłanie i znieruchomiał.

Cóż — odezwał się Ervill — chyba czas już zaprowadzić Katrinę przed wymiar sprawiedliwości. Nasz przyjaciel wyraźnie się tego dopomina. Nie zwlekajmy! Ruszajmy do niej od razu!

Tak jest! — Arczi uniósł pięść do góry. — Ruszajmy!

Chwileczkę panowie — Garray stonował ich zapał wyciągając przed siebie prawą dłoń. — Nie zapominajmy o Tabritanie. Co prawda obłożyłem ten pokój zaklęciem ochronnym, ale myślę, że dodatkowa protekcja Olafowi na pewno nie zaszkodzi — skierował swój wzrok ku obu krasnoludom. — Zostańcie tutaj i nie odstępujcie łoża rannego. Na wszelki wypadek. My w tym czasie złożymy ponowną wizytę wdowie Gawen.

Arczi i Sonnet, choć niechętnie, przystali na ten pomysł.

* * *

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część III

29 paź

Stojąc pośrodku ulicy, Avaret żegnał wzrokiem oddalających się z dużą prędkością Arcziego i Sonneta, którzy dosiadali najszybszych koni, jakie mogli opanować. Ich niski wzrost zdecydowanie nie sprzyjał jechaniu cwałem, trzeba jednak przyznać, że radzili sobie wcale dzielnie.

Zaraz po tym, jak wrócili do gospody, najemnik przypomniał sobie słowa wyższego z krasnoludów, który zadeklarował chęć pomocy, gdyby była ona potrzebna. Prędko zrodził się pomysł, by wysłać obu w drogę do Povet, aby tam odnaleźli Lothara Kunsta i zaczerpnęli nieco wiedzy na temat dawnej działalności jego oraz jego zmarłych towarzyszy. Do Povet było pół dnia drogi, i drugie tyle z powrotem, Avaret obiecał jednak krasnoludom, że jeśli wrócą przed północą, dostaną nieco wyższą prowizję od nagrody ufundowanej dla nich przez burmistrza.

Kiedy zniknęli z zasięgu jego wzroku, odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem w kierunku gospody, w której czekali na niego Ervill oraz Garray. Zarówno po jego prawej, jak i lewej ręce, stały rozstawione liczne kramy, przy których stali kupcy, oferując przechodzącym ludziom wszelkiego rodzaju towary, począwszy od warzyw i owoców, a na biżuterii skończywszy. Avaret przyglądał się od niechcenia klientom przechodzącym od jednego straganu do drugiego, gdy wtem ujrzał znajomą twarz. Młoda dziewczyna, o kruczoczarnych włosach, pochylała się nad stoiskiem oferującym, z tego, co dojrzał, różnej maści przyprawy. W prawej ręce dzierżyła wiklinowy kosz wypełniony już innymi zakupami. Dopiero po chwili skojarzył, skąd zna tę twarz; niewątpliwie stała przed nim służąca Katriny Gawen, którą poznał przelotnie ledwie kilka godzin wcześniej. Zastanowił się moment. Może ona zdoła wyjawić mu jakiś fakt istotny dla sprawy, pominięty wcześniej, świadomie, lub nie, przez jej panią? Przybrał serdeczną minę i skierował swoje kroki w kierunku młodej służącej.

Znów się spotykamy — rzucił stając obok, lecz nie patrząc w jej kierunku. Udał zainteresowanie stosem jabłek piętrzącym się w skrzyni tuż przed nim.

Dziewczyna uniosła powoli wzrok. W jej oczach Avaret dostrzegł to samo, co przy pierwszym spotkaniu: chłód i dystans.

Zdaje się, że nie poznałaś wcześniej mego imienia. Jestem Avaret. Staram się pomóc w sprawie morderstwa twojego chlebodawcy.

Wiem, czym się zajmujesz — odparła. Avaret zastanowił się, co jest bardziej oziębłe, jej wzrok czy głos. — Zapewne myślisz, że podczas niewinnej rozmowy, którą starasz się właśnie zawiązać, wyjawię ci mimochodem jakiś szczegół, który pomoże w rozwikłaniu tej tajemnicy. Mam rację?

Avaret, nie wiedząc, co odrzec, uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi.

Niestety, nie będę mogła ci pomóc. Nie wiem o niczym szczególny, jedynie to, co powiedziała wam już Katrina. Wypełniam swoje obowiązki i nic więcej.

Obróciła się na pięcie i ruszyła wolnym krokiem w kierunku posesji Gawenów. Averet podbiegł, by się z nią zrównać.

Jak ci się u nich pracuje? To znaczy teraz u niej… U Katriny.

Jestem zadowolona — jej twarz pozostawała sztywna, jedynie krwistoczerwone usta się poruszały. — Niedługo minie pół roku, odkąd mnie przyjęli. Pracuje mi się dobrze, a Katrina docenia włożony przeze mnie trud.

Najemnik wbił wzrok w ziemię, zastanawiając się, o co mógłby spytać. Dziewczyna wyraźnie nie była skora do dyskusji, co nieco zbiło go z pantałyku i utrudniło myślenie.

Nie trudź się, Avarecie. Niczego szczególnego się ode mnie nie dowiesz. Szkoda twojego, jak i mojego czasu na niewinne, jak to planowałeś, pogaduchy o niczym — odbiła w boczną uliczkę biegnącą pomiędzy podniszczonymi kamienicami. Avaret przystanął, zagryzając dolną wargę.

Przy okazji, bo nawet tego nie potrafiłeś się dowiedzieć — krzyknęła już z pewnej odległości, nie odwracając głowy — jestem Adelia, rycerzu.

* * *

Ervill i Garray siedzieli przy stole znajdującym się w jednym z kątów karczmy. Na dnie kufla, który elf dzierżył w dłoni, znajdowało się jeszcze kilka łyków złocistego piwa. Dwa identyczne, z tym, że już całkiem puste, stojące na stole przed nim, zasłaniały w pewnym stopniu jego oblicze. Czarodziej spoczywał na krześle z prawą stopą opartą na lewym kolanie, pocierając palcami krótko przystrzyżoną, siwą brodę. Gdy tylko ujrzał Avareta, podniósł się. Ervill również zareagował, witając przyjaciela głośnym beknięciem.

Odjechali — poinformował ich Avaret, mając oczywiście na myśli dwójkę krasnoludów. — Wygląda na to, że całkiem nieźle radzą sobie w siodle. Myślę, że ujrzymy ich jeszcze dziś przed północą.

Garray skinął głową, po czym obaj zasiedli przy stole.

Co dalej? — spytał Ervill.

Garray zadumał się.

Może najpierw ustalmy, czego się dowiedzieliśmy. Po pierwsze: mamy na pewno dwie ofiary, zamordowane w brutalny, praktycznie identyczny sposób. Niepodobna nie połączyć obu morderstw. Po drugie: wiemy, że obaj jegomoście znali się od dłuższego czasu. Czy to przypadek? Może tak, może nie. Właśnie żeby się tego dowiedzieć, nasze zaprzyjaźnione krasnoludy wyruszyły z wizytą do pobliskiego Povet, by odnaleźć Lothara Kunsta. Garath nie miał rodziny, a wdowę po Alramie już odwiedziliśmy.

Myślę, że to jak na razie jedyny słuszny trop, jakiego powinniśmy się trzymać — wtrącił żywo Avaret. — Dlatego wiecie co? Najwyższa pora złożyć wizytę Olafowi van Bergowi.

* * *

Zaczynało już zmierzchać, gdy dotarli do posesji Olafa van Berga. Jego dom był zgoła inny od tego Gawenów; znacznie mniejszy, zniszczony i zaniedbany. Znajdował się nieco na uboczu miasta. Najwyraźniej interesy jego właściciela szły nieporównywalnie gorzej od tych prowadzonych przez jego zmarłego znajomego.

Avaret załomotał trzykrotnie prawą pięścią o podrapane drzwi wejściowe. Odczekali kilka chwil, w ciągu których jednak drzwi dalej pozostały zamknięte. Wymienili krótkie, porozumiewawcze spojrzenia, po czym Avaret nacisnął wyblakłą, mosiężną klamkę, a cała trójka przekroczyła próg i znalazła się w zagraconym, słabo oświetlonym wnętrzu budynku.

Spójrzcie — rzucił Ervill rozglądając się wokół. — Ptaszyna wyfruwa z gniazda….

Przy ścianach, które ich otaczały, stało, z tego co naliczyli, sześć wielkich, drewnianych kufrów. Niektóre z nich były otwarte, toteż dało się dostrzec, że wypełnione są dobytkiem, jaki człowiek potrafi zgromadzić przez lata: ubraniami, sztućcami, talerzami czy pościelami.

Myślę, że można to będzie uznać za kolejny dowód… — Garray wypowiadał słowa powoli, ciągle rozglądając się wokół. Jego uwagę przykuł jakiś ruch w sąsiednim pomieszczeniu, nieoddzielonym żadnymi drzwiami. Skinął głową towarzyszom, równocześnie podnosząc palec wskazujący do ust. Ruszyli w tamtym kierunku, stąpając ostrożnie na paluszkach, próbując nie uczynić żadnego hałasu, w której to sztuce normalnie mistrzem był Ervill, teraz jednak, po wypiciu kilku piw, nie prezentował się wcale najlepiej.

Po krótkiej chwili dostrzegli to, co spowodowało ruch zauważony przez czarodzieja; w jednym z kątów kucał, plecami do nich, siwiejący, długowłosy mężczyzna. Z tego, co dało się widzieć, zajęty był pakowaniem kolejnego kufra. Nieco dalej, po prawej stronie nad jego głową, znajdowało się dość obszerne okno, jednak tak brudne i pokryte pajęczynami, że nie wpuszczało ani odrobiny zachodzącego słońca. Sam pokój był właściwie pusty, nie licząc jednego kredensu, stojącego przy przeciwległej ścianie.

Dzień dobry — rzekł zwyczajnie Garray.

Olaf podskoczył na dźwięk jego głosu. Odwrócił się gwałtownie, wbijając w nich wzrok przerażonych, przekrwionych oczu. Miał krzywy, zapewne parokrotnie złamany w przeszłości nos, a jego twarz pokrywał co najmniej tygodniowy, niechlujny zarost.

Nie zabijajcie mnie, błagam! Błagaaaaam! To nie ja…! To oni!

Avaret uniósł brwi z zaskoczenia, podczas gdy Olaf zawył i zaczął łkać.

Chłopie, chyba nas z kimś… — próbował mu przerwać zdezorientowany Ervill. Garray wyciągnął rękę, próbując uspokoić przerażonego mężczyznę, jednak tamten nie ustawał w błaganiach.

Przysięgam, że tego nie chciałem! — krzyknął padając na kolana i splatając dłonie w geście błagania o litość. — To oni mnie namówili…! Oni…!

Avaret podszedł do klęczącego mężczyzny, złapał go za podarte łachy, w jakie był odziany, podniósł stawiając na nogi i potrząsnął nim tak, że ten omal nie rozbił sobie głowy uderzając o ścianę. To najwidoczniej wyrwało go z amoku, w jaki wpadł ujrzawszy trójkę niespodziewanych gości.

Słuchaj uważnie! — warknął mu Avaret prosto w twarz. — Nie przyszliśmy tu, żeby cię zabić, wręcz przeciwnie. Pomyliłeś nas z kimś. A teraz — puścił go i odstąpił na odległość jednego kroku — z chęcią usłyszę, z kim.

Olaf stał z rozdziawioną gębą, plecami opierając się o ścianę. Minęła jeszcze chwila, zanim się odezwał.

Nie przyszliście mnie zabić…?

Ervill odrzucił głowę gwałtownie w tył, wypuszczając z głośnym świstem powietrze.

Nie, ale jesteś na dobrej drodze do tego, żeby to się zmieniło.

