RSS
 

Notki z tagiem ‘garray’

część III

15 gru
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część VIII

07 lut

— Garray — wyszeptał. Czarodziej uśmiechnął się w odpowiedzi. — Co tu robisz? — dodał bardziej zdecydowanym głosem. Zauważył, że jego towarzysze poczęli wiercić się w swoich legowiskach, kwestią chwil pozostawało, aż się wybudzą.

— Witaj Avarecie — głos Garraya był ciepły, dokładnie taki, jakim go zapamiętał. — Kolejny raz dajesz się zaskoczyć, nieprawdaż?

Tym razem najemnik również się uśmiechnął, przywołując w pamięci ich pierwsze spotkanie. Okoliczności wydawały się niemal identyczne. Gdzieś z boku Ervill przecierał już oczy, niezdecydowany co do tego, czy rzeczywiście się wybudził, czy też w dalszym ciągu śni. Po kilku chwilach wszyscy stali już na nogach. Garray został przedstawiony Loretańczykom, i odwrotnie, nie poruszono jednak kwestii okoliczności, które połączyły czwórkę wędrowców.

— Dobrze, dobrze — Ervill bez zbędnych ceregieli zdecydował się zakończyć część powitalną. — Trzeba przyznać, że to niemały zbieg okoliczności, żeśmy się tu spotkali. Prawda, Garrayu? Chyba że — a znając cię wcale bym tego nie wykluczał — to nie jest zbieg okoliczności.

Garray wbił swój wzrok w twarz elfa. Wpatrywał się weń tak długo, aż w końcu elf, speszony nieco nawiązanym kontaktem, zdecydował się przybrać głupią minę, szczerząc zęby i unosząc brwi. Reakcja ta sprawiła, że czarodziej roześmiał się, dłonią zakrywając oczy.

— Ervill, wciąż ten sam, co zwykle, kropla szaleństwa w morzu roztropności. Masz rację, nie złączył nas przypadek. Mamy wspólny cel, do którego, mam nadzieję, możemy od tej pory podążać wspólnie.

Niespodziewanie Jovan wyskoczył zza pleców Avareta, stając w odległości ledwie kilku kroków od Garraya. Zmierzył go wzrokiem od stóp do głów, a w spojrzeniu jego próżno było szukać respektu, a raczej pewnego rodzaju wyzwania i subtelnej groźby.

— Skąd wiesz, czego szukamy? Nie zdradzaliśmy się nikomu z naszymi zamiarami, prócz nas i naszych wrogów nikt nie wie o celu naszej wędrówki. Wytłumacz się prędko!

Czarodziej przeniósł na młodego Loretańczyka spojrzenie swych bystrych oczu. Jovan prędko zmalał pod jego naporem, nie minęła chwila, a opuściła go cała buta, jaka w nim wezbrała.

— Nie atakuj mnie w ten sposób, przyjacielu — rzekł, a jego głos wyraźnie ukoił nerwy Jovana. — Jak ci już wiadomo, jestem czarodziejem. Wiadomo mi wiele o różnych sprawach, a waszej jestem z całą pewnością przychylny. Pozwólcie, że zanim wyjaśnię swoją rolę, streszczę to, co wiem o was.

Cała czwórka słuchaczy nabrała tchu, z zaciekawieniem oczekując relacji czarodzieja.

— Jak powszechnie wiadomo, w Loretii nie dzieje się najlepiej. Wolność tego kraju jest poważnie zagrożona, co gorsza, do niewoli pchają go jej własne zepsute elity, zaś Azhgad tylko zaciera ręce w oczekiwaniu na zadanie decydującego ciosu. Nic nie pozostaje jednak bez reakcji. Młode pokolenie Loretii nie zamierza zaznać losu swoich przodków, w związku z czym przygotowuje się do wybuchu rebelii, mającej odsunąć ich ojczyznę od zaciskających się szponów sąsiada z północy. Tutaj na scenę wkraczacie wy, drodzy przyjaciele — wraz z tymi słowy zwrócił się w kierunku Nevena i Jovana. — Przyjmujecie role emisariuszy, którzy ze wszystkich zakątków świata sprowadzają do kraju broń, której posiadanie zostało mocno ograniczone przez decyzje Wielkiej Rady, w celu zapobieżenia ewentualnym rozruchom. Wasz transport zostaje jednak skradziony, wasi towarzysze zabici, wy zaś, z pomocą Avareta i Ervilla, ruszacie w pogoń za złodziejami.

Nim podjął się kontynuowania swojej wypowiedzi, nabrał nosem powietrza, które zaraz ze świstem wypuścił.

— Uprzedzę tutaj nasuwające się wam pytania. Bractwo Jadowitego Węża nie istnieje. Czy istniało kiedyś, tego nie jestem pewien, jednak dzisiaj z pewnością nie z nim mamy do czynienia.

