RSS
 

Notki z tagiem ‘ervill’

część VI

02 maj
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

część V

02 mar
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

część IV

20 sty
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

część III

15 gru
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

część II

04 sie
 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

część I

26 maj
 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część VIII

07 lut

— Garray — wyszeptał. Czarodziej uśmiechnął się w odpowiedzi. — Co tu robisz? — dodał bardziej zdecydowanym głosem. Zauważył, że jego towarzysze poczęli wiercić się w swoich legowiskach, kwestią chwil pozostawało, aż się wybudzą.

— Witaj Avarecie — głos Garraya był ciepły, dokładnie taki, jakim go zapamiętał. — Kolejny raz dajesz się zaskoczyć, nieprawdaż?

Tym razem najemnik również się uśmiechnął, przywołując w pamięci ich pierwsze spotkanie. Okoliczności wydawały się niemal identyczne. Gdzieś z boku Ervill przecierał już oczy, niezdecydowany co do tego, czy rzeczywiście się wybudził, czy też w dalszym ciągu śni. Po kilku chwilach wszyscy stali już na nogach. Garray został przedstawiony Loretańczykom, i odwrotnie, nie poruszono jednak kwestii okoliczności, które połączyły czwórkę wędrowców.

— Dobrze, dobrze — Ervill bez zbędnych ceregieli zdecydował się zakończyć część powitalną. — Trzeba przyznać, że to niemały zbieg okoliczności, żeśmy się tu spotkali. Prawda, Garrayu? Chyba że — a znając cię wcale bym tego nie wykluczał — to nie jest zbieg okoliczności.

Garray wbił swój wzrok w twarz elfa. Wpatrywał się weń tak długo, aż w końcu elf, speszony nieco nawiązanym kontaktem, zdecydował się przybrać głupią minę, szczerząc zęby i unosząc brwi. Reakcja ta sprawiła, że czarodziej roześmiał się, dłonią zakrywając oczy.

— Ervill, wciąż ten sam, co zwykle, kropla szaleństwa w morzu roztropności. Masz rację, nie złączył nas przypadek. Mamy wspólny cel, do którego, mam nadzieję, możemy od tej pory podążać wspólnie.

Niespodziewanie Jovan wyskoczył zza pleców Avareta, stając w odległości ledwie kilku kroków od Garraya. Zmierzył go wzrokiem od stóp do głów, a w spojrzeniu jego próżno było szukać respektu, a raczej pewnego rodzaju wyzwania i subtelnej groźby.

— Skąd wiesz, czego szukamy? Nie zdradzaliśmy się nikomu z naszymi zamiarami, prócz nas i naszych wrogów nikt nie wie o celu naszej wędrówki. Wytłumacz się prędko!

Czarodziej przeniósł na młodego Loretańczyka spojrzenie swych bystrych oczu. Jovan prędko zmalał pod jego naporem, nie minęła chwila, a opuściła go cała buta, jaka w nim wezbrała.

— Nie atakuj mnie w ten sposób, przyjacielu — rzekł, a jego głos wyraźnie ukoił nerwy Jovana. — Jak ci już wiadomo, jestem czarodziejem. Wiadomo mi wiele o różnych sprawach, a waszej jestem z całą pewnością przychylny. Pozwólcie, że zanim wyjaśnię swoją rolę, streszczę to, co wiem o was.

Cała czwórka słuchaczy nabrała tchu, z zaciekawieniem oczekując relacji czarodzieja.

— Jak powszechnie wiadomo, w Loretii nie dzieje się najlepiej. Wolność tego kraju jest poważnie zagrożona, co gorsza, do niewoli pchają go jej własne zepsute elity, zaś Azhgad tylko zaciera ręce w oczekiwaniu na zadanie decydującego ciosu. Nic nie pozostaje jednak bez reakcji. Młode pokolenie Loretii nie zamierza zaznać losu swoich przodków, w związku z czym przygotowuje się do wybuchu rebelii, mającej odsunąć ich ojczyznę od zaciskających się szponów sąsiada z północy. Tutaj na scenę wkraczacie wy, drodzy przyjaciele — wraz z tymi słowy zwrócił się w kierunku Nevena i Jovana. — Przyjmujecie role emisariuszy, którzy ze wszystkich zakątków świata sprowadzają do kraju broń, której posiadanie zostało mocno ograniczone przez decyzje Wielkiej Rady, w celu zapobieżenia ewentualnym rozruchom. Wasz transport zostaje jednak skradziony, wasi towarzysze zabici, wy zaś, z pomocą Avareta i Ervilla, ruszacie w pogoń za złodziejami.

Nim podjął się kontynuowania swojej wypowiedzi, nabrał nosem powietrza, które zaraz ze świstem wypuścił.

— Uprzedzę tutaj nasuwające się wam pytania. Bractwo Jadowitego Węża nie istnieje. Czy istniało kiedyś, tego nie jestem pewien, jednak dzisiaj z pewnością nie z nim mamy do czynienia.

Ciszę, która na chwilę zapanowała, zmącił jedynie trzepot skrzydeł jakiegoś ptaka, który wzbił się ku niebu z gałęzi jednego z pobliskich drzew.

— Cóż… — zaczął z wolna Avaret. — Z pewnością wiadomość ta nie jest bardziej szokująca od tej, która oznajmiłaby nam, że istotnie za tym wszystkim stoi Bractwo. Kto więc jest za to odpowiedzialny?

Garray dorzucił kilka kolejnych gałęzi do ognia, który zatrzaskał buchając iskrami.

— Za wszystkim stoi oczywiście Azhgad, a konkretniej jego szpiedzy, którzy mają za zadanie udaremnić poczynania emisariuszy. Bractwo Jadowitego Węża to jedynie zmyślna przykrywka, mająca wprowadzić w błąd.

— Ale… — w oczach Jovana malowało się niedowierzanie. — Przecież… Przecież ten wąż zdobiący strzały… On naprawdę się poruszał. Toż to podobno znak charakterystyczny jedynie dla Bractwa.

Garray odrzucił głowę do tyłu, przecinając śmiechem zasłonę nocy.

— To jeden z powodów, dla których zaangażowałem się w tę sprawę. Szpiegom musi pomagać jeden ze znających magię, jakiś podrzędny sztukmistrz, nie wiedzący jak w należyty sposób spożytkować tę odrobinę mocy, jaka została mu dana. Sztuczka ze strzałami jest niesłychanie błaha, niemniej nie w taki sposób powinno się korzystać z magii.

— Wyczuwam w tobie nutkę niechęci do Azhgadu, Garrayu? — wtrącił Ervill. — Skąd to uprzedzenie? Nie jesteś przecież Loratańczykiem, jak mi się zdaje.

Czarodziej łypnął na elfa, a jego mina zdradzała, że ma mu coś poważniejszego do zakomunikowania.

— Nie jestem Loretańczykiem, masz zupełną rację w tym względzie. Niemniej wszystkie lata, które spędziłem na tym padole, a było ich więcej, niż w twoim przypadku, uzmysłowiły mi kilka rzeczy. Zbyt silny Azhgad nie leży w niczyim interesie. Imperialistyczne zapędy tego kraju nie pozwolą poprzestać mu jedynie na zagarnięciu swojego południowego sąsiada. Poprzednie tego rodzaju próby co prawda spełzły na niczym, niemniej nie warto dawać mu kolejnej szansy, której konsekwencją może być większy konflikt, z udziałem wielu krajów, tysiące trupów, spalone miasta, zniszczone uprawy, głód i zaraza. Pewna swojej suwerenności Loretia może być skutecznym przedmurzem dla reszty świata.

— A więc — Ervill przywołał na twarz gorzki uśmiech — Loretia ma dla ciebie znaczenie czysto użytkowe? Ma być jedynie narzędziem służącym do obrony przed agresją Azhgadu?

Garray wpatrzył się przed siebie. Mimo kurtyny ciemności zdawało się, że jego oczy spoczęły na czymś znajdującym się w oddali.

— To się nazywa polityka, Ervillu — skwitował. — Ale nie, nie zgodzę się do końca z tym, co sugerujesz. Widzisz, długie życie może uczynić z ciebie cynika, natomiast bardzo długie życie daje ci sposobność powrotu do młodzieńczych, czy też nawet dziecięcych wartości, pozwala poznać je dogłębnie i docenić ich znaczenie. Pragnienia proste, instynktowne, co nie znaczy, że mniej ważne od zawiłych rozgrywek politycznych, to wartości, które upodobałem sobie szczególnie. Jedną z nich jest wolność, uczucie leżące u podstaw człowieczeństwa, nie dające się w żaden sposób wykorzenić. Uczucie, które jest tak mocno duszone w sercach Loretańczyków.

Avaret zerknął w stronę Ervilla, starając się dostrzec, czy uwaga o cynikach zrobiła na nim jakieś wrażenie. Elf nie dał jednak niczego po sobie poznać, jego mina nie zdradzała żadnych oznak refleksji.

Garray przesunął wzrokiem po twarzach całej czwórki, po czym klasnął w dłonie.

— No cóż, to tyle, jeśli chodzi o ważniejsze sprawy. Jeśli nasz pościg ma być skuteczny, to dobrze by było zażyć nieco snu przed jego wznowieniem.

W odpowiedzi wszyscy pokiwali głowami, Ervill zaś, jakby chcąc podkreślić trafność uwagi czarodzieja, potarł pięściami oczy i ziewnął ostentacyjnie.