Więc kim jesteście? Po co tu przyszliście?

Żeby zadać kilka pytań — Garray przejął inicjatywę — a nie na nie odpowiadać. — Powtórzę więc to postawione przez mojego kompana: z kim nas pomyliłeś?

Olaf wyraźnie zaczął odzyskiwać pewność siebie, kiedy już jasne stało się, że, przynajmniej w tym momencie, nie grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Rysy jego twarzy rozluźniły się, po czym znowu powykrzywiały, tym razem w grymasie złości.

To ja powtórzę swoje pytanie!— warknął. — Kim jesteście? Jakim prawem naruszacie teren mojej posesji? Nie przypominam sobie, żebym was zapraszał.

Garray uśmiechnął się w taki sposób, że już ten jeden gest sprawił, ze Olafowi zrzedła nieco mina.

Drogi przyjacielu — zaczął — możesz oczywiście nas stąd wyrzucić, nie odpowiadając na żadne z naszych pytań i czekać dalej na niemiłego gościa, którego tak się lękasz. Albo możesz nam powiedzieć wszystko, co wiesz, a my już postaramy się ci pomóc. Nawiasem mówiąc — schylił się przytykając prawą dłoń do lewego kącika ust tak, jakby chciał powiedzieć coś Olafowi w sekrecie — tym się właśnie zajmujemy. Usiłujemy schwytać tego, którego wizyty się obawiasz.

Olaf zaniemówił na chwilę, próbując odnaleźć się w sytuacji. Avaret zerknął przez zabrudzone okno. Nie wiedzieć kiedy, na zewnątrz zapadła już całkiem noc, ciemna i bezgwiezdna, cicha, lecz napełniająca niepokojem. Jedynie blask księżyca wyróżniał się pośród czarnej szaty, która zakryła niebo, oświetlając mknące po nim, skłębione chmury. Avaret stał jak zahipnotyzowany, gapiąc się bezmyślnie, gdy nagle przepływające obłoki nabrały gwałtownego rozpędu, zupełnie, jak gdyby pchnął je bardzo mocny, porywisty wiatr. Najemnik spuścił wzrok nieco w dół, w kierunku drzew okalających domostwo Olafa i dostrzegł, że również nimi targa wicher.

Coś tu jest nie tak — pomyślał.

Niespodziewanie okno, przy którym stali, otworzyło się do wewnątrz, a podmuch, który się przez nie wdarł, uniósł w górę zasłony, które poczęły falować, sięgając swoimi końcami daleko w głąb pokoju.

Co do…? — wyrzucił z siebie Olaf. Chwilę później jego oczy rozszerzyły się ze strachu.

Avaret zwrócił swój wzrok z powrotem w stronę okna. Dojrzał to, co sprawiło, że oczy Olafa przybrały rozmiary dojrzałych jabłek. I zamarł na moment. W skąpym blasku księżyca ukazał się czarny kształt, niby cień sunący po niebie, który pikował z ogromną szybkością prosto w otwór, utworzony przez otwarte okiennice. Najemnik chwycił odruchowo za miecz, lecz zdążył go wysunąć z pochwy jedynie do połowy, gdy cień wpadł w niego z ogromnym impetem, odrzucając kilka stóp w tył. Odzyskawszy równowagę, dojrzał Ervilla stojącego w pozycji bojowej, z mieczem trzymanym oburącz, wymierzonym, przed siebie oraz Olafa, kryjącego się za plecami sposępniałego Garraya. Obrócił lekko głowę.

Stwór stał nieruchomo pośrodku przestronnego pokoju. Odziany był w szary, postrzępiony kaftan, wyposażony w kaptur, skrywający twarz w mroku. Jedyne, co dało się na niej dostrzec, to dwa płomienie w miejscu oczu, zupełnie, jakby jego czaszkę wypełniał ogień, znajdujący ujście w miejscu pustych oczodołów. Jego ręce były długie i chude, zakończone szpetnymi i zapewne bardzo ostrymi szponami. U pasa nosił broń, nie był to jednak miecz, a szabla o niezwykle szerokim ostrzu. Z barków, prawie ku samej podłodze, spływała peleryna w identycznym kolorze, co postrzępiony kaftan, co najmniej równie zniszczona, jak on.

Stwór uniósł z wolna prawą rękę aż do pozycji poziomej, równocześnie wysuwając z dłoni szpon odpowiadający palcowi wskazującemu.

On przyszedł po ciebie, mój przyjacielu — wyszeptał spokojnie Garray wlepiając wzrok w wyciągnięty pazur. Olaf złapał się kurczowo jego pleców, drżąc jeszcze bardziej z przerażenia.

Tknij go — wysyczał Ervill w kierunku straszydła— a sprawię, że dzieci będą się ciebie bać jeszcze bardziej.

Peleryna załopotała, gdy stwór, błyskawicznym ruchem, skoczył ku elfowi. Widząc to, Avaret, niewiele się namyślając, rzucił się na pomoc przyjacielowi. Jednak poczwara bezbłędnie odczytała jego intencje, atakując go długimi, zakrzywionymi pazurami. Mężczyzna odskoczył, kątem oka dostrzegając krew broczącą z lewego ramienia Ervilla. Wylądowawszy kilka kroków dalej, usłyszał czarodzieja, gromkim głosem wypowiadającego jakieś nic nie mówiące mu słowa. Niewidzialna siła odrzuciła poczwarę w tył, jednak nie na tyle mocno, by uczynić jej jakąkolwiek krzywdę. Korzystając z sytuacji, Avaret i Ervill runęli na nią z wyciągniętymi mieczami, lecz nim zdążyli zadać ciosy, ta trzymała już w ręce swą zakrzywioną szablę. Odparła ich atak z łatwością odbijając jednym, silnym, ruchem zarówno jedno, jak i drugie cięcie. Gestem uczynionym drugą ręką cisnęła nimi w kierunku ściany i odwróciła się twarzą do czarodzieja. Garray wyciągnął przed siebie obie ręce i to zginając, to prostując palce, recytował zaklęcia. Stwór jednak musiał być również obdarzony sporą magiczną mocą, gdyż, czyniąc podobne gesty, dawał wyraźny odpór czarom przeciwnika.

Tymczasem Avaret, pozbierawszy się po zadanym ciosie, dostrzegł, że w całym zamieszaniu, zniknął gdzieś Olaf. Stwór również musiał to zauważyć, gdyż nagle zerwał magiczną więź, jaka wytworzyła się między nim, a czarodziejem i wyskoczył przez okno, prosto w ciemną, bezgwiezdną noc.

Za nim! — zawołał Avaret, po czym, jednym, długim susem dopadł okna.

Ujrzał Olafa, biegnącego niezgrabnie w kierunku pobliskiego lasu oraz cień, sunący nad nim w powietrzu, który lada chwila miał go dopaść. Rzucił się do biegu, kątem oka dostrzegając podążającego w ślad za nim Ervilla.

Zostaw go! — krzyknął boleśnie świadom tego, że nie zdąży. Straszydło znalazło się tuż nad głową biednego Olafa, po czym, gwałtownie zmieniając kierunek lotu, opadło na nieszczęśnika. Olaf zawył przeraźliwie, gdy stwór zaczął szarpać go pazurami, rozdzierając skórę i niszcząc ubranie. Avaret był już dosłownie dwa kroki od nich, gdy usłyszał, daleko za sobą, potężny głos Garraya. Stwór, jakby rażony piorunem, wygiął nienaturalnie plecy, unosząc się znad pokiereszowanego ciała ofiary, po czym syknął przenikliwie i wzbił się w powietrze z szybkością kogoś, kto odejmuje palec od wrzącej wody. Zawisł na chwilę jakieś dwadzieścia stóp nad ziemia. Garray wykrzyczał kolejne zaklęcie, a straszydło umknęło, wtapiając się w czarny całun zakrywający niebo. Avaret przyklęknął przy nieprzytomnym Olafie.

Żyje! — ryknął słysząc płytki oddech rannego.

Garray dopadł ich zdyszany.

Zabieramy go stąd czym prędzej! Zanim on powróci!

Co to do cholery było? — wrzasnął Ervill. — Wiesz czarodzieju? Widziałeś kiedyś w życiu takie kurestwo?

Avaret zauważył, że oczy klęczącego nad Olafem czarodzieja, zaświeciły blaskiem intensywniejszym od tego, który dawał tej nocy księżyc.

Owszem. Widziałem.

* * *

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część II

28 sie

Avaret zbudził się. Zamrugał oczami, podniósł się do pozycji siedzącej i porządnie przeciągnął. Na posłaniu obok, obrócony na prawy bok, z nosem prawie przystawionym do ściany, głośno pochrapywał Ervill. Obaj znajdowali się w pokoju gościnnym karczmy, usytuowanym na piętrze. Z jedynego znajdującego się w pomieszczeniu okna rozpościerał się widok na główną ulicę miasteczka, przy której znajdowało się wejście do gospody. Sam pokój był słabo umeblowany; oprócz dwóch wąskich łóżek znajdowała się w nim jedynie mała, stara komoda.

Najemnik ostrożnie, by nie obudzić towarzysza, wstał z łóżka i stąpając powoli, podszedł do okna. Dzień dopiero wstawał, nie słychać było jeszcze żadnego zgiełku na ulicach miasta. Avaret podrapał się po nieogolonej brodzie, przypominając sobie równocześnie wydarzenia minionej nocy.

Po wstępnych oględzinach miejsca zbrodni, jakich dokonali, nikt z miejscowych nie pokwapił się, by odnieść ciało denata do kostnicy. Koniec końców musiał się tym zająć on sam, oczywiście przy pomocy Ervilla. Szczęściem kostnica nie znajdowała się daleko, toteż przeniesienie zwłok nie zajęło im dużo czasu, ani nie kosztowało utraty wielu sił. Obudzono zarządcę, poinformowano o zaistniałej sytuacji i pozostawiono nieboszczyka jego opiece. Mężczyzna w pierwszej chwili wybałuszył oczy, jednak po krótkim szoku doszedł do siebie i zajął się swoimi obowiązkami. Widocznie poprzedni trup oswoił go z podobnym widokiem.

Wieść o kolejnym morderstwie rozniosła się w tempie błyskawicy. Opuszczając kostnicę spotkali, na schodach prowadzących w kierunku jej drzwi, jegomościa, który okazał się być burmistrzem Sletoboru. Musiał zostać wyrwany ze snu, gdyż spod długiego płaszcza, w który był ubrany, wyzierała koszula nocna. Jego głowę ponadto zdobiła biała czapka zakończoną pomponem, w jakiej zwykli spać mężczyźni o jego statusie. Towarzyszyło mu dwóch drabów uzbrojonych w halabardy, ubranych w uniformy straży miejskiej. Burmistrz niemal na kolanach błagał ich, by zajęli się sprawą morderstw, lamentował, że straż miejska jest bezradna, a na ulicach powinno być bezpiecznie. Uspokoili go obiecując, że z samego rana przystąpią do rozwikłania tajemnicy okrutnych zabójstw oraz poczynią wszelkie kroki w kierunku ujęcia sprawcy.

Chyba czas wstawać… — usłyszał za swoimi plecami głos elfa, który najwyraźniej przebudził się już i jął niechętnie podnosić z łóżka. — Jak myślisz, przyniosą śniadanie do łóżka? Jest to wliczone w cenę? Eeee, chyba nie… No ale czego się spodziewać za pięć miedziaków…

Boję się, że słusznie rozumujesz — odparł Avaret, uśmiechając się na widok rozespanego przyjaciela. — Chyba będziemy musieli zejść na dół. Po śniadaniu bierzemy się do roboty.

Tylko robota mu w głowie — mruknął Ervill tłumiąc pięścią ziewnięcie. Wstał, podciągnął spodnie i ruszył za towarzyszem, który znikał już za drzwiami.