Ciszę, która na chwilę zapanowała, zmącił jedynie trzepot skrzydeł jakiegoś ptaka, który wzbił się ku niebu z gałęzi jednego z pobliskich drzew.

— Cóż… — zaczął z wolna Avaret. — Z pewnością wiadomość ta nie jest bardziej szokująca od tej, która oznajmiłaby nam, że istotnie za tym wszystkim stoi Bractwo. Kto więc jest za to odpowiedzialny?

Garray dorzucił kilka kolejnych gałęzi do ognia, który zatrzaskał buchając iskrami.

— Za wszystkim stoi oczywiście Azhgad, a konkretniej jego szpiedzy, którzy mają za zadanie udaremnić poczynania emisariuszy. Bractwo Jadowitego Węża to jedynie zmyślna przykrywka, mająca wprowadzić w błąd.

— Ale… — w oczach Jovana malowało się niedowierzanie. — Przecież… Przecież ten wąż zdobiący strzały… On naprawdę się poruszał. Toż to podobno znak charakterystyczny jedynie dla Bractwa.

Garray odrzucił głowę do tyłu, przecinając śmiechem zasłonę nocy.

— To jeden z powodów, dla których zaangażowałem się w tę sprawę. Szpiegom musi pomagać jeden ze znających magię, jakiś podrzędny sztukmistrz, nie wiedzący jak w należyty sposób spożytkować tę odrobinę mocy, jaka została mu dana. Sztuczka ze strzałami jest niesłychanie błaha, niemniej nie w taki sposób powinno się korzystać z magii.

— Wyczuwam w tobie nutkę niechęci do Azhgadu, Garrayu? — wtrącił Ervill. — Skąd to uprzedzenie? Nie jesteś przecież Loratańczykiem, jak mi się zdaje.

Czarodziej łypnął na elfa, a jego mina zdradzała, że ma mu coś poważniejszego do zakomunikowania.

— Nie jestem Loretańczykiem, masz zupełną rację w tym względzie. Niemniej wszystkie lata, które spędziłem na tym padole, a było ich więcej, niż w twoim przypadku, uzmysłowiły mi kilka rzeczy. Zbyt silny Azhgad nie leży w niczyim interesie. Imperialistyczne zapędy tego kraju nie pozwolą poprzestać mu jedynie na zagarnięciu swojego południowego sąsiada. Poprzednie tego rodzaju próby co prawda spełzły na niczym, niemniej nie warto dawać mu kolejnej szansy, której konsekwencją może być większy konflikt, z udziałem wielu krajów, tysiące trupów, spalone miasta, zniszczone uprawy, głód i zaraza. Pewna swojej suwerenności Loretia może być skutecznym przedmurzem dla reszty świata.

— A więc — Ervill przywołał na twarz gorzki uśmiech — Loretia ma dla ciebie znaczenie czysto użytkowe? Ma być jedynie narzędziem służącym do obrony przed agresją Azhgadu?

Garray wpatrzył się przed siebie. Mimo kurtyny ciemności zdawało się, że jego oczy spoczęły na czymś znajdującym się w oddali.

— To się nazywa polityka, Ervillu — skwitował. — Ale nie, nie zgodzę się do końca z tym, co sugerujesz. Widzisz, długie życie może uczynić z ciebie cynika, natomiast bardzo długie życie daje ci sposobność powrotu do młodzieńczych, czy też nawet dziecięcych wartości, pozwala poznać je dogłębnie i docenić ich znaczenie. Pragnienia proste, instynktowne, co nie znaczy, że mniej ważne od zawiłych rozgrywek politycznych, to wartości, które upodobałem sobie szczególnie. Jedną z nich jest wolność, uczucie leżące u podstaw człowieczeństwa, nie dające się w żaden sposób wykorzenić. Uczucie, które jest tak mocno duszone w sercach Loretańczyków.

Avaret zerknął w stronę Ervilla, starając się dostrzec, czy uwaga o cynikach zrobiła na nim jakieś wrażenie. Elf nie dał jednak niczego po sobie poznać, jego mina nie zdradzała żadnych oznak refleksji.

Garray przesunął wzrokiem po twarzach całej czwórki, po czym klasnął w dłonie.

— No cóż, to tyle, jeśli chodzi o ważniejsze sprawy. Jeśli nasz pościg ma być skuteczny, to dobrze by było zażyć nieco snu przed jego wznowieniem.

W odpowiedzi wszyscy pokiwali głowami, Ervill zaś, jakby chcąc podkreślić trafność uwagi czarodzieja, potarł pięściami oczy i ziewnął ostentacyjnie.