Noc była chłodna, lecz dzięki niegasnącemu ognisku żaden z wędrowców tego nie odczuł. Avaret był wielce rad, że drogi jego i Garraya, po raz kolejny się skrzyżowały.

* * *

Udało im się natrafić na świeży ślad jeszcze zanim słońce osiągnęło zenit w swej codziennej wędrówce po niebie. Nim tego dokonali, zdążyli już jednak zostawić za sobą równinę, pośrodku której przyszło im spędzić noc. Jej miejsce zajął teren obfity w różnej wysokości wzniesienia, pokryte w znacznym stopniu świerkami i sosnami. Trakt, którym w dalszym ciągu podążali, wił się pomiędzy nimi, okrążając je, bądź w miarę możliwości całkiem unikając.

— Doganiamy ich — rzucił Garray przez ramię do reszty. Od początku ich wspólnej wędrówki wysforował się naprzód, czyniąc siebie samozwańczym przewodnikiem. Nikt takiemu rozwiązaniu jednak nie oponował, każdy raczej z pokorą przyjął swoją rolę w tym pochodzie. Najtrudniej przyszło to chyba Avaretowi, który do tej pory mógł uchodzić za osobę kierującą ich poczynaniami, aczkolwiek rozwaga wzięła w nim górę nad ambicją i również on nie wygłaszał żadnych uwag. — Myślę, że znam miejsce, w którym się z nimi zetkniemy.

— Czyżby — odezwał się nie kto inny, a Erviil, a już w pierwszym jego słowie złowić można było ironię — jedną z tajemnych sztuk, na temat której posiadłeś wiedzę, było i jasnowidztwo?

— Ja tę sztukę zwę raczej rozumowaniem — odparł Garray, nieporuszony w żaden sposób wygłoszoną przez elfa uwagą. — Logicznym myśleniem, bądź też dedukcją. Tak się składa, że w niewielkiej oddali znajdują się ruiny pewnego zamku, który w czasach świetności bronił przebiegającej w tym miejscu granicy. Wydaje się on być idealnym miejscem do dłuższego postoju i założę się, że Azhgadczycy z tej okazji skorzystali, wszak nie spodziewają się raczej pogoni. Ty jednak, panie elfie — dorzucił zmieniając ton na nieco bardziej kąśliwy — możesz nazywać tę sztukę jasnowidztwem, skoro wydaje ci się ona tak tajemna.

Ervill mruknął coś, wyraźnie speszony odpowiedzią czarodzieja, jak to jednak w jego wypadku bywa, humor wrócił mu bardzo prędko.

Potwierdzenie słów czarodzieja ujrzeli jeszcze zanim zdecydowali się na odpowiadający obiadowi popas. Wyjechawszy z lasu, który trakt w pewnym momencie przecinał, dostrzegli w odległości nie więcej, niż pół stai, strome wzniesienie, które wieńczyły ściany kamienia, kiedyś wchodzące w skład okazałej budowli. Poszczególne części zamku zniszczone były raczej w różnym stopniu, aniżeli równomiernie; sam zamek górny, wraz z wybijającą się z jednego z narożników wieżą, prezentowały się wcale nieźle w porównaniu do okalających go murów i budynków przedzamcza, po których pozostały jedynie hałdy porozrzucanych bezładnie kamieni. Droga u ich stóp biegła dalej nieosłonięta przez rosnące drzewa, czego jednak nie można było powiedzieć o samym wzniesieniu, pod które zarówno od wschodu, jak i zachodu, podchodził gęsto rosnący las, nieśmiało przedzierając się także pod mury zamku.

— Jeśli rzeczywiście się tam zatrzymali, roztropniej będzie podejść ich od strony lasu, aniżeli drogi. Przywiążmy tutaj konie i ruszmy dalej pieszo — Avaret zdecydował się uszczknąć nieco z puli, którą przydzielili Garrayowi i samemu zaproponować jakieś działanie. Wiedział, że czarodziej będzie podzielał jego sposób myślenia w tej kwestii.

— Słusznie — odparł Garray, jakby na poparcie przewidywań Avareta.

Zagłębili się na powrót w las, okrążając trakt od wschodniej strony, skryci pod zieloną zasłoną. Splątane, zachodzące na siebie gałęzie świerków, sosen i modrzewi znacząco spowalniały ich pochód, skutecznie utrudniając przedzieranie się w obranym kierunku. Mimo, że szli w niewielkiej odległości od granicy lasu, jedynie nieliczne promienie słońca przedzierały się przez iglastą ścianę, z trudem docierając do wilgotnej ściółki. Na czoło kolumny wysunął się tym razem Avaret, który, dobywszy uprzednio miecza, torował reszcie drogę, siekąc bezlitośnie zagradzające im gałęzie. Po jakimś czasie teren zaczął się nieznacznie wznosić, obwieszczając dotarcie do podstawy wzniesienia. Cała piątka zatrzymała się w tym miejscu.

— No więc jesteśmy — oznajmił Avaret, przysiadając na przegniłym pniu jakiegoś dawno ściętego drzewa. — Wypadałoby przedyskutować jakiś plan działania.

Nagle Ervill poruszył się niespokojnie, instynktownie sięgając dłonią do rękojeści miecza.

— Ktoś tu jest! — krzyknął, w tym samym momencie, w którym coś przecięło powietrze, przelatując na wysokości jego pasa. W następnej chwili potworny wrzask zmusił wszystkie ptaki znajdujące się w okolicy do poderwania się z drzew. Avaret dostrzegł strzałę tkwiącą w ubabranym krwią udzie Jovana, gdy wtem następna przebiła korę rosnącego obok niego modrzewia. Całkowicie zdezorientowany, potknął się o jakiś wystający korzeń, w duchu przeklinając siebie samego za to, że dał się zaskoczyć w tak trudnym terenie.

Niespodziewanie, nim jego twarz zdążyła zetknąć się z porastającym ziemię mchem, poczuł na całym ciele jakiś niezwykle mocny podmuch, którego siła sprawiła, że koniec końców wylądował na plecach. Uniósłszy niezwłocznie głowę zorientował się, że podobny los spotkał wszystkich jego towarzyszy, za wyjątkiem stojącego niewzruszenie Garraya. Dookoła niego jakby nieco pojaśniało; zdał sobie sprawę, że w promieniu kilkudziesięciu stóp leżą połamane gałęzie, oderwane od drzew mniej więcej do wysokości jego głowy. Prędko dojrzał również dwie męskie sylwetki, gramolące się niezdarnie wśród opadłych konarów. Zerwał się błyskawicznie na nogi, po czym, jednym susem dopadłszy pierwszej z nich, zagłębił ostrze swego miecza w jej brzuchu. Nim udało mu się wyswobodzić oręż, podobny los spotkał drugiego mężczyznę z ręki Ervilla.

— Wartownicy! — warknął wściekle Ervill, przekrzykując wrzaski rannego Jovana. Z furią odepchnął plującego krwią mężczyznę, wspierającego się na jego mieczu. Ten, jeszcze zanim upadł na ziemię, był już martwy. — Jednak nie dali się tak całkiem zaskoczyć!

Avaret podbiegł prędko do leżącego na ziemi Jovana, którego głowa spoczywała wsparta o dłonie klęczącego Nevena.

— Szczęściem grot przeszył udo na wylot — mruknął Garray, pochylając się nad rannym. Ułamał strzałę i, nim Jovan zdążył wygłosić choć słowo protestu, wyciągnął ją z nogi jednym, sprawnym ruchem, drugą dłonią zakrywając mu usta. Stłumiony jęk nie mógł być słyszany w dalszej odległości.

— Coś ty… zrobił? — wyrzucił z siebie Loretańczyk, głośno dysząc. Jego klatka piersiowa poruszała się szybko to w górę, to w dół, po twarzy, spod zlepionych na czole włosów, cienkimi strużkami spływał pot.

— Spokojnie, to niegroźna rana — rzekł w odpowiedzi czarodziej, równocześnie zakładając opatrunek z dobytej nie wiadomo skąd tkaniny. Zakończywszy powstał i przyglądnął się swojemu dziełu.

— Co dalej? — zapytał Avaret stając u boku Garraya.

Czarodziej rozejrzał się po okolicy, zatrzymując wzrok na co bardziej zakrytych miejscach.

— Nie mamy czasu do stracenia — odparł z wolna czarownik. — Musimy zaatakować prędko, zanim śmierć wartowników zostanie zauważona. Jovana musimy gdzieś tutaj ukryć, nie ma innej rady.

— Jak to? — zaprotestował żywo Loratańczyk. — Beze mnie nie dacie rady! Muszę wam pomóc!

Począł dźwigać się do góry, czepiając przy tym rękawa stojącego nad nim Nevena. Znać było, że duch w nim był wielki, ciało okazało się jednak za słabe. Ze zduszonym stęknięciem osunął się zaraz na ziemię. Po jego policzkach spłynęły łzy, zataczając łuk wokół wydętych ust, spod których widać było zaciśnięte z wściekłości zęby.

— To żadna ujma dla ciebie, Jovanie — rzekł łagodnym głosem Garray. — Docierając aż tutaj pokazałeś, jak ważne jest dla ciebie dobro twej ojczyzny. Sama zawziętość nie wystarczy, czasami trzeba wykazać się również mądrością, właściwą oceną sytuacji. Wielu było już takich, co porwali się na wroga, nie mając żadnych szans. Cóż im z tego przyszło, poza śmiercią? Nie giń dzisiaj, byś mógł walczyć jutro, Loretańczyku.

Avaretowi wydało się, że słowa Garraya nieco udobruchały rannego młodzieńca.