Zeszli po schodach w dół. Tylko jeden stół na sali był zajęty.

Czołem towarzyszu! — rzucił elf w jego kierunku. Mężczyzna zasiadający przy nim podniósł głowę znad spożywanej jajecznicy i odpowiedział na powitanie. Było w jego wyglądzie coś znajomego…

Garray…? — zapytał niepewnie Avaret.

Nie pomylił się. Czarodziej wyglądał na znacznie młodszego niż dotychczas. Przystrzygł brodę oraz włosy, które dodatkowo uczesał, ubrał się w nowy, schludny strój. Jedynie uśmiech pozostawał ten sam.

Tak, to istotnie ja, przyjaciele. Zapraszam do mego stołu.

Zaszczycenim cny panie! — odparł Ervill sarkastycznie, składając elegancki ukłon. Garray machnął na niego ręką mrucząc coś o idiotach i imbecylach.

Zasiedli naprzeciw czarodzieja. Po chwili, poszedłszy w jego ślady, zajadali się jajecznicą, przyrządzoną z niemałym kunsztem kulinarnym, przez karczmarza. Ervill dodatkowo raczył się piwem, nie czując żadnego skrępowania wczesną porą.

Dowiedziałem się tego i owego — zaczął Garray, który właśnie skończył swoją porcję. — Udało się ustalić tożsamość nieszczęśnika, któregośmy wczoraj znaleźli. Nielicho przyczynił się do tego pewien dokument, który znaleziono w jego kieszeni. Dokument ów był umową sprzedaży jego domu i zawierał, jak się pewnie domyślacie, jego podpis. Denat zwie się, przepraszam, zwał się, jeszcze do całkiem niedawna zresztą, Garath Magnuson i prawdopodobnie właśnie opuszczał miasto. Co się zaś tyczy pierwszej ofiary, to wiadomo, że był nią Alram Gawen.

Zastanawia mnie ten Magnuson… — Avaret zmrużył błękitne oczy. — Myślisz, że to przypadek, że akurat teraz sprzedawał dom? Czy może śmierć tego Gawena była dla niego z jakiegoś powodu sygnałem ostrzegawczym?

Na pewno warto to sprawdzić. Zaczniemy od ustalenia, czy obie ofiary coś łączyło. To może rozjaśnić nieco całą sprawę.

Ervill beknął głośno.

W takim wypadku wszystko może stać się jeszcze bardziej skomplikowane, panowie detektywi — wtrącił. — Znaczyłoby to niechybnie, że nie mamy do czynienia z bezrozumnym potworem, lecz wyrachowanym zabójcą.

Który jednak morduje swoje ofiary z okrucieństwem godnym najgorszego potwora — zauważył Avaret. — Nie ma co, ciekawa sprawa nam się trafiła.

Zapadła cisza. Nie trwała zbyt długo, gdyż zaraz rozległy się na schodach odgłosy stawianych kroków. Chwilę później zasiadała ich już przy stole cała piątka; towarzystwo uzupełnili Arczi i Sonnet.

I jak postępuje śledztwo, panowie? — zagadnął Arczi.

Avaret zastanowił się krótką chwilę nad tym, czy powinien wtajemniczać obu krasnoludów w szczegóły. Zdecydował się to jednak uczynić, nie mając złudzeń co do tego, że prędzej czy później Ervill nie wypapla im wszystkiego przy kuflu piwa. Powtórzył im to, czego dowiedział się już Garray.

Cóż, zawsze to już coś — skomentował Arczi. — Jeśli będziemy mogli jakoś pomóc, to tylko powiedzcie. Zabawimy w mieście jeszcze przez jakiś czas a potem ruszamy dalej.

Avaret kiwnął z aprobatą głową.

Skończywszy posiłek zabrali się do roboty.

* * *

Dom Alrama Gawena znajdował się na skraju miasta, na niewysokim wzgórzu porośniętym jedynie kilkoma drzewami. U podnóży wzniesienia znajdowało się kilka niewielkich budynków, między innymi speluniasty szynk, w którym, jak domyślał się Avaret, bawiły krasnoludy owego dnia, gdy ujrzały ciało ofiary wynoszonej z jej własnego domu.

Budynek ów prezentował się wcale okazale, przesłaniając znaczną część widocznego za nim nieba. Utrzymany był w dobrym stanie, co nie było łatwe przy rozmiarach, jakie prezentował, a także z uwagi na to, że zamieszkiwany był, jak się wcześniej wywiedziano, jedynie przez gospodarza — Alrama Gawena, obecnie już nieżyjącego, jego żonę oraz jedną służącą.

Właśnie ona otworzyła drzwi w kilka chwil po tym, jak Garray zastukał w nie kołatką w kształcie podkowy. Była młoda, nie mogła liczyć więcej, niż dwadzieścia pięć wiosen, twarz jej jednak naznaczona była pewnego rodzaju doświadczeniem, które bynajmniej w żaden sposób jej nie postarzało. Nie miała twarzy gosposi — jej rysy były ostre, wyraziste i chłodne. Całego obrazu dopełniały przenikliwe oczy, długie czarne rzęsy, oraz krwistoczerwone usta. Gęste, ciemne włosy skrywała biała chustka.

W czym mogę panom pomóc? — spytała. Jej głos był twardy niczym hartowana stal, ton daleki od potulnego.

Czarodziej obdarzył ją miłym uśmiechem mającym potwierdzić jak najbardziej pokojowe zamiary.

Chcielibyśmy pomówić z panią tego domu — odparł grzecznie. — Jeśli to oczywiście nie problem.

Dziewczyna odsunęła się nieco, dając gościom do zrozumienia, że mogą wejść do środka.

Po przestąpieniu progu ich oczom ukazała się obszerna izba, pełniąca rolę salonu, który zajmował większą część parteru. Wnętrze wypełniały meble, nie nazbyt liczne, aczkolwiek na pierwszy rzut oka można było poznać, że oddano w zamian za nie sporo złotych monet. Ściany pokryte były pięknymi, acz ubogimi w barwę i chłodnymi obrazami, podłogę wyścielał dywan, który był niezawodnym świadectwem wielkiego kunsztu jego wykonawców. Elegancką sofę, znajdującą się pośrodku izby, zajmowała kobieta, najpewniej świeżo upieczona wdowa. Cała obleczona w czerń, siedziała całkiem nieruchomo, wzrok wbijając w krajobraz za oknem.

Pani — zwróciła się do niej służka — masz gości.

To rzekłszy oddaliła się, by oddać się swoim obowiązkom. Kobieta nie zareagowała w żaden sposób, wydawała się być nieobecna. Avaret i Ervill rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenia. Tymczasem, niespodziewanie, Garray postąpił kilka kroków w kierunku sofy.

Cóż to za ciekawy zapach? — zagadnął serdecznie wdowę. — Unosi się w całym domu. Jakieś zioła?

Kobieta odwróciła się w jego kierunku. Dopiero teraz gościom udało się dojrzeć jej twarz. Wydawała się mieć około czterdziestu lat. Była zadbaną, elegancką kobietą, jej rysy nadawały jej dumny i wyniosły wygląd.

Nie wiem — odparła po krótkiej pauzie, jaka nastąpiła — i, raczy pan wybaczyć, mało mnie to w tym momencie obchodzi. W czym mogę pomóc?

Garray wypatrzył sobie masywne, pokryte żłobieniami krzesło stojące opodal sofy, przysunął je sobie bliżej i na nim spoczął. Avaret i Ervill poszli za jego przykładem. Gdy już wszyscy siedzieli w bliskiej odległości od siebie, czarodziej zwrócił się do gospodyni domu:

Na sam początek proszę przyjąć nasze najszczersze kondolencje. Jest nam niezmiernie przykro z powodu pani straty.

Kobieta skinęła nieznacznie głową dając do zrozumienia, że przyjmuje wyrazy ubolewania.

Dobry obyczaj nakazuje także — ciągnął Garray — abyśmy się przedstawili, zanim zaczniemy rozmawiać. Tak więc, moja droga pani, towarzysze moi zwą się Avaret oraz Ervill — to mówiąc wskazał kolejno obu najemników — ja zaś sam jestem Garray.

Dobry obyczaj nakazuje, abym i ja się przedstawiła, mimo że zapewne moje nazwisko nie jest wam obce, skoro przychodzicie do mnie w konkretnej sprawie. Aby dopełnić formalności, zwę się Gawen. Katrina Gawen.

Garray skinął z szacunkiem głową.

Powodem naszej wizyty jest, raczy pani wybaczyć, że poruszam ten bolesny dlań temat, śmierć pani męża. Chcieliśmy zadać kilka pytań.

Powieki Katriny zadrżały, jednak udało jej się opanować.

Można wiedzieć, dlaczego was to interesuje?

Zostaliśmy wynajęci, by rozwiązać sprawę jego morderstwa — wtrącił Avaret. — Jego i nie tylko, gdyż, jak zapewne pani wiadomo, dość zagadkową śmierć poniósł w ostatnich dniach także inny mężczyzna, Garath Magnuson.

Ach, biedny Garath. Oczywiście wiem o wszystkim.

Czy znała pani Garatha osobiście? Lub pani mąż?

Katrina zawahała się chwilę.

Ja raczej nie — odparła. — Mój mąż znał go dosyć długo, wspólnie budowali swój pierwszy interes tu, w Sletoborze po tym, gdy przybyli do niego lata temu. Potem każdy poszedł w swoją stronę. Pozostali przyjaciółmi, choć od dłuższego czasu widywali się sporadycznie i raczej przypadkowo — urwała i zmarszczyła czoło, jak gdyby jakaś myśl przyszła jej do głowy. — Myślicie, że oba morderstwa coś łączy? To znaczy, że nie są przypadkowe, lecz ofiary zostały w jakiś sposób odpowiednio dobrane?

Garray spojrzał jej prosto w oczy.

Staramy się to dopiero ustalić, szanowna pani.

Katrina spuściła głowę. Po jej policzkach polały się łzy.

Któż mógłby chcieć skrzywdzić mojego Alrama? On przecież nikomu nie zawinił. Był zawsze uczciwy — załkała chowając twarz w chusteczce.

Ervill już otwierał usta, by pocieszyć ją jakimś dobrym słowem, lecz Avaret, znając dobrze poczucie kurtuazji elfa, szturchnął go wymownie w bok. Ervill zamknął usta robiąc przy tym minę wielce urażonego i niedocenianego.

Garray położył rękę na jej ramieniu w ciepłym geście wsparcia. Katrina uspokoiła się, rysy jej twarzy się wygładziły. Popatrzyła żywym wzrokiem na czarodzieja.

Katrino — zwrócił się do niej opiekuńczym tonem — aby rozwikłać tę sprawę, będziemy potrzebować twojej pomocy.

Lekkim skinieniem głowy dała znak, że rozumie. Garray rozsiadł się wygodniej, podobnie uczynili obaj najemnicy, przy czym elf, który od dłuższego czasu spoglądał na wygodny fotel stojący tuż przy sofie, przesiadł się nań, uprzednio sprawdziwszy jego miękkość delikatnie go uklepując. Czarodziej przystąpił do zbierania informacji.

Droga pani, zacznijmy od tego, czy jest ktokolwiek, kogo by pani podejrzewała?

Katrina pokręciła energicznie głową.

Nie ma nikogo takiego — odparła zdecydowanie. — Mój mąż był uczciwy i dobry. Nie wchodził z nikim w konflikt. Był personą powszechnie szanowaną w Sletoborze.

Proszę mi powiedzieć zatem coś o jego interesach. Czym się dokładnie zajmował?

Wdowa nabrała oddechu.