Noc była chłodna, lecz dzięki niegasnącemu ognisku żaden z wędrowców tego nie odczuł. Avaret był wielce rad, że drogi jego i Garraya, po raz kolejny się skrzyżowały.

* * *

Udało im się natrafić na świeży ślad jeszcze zanim słońce osiągnęło zenit w swej codziennej wędrówce po niebie. Nim tego dokonali, zdążyli już jednak zostawić za sobą równinę, pośrodku której przyszło im spędzić noc. Jej miejsce zajął teren obfity w różnej wysokości wzniesienia, pokryte w znacznym stopniu świerkami i sosnami. Trakt, którym w dalszym ciągu podążali, wił się pomiędzy nimi, okrążając je, bądź w miarę możliwości całkiem unikając.

— Doganiamy ich — rzucił Garray przez ramię do reszty. Od początku ich wspólnej wędrówki wysforował się naprzód, czyniąc siebie samozwańczym przewodnikiem. Nikt takiemu rozwiązaniu jednak nie oponował, każdy raczej z pokorą przyjął swoją rolę w tym pochodzie. Najtrudniej przyszło to chyba Avaretowi, który do tej pory mógł uchodzić za osobę kierującą ich poczynaniami, aczkolwiek rozwaga wzięła w nim górę nad ambicją i również on nie wygłaszał żadnych uwag. — Myślę, że znam miejsce, w którym się z nimi zetkniemy.

— Czyżby — odezwał się nie kto inny, a Erviil, a już w pierwszym jego słowie złowić można było ironię — jedną z tajemnych sztuk, na temat której posiadłeś wiedzę, było i jasnowidztwo?

— Ja tę sztukę zwę raczej rozumowaniem — odparł Garray, nieporuszony w żaden sposób wygłoszoną przez elfa uwagą. — Logicznym myśleniem, bądź też dedukcją. Tak się składa, że w niewielkiej oddali znajdują się ruiny pewnego zamku, który w czasach świetności bronił przebiegającej w tym miejscu granicy. Wydaje się on być idealnym miejscem do dłuższego postoju i założę się, że Azhgadczycy z tej okazji skorzystali, wszak nie spodziewają się raczej pogoni. Ty jednak, panie elfie — dorzucił zmieniając ton na nieco bardziej kąśliwy — możesz nazywać tę sztukę jasnowidztwem, skoro wydaje ci się ona tak tajemna.

Ervill mruknął coś, wyraźnie speszony odpowiedzią czarodzieja, jak to jednak w jego wypadku bywa, humor wrócił mu bardzo prędko.

Potwierdzenie słów czarodzieja ujrzeli jeszcze zanim zdecydowali się na odpowiadający obiadowi popas. Wyjechawszy z lasu, który trakt w pewnym momencie przecinał, dostrzegli w odległości nie więcej, niż pół stai, strome wzniesienie, które wieńczyły ściany kamienia, kiedyś wchodzące w skład okazałej budowli. Poszczególne części zamku zniszczone były raczej w różnym stopniu, aniżeli równomiernie; sam zamek górny, wraz z wybijającą się z jednego z narożników wieżą, prezentowały się wcale nieźle w porównaniu do okalających go murów i budynków przedzamcza, po których pozostały jedynie hałdy porozrzucanych bezładnie kamieni. Droga u ich stóp biegła dalej nieosłonięta przez rosnące drzewa, czego jednak nie można było powiedzieć o samym wzniesieniu, pod które zarówno od wschodu, jak i zachodu, podchodził gęsto rosnący las, nieśmiało przedzierając się także pod mury zamku.

— Jeśli rzeczywiście się tam zatrzymali, roztropniej będzie podejść ich od strony lasu, aniżeli drogi. Przywiążmy tutaj konie i ruszmy dalej pieszo — Avaret zdecydował się uszczknąć nieco z puli, którą przydzielili Garrayowi i samemu zaproponować jakieś działanie. Wiedział, że czarodziej będzie podzielał jego sposób myślenia w tej kwestii.

— Słusznie — odparł Garray, jakby na poparcie przewidywań Avareta.

Zagłębili się na powrót w las, okrążając trakt od wschodniej strony, skryci pod zieloną zasłoną. Splątane, zachodzące na siebie gałęzie świerków, sosen i modrzewi znacząco spowalniały ich pochód, skutecznie utrudniając przedzieranie się w obranym kierunku. Mimo, że szli w niewielkiej odległości od granicy lasu, jedynie nieliczne promienie słońca przedzierały się przez iglastą ścianę, z trudem docierając do wilgotnej ściółki. Na czoło kolumny wysunął się tym razem Avaret, który, dobywszy uprzednio miecza, torował reszcie drogę, siekąc bezlitośnie zagradzające im gałęzie. Po jakimś czasie teren zaczął się nieznacznie wznosić, obwieszczając dotarcie do podstawy wzniesienia. Cała piątka zatrzymała się w tym miejscu.