Czy podobnie podziałałyby i na mnie?

Wiedział, że czarodziej ma zupełną rację w tym, co mówi, niemniej zdawał sobie sprawę z tego, że jemu samemu ciężko byłoby podjąć podobną decyzję.

Ukryli Jovana przy zwalonym świerku, czyniąc z pourywanych przez zaklęcie Garraya gałęzi dodatkową osłonę. Loretańczyk odprowadzał ich niepewnym wzrokiem, gdy wspinali się w kierunku zamku. Prędko jednak znikli mu z oczu, zasłonięci parawanem iglastych gałęzi.

Droga na szczyt nie zajęła im wiele czasu, jako że zbocze wzniesienia nie było tak gęsto zarośnięte. Przemykali od drzewa do drzewa tak, aby zniwelować szanse zauważenia. Prędko drzewa ustąpiły miejsca porozrzucanym kamieniom, zwałom budulca kiedyś tworzącego zamek, teraz już pokrytych mchem i zwietrzałych.

— Wśród nich będzie czarodziej — ostrzegł towarzyszy Garray, gdy znajdowali się już pod samą bramą zamku. — Nie trapcie się nim, zostawcie go mnie. Zajmijcie się raczej resztą bandy.

Po przejściu przez bramę ukazał im się zapuszczony dziedziniec, którego bruk dawno już przegrał walkę z pleniącą się wszędzie trawą. Pośrodku niego stały dwa wozy wyładowane orężem, nieopodal nich konie pochylały łby, skubiąc gęste zielsko. Avaret wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Ervillem, a następnie, przywołując na twarz uśmiech, postarał się dodać otuchy Nevenowi.

— Więc jak? — zagadnął szeptem Loretańczyk. — Zabieramy wozy i konie i cicho opuszczamy to miejsce?

Garray zmierzył go krytycznym wzrokiem. Avaretowi zdało się, że dostrzegł coś w spojrzeniu czarodzieja, jakieś uczucie, które ciężko było mu nazwać. Z pewnością nie należało ono jednak do pozytywnych.

— Myślę, że warto byłoby tę sprawę doprowadzić do końca — odparł sucho czarodziej. — Nie zależy ci na wymierzeniu sprawiedliwości, Nevenie?

Nie czekając na odpowiedź ruszył ku przeciwnemu krańcowi dziedzińca, do miejsca, w którym w murze ział wyłom o rozmiarach pozwalających dorosłemu człowiekowi na swobodne przejście. Pozostała trójka podążyła prędko za nim, starając się trzymać jak najbliżej jego boku.

Znaleźli się w ciemnym korytarzu, którego ściany pokrywały jeszcze gdzieniegdzie poszarpane gobeliny. Na całej jego długości walały się po ziemi kamienie, zniszczony, przeżarty rdzą oręż czy spróchniałe deski. Z którejś z przylegających do niego sal dobywały się odgłosy ożywionej rozmowy, głośne śmiechy i przekleństwa. Avaret prędko zlokalizował źródło tych dźwięków, umiejscawiając je za otworem pozostawionym po wyrwanych, leżących na posadzce drzwiach. Zacisnął mocnej dłoń na dobytym wcześniej z pochwy półtoraku, przesuwając się wolno wzdłuż ściany, aż do krawędzi otworu. U swego boku poczuł obecność Gararya, dalej w rzędzie stali Ervill i Neven. Obejrzał się ostatni raz w stronę czarodzieja, a gdy doczekał się znaku z jego strony w postaci skinienia głową, wszystko się zaczęło.

Wpadli raptownie do obszernej sali, dawniej służącej zapewne za jadalną, zaskakując kompletnie zgromadzonych przy ledwo zdatnych do użytku stołach, akurat w trakcie spożywania przez nich posiłku. Avaret doliczył się ich sześciu, błyskawicznie jednak liczba ta zmalała do pięciu, gdy dopadł tego stojącego najbliżej wejścia. Zagłębił ostrze w jego brzuchu, lewą ręką przytrzymując z tyłu za szyję, aż do momentu, gdy z jego ust wypłynęły strumienie krwi.

— Kim jesteście…?! — posłyszał gdzieś z boku głos, który zaraz przeszedł w urywane charczenie. Wyswobodziwszy od miecza pierwszą ofiarę, omiótł pospiesznie pole potyczki. Po jego lewej stronie Garray rozprawiał się ze spokojem ze wspomnianym wcześniej przezeń czarownikiem. Mężczyzna był, a przynajmniej wydawał się być, sądząc po jego gładkiej cerze i gęstych włosach, całkiem młodym i niedoświadczonym adeptem sztuki magicznej. Garray, lekkim skinieniem ręki, posłał go z impetem w kierunku ściany, o którą się rozbił, lądując po chwili na ziemi. Oczy miał szeroko rozwarte, dolną szczękę luźno zwisającą. Był już trupem.

— Avaret, uważaj! — krzyk Ervilla doleciał jego uszu w samą porę, by zablokować klingę zamierzającego się na niego mężczyzny o zezowatych oczach i rzadkich włosach. Odepchnął go z impetem i, nim tamten zdążył zareagować, rozciął mu brzuch.

Gdy oderwał od niego wzrok, było już po wszystkim. W sali nie pozostawał już nikt, kto mógłby im zagrozić. Ervill i Neven zaraz stanęli u boku Avareta; twarz elfa przecinał poprzeczny, krwawy rozbryzg, jednak nie był to ślad jego własnej posoki. Z dalszego kąta sali zmierzał ku nim Garray.

Naraz, gdzieś u stóp Avareta rozległ się krwawy charkot. Najemnik spojrzał w dół.

— Jeszcze żyjesz? — warknął Neven w kierunku mężczyzny o zezowatym wzroku, który z całych sił starał się powstrzymać dłońmi krew wylewającą się mu z głębokiej rany na brzuchu. — Zaraz cię…!

— Nie! — powstrzymał go stanowczym głosem Garray. Dopadł prędko pozostałych i, odepchnąwszy Loratańczyka, pochylił się nad rannym.

— Zamierzasz go oszczędzić, czarowniku? — w głosie Nevena wyraźnie pobrzmiewały tony wściekłości i irytacji. — Po tym, czego się dopuścili?

Garray z uwagą przyjrzał się ranie mężczyzny.

— Jeszcze przed chwilą w ogóle nie zamierzałeś tu wchodzić — odparł spokojnym głosem. — Co się tak nagle zmieniło?

Neven warknął z furią w odpowiedzi. Jego twarz zmieniła się nie do poznania; na przestrzeni całej ich znajomości nie okazał tylu emocji, co w tej chwili. Cały kipiał wręcz złością, a jakby na podkreślenie stanu, w jakim się znajdował, cisnął z impetem mieczem, który odbił się od posadzki, wydając metaliczny dźwięk.

— Róbcie, co chcecie. Nie zamierzam na to patrzyć.

Szybkim krokiem przemierzył odległość dzielącą go od wyjścia, znikając zaraz wśród kamiennych murów. Avaret złowił wzrokiem spojrzenie Ervilla; w jego brązowych oczach malowały się zdziwienie i konsternacja.

— A teraz — z zamyślenia wyrwał go głos Garraya, nie był on jednak skierowany do niego, a do mężczyzny, który wydawał się powoli żegnać z tym światem — powiesz nam wszystko, co wiesz.

Nie wiedzieć, czy to sam łotr poczuł nagłą, przedśmiertną skruchę, czy to zadziałały owinięte w jakieś czary słowa Garraya, niemniej zaraz począł z mozołem zdawać relację z ostatnich wydarzeń. Avaret w napięciu słuchał przerywanych charkotem zeznań mężczyzny. Usta otwierały mu się ze zdumienia, a gdy ten wydał już ostatnie tchnienie, ruszył najszybciej, jak mógł, w kierunku dziedzińca.

* * *

Tak, jak przypuszczał, Neven nie czekał na nich na zewnątrz. Brakowało również jednego z koni, szczęściem Loretańczyk, działając w popłochu, nie wpadł na pomysł uwolnienia pozostałych i udaremnienia próby pościgu.

Paskudny uśmiech, będący niejaką zapowiedzią przyszłych wydarzeń, wykrzywił wargi Avareta.

* * *

Dopadli go na nieosłoniętym drzewami trakcie, który wiódł od zamku dalej, w kierunku południa. Neven miał pecha; spośród piątki koni uwiązanych na dziedzińcu, wybrał chyba tego najsłabszego. Na nic zdały się nerwowe uderzenia piętami w jego boki, próżnym trudem było garbienie się w siodle w celu zmniejszenia oporu powietrza. Z każdym spojrzeniem przez ramię trójka za jego plecami znajdowała się coraz bliżej. W ostatnim z nich rozpoznać można było mieszaninę wściekłości i przerażenia, w tym wyjątkowym zestawieniu leżących bardzo blisko szaleństwa.

W końcu Avaret i Ervill przypadli do niego, każdy z innej strony. Neven próbował się szamotać, lecz nie miał szans z ich dwójką. Wspólnymi, skoordynowanymi działaniami zrzucili go z konia, który i tak był już bardzo blisko kresu swoich sił po tej szaleńczej gonitwie.

— Niczego o mnie nie wiecie! — wysyczał, tarzając się niezdarnie po ziemi, wijąc w paroksyzmach furii i bólu po upadku na plecy. Żyły na jego szyi nabrzmiały, sprawiając wrażenie gotowych do wybuchnięcia i zalania ziemi falą krwi. — Niczego!