Alram przybył do Sletoboru okołu dwudziestu lat temu wraz ze swym przyjacielem, Olafem van Bergiem. Zatrzymali się u Garatha Magnusona, który był ich wspólnym znajomym. Wszyscy trzej posiadali trochę swojego kapitału, zdecydowali się więc założyć spółkę i zająć handlem. Zaczęli importować dywany z dalekich krajów. Interes szedł całkiem dobrze, toteż po kilku latach spółka rozbiła się i każdy z nich mógł sobie pozwolić na samodzielne prowadzenie swojego interesu. Alram pozostał przy dywanach, do tego doszły jeszcze meble. Wiodło nam się wcale dobrze, nigdy nie mogłam narzekać na niedostatek przy jego boku.

Czy wie pani dokładnie, skąd znała się cała trójka?

Katrina przekrzywiła lekko głowę, wbijając wzrok w sufit, mrużąc przy tym lekko oczy, jakby usiłowała sobie dokładnie wszystko przypomnieć.

Zdaje się, że tworzyli jakąś niewielką kompanię najemników, których zatrudniano do ochrony transportów kupieckich. Był jeszcze jeden, Lothar… jak mu tam było? Lothar Kunst, o ile dobrze pamiętam, jednak on akurat nie mieszka w Sletoborze, zdaje się, że osiadł w Povet… To dość niedaleko, jakieś pół dnia jazdy, jednak nigdy go nie poznałam… Wszyscy czterej skończyli z najemnictwem, gdy już uzbierali trochę kapitału i postanowili założyć własne interesy.

Garray, dotąd nachylony nisko, cofnął się na oparcie i zadumał. Korzystając ze sposobności, Avaret zadał pytanie, które od początku go nurtowało:

A co z dniem morderstwa? Widziała coś pani?

Wdowa zasępiła się nieco, spuściwszy wzrok poczęła nerwowo tarmosić skrawek czarnej sukni.

Widzi pan… Tego dnia nieco poróżniliśmy się z Alramem. Drobna małżeńska sprzeczka, jakich wiele. Spaliśmy osobno. Gdy przyszłam do niego rano…

Głos jej się załamał, po policzkach spłynęły łzy. Garray skinął na towarzyszy.

Myślę, że najwyższy czas, abyśmy zostawili drogą panią w należnym jej spokoju — powiedziawszy to wstał. — Proszę jeszcze raz przyjąć nasze kondolencje.

Czy to przez aksamitnie brzmiący głos czarodzieja, czy może coś innego, w każdym razie Katrina opanowała płacz na tyle, żeby odprowadzić gości do wyjścia i ich pożegnać.

Słońce, stojące już wysoko na niebie, ogrzewało twarze Avareta, Ervilla i Garraya, gdy opuszczali w milczeniu posesję państwa Gawen, a w tym momencie już tylko wdowy po Alramie. W drodze w dół pagórka Avaret zastanawiał się intensywnie nad wszystkim, co właśnie usłyszeli. Wiedzieli już, co łączyło obu zmarłych i wydawało się wielce nieprawdopodobne, by śmierć obu w tak krótkim odstępie czasu była przypadkowa. Jakby słysząc jego myśli, odezwał się Garray:

Musimy niezwłocznie porozmawiać z oboma pozostałymi jegomościami. Bardzo możliwe, że znajomość, jaka łączyła nieboszczyków, jest kluczowa dla sprawy, jednak koniecznym jest, aby to potwierdzić.

Ervill kopnął kamień leżący na jego drodze. Siła, z jaką został wprawiony w ruch, pognała go na sam dół, godząc jednego z przechodniów w kostkę, który w odpowiedzi zaklął głośno i bardzo brzydko. Elf uniósł głowę w górę pogwizdując niewinnie, ręce chowając za plecy.

Dalej jednak nie mamy motywu — rzekł Avaret . — I dalej ciężko mi sobie wyobrazić, że takiej rzezi mógł dokonać człowiek. To się wszystko nie trzyma kupy.

Czarodziej uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi, lecz uśmiech ten napełnił Avareta pewnością, niezmąconym przeświadczeniem, że cała zagadka zostanie od początku do końca rozwikłana.

* * *

 
Komentarze (19)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część I

19 sie

 

Pośród całego morza traw, przyozdobionego gdzieniegdzie kilkoma drzewami, czy krzewami, dało się widzieć niewielki jasny punkt. Źródłem tego światła było ognisko, nieco już przygasające, ogrodzone dookoła osłaniającymi je kamieniami. Noc była całkiem chłodna, lato miało się już ku końcowi, w powietrzu wyraźnie można było wyczuć nadchodzącą małymi krokami jesień. Stary dąb, górujący nad niewielkimi krzewami rosnącymi w jego pobliżu, łagodnie pochylał się nad żarzącym kawałem drewna. Przy ognisku siedziało dwóch wędrowców, obaj opatuleni szczelnie ciepłymi pledami, trwali nieruchomo w milczeniu. Ogień przyjemnie ogrzewał ich stopy, rozgrzane powietrze delikatnie muskało policzki.

Pierwszy z nich był ewidentnie elfem, świadczyły o tym niezawodnie spiczaste uszy. Włosy miał nieco dłuższe, niż do ramion, oczy zielone, na czole nosił przepaskę. Tuż obok niego spoczywał jego oręż — miecz półtoraręczny znajdujący się w pochwie, oraz drewniany łuk i kołczan nabity ledwie kilkoma strzałami. Mężczyzna zwał się Ervill i był jednym z elfów z południa.

Blask ognia oświetlał także i twarz jego towarzysza. Ten nie był elfem, pochodził z rasy ludzi. Wyższy od Ervilla, twarz miał naznaczoną kilkudniowym zarostem, jasne włosy miał do ramion, oczy koloru niebieskiego. Podobnie jak towarzysz, również był uzbrojony, oprócz asortymentu odpowiadającego elfowemu posiadał także krótki sztylet, który nosił zatknięty za pas.

Na którymś z pobliskich drzew zahukała sowa, liście zaszeleściły pod wpływem powiewającego wiatru.

Dorzuć trochę drzewa, Avaret — rzucił Ervill. — Zaczyna przygasać, a noc będzie chłodna, psiakrew. Ba, już jest — mówiąc te słowa, ostentacyjnie, mogłoby się zdać, zadrżał z zimna.

Mężczyzna obrócił powoli głowę w stronę elfa. Brwi miał ściśnięte, nawet nie mrugnął. Niejeden śmiałek przestraszyłby się tego spojrzenia tak, że tylko podciągnąłby spodnie i uciekał, gdzie pieprz rośnie. Spojrzenie srogich, lodowatych oczu Avareta nie zrobiło najwidoczniej na Ervillu żadnego wrażenia, gdyż tylko kiwnął ponaglająco głowa. Avaret dźwignął się powoli bez słowa, by sięgnąć mało okazałego stosu badyli, który uzbierali uprzednio, krążąc wokół nielicznych na tej równinie drzew. Wiatr zadmuchał mocniej, gałęzie wielkiego dębu zaszeleściły, niewielki płomień zatańczył na ognisku. Avaret w milczeniu dorzucał kolejne suche gałęzie, które szybko zajmował ogień. Na jego rękach pozostawało jeszcze jedynie kilka badyli, gdy wtem znieruchomiał, uniósł głowę i począł nasłuchiwać.

Elf otworzył usta z zamiarem pospieszenia towarzysza, lecz ten jedynie podniósł rękę w wyraźnym geście nakazującym milczenie. Ervill zamarł z rozdziawioną gębą, gdy w tym czasie Avaret kręcił dookoła głową ogarniając wzrokiem najbliższą okolicę. Księżyc miał tej nocy postać sierpa, toteż niewiele dało się dojrzeć, niewielkie ognisko również nie dawało na tyle blasku, by móc zobaczyć, co znajdowało się w większej odległości.

Krzaki w pobliżu dębu wyraźnie zaszeleściły. Oczy wędrowców błyskawicznie zwróciły się w tamtym kierunku. Ervill podniósł się ostrożnie, gdy w tym czasie Avaret zaczął powoli zmierzać w kierunku gęstwiny. Jego ręka już szukała sztyletu zatkniętego za pasem. Pomimo małej odległości oczy mężczyzny dalej nie potrafiły wiele dojrzeć.

Już otwierał usta, by krzyknąć, że ktokolwiek się tam chowa, ma natychmiast się ujawnić, gdy wtem ujrzał przed sobą wyraźnie sylwetkę mężczyzny. Przystanął, gdy tymczasem ten poruszył się i począł stawiać pewne kroki w kierunku ogniska, nadal jednak spowity w ciemności. Ręka Avareta mocno ściskała rękojeść sztyletu, z tyłu Ervill łagodnie podnosił łuk i napinał cięciwę.

Blask ogniska oświetlił najpierw czubki butów nieznajomego, następnie całą resztę sylwetki. W świetle ognia ukazał się mężczyzna o długich, siwych i potarganych włosach. Ubranie miał już bardzo znoszone, postrzępione na rękawach i nogawkach oraz przetarte w wielu miejscach. Na plecach niósł słabo wypchany worek podróżny, w którym znajdowało się pewnie nie więcej, niż pół bochenka chleba, kawałek sera i bukłak z wodą. Mężczyzna wydawał się pewny siebie, jego oczy bystro spoglądały na obozowisko, jego usta wyginały się w lekkim uśmiechu.

Wędrowcy szybko otrząsnęli się z oszołomienia. Ervill opuścił łuk, Avaret podobnie uczynił z dzierżonym przezeń sztyletem.

Ktoś za jeden? — rzucił elf w kierunku przybysza. Jego oczy przebiegały od stóp do głowy intruza i z powrotem.

Usta mężczyzny wykrzywił jeszcze szerszy uśmiech. Zgiął się w pół i położył worek u swych stóp.

Nie chciałem was przestraszyć dzielni przyjaciele — odparł.

Ervill prychnął drwiąco, co miało uzmysłowić nieznajomemu, że ktoś taki jak on niczego się nie boi, a już na pewno nie starego mężczyzny w podartym ubraniu, uzbrojonego jedynie w niemal pusty worek przerzucony przez plecy.

Skąd myśl, że nas wystraszyłeś? — spytał Avaret. Jego brwi były ściśnięte.

Mężczyzna nie odpowiedział, zamiast tego zrobił bardzo wymowną minę, z której wyraźnie można było wyczytać, że nie widzi celu w prowadzeniu dalszej dyskusji na ten temat, uznając zaistniałą sytuację za dość klarowną.

Nazywam się Garray — rzekł.

Witamy cię, Garrayu — odparł Avaret cały czas bacznie przyglądając się starcowi. — Byłbyś łaskaw wyjawić nam, dlaczego podkradałeś się do nas, jak jakiś złodziej?

Uczucie lekkiego niepokoju opuściło już Avareta. Mężczyzna, który stał przed nim, wydawał się zupełnie niegroźny i nieszkodliwy.

Musiałem się upewnić, że sami nie jesteście jakimiś zbójami — wyjaśnił z uśmiechem Garray. — Dlatego wolałem się wam chwilę przyglądnąć, zanim postanowiłem się ujawnić. Szczerze powiedziawszy obserwowałem was już od dłuższej chwili, zanim zdołaliście coś zauważyć, bądź usłyszeć.

Avaret zacisnął mocniej zęby. Nie podobał mu się fakt, że dał się tak zaskoczyć. Uważał siebie za dość uważnego i ostrożnego tropiciela, który potrafi podejść i odnaleźć każdego po odciskach stóp, czy innych poszlakach mogących wskazać czyjeś położenie, ale który równocześnie, gdy tego chce, umie stać się niewidzialny. Oczywiście nie w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Zapadła krótka cisza, którą zaraz przerwał Ervill.

Siadajże dziadku!— zawołał dziarsko. — Jam jest Ervill, dowódca tej — ogarnął wzrokiem całe obozowisko — kompanii. To jest Avaret — wskazał na przyjaciela przyglądającego się mu w milczeniu krytycznym wzrokiem — mój najbardziej zaufany człowiek. Siadaj i rozgość się!

Dziękuję — odparł Garray usadzając się wedle zaleceń elfa. Avaret uczynił to samo. Wiatr zawył silniej, dwaj towarzysze zaraz szczelniej owinęli się pledami, podczas gdy starzec ani razu nie zadrżał z zimna.

Skąd podróżujesz przyjacielu? — zagadnął Avaret.

Starzec wyciągnął ze swego worka kawałek chleba, ugryzł go i zaczął przeżuwać.

Twardy już, cholera… — mruknął sam do siebie. Pogrzebał jeszcze w worku, dobył manierki z wodą i pociągnął kilka sporych łyków. — Podróżuję ze wschodu na zachód — zwrócił się już w ich kierunku. — Jestem w drodze od trzech dni.

Na zachód powiadasz? Tedy droga wypada nam w jedną stronę.

Jeśli nie będzie wam przeszkadzać moje towarzystwo, możemy podróżować wspólnie — rzekł Garray. — Zawsze to raźniej w kompani, niż samemu.

A jeśli naprawdę jesteśmy zbójami i zaraz ograbimy cię z ostatniego grosza, zarżniemy jak świnię i zostawimy sępom na pożarcie? — wtrącił się Ervill. Jego twarz zastygła w wytrenowanym, złowieszczym uśmiechu. Liczył, że zdoła zasiać w głowie mężczyzny ziarno wątpliwości. Nie dlatego, że miał wobec niego jakieś złe zamiary. Chciał się jedynie z nim zabawić, tylko po to, by na końcu ryknąć śmiechem, widząc zatrwożoną minę starca.

Garray jednak jedynie uśmiechnął się lekko.

Mówiłem, że przyglądnąłem się wam, zanim wyszedłem z krzaków — odparł. — Tacy z was zbójcy, jak ze mnie, nie przymierzając, czapla. Zresztą mało liczna ta wasza banda.

Ervill otworzył usta, by coś odpowiedzieć, jednak ubiegł go Avaret.

W jakim celu podróżujesz na zachód, jeśli można spytać?

Garray odchylił lekko głowę do tyłu. Światło bijące od ognia ogarnęło teraz całą jego twarz. Wydała się teraz Avaretowi bardziej dostojna, niż na początku. Nie była już twarzą wędrownego łachudry, lecz kogoś skrywającego więcej tajemnic, niż się można było spodziewać. W jego oczach wesoło tańczyły żółto czerwone płomienie. Avaret nie był pewien, czy to aby na pewno jedynie odbicie płonącego ognia. W jednym momencie nabrał jeszcze większego respektu do Garraya.

Zasadniczo rzecz biorąc podróżuję bez żadnego celu — rzekł starzec. — Lecz być może po drodze coś nada sens mej wędrówce. Los splata swe nici na różne sposoby.

Avareta i Evilla nie usatysfakcjonowała w pełni ta odpowiedź. Obaj czuli, że ich towarzysz skrywa niejedno, nie pytali jednak na razie o więcej.

A jaki jest wasz cel? — spytał Garray. — Co by nie mówić, człowiek i elf to dość niecodzienna kompania.

Avaret uśmiechnął się do wspomnień. Istotnie, towarzystwo elfa nie było rzeczą zwyczajną. Ervilla poznał sześć lat wcześniej, w jednym z miast na wschodzie. Był wtedy w podróży i postanowił, po raz pierwszy od bardzo wielu dni, zatrzymać się w gospodzie leżącej na szlaku. Sprzykrzyło mu się już spanie pod gołym niebem i jedzenie byle czego, a że jego sakiewka była w owym czasie wcale nie taka lekka, uznał, że może sobie pozwolić na ciepły posiłek i nocleg pod dachem.

W gospodzie śmierdziało. Dymem, rozlanym alkoholem, potem i wymiocinami. Miała bardzo małe, brudne okna, toteż w środku panował półmrok. Po drugiej stronie od wejścia gruby, wąsaty gospodarz wycierał kufel starą, poszarpaną i brudną szmatą. Tylko jeden ze stołów był zajęty. Siedziało przy nim czterech mężczyzn — trójka ludzi i elf. Jedli, pili i grali w karty.

Avaret nie był wybredny, nie zastanawiał się zbyt długo, zanim przekroczył próg gospody. Podszedł do lady, i poprosił o danie, którego zapach dobiegał jego nozdrzy z zaplecza. Gospodarz zastanawiał się długą chwilę, o co może chodzić, koniec końców przyniósł mu michę kaszy i kawałek wołowiny. Do picia dostał piwo. W kuflu, który niedługo wcześniej karczmarz wycierał z taką pieczołowitością.

Avaret powoli zabrał się za spożywanie posiłku, gdy tymczasem z sąsiedniego stolika dały się słyszeć coraz głośniejsze okrzyki towarzyszące pełnej napięcia grze. Początkowo nie zwracał na nie najmniejszej uwagi, zajęty pochłanianiem obiadu. Widział już wiele miejsc takich jak to. Kłótnie, czy nawet rękoczyny nie były niczym niezwykłym. Jednak przy tym stoliku wywiązała się dużo bardziej zażarta sprzeczka, podsycona dodatkowo wieloma galonami piwa wypitego podczas gry. W końcu jeden z ludzi wywrócił stół i sięgnął po miecz. Dwaj druhowie nie czekali długo, zanim uczynili to samo. Avaret również zadziałał błyskawicznie. Instynktownie wziął stronę elfa, zapewne z racji tego, że ten znajdował się w mniejszości. Wywiązała się walka, której efektem było częściowe zdemolowanie gospody, kilka mniej lub bardziej poważnych ran i jeden trup po stronie atakujących.

Ervill i Avaret opuszczali gospodę gonieni przez pozostałych przy życiu dwóch mężczyzn, a także przez niewielki oddział wojska, który akurat zawadził o gospodę w trakcie rozróby. Udało im się uciec, jednak został za nimi wystawiony list gończy i przez pewien czas musieli się bardzo skrzętnie ukrywać. Po licznych perypetiach, w wyniku splotu wielu okoliczności, obaj zostali uznani za zmarłych i list gończy za nimi został zniesiony.

Avaret ocknął się z zamyślenia i zdał sobie sprawę, że Garray oczekuje na odpowiedź już od dłuższej chwili.

Szukamy sobie zajęcia — odparł w końcu. — Trudnimy się najemnictwem. Zawód nie pozwala nam osiąść na stałe w jednym miejscu, toteż podróżujemy od miasta do miasta, od wsi do wsi i przyjmujemy robotę, jaką nam oferują ludzie. Ciężki kawałek chleba, ta nasza profesja. I zginąć można. Wcale o to nietrudno. A z elfem łączy mnie przyjaźń z dzieciństwa. Nasze matki były razem w zgromadzeniu gospodyń wiejskich.

Moja zawsze piekła lepsze ciasto — wtrącił Ervill kiwając energicznie głową, co miało w pewien ironiczny sposób dodać całej historii autentyczności.

Garray rzecz jasna nie uwierzył w ani jedno słowo o genezie znajomości Avareta i Ervilla, nie drążył jednak tematu. Zauważył, że ogień prawie całkiem zgasł. Wstał, podszedł do znacznie uszczuplonego już stosu badyli, schylił się i podniósł najgrubszy z nich, po czym cisnął go w ognisko. Płomienie były już zbyt małe, by pochwycić i owinąć dookoła solidny kawał drewna.

Chyba już dzisiaj nie upieczemy ziemniaków — rzucił błyskotliwie Ervill owijając się ciaśniej pledem. — Za mały og… — urwał, gdyż w tym momencie starzec otworzył szerzej oczy, błyskając nimi na ułamek sekundy, a z ogniska buchnął gwałtownie płomień wysoki na co najmniej sześć stóp. Gruby badyl zajął się momentalnie i zaczął głośno skwierczeć. Garray stał i przyglądał się swemu dziełu.

Obaj, elf i człowiek, popatrzyli na mężczyznę z nieukrywanym zaskoczeniem i podziwem. Przenosili wzrok z Garraya na wesoło buchający płomień i z powrotem.

Widzę starcze, że skrywasz naprawdę więcej, niż przypuszczałem — rzekł poważnie Avaret. — Nieobce są ci, jak widzę, sztuki magiczne. Nie jesteś zwykłym pustelnikiem, prawda? — podrapał się po szyi. — Heh, oczywiście, że nie.

Garray położył pięści na biodrach i zaśmiał się krótko.

Istotnie, masz rację młodzieńcze — przyznał wciąż uśmiechając się wesoło. — I akurat wcale nie staram się tego skrywać. Kto ma oczy, dostrzeże kim jestem. To wcale nie jest trudne — usiadł na ziemi, obok swego worka. — Możecie dorzucić resztę, niewiele już pozostało.

Ervill pofatygował się do stosu mrucząc coś o „niezłych fajerwerkach” i o tym, że musi dziadka kiedyś namówić na większy pokaz. Nabrał naręcze gałęzi i rzucił je w buchający ogień

I rzeczywiście nie masz żadnego celu w swojej podróży — spytał Avaret wpatrując się w mężczyznę. — Niczego, co by przyciągało cię do siebie? Człowiek o takich zdolnościach…

Jak już mówiłem, póki co nic nie zaprząta mojej głowy — odparł Garray nieco rozbawiony niedowierzaniem Avareta. — Może będąc w moim wieku… Zresztą co ja plotę…?

Avaret kiwnął głową z miną, jakby właśnie potwierdziło się coś, czego już dawno się domyślał.

Czyli to prawda? Znający magię potrafią nienaturalnie wydłużyć swoje życie? Ile masz właściwie lat, przyjacielu, jeśli wolno spytać oczywiście?

Cóż, powiedzmy, że pamiętam dobrze czasy króla Kazara. To było dawno.

Ervill podrapał się po potylicy przymrużając jedno oko. Wyglądał bardzo niemądrze.

Muszę przyznać dziadku, żeś mnie zaskoczył. Nie słyszałem o tym królu, a sam żyję już blisko siedemdziesiąt lat .

Choćbyś żył i dwa razy tyle, to byś go nie znał, panie elfie — odrzekł wesoło Garray. — Ale, ale moi przyjaciele! Za jakieś pięć godzin, pewnie i mniej, zacznie widnieć. Co wy na to, żebyśmy złapali trochę snu?

Obaj zgodzili się chętnie. Ervill usnął zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć dobranoc. Garray zapadł w sen niedługo po nim. Natomiast Avaret leżał jeszcze chwilę na boku, odwrócony plecami do ogniska, wpatrując się w dal. W ciągu swojego życia poznał wiele interesujących osób, zajmujących się mniej lub bardziej powszednimi profesjami, nie było jednak wśród nich żadnego czarodzieja. Słyszał, że jest ich naprawdę bardzo niewielu, momentami nawet całkiem powątpiewał w ich istnienie. A teraz udało mu się spotkać jednego z nich. Czuł, że sztuczka, którą popisał się przy ognisku, jest tak naprawdę jedynie niewinnym trikiem, którym raczy się ludzi po to tylko, by przecierali oczy ze zdumienia i dopraszali się o powtórzenie tego wyczynu.

W ciągu dalszej drogi Avaret miał się przekonać, że czarownik potrafi o wiele, wiele więcej.

* * *

Ostry koniec cienkiego kija kreślił długą krechę po ziemi nieporośniętej trawą. Po jej jednej stronie znajdowało się kółko, oznaczające aktualne położenie wędrowców. Po drugiej zaś Garray rysował właśnie niewielki znak w kształcie litery „x”.

Był ranek następnego dnia. Wędrowcy zdążyli już zjeść skąpe śniadanie i zwinąć nieduży obóz. Teraz zastanawiali się, jaki kierunek dalej obrać.