Mimo szału, jaki nim targał, nie miał żadnych szans obronić się przed spętaniem.

* * *

Natknęli się na Jovana na wzniesieniu, w bezpośrednim sąsiedztwie ruin zamku. Gnany ciekawością i chęcią działania, przykuśtykał w ich kierunku, bagatelizując mogące z tego wyniknąć niebezpieczeństwo. Neven upadł u jego stóp na twarz, pchnięty zdecydowanie przez Ervilla.

— Co to ma znaczyć? — warknął oszołomiony Jovan.. — Co wyście mu zrobili?

— To, na co zasłużył — odparł Avaret, podczas gdy Neven z trudem dźwigał się na klęczki. Manewr ten poczynić przyszło mu z wielkim trudem, jako że ręce miał spętane za plecami. — To on jest winien tego, co was spotkało.

Widać było, że Jovan próbował coś z siebie wykrztusić, lecz słowa Avareta najwyraźniej całkiem odebrały mu mowę. Przenosił nerwowo wzrok z najemnika na przyjaciela i z powrotem, jego brwi poruszały się nerwowo, podobnie jak drżące usta, niezdolne do ułożenia w taki sposób, aby dobyły się z nich jakieś słowa.

— Ten człowiek jest zdrajcą przyjacielu — rzekł Garray. — To on doniósł szpiegom Azhgadu, którędy będziecie transportować broń. To on uknuł wraz z nimi spisek, mający na celu udaremnienie waszej misji. To on, widząc niezłomność Avareta, zaatakował go w Bibliotece.

— To za jego przyczyną — Avaret zdecydował się przejąć pałeczkę po czarodzieju — Dagonet i Risk nie żyją.

Jovan wbił spojrzenie niewidzących oczu w swego najlepszego przyjaciela, druha, z którym dzielił przygody całego życia, w tym te największe. Sięgnął jedną ręką do czoła i zachwiał się, gdy druga ześliznęła mu się po kiju, na którym się wspierał i byłby niechybnie upadł, gdyby nie szybka reakcja Ervilla, który doskoczył w samą porą, by go przytrzymać.

— To… To wszystko prawda? — wydusił z siebie słabym głosem w kierunku Nevena, który, zwiesiwszy głowę, wzbraniał się wyraźnie przed spojrzeniem w oczy towarzysza. — Dlaczego?

Neven nie odpowiedział, miast tego spluwając śliną pomieszaną z krwią na ziemię.

— Nie wierzę — spod przymkniętych powiek Jovana wypłynęły łzy, a strumienie, którymi spływały, były szersze, niż wszystkie te, które wylał dotychczas. — Nie wierzę. Zbyt dobrze go znam, zbyt długo. Nie mógł tego zrobić.

Avaret uznał za bezcelowe zapewniać Loretańczyka o tym, że mają rację.

A więc oto jest moment, w którym pokonanie wroga przynosi więcej cierpienia i łez, niż zadane przez niego rany.

— Jovanie, ten człowiek winny jest zdrady ojczyzny. To, czego się dopuścił, ściągnęło bezpośrednio śmierć na dwóch waszych towarzyszy, a być może przyniesie i konsekwencje dla całego waszego narodu. Jedyną możliwą karą, współmierną do winy, jest śmierć.

Z twarzy Jovana, mimo, że już przedtem była przeraźliwie blada, odpłynęły resztki krwi. Kątem oka Avaret dostrzegł Garraya, ruszającego w dół wzgórza, którego śladem, w odległości ledwie kilku kroków za nim, podążał już Ervill.

— Jeśli nie dasz rady, ja to zrobię. Niemniej ta sprawa, z nas tu wszystkich, ciebie dotyczy najbardziej — wyszeptał, po czym, obróciwszy się na pięcie, ruszył w kierunku oddalających się przyjaciół, zostawiając Jovana sam na sam z Nevenem.

O nic bardziej okrutnego nie mogłem go chyba poprosić. Ale czy jest inne wyjście?

Czekali na niego na samym dole, opodal rozłożystego dęba, kontrastującego z odległą o kilkaset stóp iglastą ścianą lasu.

— Uczyniliśmy ohydną rzecz — wyparował Ervill, gdy byli już w komplecie, wpatrując się przy tym bystrym wzrokiem w szczyt wzniesienia. — Ohydną.

Avaret przystanął zaraz obok niego. Jego myśli przebiegały w szaleńczym tempie.

— Wybraliśmy jedyne słuszne rozwiązanie. Cóż innego moglibyśmy począć? Karą za zdradę, w obliczu nadchodzącej wojny, może być tylko śmierć. To nie ja urządziłem ten świat według obowiązujących zasad, jednak z większością z nich się zgadzam, jak okrutne by nie były. Neven musi umrzeć, a kto powinien zadać mu śmierć, jeśli nie człowiek najbardziej przez niego zdradzony? Tylko jasne i proste zasady, oraz ich bezwarunkowe egzekwowanie, mogą zapewnić nam przetrwanie w tym zwariowanym świecie.

Przesunął wzrok z elfa w stronę wzgórza, na którym tkwili nieruchomo Loretańczycy, Neven wciąż klęcząc. Czerwone promienie niknącego powoli wśród wzgórz słońca, kładły się na zniszczonych murach niegdysiejszej warowni, malując idylliczny pejzaż, tak nieprzystający do rozgrywającej się tam sceny. O dziwo, krajobraz otaczający ich samych wydał mu się zimny i surowy, okolica cicha, jakby zamarło w niej wszelkie życie. Jedynie chłodny wiatr poruszał się po niej leniwie, owijając ich ciała i wprawiając je w dreszcze. Nie spodziewał się prędkiego wykonania wyroku, pewien był, że Jovan uczyni wszystko, by wpierw zrozumieć intencje przyjaciela.

— Zdrada to jedna z najokrutniejszych zbrodni, jakich może dopuścić się człowiek — rzekł niespodziewanie milczący do tej pory Garray. — Śmierć ciała nie jest wbrew pozorom najgorszą rzeczą, z jaką możemy się zetknąć. Dużo gorsza od niej jest śmierć ducha, upadek nadziei, utrata zaufania. Nie wiem, czy Neven zdawał sobie do końca sprawę z tego, czego się dopuszcza. Nie wiem również, czy Jovan zdobędzie się na czyn, który wszak jego towarzyszom życia nie wróci, a pozbawi go za to innego z nich, jedynie w imię sprawiedliwości, zasad czy zadośćuczynienia.

— Musi. Tak po prostu musi być.

Garry wpatrzył się uważniej w scenę rozgrywającą się pośród ruin. Pytanie, które po chwili zadał, wypowiedziane zostało w przestrzeń przed nim, tak, że Avaret nie był do końca pewien, czy to na pewno on jest jego adresatem.

— A ty? Co ty byś uczynił na jego miejscu?

 

 

KONIEC

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część VII

05 sty

Dzień miał się już ku końcowi, gdy Avaret ponownie stanął w progu gospody „Pod Rogatym Jeleniem”. Ostatnie promienie słońca zdążyły smagnąć jego plecy, spływając następnie w dół, ku stopom, które chwilę później wiodły najemnika w górę schodów prowadzących do izb dla gości karczmy. Znalazłszy się na górze pchnął drzwi prowadzące do pokoju, który dzielił z Ervillem.

— Nareszcie jesteś — witające go słowa należały do Ervilla, siedzącego na skraju jednego z dwu wąskich łóżek. Elf pochylał się, przedramiona opierając na kolanach, dłonie łącząc ze sobą. Była to poza kogoś, kto z wyraźnym zniecierpliwieniem na coś czeka. A w tym wypadku kogoś.

— Trafiliśmy na trop — rzekł Jovan, zajmujący drugie łóżko. Avaretowi wydało się, że wstąpił weń jakby nowy duch, ożywiający nieco martwe kończyny, zmazujący z twarzy beznamiętny wyraz. Lekki podmuch wiatru wleciał do izby przez znajdujące się pomiędzy łożami uchylone okno, poruszając opadającymi na czoło lokami Loretańczyka. Wydawał się być w tym momencie tym samym radosnym młodzieńcem, którym musiał być, zanim narodził się jako jeden z synów wojny.

Siedzący na krześle przy drzwiach Neven dźwignął się, by móc dosięgnąć czegoś, co leżało na stojącym nieopodal regale, by następnie okazać rzecz Avaretowi. Oczy najemnika przebiegły od dołu do góry, wzdłuż ostrza sztyletu, jego jelca, aż do trzonu, na którym znajdował się jakiś grawerunek. Zamarł na krótki moment, gdy zdał sobie sprawę z tego, co widzi.

— Skąd to macie? — spytał. Suchość w gardle spowodowała, że jego głos zabrzmiał niczym piasek przesypywany z ręki do ręki.

Ervill podniósł się gwałtownie, przywołując na twarz pewny siebie uśmiech. Jego oczy śmiały się również, współgrając z ustami. Razem tworzyły obraz zwycięzcy, który utarł nosa rywalom i nie zamierza się tym nie chwalić.

— Widzisz, drogi przyjacielu, źle mnie oceniłeś. Starcze zgorzknienie jeszcze mnie nie nadgryzło, wciąż pełen jestem ikry, nadziei, chęci do działania i nieustępliwości. To, co mi wypominałeś, to jedynie rozum i doświadczenie, oraz dobra ocena sytuacji. Daruję ci jednak, zrzucając wszystko na karb nieroztropności, której z wiekiem na pewno się pozbędziesz.

— Możesz jaśniej?