To jest Turpur — rzekł wskazując znak. — Niewielka osada o jakiś dzień drogi stąd — kij wrócił do kółka, czyli ich obozu i nakreślił następną linię, mniej więcej tej samej długości, biegnącą nieco bardziej na południe. Również na końcu ten linii uczynił znak podobny do poprzedniego.

To zaś Sletobor, osada nie różniąca się niemal niczym od poprzedniej, znajdująca się w zbliżonej odległości. Od was zależy, w kierunku której się udamy. Mi, jak rzekłem wam wczoraj, jest obojętne, w którą stronę podążymy.

Niewielkie to osady, powiadasz — rzekł Avaret. — Jaka szansa, że znajdzie się tam robota dla kogoś takiego, jak my?

Garray uśmiechnął się.

Tego oczywiście nie wiem, przyjacielu. Jednak nic innego po drodze nam nie wypada, chcąc nie chcąc musimy przejść przez jedną z nich. Jeślibyście nic tam nie znaleźli do roboty, śmiało można ruszyć dalej. Którą więc wybieracie?

Nastała chwila ciszy. Avaret rozważał różne możliwości, gdy wtem milczenie przerwał Ervill.

Od sześciu dni nie miałem w ustach ani kropli żadnego mocniejszego trunku, jasna cholera! Zabierz mnie dziadku byle gdzie, bylebym mógł się w końcu napić, a najlepiej urżnąć!

Po raz pierwszy, odkąd się spotkali, to Garray przybrał zdumioną minę. Jego usta ściągnęły się w niemym wyrazie zdziwienia. Po chwili jednak roześmiał się.

Z tego, co pamiętam — zaczął — w Sletoborze leją wcale dobre piwo. A tamtejszy bimber podobno pali wnętrzności. Jeśli zatem takie jest wasze główne kryterium wyboru, polecam tam się udać.

Twarz elfa wyrażała nieskrywane zadowolenie.

* * *

Ciekawy elf z tego Ervilla, nieprawdaż? — Garray odwrócił się słysząc za sobą głos Avareta. Wyruszyli chwilę wcześniej w kierunku Sletoboru. Słońce zaczynało już mocniej przygrzewać, na szczęście wiał delikatny, ożywczy wiatr. — Założę się, że niewielu spotkałeś takich, jak on.

Garray potrząsnął przecząco głową.

Zapominasz, jak długo już żyję, chłopcze. Przyznaję, jest z niego rzadki okaz. Ale nie aż tak, żebym go nie znał.

Ervill szedł naprzód spory kawałek przed nimi. Od początku marszu wysforował się na czoło pochodu i pozostała dwójka była zmuszona oglądać jego plecy.

Nadmierna ciągota do alkoholu to jego największy życiowy problem — podjął Avaret. — Zdziwiłbyś się, ile potrafił sobie przez to napytać biedy.

Nie zamierzał wyjawiać czarodziejowi całej, niechlubnej przeszłości elfa, przynajmniej nie teraz. Sam przypomniał sobie noc, ledwie kilka dni po tym, jak się poznali. Zdążyli już zgubić pościg przecinając na wskroś licznie rosnące w okolicy lasy, mogli więc w końcu spokojnie rozbić obóz i zaczerpnąć snu. Siedzieli na szczycie niewysokiego wzgórza, na którym stał tylko jeden rozłożysty dąb, otoczeni przez ostre głazy, które wzięły się tam nie wiadomo skąd. Nad ich głowami świeciło milion maleńkich gwiazd, przed nimi płonęło ognisko. Obaj byli już mocno pijani, gdyż parę godzin wcześniej Ervill dobył ze swojej torby butelkę bimbru, który zdobył gdzieś po drodze. Avaret jak przez mgłę pamiętał elfa opowiadającego o czasach, gdy nie prowadził życia włóczęgi. Dowiedział się wtedy, że Ervill zamieszkiwał niegdyś jedno z elfich królestw na południu — Maelmorn. Od młodości prowadził hulaszcze życie, zdarzyło się, że kogoś zwyzywał czy pobił, jednak przymykano na to oko. Jego kłopoty zaczęły się, gdy wplątał się w szajkę szmuglującą bimber z sąsiedniego królestwa zamieszkanego przez ludzi. Nie dość, że sprowadzany niezgodnie z prawem, był oprócz tego bardzo wątpliwej jakości, toteż po pewnym czasie Ervill został przyłapany i postawiony przed Radą Starszych. Przed przesłuchaniem postanowił napić się co nieco, by, jak to ujął, wypaść bardziej błyskotliwie i wymigać się od kary. Efekt okazał się być przeciwny do zamierzonego, czego konsekwencją stało się wygnanie elfa z Maelmorn. Od tamtego czasu błąkał się po świecie, znajdując coraz to nowsze kłopoty.

Ocknął się z zamyślenia ujrzawszy plecy elfa, dotąd idącego cały czas dość daleko przed nimi. Ervill stał i wpatrywał się przed siebie. Avaret dopiero teraz zauważył, że przed nimi, nieco w dole, płynie rwąca, acz dość szeroka i zapewne głęboka rzeka.

No to mamy pierwszą przeszkodę w naszej mitycznej podróży — rzekł lekko drwiącym tonem Ervill. — Zdałoby się poszukać jakiegoś brodu.

Zza ich pleców wynurzył się Garray. Spojrzał przed siebie na płynącą rzekę. Po jej drugiej stronie, w niewielkiej oddali, rósł zielony las.

Poznaję tę okolicę — rzekł po chwili namysłu. — Znajdziemy bród idąc jakąś godzinę w górę rzeki. W tamtym miejscu z łatwością się przez nią przeprawimy.

Avaret i Ervill bez słowa przyjęli orzeczenie starca, po czym ruszyli za nim wzdłuż koryta rzeki. Stąpali po szlaku najwidoczniej dość często uczęszczanym, gdyż trawa rosła tam rzadsza, gdzieniegdzie widoczna była jedynie goła ziemia. Ich uszu, oprócz szumu płynącej wody, dobiegało także bzyczenie pszczół. Po kilku minutach marszu w milczeniu Avaret zagadnął Garraya.

Jak to czarodzieju? Rwąca rzeka to dla ciebie przeszkoda nie do przejścia? — spytał. Lekki uśmiech wyginał jego usta.

Garray oglądnął się na niego. Delikatny powiew wiatru omiótł jego gęste włosy.

Przeceniasz mnie Avarecie. Nie potrafię tyle, ile ci się wydaje. Woda, podobnie jak i ogień, czy wiatr, to potężne żywioły, z którymi się nie igra. Czy naprawdę sądzisz, że człowiek potrafi przeciwstawić się czemuś tak potężnemu?

Mężczyzna nie odpowiedział. To, co mówił starzec, miało oczywiście sens i wyjaśnienie, jakiego udzielił brzmiało prawdziwie, coś jednak w jego oczach, być może to coś, co Avaret dojrzał poprzedniej nocy przy ognisku sprawiło, że nie do końca mu uwierzył.

Owszem, woda to potężny żywioł, ale czuję, że gdybyś tylko chciał, potrafiłbyś się z tym jakoś uporać — pomyślał.

Dobiegało już południe, gdy udało im się odnaleźć bród. Przeprawili się przezeń bez większych problemów, po czym weszli w las, ciągnący się nieprzerwanie wzdłuż rzeki, po jej drugiej stronie. Maszerowali dość żwawym tempem licząc, że uda im się dotrzeć do Sletoboru późnym wieczorem. Las nie był wielki, jak się okazało i po jakimś czasie znowu znaleźli się na otwartej przestrzeni. Zaraz na jego skraju urządzili krótki popas. Wśród ich dobytku nie znajdowało się już wiele jedzenia, jednak mając w bliskiej perspektywie solidny posiłek, jakim zamierzali się uraczyć, gdy już przekroczą próg gospody, nie narzekali ani chwili.

Podczas dalszej drogi sporo rozmawiali. Jak się okazało, dawniejszymi czasy Garray znajdował o wiele praktyczniejsze zastosowanie dla swoich czarów oraz wiedzy, będąc doradcą wielu królów i władców. Z kolei Avaret i Ervill wyjawili prawdziwe kulisy swojej znajomości.

Nie, przyjaciele, nie bójcie się, nie wydam was — uspokoił ich śmiejąc się Garray. — Możecie się nie martwić.

Nie martwimy się już od dawna — odparł, również śmiejąc się Ervill. — Nie zapominaj, że według oficjalnej wersji obaj spłonęliśmy w pożarze. Znaleziono zwęglone ciało z moim sygnetem, oraz drugie ze sztyletem Avareta przy boku.

Prowadzenie dyskusji sprawiło, że reszta drogi upłynęła im już stosunkowo szybko. Garray okazał się świetnym przewodnikiem, pewnie prowadząc swoich towarzyszy do celu. Mniej więcej godzinę po zapadnięciu zmroku doszli na skraj niewielkiego urwiska. W znajdującej się przed nimi kotlinie leżała osada — Sletobor — swoją wielkością zasługująca nawet na rangę miasteczka. Odnaleźli miejsce, w którym zejście w dół było nieco łagodniejsze i skorzystali z niego. Osada pogrążona była w większości w mroku, na ulicach panowała cisza, w niektórych oknach dało się jednak widzieć pojedyncze światełka, których źródłem musiały być lampy oliwne. Ruszyli przed siebie główną ulicą, po której obu stronach stały ściśnięte ze sobą domostwa, a także nieliczne sklepy oraz pracownie rzemieślników. Ervill rozglądał się na lewo i prawo, szukając wzrokiem szyldu, który niezawodnie obwieściłby mu, ze oto stoi u stóp gospody. Zamiast tego dostrzegł inny znak: paręnaście kroków przed nim otworzyły się drzwi jednego z budynków, z którego wyszedł, z wyraźnymi problemami, łysiejący jegomość z gęstą brodą. Przystanął na chwilę, beknął donośnie, po czym ruszył chwiejnym krokiem w górę ulicy, ginąc po chwili w mroku.

Bingo! — szepnął Ervill z nieskrywaną satysfakcją. Ledwie kilka sekund zajęło mu dopadnięcie drzwi gospody. Avaret i Garray podążyli za nim.

Gospoda była pełna ludzi. Osobnicy wszelkiej maści siedzieli przy stołach, podchodzili do lady, grali w karty, pili piwo i przekrzykiwali się. Lampy oliwne wiszące na ścianach dawały znikome światło; niektóre strefy gospody były całkiem jasne, w niektórych jednak było tak ciemno, że ciężko było cokolwiek dostrzec. Powietrze było przesiąknięte dymem dobywającym się z fajek licznie palonych przez gości. Duży gwar, słabe oświetlenie i atmosfera pełna dymu, nadawały gospodzie ten niepowtarzalny klimat, któremu ulegali wszyscy miejscowi pijaczkowie. Specyfika tego miejsca przyciągała ich jak magnes, czyniła je dla nich drugim domem, sprawiała, że ilekroć wyszli, zawsze myśleli o tym, by tam powrócić. Utożsamiali się z tym miejscem i czuli się jego integralną częścią.

Rzecz jasna nie byli oni jedynymi klientami tego przybytku. Wśród gości znajdowało się wielu zwykłych, miejscowych ludzi, którzy zwyczajnie lubili wypić po ciężkim dniu pracy jeden, czy dwa kufle piwa w towarzystwie znajomych osób, porozmawiać na mniej, lub bardziej ciekawe tematy, czy posłuchać plotek, jakimi żyła osada.

Oprócz nich niewielką część przebywających w przybytku, stanowili podróżni. Sletobor leżał na dość często uczęszczanym szlaku, toteż wielu wędrowców przewijało się przezeń każdego dnia.