— Przypadek — wtrącił się Jovan. — Czysty przy…

— Właśnie ta nieustępliwość — Ervill nie dał zepsuć sobie popisu, lekkim podniesieniem głosu dając do zrozumienia Jovanowi, by więcej się nie odzywał — doprowadziła mnie do jedynego tropu, jakim w tym momencie dysponujemy. Wyobraź sobie Avarecie, że gdy ty traciłeś czas w bibliotece, ja odnalazłem człowieka, który przypadkiem wszedł w posiadanie tego sztyletu. Znalazł go, jak mówi, na trakcie wiodącym na południe, niemal na samych obrzeżach miasta. Jovan i Neven przyjechali ze wschodu, można więc z całą pewnością założyć, że to nie oni go zgubili. Nie pozostaje nam nic innego, jak wsiąść na koń, i dopaść tych łajdaków — zakończył elf, krzyżując z dumą ręce na wypiętej piersi.

Avaret zaśmiał się ochrypłym śmiechem.

— Skoro opuścili już miasto, to kto usiłował mnie zgładzić, gdy byłem w Bibliotece? — rzekł, po czym, na poparcie swoich słów, okazał całej trójce mającą w niego ugodzić strzałę. Jako że tkwiła ona mocno w blacie stołu, który przeszyła, Avaret zdecydował się przeciąć ją na pół, by móc ją wyciągnąć.

Ervill przyjrzał się jej z konsternacją. Również Loretańczycy doskoczyli do Avareta, by móc bliżej przyglądnąć się przedmiotowi.

— Nie ma… Nie ma grawerunku — oświadczył niepewnym głosem elf.

Avaret drgnął, wyraźnie zaskoczony. Nie zadał sobie wcześniej trudu przeprowadzenia dokładniejszych oględzin strzały, wziął raczej za pewnik, że jest ona powiązana z Bractwem Jadowitego Węża. Uniósł ją na wysokość swoich oczu i obrócił obie części drzewca wokół ich własnych osi.

— Rzeczywiście… — wymamrotał wciąż przesuwając wzrokiem po przedmiocie, jak gdyby liczył na to, że grawerunek jednak gdzieś się na nim chowa. — Masz rację — przyznał po chwili bardziej zdecydowanym głosem.

— Co to oznacza? — spytał Jovan, przejmując od Avareta strzałę. Obejrzawszy ją pobieżnie — nie miał wszak powodów, by nie wierzyć osądowi poprzednich obserwatorów — przekazał ją Nevenowi.

— Cholera wie — odparł Ervill, z donośnym klapnięciem usadawiając się na łóżku. — Albo Bractwu skończyły się magiczne strzały… Albo w sprawę wmieszany jest ktoś jeszcze.

Avaret pokręcił głową.

— To niedorzeczne. Historia i tak jest już wystarczająco absurdalna. Nie czyńmy z niej jeszcze większej farsy.

— Co zatem uczynimy?

Avaret skrzyżował ręce na piersi. Ślad wiodący na południe, był jedynym, jakim dysponowali. Czas grał na ich niekorzyść, podjęcie ryzyka mogło im się niebywale opłacić, bądź pozostawić w miejscu, w którym i tak już tkwili. Nie mieli nic do stracenia.

— Ruszamy na południe. Jeszcze dzisiaj.

Zauważył, że jego słowa zrzuciły ogromny balast z ramion Jovana. Znać było, że młody Loretańczyk z napięciem oczekiwał próby podjęcia skonkretyzowanego działania, zapewne od chwili, w której płomyk nadziei na powrót rozgorzał w jego sercu. Z impetem dopadł drzwi, by następnie w tempie błyskawicy przemknąć po wiodących w dół schodach, zapewne, aby czym prędzej przygotować konie do drogi. Neven podążył jego śladem, emocje trzymając kurczowo na wodzy. W ginącym coraz bardziej w mroku nadchodzącej nocy pokoju pozostali jedynie Avaret i Ervill. Po chwili dołączył do nich również gołąb, który przysiadł na parapecie otwartego okna. W dziobie trzymał jakąś cienką witkę, lecz przestraszony głośnym okrzykiem, jaki dobył się gdzieś z pobliskich ulicznych zakamarków, wypuścił ją z dzioba, pozwalając upaść na ziemię.

— Wiesz, że być może dajemy im jedynie złudną nadzieję? — głos Ervilla przeciął ciszę, która zasnuwała izbę. — Że ten trop może doprowadzić nas równie dobrze donikąd?

Avaret milczał, wpatrując się w gołębia, który opadł na podłogę pokoju, po czym, pochwyciwszy gałązkę w dziób, wyfrunął na otwartą przestrzeń.

— Wiem. Ale grzechem byłoby nie spróbować.

* * *

Poruszali się naprzód w milczeniu, z rzadka jedynie wymieniając zdawkowe uwagi. Trzeci dzień pościgu zagnał ich na równinę Bermath, porośniętą niemal wyłącznie trawą. Wcześniej zostawili za sobą gęste bory, rwące rzeki, oraz kilka napotkanych po drodze, słabo zaludnionych osad. Avaret już na początku natknął się na ślad, który mógł zostać pozostawiony przez dwa uciekające wozy, jednak padające ostatnimi czasy deszcze uczyniły go dość niewyraźnym. Ponadto, mimo narzuconego wysokiego tempa, wyprzedzał ich on w dalszym stopniu, jak szacował najemnik, o niecały dzień. W niemałe zdumienie wprawił Avareta fakt, że mimo znacznego balastu, jakim jest ładunek oręża, złodzieje potrafią poruszać się tak szybko.

O ile to rzeczywiście oni.

Trakt, którym podążali, wyglądał na z rzadka uczęszczany. W wielu miejscach zarośnięty trawą, pełen zastarzałych kolein i dziur, nie wydawał się być najlepszą drogą wiodącą na południe. Avaret wiedział, że równolegle do niego, w odległości kilku lig, biegnie szeroki trakt, łączący północ z południem, utrzymany w dobrym stanie i bezustannie uczęszczany. O ile dobrze pamiętał mapy, droga, którą podążali, łączy się z nim w pewnym momencie, w którym jednak, tego nie był pewien.

Spojrzał przed siebie, aby po raz któryś już tego dnia ogarnąć wzrokiem teren, który wychodził im na spotkanie. W odległości kilkuset stóp dostrzegł zagajnik, wydający się być idealnym miejscem do schronienia w ciągu nadchodzącej nocy. Zerknął z góry na łeb swojego konia; jego obwisłe uszy, zwieszona głowa i rozluźniona dolna warga, w połączeniu ze znacznym spadkiem tempa ich pościgu, były jasnym sygnałem do zarządzenia postoju. Avaret nie był zadowolony z tego faktu, potrafił jednak realnie ocenić sytuację i nie wdawać się w bezsensowną szarżę, która mogła przynieść jedynie całkowite wycieńczenie ich wierzchowcom. Zamiast tego pochylił się i pogłaskał swego gniadosza po pysku.

— Zatrzymamy się opodal tego zagajnika — krzyknął donośniej przez ramię, aby jadący w tyle za nim towarzysze mogli go usłyszeć.

Rozłożywszy się w bezpośrednim sąsiedztwie linii drzew, przystąpili do szukania suchych gałęzi, z których można by rozpalić ognisko. Neven dokonał przeglądu ich zapasów, po czym oświadczył, że najwyższy czas coś upolować. Pozostawiwszy mu obowiązek zapewnienia im ognia, Avaret, Ervill i Jovan pochwycili łuki i, rozproszywszy się na trzy strony, ruszyli na polowanie. Czasu mieli już niewiele, cienie młodych drzew rosnących na skraju zagajnika wydłużały się z każdą kolejną chwilą.

Gdy po zapadnięciu zmroku spotkali się przy ognisku, okazało się, że jedyną zdobyczą jest mikry zając, dzierżony za uszy przez Ervilla. Równina nie obfitowała w zwierzynę, przynajmniej jadalną, gdyż ataku jakiejś przemierzającej ją w poszukiwaniu pożywienia watahy wilków można się było jak najbardziej obawiać.

— Lepsze to, niż nic — rzekł Jovan siadając. Podobnie uczynili Avaret i Neven, elf zaś w tym czasie zajął się patroszeniem szaraka.

— Nie martw się — powiedział Avaret. — Nasz pościg dobiega końca, kwestią kilku dni jest, jak dopadniemy tych łajdaków.

— Chciałbym w to wierzyć — bąknął Neven, wbijając wzrok w iskry lecące z ogniska.

— Czyżbyś nie zauważył, Nevenie — wtrącił żywo Ervill, wymachując odrąbaną zającowi łapą — że oto weszliśmy w posiadanie potężnego artefaktu, przynoszącego szczęście jego właścicielowi? Z taką pomocą nasza sprawa już wydaje się być wygrana.

Avaret parsknął śmiechem, kolejny raz niedowierzając poczuciu humoru przyjaciela. Jego parskniecie prędko przerodziło się w zduszony śmiech, który stopniowo udzielił się i Loretańczykom. Po chwili cała czwórka śmiała się donośnie, ocierając ściekające po policzkach łzy. Niedługo później zajadali się upieczonym zającem, podając sobie kolejno kij, na który został nadziany.

— Pora zażyć trochę snu — oznajmił Avaret po skończonym posiłku. — O brzasku musimy ruszyć w dalszą drogę.

Jako, że chłód nocy przybierał na sile, opatulili się czym mogli i prędko posnęli.