Ervill ruszył niezwłocznie w stronę lady, gdy tymczasem Avaret i Garray poczęli rozglądać się za jakimś stołem, przy którym mogliby zasiąść. Po krótkiej chwili dostrzegli jeden, przy którym siedziało jedynie dwóch krasnoludów. Ervill, już z kuflem piwa w ręku, dojrzał go również i ruchem głowy dał znak, że zajmie miejsca towarzyszom, ci zaś mogą w spokoju iść złożyć zamówienie.

Sletoborskie piwo… Dawno me usta go nie smakowały — rzekł Garray z błogim uśmiechem na twarzy. Oparł się obiema rękami o ladę i złożył zamówienie u wąsatego karczmarza.

Zdam się na gust przyjaciela — rzucił krótko Avaret, gdy przyszło jemu wybrać trunek do spożycia.

Gospodarz podał im kufle pełne złocistego piwa, które zdobiły kopce ze śnieżnobiałej piany. Ruszyli powoli w kierunku wcześniej upatrzonego stolika uważając, by nie rozlać po drodze piwa, czy to z własnej niezdarności, czy też w konsekwencji potrącenia przez jednego z gości, którzy dość licznie przewijali się przez salę w tę i z powrotem. Będąc już w niewielkiej odległości usłyszeli dość wyraźnie głos Ervilla, który, jak się wydawało, zdążył przez ten krótki moment nawiązać znajomość z dwoma biesiadującymi przy stole krasnoludami. Elf spostrzegł, że towarzysze zbliżają się w jego kierunku i wstał.

Avaret, Garray, przedstawiam wam Arcziego i Balladę. Arczi, Ballada, oto moi towarzysze, Avaret i Garray — rzekł uroczystym tonem.

Jeden z krasnoludów walnął gniewnie pięścią w stół.

Sonnet, kurwa, Sonnet! Nie żadna Ballada! Specjalnie przekręciłeś!

Elf zrobił niewinną minę. Po tej minie Avaret był w stanie z całą pewnością stwierdzić, że jego przyjaciel istotnie zrobił to specjalnie.

Siadajcie panowie — rzekł drugi krasnolud wykonując zapraszający gest, gdy tymczasem tamten fukał jeszcze groźnie w kierunku Ervilla. — Siadajcie, śmiało, miejsca starczy dla wszystkich.

Tak też uczynili. Avaret energicznie odsunął krzesło od stołu, siadł i przysunął się na taką odległość, jaką uznał za najwygodniejszą. Garray również zajął swoje miejsce, uczynił to jednak znacznie wolniej i spokojniej.

Ervill nie pozwolił, by cisza, która zapadła, trwała zbyt długo.

Wcale tu miło w tej gospodzie, prawda Avaret? Zgodzisz się ze mną Garrayu? Wam też się tu chyba podoba, mości krasnoludy? Piwo bardzo zacne, psiakrew, choć może to też dlatego, żem dawno nie pił i byle siuśki by mile uraczyły me podniebienie. Piękne to miasto, ten Sletobor, choć po prawdzie, to mało go jeszcze widziałem…

Arczi chrząknął.

Może i piękne — zaczął — ale też i mało bezpieczne.

Garray poruszył się nieznacznie. Avaret nachylił się w kierunku krasnoluda.

Co masz dokładnie na myśli? — spytał.

Krasnolud zamrugał oczami.

To wy nic nie wiecie?

Dopiero co przybyliśmy — wtrącił czarodziej. — Racz nas oświecić czym prędzej. Co takiego się tu stało, że uznajesz to miasto za niebezpieczne? Ilekroć je odwiedzałem, wydawało mi się nad wyraz spokojne.

Arczi pogładził się po gęstej czarnej brodzie. W jego małych oczkach zatańczyły iskierki wesołości, również nieznaczny uśmiech wygiął jego usta, choć ciężko było to dostrzec z powodu gęstego zarostu. Sonnet, tęższy od niego, ale również i niższy, wpatrywał się w towarzysza z niecierpliwością. Wiedział oczywiście, jaką wieść tamten pragnie przekazać swym rozmówcom, mimo to czekał w najwyższym skupieniu na to, aż Arczi w końcu otworzy usta.

Cóż… — zaczął powoli czarnobrody krasnolud — nie dalej, jak kilka dni temu doszło tutaj — zawiesił głos, aby podbudować napięcie, gdy w międzyczasie wszyscy nachylili głowy w jego kierunku — do morderstwa.

Zapadła chwila ciszy. Przerwał ją Avaret.

Cóż w tym takiego niezwykłego? — pociągnął duży łyk z kufla. — Morderstwa zdarzają się wszędzie na świecie. Mimo to ludzie nie zamykają się ze strachu w domu.

Arczi pokiwał głową.

Z tym, że to nie było zwykłe morderstwo.

Co masz na myśli?

Krasnolud znowu zrobił dłuższą pauzę, zanim podjął wypowiedź.

Cóż, trzeba było widzieć to ciało. O ile ciałem można to nazwać. Miałem okazję, że tak powiem, zerknąć sobie na nie. Widziałem jak wynoszą nieboszczyka z domu, na desce, przykrytego czarnym płótnem. Pech chciał, że im się ta płachta osunęła, ukazując w pewnym stopniu ciało. Akuratnie przechodziłem i przypadkiem ujrzałem to i owo. Rozszarpane było, wystawcie sobie, tak, że wataha wilków by tego nie dokonała.

Avaret pociągnął większy łyk.

Wilkołak, jak nic — pomyślał. Albo — uśmiechnął się lekko zdenerwowana żona. Tak czy siak może jest jakaś nagroda za schwytanie potwora. Trzeba spytać.

Zerknął na Garray’a. Mędrzec zdawał się być pogrążony w zadumie, oczy miał spuszczone w dół, usta ściśnięte. Jego myśli ewidentnie się na czymś bardzo mocno skupiały. Avaret oczywiście nie wiedział na czym, nie próbował nawet zgadnąć. Zamiast tego rozejrzał się po wnętrzu gospody. Późna pora zaczęła przeganiać biesiadników. Wstając od stołu, jedni pewnie, drudzy lekko się chwiejąc, jeden po drugim, opuszczali karczmę, by udać się do swoich domów i odpocząć przed następnym, niemniej ciężkim od poprzedniego, dniem. Uwagę Avareta przykuł fakt, że wychodzili dwójkami, bądź trójkami, nigdy pojedynczo.

Morderstwo, którego dokonano, musiało być istotnie niezwykle brutalne, by do tego stopnia wystraszyć miejscowych, że bali się po zmroku wędrować w samotności.

Strach. Uczucie, które było wodą na młyn w zawodzie, w którym tkwił Avaret. To właśnie on był tym, co najbardziej determinowało ludzi do działania. To strach sprawiał, że gdy pojawiało się zagrożenie, człowiek pragnął się go jak najszybciej pozbyć. Ta chęć z kolei powodowała, że był skory zapłacić więcej za usuniecie owego zagrożenia.

Avaret nie był do końca dumny z faktu, że w istocie żeruje na ludzkim lęku. Lekko ciążyła mu świadomość takiego stanu rzeczy, czuł się jednak przed własnym sumieniem całkowicie usprawiedliwiony, nie było w końcu jego winą to, że ludzie mordują, kradną, oszukują i gwałcą. Trudno się było z taką diagnozą nie zgodzić.

Było jednak jeszcze coś, czego Avaret nie mógł do końca przed sobą usprawiedliwić. Próbował zdusić w sobie to uczucie, choć zdawał sobie sprawę, że jego starania nie przyniosą efektu. Instynkt nie był przeciwnikiem, którego mógł zwalczyć, a to właśnie w nim miało ono swe podłoże. Tym uczuciem była swego rodzaju radość z dokonania zbrodni, gdy akurat znajdował się w pobliżu. Zbrodnia miała to do siebie, że pociągała za sobą chęć usunięcia związanego z nią potencjalnego zagrożenie, pragnienie wymierzenia sprawiedliwości, bądź chęć wzięcia odwetu. W tym właśnie specjalizowali się Avaret i Ervill. Za odpowiednią opłatą byli w stanie rozprawić się z każdym mordercą, złodziejem, wilkołakiem czy innym potworem.

Cóż, taki zawód. Szewc cieszy się, że ludziom psują się buty, stolarz, że jego klient nie ma na czym siedzieć, a on, że kogoś zamordowano. Psiakrew! Paskudnie to brzmi, ale to tylko czysta logika.

Z zamyślenia wyrwał go Arczi.

Cóż, moi drodzy panowie — zaczął — wygląda na to, że piwo mi się skończyło. A że w gardle dalej mnie tak samo suszy, to na jednym nie poprzestanę. Idę po następne!

To rzekłszy wstał i począł przeciskać się pomiędzy stołami w kierunku luki biegnącej od drzwi wejściowych, przez całą długość gospody, aż do drewnianej lady.

Ledwo się tam znalazł, drzwi otworzyły się raptownie z wielkim trzaskiem, a przez nie zaś wpadł do środka niewysoki, wrzeszczący przeraźliwie jegomość, w wyniku wielkiego rozpędu zderzając się z krasnoludem.

Mooooooord! — krzyknął. — Mooooooooord!

Na sali zapanowało wielkie poruszenie. Krzesła zaczęły szurać, stoły się przesuwać, mężczyźni podnieśli się gwałtownie. Gospodarz już zmierzał w kierunku przybysza. Przez otwarte drzwi widać było strugi padającego deszczu, niebo przecinały pierwsze błyskawice, którym póki co nie towarzyszyły jednak odgłosy gromów.

Mooooooord!

Zejdźże ze mnie, psiakrew! — warknął Arczi, który w dalszym ciągu leżał przygnieciony ciałem zszokowanego mężczyzny.

Sonnet podszedł i pomógł biednemu krasnoludowi uwolnić się spod jego ciężaru, wszyscy goście natomiast zgromadzili się wokół krzyczącego. Jedynie Garray pozostał z tyłu wyglądając przez niewielkie okno tak, jakby starał się coś dostrzec wśród mroków nocy i strug ulewnego deszczu.

Avaret kątem oka dojrzał, że ktoś zaryglował drzwi.

Co się stało Halecie?! — spytał przejęty gospodarz. Jego twarz zastygła pomarszczona w wyrazie głębokiej troski. I, co dostrzegł Avaret, niemego strachu.

Halet z trudem łapał oddech. Wszyscy w napięciu czekali, aż wydobędzie z siebie choćby słowo. Ktoś podsunął mu krzesło, z czego mężczyzna bardzo skwapliwie skorzystał.

Trup… — wysapał z trudem. — Tutaj, niedaleko…

Avaret zerknął porozumiewawczo na Ervilla. Elf postąpił kilka kroków w jego kierunku.

Szykuje nam się robota — szepnął przyjacielowi do ucha.

Wszyscy zgromadzeni zaczęli szemrać. Zbili się w jeszcze ciaśniejszą kupę.

Trup?! — wrzasnął gospodarz? — Gdzie?! Kto?!

Ledwom stąd wyszedł — zaczął Helet, powoli doprowadzając swój oddech do równowagi. — Skręciłem za róg, idę sobie, pogwizdując dla dodania otuchy, aż tu nagle łup!

Zawiesił dramatycznie głos, a wszystkie głowy nachyliły się w jego kierunku.

I… co? — bąknął gospodarz.

Ano — podjął na nowo opowiadający — potknąłem się. Wstałem tedy, obracam się, żeby spojrzeć, o com się zawadził i nie widzę nic. Podchodzę powoli, ale dalej nic. A kiedym był już blisko, to nagle błysnęło i żem zobaczył! Aż mi gały z oczodołów wypadły. Trup! Najprawdziwszy trup! Wszystkie bebechy miał na wierzchu. Aż ciężko pomyśleć, że to coś człowiekiem było.

Ale czyj to trup? — dopytywali się zgromadzeni.