Z płytkiego snu wyrwał Avareta jakiś odgłos, dobiegający z bardzo bliska. Zerwał się z ziemi od razu dostrzegając źródło dźwięku.

Tuż przy ognisku kucał mężczyzna o elegancko przystrzyżonych, siwych włosach i krótkiej brodzie, odziany w kontrastujące z jego dostojnym obliczem łachmany, dorzucający do ognia zgromadzone uprzednio gałęzie. Mężczyzna zwrócił swe oblicze w kierunku osłupiałego najemnika; w jego oczach kryła się niezwykła mądrość i rozwaga, a także spryt i przebiegłość.

Avaret znał tego człowieka.

* * *

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część VI

11 paź

Potężny gmach, wzniesiony przed wiekami z gładko oszlifowanych bloków szarego kamienia sprawiał, że Wielka Biblioteka Mostaru w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Labirynt korytarzy, do których przylegały mniejsze pomieszczenia zajmowane przez bibliotekarzy, bądź też służące do innych celów, okalał ogromną Salę Główną, w której na równym rzędem ustawionych regałach, spoczywały książki, manuskrypty czy w końcu pojedyncze pergaminy. Ich liczba kazała przypuszczać, że Wielka Biblioteka niekoniecznie zaczerpnęła swą nazwę od rozmiarów budynku. Dostępu do niej nie mógł uzyskać każdy poszczególny mieszkaniec miasta, chyba, że był gotów słono za to zapłacić. Dużej części obywateli było to jednak wszystko jedno, zważywszy na fakt, że i tak nie potrafiła czytać, ni pisać.

Avaret podążał tropem niewysokiego dziadunia, odzianego w szary habit, przepasany grubym sznurem. Dziadunio sprawiał wrażenie do reszty zdziwaczałego, o czym świadczył już jego ubiór, sugerujący wręcz religijne oddanie i wierność zawartości biblioteki. Mimo to okazało się, że jest na tyle przytomny umysłowo, by pozbawić Avareta połowy zawartości jego sakiewki, w zamian za wstęp do Sali Głównej. Wykładem na temat historii Biblioteki uraczył najemnika, ku jego wielkiej uldze, nieodpłatnie.

W całym gmachu panował półmrok. Światło słoneczne, jak zapewnił dziadunio, niezbyt służy starym księgom. Mimo braku dostępu promieni słonecznych, jakoś udawało się jednak uchronić gmach od wilgoci. W jaki sposób, tego już przewodnik Avaretowi nie wyjaśnił.

Przystanęli przy kamiennej balustradzie, wieńczącej ich całkiem długi spacer pogrążonym w prawie całkowitych ciemnościach korytarzem. Avaret oparł się o nią, by móc przez chwilę podziwiać zapierający dech w piersiach widok Sali Głównej. W dole, jakieś dwadzieścia stóp poniżej poziomu, na jakim się znajdowali, rozciągały się niezliczone rzędy regałów, których końce ginęły w mroku gdzieś, hen daleko, na drugim końcu Sali. W oczy rzuciło mu się kilka jasnych punktów, rozproszonych w dość regularny sposób.

— To miejsca, w których można zasiąść i trochę poczytać — poinformował go dziadunio. — Krzesło, stolik, a na nim lampka oliwna. Uwagę zachowaj, młodzieńcze, byś przypadkiem pożaru nie wzniecił. Co prawda dawno się tu już żaden nie zdarzył, aczkolwiek po dziś dzień zachowuję wspomnienie ognia szalejącego przed pięćdziesięciu laty. Zabrał ze sobą wiele bezcennych manuskryptów, że wspomnę choćby…

— Wątpię, bym ich potrzebował — przerwał bezpardonowo najemnik. — Jak już mówiłem, interesuje mnie Bractwo Jadowitego Węża.

Dziadunio zacmokał, zawiedziony najwyraźniej tym, że nie będzie mu dane wygłosić kolejnej oracji.

— Bractwo Jadowitego Węża — powtórzył. W jego głosie czaiła się lekka niechęć. — Chodźmy więc.

Zeszli w dół po szerokich schodach, zbiegających w obie strony równolegle do balustrady. Gdy już ich stopy stąpały po posadzce Sali Głównej, dziadunio wyciągnął rękę, wskazując coś w oddali.

— Tym korytarzem aż do miejsca, w którym ginie on w mroku — przez korytarz rozumiał przestrzeń ograniczoną z obu stron przez wysokie regały. — Tam powinieneś coś znaleźć.

Avaret skinął głową. Mimo, że granica mroku z wiadomych przyczyn musiała ulec przesunięciu w miarę, jak będzie posuwał się naprzód, nie poprosił o konkretniejsze wskazówki. Nie miał ochoty na dalsze pogaduchy z przewodnikiem. Ruszył żwawym krokiem, rozglądając się z podziwem po otaczającym go świadectwie wielowiekowej historii. Ciszę, jaka tu panowała, mącił jedynie niewyraźny szelest, być może szepty innych ludzi buszujących pomiędzy regałami, wzdragających się odezwać głośniej przez wzgląd na powagę miejsca, w jakim się znajdowali.

To szepczą karty historii. O wiekach minionych, lecz także i przyszłych, gdyż w końcu historia nauczycielką życia.

Najemnik uśmiechnął się krzywo do własnych myśli, zastanawiając nad tym, kiedy to ostatnio historia kogokolwiek czegoś nauczyła.

Przystanął, by ocenić dystans, jaki pokonał. Koniec alejki za jego plecami zdawał się być całkiem zatopiony w mroku, zdecydował więc, że to w tym miejscu rozpocznie swoje poszukiwania. Podszedł do stojącego najbliżej regału i na chybił trafił wybrał tomiszcze, które najbardziej rzuciło mu się w oczy. Wybór padł na O poprawie moralności ludu prostego, co nie okazało się być celnym strzałem. Avaret odłożył księgę na swoje miejsce, swą uwagę zwracając w nieco dalsze rejony. Począł przebiegać wzrokiem po półkach od lewej do prawej, gdy nagle w oczy rzucił mu się grawerunek, który już tak dobrze znał. Odszukał szybko ów znak wśród rzędu opasłych ksiąg, które przejrzał. Nie mylił się. Znak węża wyryty na grzbiecie jednej z książek był identyczny z tym znajdującym się na drzewcu strzały, z tą różnicą, że ten najpewniej się nie poruszał. Wyciągnął księgę, wzniecając kurz pokrywający ją i sąsiednie tomy, po czym obrócił się w kierunku niewyraźnego światła, którego źródłem była mała lampka, zdobiąca blat stołu uposażonego w jedno krzesło z oparciem. Stolik stał wciśnięty pomiędzy dwa znajdujące się naprzeciw siebie regały, przerywając ciągłość zmierzającego dalej łańcucha, z przodu zaś ograniczony był przez szeroki filar, wspierający wysoki strop biblioteki. Avaret usadowił się wygodnie na krześle. Pełgający chaotycznie ogienek lampki zmusił go początkowo do przymrużenia oczu. Gdy już się przyzwyczaił, skierował całą swoją uwagę na leżącą przed nim księgę.

Czy to w niej znajdę odpowiedzi na swoje pytania? Czy wiem w ogóle, jak one brzmią? Co spodziewam się odnaleźć?

Wypuszczając z głośnym świstem powietrze z ust, otworzył księgę.

Dzieło Sazaara Bardta — przeczytał w myślach Avaret. Rok 1307.

Najemnik przyjrzał się z zaciekawieniem dacie zdobiącej pierwszą kartę. Wyglądało na to, że księga została spisana w czasach, o których wspominał w swojej opowieści Goran, okresie działalności Bractwa. Samo nazwisko autora nic jednak Avaretowi nie mówiło. Odwrócił wzrok w kierunku, z którego przyszedł. Przez chwilę nie widział nic, oszołomiony zupełnie półmrokiem korytarza, po kilku mrugnięciach oczu przywykł jednak do niego. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że niewyraźny szelest, do tej pory dobiegający jego uszu, całkowicie zanikł, zastąpiony przez niepokojącą ciszę. Poczuł się, jak gdyby był zupełnie sam pośród tysięcy zakurzonych ksiąg, jedyny człowiek starający się za wszelką cenę dokopać prawdy, samotnie stawiając czoła setkom lat dziejów. Skupił się na powrót na księdze. Ktoś, kto przyjrzałby się w tym momencie jego twarzy, dostrzegłby ogniki pełgające w jego błękitnych oczach, czyniące je jeszcze jaśniejszymi, niż były zazwyczaj. Ogień ten w większości przypadków okazałby się być narzędziem niezbędnym człowiekowi do przeżycia, opatulającym go ciepłym płaszczem, zapewniającym ochronę. Podsycony jednakowoż przez czyjeś wrogie działanie, gotów był nieść śmierć i spustoszenie.

Avaret, podparłszy pięścią czoło, zagłębił się w lekturze. Wydarzenia, których dotyczyła, zostały już pokrótce przedstawione najemnikowi w opowieści dozorcy. Autor księgi przekonywał, że udało mu się przeniknąć do Bractwa, którego stał się pełnoprawnym członkiem. Ogólnikowe opisy, nie odbiegające specjalnie od wszakże mało szczegółowej relacji Gorana, nie zdawały się jednak potwierdzać tego faktu. Avaret począł przewracać kolejne stronice, zapoznając się z ich treścią dość pobieżnie. Zapełnione były one w większej mierze raczej fantazyjnym tłem dziejowym, aniżeli konkretnymi informacjami. Zirytowany Avaret zamknął z hukiem księgę, nie zważając na głośne echo, jakie poniosło się po ścianach Sali Głównej.

Tylnia okładka otworzyła się jednak z powrotem, odsłaniając ostatnią kartę księgi.

jednakowoż największą spośród sił Bractwa jest jego wieczność, oparta na solidnych fundamentach tajemnicy i skrytości, lojalności i tradycji, która przetrwa wśród wybranych, by pozwolić mu powrócić w najmniej spodziewanym momencie. Czy to po pięćdziesięciu, stu, czy w końcu pięciuset latach.

Avaret zamrugał, niedowierzając gorzkiej ironii ostatnich słów.

A może…?

Nagłe przeczucie wyrwało go z sideł krainy domysłów. Błyskawicznie oderwał się od stołu, przewracając się wraz z krzesłem na ziemię w momencie, w którym coś rozpruło powietrze z głośnym świstem, uderzając następnie w blat stołu. Avaret pozbierał się natychmiast z ziemi, usiłując wykryć źródło zagrożenia. Jego oczy przesłonięte były jednak kurtyną czarnych chmur, mieniących się mimo intensywnego mrugania powiekami. Gdzieś z góry dobiegł go odgłos uderzających o kamień podeszew, dźwięk uciekającego człowieka. Nim jego wzrok przyzwyczaił się do panujących ciemności, hałas zdążył już zginąć gdzieś w oddali.

Avaret, z wciąż szybko bijącym sercem, zerknął w stronę książki, nad którą dopiero co się pochylał. Tylna okładka w dalszym ciągu pozostawała otwarta. Niemałą pomoc niosła jej w tym tkwiąca w niej strzała, której grot schowany był gdzieś pod blatem stołu.

Czyżby to wszystko była prawda? — zadał sobie pytanie Avaret.

Nagły dreszcz wstrząsnął jego ciałem.

* * *

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Synowie wojny, część V

18 wrz

Ervill, rozsiadłszy się wygodniej, a przez wygodę rozumiał oparcie prawej nogi na stole i kołysanie się na tylnich nogach krzesła, począł analizować odbytą dopiero co, utrzymaną w niezbyt przyjaznym tonie, pogawędkę z Avaretem. Przywary, jakie zostały mu w niej wytknięte, w żaden sposób nie wydawały się mu być prawdziwe, co nie znaczyło wcale, że nie poczuł się lekko dotknięty. Zjeździł z Avaretem pół świata, wespół stawiali czoła niebezpieczeństwom, jakie innym nawet się nie śniły, hartując tym samym swoją przyjaźń. Elf zdawał sobie sprawę z różnic światopoglądowych, jakie ich dzielą, mimo to miał pewność, że jego kompan rozumie go bardziej, niż ktokolwiek inny na tym świecie. To samo działało również w drugą stronę. Ervill bardzo dobrze pojmował prawość i niezłomność Avareta, jego szlachetność, honorowość i cały zespół innych cech, które trudno było wyrazić jednym słowem, co więcej, pochwalał je i w jakimś stopniu także podzielał.

Przeniósł wzrok na wciąż niedopite piwo, sięgające swoim poziomem niemal dokładnie połowy kufla i zadał sobie odwieczne pytanie filozofów. Odpowiedź, jaka mu się jednak od razu nasunęła, usprawiedliwił prędko swoim umiłowaniem do piwa i innych mocnych trunków, zapewniając siebie samego, że gdyby w kuflu była woda, jego odczucia byłyby zgoła odmienne.

Z morza przemyśleń wyłowił go obraz zapadniętych oczu Jovana, przeszklonych nie wylanymi łzami, trwale odkrytych przez tkwiące nieruchomo powieki.

— Przykro mi — bąknął ni z tego ni z owego, z najwyższym trudem starając się stłumić głośne beknięcie, tak nieodpowiednie dla tej chwili. Udało mu się wygrać tę walkę, natychmiast zdał sobie jednak sprawę z tego, jak głupio zabrzmiały jego słowa. Zauważył, że Loretańczyk nawet nie drgnął, co odczytał jako dobry znak. Pochyliwszy głowę, jął z mozołem klecić w myślach formułkę, która mogłaby wlać trochę miodu w poszarpane serce Jovana, przyszło mu jednak do głowy, że jest w nim zbyt wiele dziur, przez które miód z pewnością od razu wypłynie. — Długo ich znałeś?

Jovan uniósł nieco głowę, na tyle, by móc przyjrzeć się obliczu elfa. Minęła dłuższa chwila, zanim w końcu zdecydował się odpowiedzieć.

— Niezbyt — siła jego głosu zaskoczyła Ervilla, który spodziewał się usłyszeć raczej jęk i szlochanie, aniżeli pewną odpowiedź. — Spotkaliśmy się po raz pierwszy na krótko przed naszą wyprawą. Niemniej znałem ich dobrze.

Ervill na powrót zajął się kuflem piwa, jednocześnie uważnie słuchając.

— W trakcie takiej wyprawy można poznać człowieka od stóp do głów, ze wszystkimi jego zaletami i przywarami, lękami i radościami. Dagonet i Risk byli mi druhami, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, wiernymi i oddanymi, gotowymi stanąć za mną w najgorszej opresji. Można przeżyć całe życie u boku drugiej osoby i do końca nie wiedzieć, czego się po niej spodziewać. W tym przypadku było dokładnie odwrotnie. W ciągu krótkiego czasu zdołałem się przekonać, że mogę na nich polegać.

Ervill upił porządny łyk piwa.

— Mądrze prawisz. Nawet zbyt mądrze, jak na takiego młokosa.

— Nieco inaczej ma się sprawa z Nevenem — kontynuował Jovan, puszczając uwagę elfa mimo uszu. — Pochodzimy z tej samej wioski, wspólnie wychowywaliśmy się, dorastaliśmy, wspólnie też przystaliśmy do rebeliantów. Połowa moich wspomnień, tych radosnych, ale i też gorzkich, jest również i jego wspomnieniami. Pierwsza walka na drewniane miecze, praca w polu, wspólne psoty, jak i otrzymane za nie lanie, letnie kąpiele w rzece, słuchanie opowieści starszych w długie, mroźne, zimowe wieczory… Podróż do Gorzejących Gór. Śmierć Dagoneta i Riska.

Ervill zdał sobie sprawę, że ślina, która zebrała mu się w rozdziawionych ustach, zaraz osiągnie poziom, po przekroczeniu którego spłynie mu po brodzie. Przełknął ją szybko, zastanawiając się, czy Jovan, którego poznał zeszłego wieczora, umarł już na zawsze. Jednocześnie zauważył, że potok wylanych przezeń słów, przynosi mu nieco ukojenia, jak gdyby wyrzucał z siebie jakąś truciznę. Samo to, że przemawiał donośnie i bez zająknięcia, było sporym postępem w porównaniu do stanu, w jakim jeszcze niedawno się znajdował.

— Tak — podjął na nowo, równie mocnym, jak przedtem głosem. — O ile Dagoneta i Riska mogę nazwać druhami, o tyle w przypadku Nevena odpowiedniejszym określeniem byłby brat.

Ostatnie słowa Jovana wprawiły Ervilla w stan głębokiej zadumy. Relacje, które tak dokładnie i obrazowo opisywał, oraz uczucia, jakich w związku z nimi doświadczył, kazały elfowi zastanowić się nad tym, w jakim miejscu znajduje się nić jego życia, czy splata się z innymi, a jeśli tak, to jak ściśle. Mimo szmatu czasu, licząc kategoriami ludzkimi, jaki już przeżył, nie mógł powiedzieć, że spotkał na swej drodze wielu przyjaciół, osób, dla których coś znaczył, bądź które dla niego coś znaczyły. Kompanów do picia, owszem, miał wielu, wiedział jednak, że każdy z nich sprzedałby go za garść miedziaków, gdyby nadarzyła się ku temu okazja. Podrapał się po szyi, będąc już bliskim gorzkiej konkluzji. Jedyną osobą, na którą mógł w swoim życiu liczyć, był Avaret.

Moment puenty, jaką w duchu wygłosił, zbiegł się w czasie z trzaskiem raptownie otwieranych drzwi wejściowych. Ervill zerknął w ich stronę ponad ramieniem Jovana, do którego — uszu wskazywał na to brak jakiejkolwiek reakcji ruchowej — hałas najwyraźniej nie dotarł. Przez próg gramoliła się niezdarnie grupka trzech wyraźnie podchmielonych młodzieńców, którym towarzyszyła dziewka będąca ich rówieśnicą. Pierwszych dwóch miało identyczne, gęste czarne czupryny, bliźniaczo podobne spojrzenia brązowych oczu, oraz takie same, delikatne podbródki. Musieli być braćmi. Trzeci miał gładko wygoloną głowę, po której spływały ostatnie krople pozostawionego na zewnątrz deszczu. Dziewczyna, o delikatnej twarzy i silnie rudych, prawie czerwonych włosach, trzymała się wyraźnie jego boku. Wszyscy odziani byli w stroje sugerujące raczej niższe pochodzenie, pełne łat i dziur, na które łat już zabrakło. Rozejrzeli się niespiesznie po sali, po czym zajęli stół stojący w sąsiedztwie paleniska. Nim to jednak uczynili, łysy młodzieniec zdążył rzucić Ervillowi pełne pogardy spojrzenie. Nim dołączył to towarzyszy, elfowi udało się przyuważyć miecz wiszący u jego pasa, który wychylił się na krótką chwilę spod sięgającego niemal ziemi płaszcza.