Tego nie wiem — odparł Halet. — Ledwom się zorientował, co widzę, od razu żem spodnie podciągnął i tu przygnał. Nie przyglądałem się ani chwili!

Zapanowała cisza. W tej ciszy słychać było krople bębniące w szyby. Uszu zgromadzonych dochodził także odgłos ognia pełgającego na palenisku. Oprócz tego jedynie pojedyncze oddechy mąciły panujący spokój.

Cóż, zacni panowie — odezwał się Garray, który cały czas stał przy oknie — chodźmy obejrzeć ciało i miejsce zbrodni. Byłbyś łaskaw nas poprowadzić, dzielny Halecie?

Halet wzdrygnął się na te słowa. Podobnie uczynili niemal wszyscy zebrani z karczmarzem na czele, który dodatkowo włożył sobie dłoń do ust. Avaret oraz Ervill podeszli parę kroków w kierunku drzwi, dając wszystkim jasno do zrozumienia, że zamierzają wesprzeć starca w tej inicjatywie. Po chwili dołączył do nich także Arczi oraz, choć bardziej w wyniku bycia ciągniętym za rękaw przez tego pierwszego, niż własnej odwagi, drugi z krasnoludów.

Reszta stała nieruchomo.

Idziecie, czy nie? — spytał lekko się uśmiechając Avaret, jednocześnie trzymając już dłoń na klamce drzwi. — Halecie, oszczędź nam czasu i pokaż dokładnie, gdzie to się stało. Liczę, że do nas dołączycie, zacni panowie — zwrócił się do reszty śmiejąc się w duchu. Zdawał sobie sprawę, że wszyscy są śmiertelnie przerażeni, podczas, gdy on sam traktował to wydarzenie jako rutynowe.

Halet głośno przełknął ślinę. Chyba poczuł się ważny z racji tego, że jako jedyny znał miejsce zbrodni, co z kolei nakazywało mu stanąć na wysokości zadania i je wskazać. Zebrał w sobie całą odwagę i drobnymi kroczkami przesunął się w kierunku wyjścia. Za nim podążyło jeszcze kilku innych mężczyzn.

Reszta zostaje? — rzucił Avaret i, nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi i przekroczył próg. Kolejno za nim podążyli Ervill, Garray, Halet, Arczi i Sonnet.

Na zewnątrz było bardzo nieprzyjemnie. Deszcz zacinał z ogromną intensywnością, ubranie Avareta zrobiło się całkowicie mokre w przeciągu paru chwil. Nad ziemią unosiła się delikatna mgiełka. Najemnik rozejrzał się po okolicy. Wszystkie światła w przyulicznych budynkach były pogaszone. Jedynie blada łuna księżyca, ginącego raz po raz za zasnuwającymi niebo chmurami, oświetlała tą jedną z głównych ulic miasta.

Panowała cisza. Nie mącił jej nawet najmniejszy powiew wiatru. Nic nie wskazywało na to, że przed chwilą doszło w okolicy do brutalnego morderstwa.

Nic — pomyślał Avaret. I właśnie dlatego nie wątpił, że jednak coś się stało. Już dawno nauczył się, że taka cisza nie zwiastuje niczego dobrego.

Obejrzawszy się za siebie stwierdził, że do pochodu dołączyła cała reszta, która początkowo nie kwapiła się wesprzeć inicjatywy Garraya. Avaret nie miał wątpliwości, że uczyniła to wyłącznie ze strachu przed pozostaniem w samotności w karczmie. Także uzbrojenie najemników odgrywało pewną rolę, czyniąc ich w oczach miejscowych potencjalnymi obrońcami.

Garray, weź no machnij ręką i przegnaj te chmury! — rzucił Ervill. — Cały już zmokłem, a, daję słowo, jeszcze dobrze progu nie przekroczyłem.

Czarodziej jedynie uśmiechnął się w odpowiedzi.

Halet przystanął tuż obok Avareta.

Musimy iść tam — rzekł wskazując ręką skrzyżowanie odległe o jakieś sto stóp.

Najemnik skinął głową. Cała procesja ruszyła. Ktoś zabrał ze sobą pochodnię, jednak jej ogień już gasł z towarzyszącym temu głośnym sykiem.

Dojście do miejsca wskazanego przez Haleta nie zajęło dużo czasu. Gdy już się tam znaleźli, Avaret skierował wzrok na przewodnika. Mężczyzna zrozumiał co oznacza to spojrzenie. Wyciągnął drżącą rękę wprost przed siebie. Najemnik wysunął głowę we wskazanym kierunku. Nie było tu żadnych budynków, jedynie droga prowadząca do odległego o jakieś sto pięćdziesiąt stóp mostku, po którego drugiej stronie, ale również w pewnym oddaleniu, znajdowała się druga część miasta. Tuż obok mostu leżał dość sporej wielkości głaz, przy którym, wbity w ziemię stał drewniany słup, a na nim tabliczka, informująca zapewne o tym, że oto po jednej stronie znajduje się zachodnia, a po drugiej wschodnia część Sletoboru. Ich bezpośrednie sąsiedztwo porastało parę drzew oraz kilka krzaków. Błękitne oczy Avareta starały się już dojrzeć ciało ofiary, jednak nisko osadzona mgła skutecznie im to uniemożliwiała.

Poczuł mimowolne podniecenie spowodowane aurą tajemniczości, jaka wytworzyła się wokół tej sprawy. Nie wiedzieć czemu, pozornie rutynowa sytuacja, zaczęła pobudzać jego ciekawość.

Co też zwykła mgła i trochę deszczu potrafią zrobić z wyobraźnią— mruknął sam do siebie. Istotnie, warunki panujące tej nocy potęgowały wrażenie niezwykłości. Jednak Avaret musiał przyznać sam przed sobą, że nie są to jedyne czynniki kształtujące w tym momencie jego wyobraźnię. Czuł pewien niepokój, choć próżno starał się dojść, czym jest on wywołany.

Ervill przyspieszył kroku, zrównując się tym samym z przyjacielem.

Też to czujesz? — spytał. Oczy miał szeroko otwarte, pięści zaciśnięte. Mokre, zlepione kosmyki włosów wydostały mu się spod przepaski otaczającej głowę, z czubka jego nosa w regularnych odstępach czasowych spadały krople wody.

Avaret skinął potakująco głową.

A więc nie tylko mi instynkt coś podpowiada.

Nagle Halet przystanął. Obaj, mężczyzna i elf uczynili to samo, a za ich przykładem poszło całe zgromadzenie począwszy od Garraya, a na gospodarzu karczmy skończywszy. Marsz tego ostatniego powstrzymały dopiero plecy kroczącego przed nim innego uczestnika pochodu.

Avaret odchylił głowę lekko w bok, napotykając wzrok Haleta, który mówił jasno, że dokładnie w tym miejscu kończy się jego rola przewodnika. „Dalej radźcie sobie sami”, wydawały się mówić jego oczy. Najemnik lekkim skinieniem dał wyraz zrozumienia dla tej postawy, po czym, rozpraszając mgłę zgromadzoną wokół jego stóp, ruszył w kierunku głazu, aby pokonać ostatni etap tej wędrówki. Zauważył, że jego ciało pokrywa gęsia skórka.

Jeden krok, za nim drugi, potem trzeci. Odległość dzieląca go od ponuro leżącego, samotnego głazu stopniowo malała, a on sam zaczął myśleć, że w jego sąsiedztwie nie leżą żadne zwłoki, że nie doszło do żadnej zbrodni, o której mówił Halet. Gdy wtem…

potknął się.

Kurwa — zaklął cicho pod nosem.

Odwrócił się ostrożnie. Mimo tak niewielkiej odległości nie był w stanie stwierdzić, o jaką przeszkodę zahaczył. Mgła była na tyle gęsta, że nie widział niczego, co znajdowało się poniżej jego kolan. Machnął energicznie nogą, w konsekwencji czego zawiesina zasnuwająca ziemię pod jego stopami lekko się rozstąpiła. Wydawało mu się, że coś ujrzał, coś, jakby skrawek materiału zabarwiony bardzo mocno na czerwono. Nie był jednak pewien, co to może być.

Pozwól, że ci pomogę — usłyszał głos Garraya, który niezauważenie znalazł się u jego boku.

Nie czekając na pozwolenie, czarodziej podniósł nogę najwyżej jak umiał, zginając ją w kolanie, po czym uderzył podeszwą buta prosto w ziemię. Mgła w magiczny sposób — Avaret był tego pewien — rozproszyła się momentalnie w promieniu kilkunastu stóp, ukazując to, czego wszyscy szukali. Z gardeł zgromadzonych wyrwały się okrzyki zdumienia, bądź tez przerażenia.

Rozstępująca się mgła ukazała coś, co prawdopodobnie jeszcze niedawno było człowiekiem. Owe coś ubrane było w zielony — choć tego można było się w tym momencie jedynie domyślać — kubrak, rozszarpany na klatce piersiowej, w całości ubroczony krwią. Owe coś, w miejscu, gdzie wspomniany kubrak był rozszarpany, miało ciało zmasakrowane tak, że któryś z oglądających to chłopów odwrócił się i głośno zwymiotował. Owe coś w miejscu głowy nie miało nic, co z kolei było najprawdopodobniej przyczyną omdlenia kolejnego z zebranych.

Kurwa… — wymamrotał Ervill.

W rzeczy samej — potwierdził Arczi pochylając się ostrożnie nad trupem. — Dokładnie tak wyglądał jegomość zamordowany parę dni temu, gdym go przypadkiem ujrzał. Temu mam okazję przyglądnąć się dokładniej… — urwał odchylając się gwałtownie do tyłu — …ale jakoś, cholera, nie mam ochoty.

Gospodarz, całkowicie zielony na twarzy, zebrał się w sobie i odważył opuścić zwartą grupę miejscowych, by samemu lepiej się przyglądnąć miejscu zbrodni i samemu ciału. Ledwo je dojrzał, natychmiast odwrócił głowę w tył i zamknął oczy.

Wiecie może panowie… kto… co mogło coś takiego zrobić? — zwrócił wzrok w kierunku obu najemników i Garraya bacząc jednocześnie uważnie na to, by trup nie znalazł się w zasięgu jego wzroku.

Zapadła chwila ciszy. Garray stał z założonymi rękami, cały czas obserwując martwe ciało z wyrazem głębokiego zastanowienia wymalowanym na pomarszczonej twarzy.

Wilkołak? — spytał nieśmiało Ervill, nie wiadomo kogo.

Avaret pokręcił głową.

Owszem, poprzedniego mordu mógł z dużym prawdopodobieństwem dokonać wilkołak. Ale dzisiaj nie ma już pełni.

Wszyscy z wyjątkiem jego i Garraya unieśli głowy ku niebu. Zza otaczających go chmur wyłonił się księżyc, który istotnie nie przybierał już tej nocy okrągłego kształtu.

Może to nie był żaden potwór? — zasugerował Sonnet. Tęgi krasnolud wydawał się niemniej przestraszony od karczmarza. Bezskutecznie próbował opanować drżenie krótkich nóg.

Cóż, takiej opcji oczywiście tez nie można wykluczyć — odezwał się czarodziej, który nagle porzucił dalekie rejony, do których pognały jego myśli. — Istota rozumna, jak człowiek, elf czy krasnolud, potrafi być najgorszym z potworów, jeśli tylko tego zapragnie. Nad tym jednak zastanawiać się będziemy jutro, w świetle dnia — klasnął w dłonie. — Póki co jednak potrzebnych nam będzie dwóch silnych zuchów. Trzeba przenieść ciało nieboszczyka w miejsce, w którym pozostanie do czasu pochówku. Kto zgłasza się na ochotnika?

Gromada mężczyzn zadygotała ze strachu.

* * *

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Opowiadanie