Nie wyglądają na uczciwych obywateli — pomyślał Ervill instynktownie umiejscawiając całą gromadkę w klasie przestępczej miasta Mostar.

Nowi goście prędko zaczęli się domagać piwa, ponaglając biednego Holeta paskudnie brzmiącymi przekleństwami. Popłoch, jaki wywołały one u gospodarza, przywiódł go do nieszczęśliwego potknięcia, w konsekwencji którego cała pierwsza kolejka rozlała się po ziemi. Feralny wypadek rychło doczekał się salw śmiechu, które jednak prędko ustąpiły kolejnym przekleństwom. Ervill na dobre zajął się dopiciem piwa, starając się równocześnie nawiązać swobodniejszą rozmowę z Jovanem, jednak jego zdawkowe odpowiedzi z czasem okazały się przeszkodami nie do pokonania. Elf na powrót pogrążył się w zadumie, nie na tyle jednak głębokiej, by jego uszy nie wyłowiły paru paskudnych epitetów dotyczących jego osoby, dobiegających z sąsiedniego stołu. Zwróciwszy swe oczy w kierunku źródła tych obelg, napotkał spojrzenie łysego młodzieńca, który zdawał się od dłuższego czasu łypać na niego spode łba. Ervill nie należał do tych, co to dają sobie w kaszę dmuchać. Rozeźlić go tez nie było ciężko.

— Cóż tak spozierasz na mnie spode łba? — rzucił wyzywającym tonem w wiadomym kierunku. — Dawnoś nie widział nikogo z gatunku długowłosych, mam rację?

Ruda dziewczyna siedząca u jego boku roześmiała się słodko i szczerze, wprawiając łysego w stan zażenowania, potwierdzony obrazem kraśniejących policzków. Przysunęła usta do jego ucha i zaczęła szeptać. Mimo, że tego nie słyszał, Ervill był pewien, że podjudza go do odpowiedzi na jego zaczepkę.

— Dawno nie widziałem tutaj plugawego elfa!— warknął młodzieniec, opluwając wszystko i wszystkich, którzy znajdowali się wokół niego.

Ervill zaśmiał się donośnie.

— Może zatem pokażesz mi łaskawie miejsce, w którym będę mógł się schować przed twoim gniewem? — odparł łysemu, postanawiając dorzucić cegiełkę do wznoszonego muru jego poczucia podrażnionej dumy. Bardziej wynikało to z faktu, że zdążył już mocno stęsknić się za walką, aniżeli z powodu wymierzonych w niego inwektyw. Chłopak wydawał się idealnym przeciwnikiem do tego, aby przypomnieć sobie, jak miecz leży w ręce.

Dziewczyna wciąż szeptała, chłopak znajdował się już na drodze, z której wstyd byłoby zawrócić. W końcu wstał, zachwiawszy się przy tym nieznacznie.

— Pokażę! — rzucił buńczucznym tonem. — Pierwej jednak wyrządzę ci trochę krzywdy.

Ervill również powstał, uśmiechając się pod nosem. Zauważył, że także i jemu piwo zmąciło zmysł równowagi. Potraktował ten fakt jako dodatkową gratkę w szykującej się zabawie.

— Wyjdźmy więc na zewnątrz, by stoczyć ten heroiczny pojedynek. Gospodarza darzę zbyt dużą estymą, by doprowadzać jego przybytek do ruiny.

Łysy młodzieniec chyżo ruszył w kierunku drzwi, nie czekając, aż Ervill wygramoli się zza stołu. Jego kompania ruszyła w ślad za nim. Ervill, wciąż z kpiącym uśmiechem na ustach, mimowolnie zerknął w stronę Jovana. Widok jego twarzy, świadomość tego, że urządza sobie podobne zabawy w cieniu tragedii, jaka dotknęła jego towarzysza, sprawił, że uśmiech momentalnie spełzł mu z twarzy.

— Nie martw się — rzekł lakonicznie, gestem zachęcając Jovana do pójścia ze sobą. Ku jego uldze, Loretańczyk zdecydował się mu towarzyszyć.

Na zewnątrz wciąż lało. Gdyby ulica w tym miejscu nie była brukowana, przyszłoby im grzęznąć w błocie, co już całkowicie zamieniłoby ich potyczkę w zwykłą farsę.

— Jestem Katus — krzyknął łysy. Jego głos z trudem dotarł poprzez strugi deszczu do Ervilla. Elf od razu nadał młodzieńcowi własne imię, które od oryginalnego wyróżniał jedynie rozstaw liter. — Będziesz mnie pamiętał na długo po tym, jak z tobą skończę.

Nie czekając na odpowiedź, runął do bezmyślnego ataku, trzymając miecz oburącz, tuż przy twarzy. Nie zdołało to zaskoczyć elfa, który szybkim ruchem wydobył swój oręż z pochwy. W momencie, gdy Katus był już bliski końca swojej szarży, Ervill uchylił się nieco, otwierając przeciwnikowi dalszą drogę. Zdążył jeszcze klepnąć go płazem miecza w pośladki, w konsekwencji czego chłopak całkowicie stracił już równowagę i wyrżnął twarzą o ziemię.

— Oto jest mąż, który prawdziwie umiłował tę ziemię — zakpił Ervill. — Składa jej pocałunki nie bacząc na wrogą aurę.

Katus podniósł się w końcu, co nie znaczy, że nie kosztowało go to wielkiego trudu. Gdy zwrócił się pokiereszowaną twarzą w kierunku przeciwnika, w jego spojrzeniu można było dostrzec gniew graniczący z furią. Sapał głośno i warczał, Ervill natomiast śmiał się, podobnie jak i ruda dziewczyna. Znać było, że jakiekolwiek były zamiary Katusa wobec niej, ona nie traktuje go zbyt poważnie.

Młodzieniec sapnął jeszcze kilka razy, po czym natarł po raz kolejny, tym razem jednak z mniejszym impetem. Ervill bez trudu odbił kilka jego bezładnych ciosów, na koniec uderzając go dłonią zaciśniętą na rękojeści prosto w nos. Katus z krzykiem złapał się zań dłonią wolną od miecza. Krew, jaka spłynęła mu po ustach i brodzie, lądowała na bruku, prędko rzednąc wśród spadającego deszczu.

— Ty… skurwysynu! — wystękał chłopak, co wydawało się być zwyczajowym zwrotem w podobnej sytuacji. Odjąwszy dłoń od zakrwawionego nosa, ukazał zaciśnięte wściekle zęby. Nie nauczony poprzednimi doświadczeniami, przypuścił następny, wyzuty z jakiejkolwiek strategii atak. Zamachnął się kilkukrotnie, uderzając całkowicie na oślep, nie osiągając jednak ani razu celu, gdyż każde z natarć napotykało albo unik, albo było bez trudu blokowane. Znudzony już tą zabawą Ervill wykorzystał pierwszy, lepszy moment, w którym przeciwnik całkiem się odsłonił, i wolną ręką rąbnął go potężnie w brzuch. Katus zgiął się w pół, wydobywając z siebie stłumiony jęk. Gdy tak trwał w tej pozycji, Ervill obszedł go spokojnie i, przyjrzawszy się dokładnie celowi, kopnął go podeszwą w wypięte pośladki. Młodzieniec poleciał w przód, raz kolejny stykając się twarzą z szorstkim brukiem.

— Dziękuję państwu, koniec widowiska — podsumował elf chowając miecz i teatralnie otrzepując ręce. Ruszył niespiesznym krokiem z powrotem w kierunku karczmy, gdy nagle dostrzegł, jak prawa ręka Jovana unosi się ku górze, a jej palec wskazujący prostuje, by coś mu wskazać. Jeszcze zanim Loretańczyk zdążył wykrzyczeć słowa ostrzeżenia, Ervill błyskawicznie odskoczył w bok, słysząc, jak coś rozdziera powietrze w miejscu, w którym dopiero co stał. Chwilę później rozległ się dźwięk metalu uderzającego o kamień.

— On… Próbowałem cię ostrzec — wydusił Jovan, mierząc palcem w klęczącego Katusa. Ervill, niewiele się zastanawiając, doskoczył do niego i, nie okazując żadnej litości dla wciąż klęczącego mężczyzny, wymierzył mu kopniaka prosto w twarz. Jego siła była tak wielka, że pokonany wykonał niemal pełny obrót wokół własnej osi, nim ostatecznie rozciągnął się jak długi na bruku. Elf splunął na bezwładne ciało, ostatecznie odbierając chłopakowi honor.

— Pozbierajcie go — warknął do dwóch jego bliźniaczo podobnych do siebie towarzyszy. Na dźwięk jego słów targnął nimi dreszcz przerażenia. — A ty, ruda… Nie zadawaj się z nim. Przecież widzisz, że to idiota.

Dziewczyna skinęła głową. Delikatny uśmiech nie opuszczał jej ust.

— Chodź Jovan, wracajmy do środka. Całkiem już przemokłem.

Postąpił kilka kroków naprzód, lecz zdał sobie sprawę, że podąża sam.

— Jovan? — dorzucił pytającym tonem, odwracając się w kierunku stojącego nieruchomo mężczyzny. Loretańczyk wpatrywał się uparcie w sztylet, który o mały włos nie ugodził Ervilla. Gdy ten podszedł bliżej, dojrzał to, co wprawiło jego kompana w stan niemego osłupienia. Rękojeść zawierała grawerunek. I nie był to byle jaki grawerunek.

Był to herb Loretii.

* * *

 
Komentarze (7)

Napisane w kategorii Opowiadanie