— No więc jesteśmy — oznajmił Avaret, przysiadając na przegniłym pniu jakiegoś dawno ściętego drzewa. — Wypadałoby przedyskutować jakiś plan działania.

Nagle Ervill poruszył się niespokojnie, instynktownie sięgając dłonią do rękojeści miecza.

— Ktoś tu jest! — krzyknął, w tym samym momencie, w którym coś przecięło powietrze, przelatując na wysokości jego pasa. W następnej chwili potworny wrzask zmusił wszystkie ptaki znajdujące się w okolicy do poderwania się z drzew. Avaret dostrzegł strzałę tkwiącą w ubabranym krwią udzie Jovana, gdy wtem następna przebiła korę rosnącego obok niego modrzewia. Całkowicie zdezorientowany, potknął się o jakiś wystający korzeń, w duchu przeklinając siebie samego za to, że dał się zaskoczyć w tak trudnym terenie.

Niespodziewanie, nim jego twarz zdążyła zetknąć się z porastającym ziemię mchem, poczuł na całym ciele jakiś niezwykle mocny podmuch, którego siła sprawiła, że koniec końców wylądował na plecach. Uniósłszy niezwłocznie głowę zorientował się, że podobny los spotkał wszystkich jego towarzyszy, za wyjątkiem stojącego niewzruszenie Garraya. Dookoła niego jakby nieco pojaśniało; zdał sobie sprawę, że w promieniu kilkudziesięciu stóp leżą połamane gałęzie, oderwane od drzew mniej więcej do wysokości jego głowy. Prędko dojrzał również dwie męskie sylwetki, gramolące się niezdarnie wśród opadłych konarów. Zerwał się błyskawicznie na nogi, po czym, jednym susem dopadłszy pierwszej z nich, zagłębił ostrze swego miecza w jej brzuchu. Nim udało mu się wyswobodzić oręż, podobny los spotkał drugiego mężczyznę z ręki Ervilla.

— Wartownicy! — warknął wściekle Ervill, przekrzykując wrzaski rannego Jovana. Z furią odepchnął plującego krwią mężczyznę, wspierającego się na jego mieczu. Ten, jeszcze zanim upadł na ziemię, był już martwy. — Jednak nie dali się tak całkiem zaskoczyć!

Avaret podbiegł prędko do leżącego na ziemi Jovana, którego głowa spoczywała wsparta o dłonie klęczącego Nevena.

— Szczęściem grot przeszył udo na wylot — mruknął Garray, pochylając się nad rannym. Ułamał strzałę i, nim Jovan zdążył wygłosić choć słowo protestu, wyciągnął ją z nogi jednym, sprawnym ruchem, drugą dłonią zakrywając mu usta. Stłumiony jęk nie mógł być słyszany w dalszej odległości.

— Coś ty… zrobił? — wyrzucił z siebie Loretańczyk, głośno dysząc. Jego klatka piersiowa poruszała się szybko to w górę, to w dół, po twarzy, spod zlepionych na czole włosów, cienkimi strużkami spływał pot.

— Spokojnie, to niegroźna rana — rzekł w odpowiedzi czarodziej, równocześnie zakładając opatrunek z dobytej nie wiadomo skąd tkaniny. Zakończywszy powstał i przyglądnął się swojemu dziełu.

— Co dalej? — zapytał Avaret stając u boku Garraya.

Czarodziej rozejrzał się po okolicy, zatrzymując wzrok na co bardziej zakrytych miejscach.

— Nie mamy czasu do stracenia — odparł z wolna czarownik. — Musimy zaatakować prędko, zanim śmierć wartowników zostanie zauważona. Jovana musimy gdzieś tutaj ukryć, nie ma innej rady.

— Jak to? — zaprotestował żywo Loratańczyk. — Beze mnie nie dacie rady! Muszę wam pomóc!

Począł dźwigać się do góry, czepiając przy tym rękawa stojącego nad nim Nevena. Znać było, że duch w nim był wielki, ciało okazało się jednak za słabe. Ze zduszonym stęknięciem osunął się zaraz na ziemię. Po jego policzkach spłynęły łzy, zataczając łuk wokół wydętych ust, spod których widać było zaciśnięte z wściekłości zęby.

— To żadna ujma dla ciebie, Jovanie — rzekł łagodnym głosem Garray. — Docierając aż tutaj pokazałeś, jak ważne jest dla ciebie dobro twej ojczyzny. Sama zawziętość nie wystarczy, czasami trzeba wykazać się również mądrością, właściwą oceną sytuacji. Wielu było już takich, co porwali się na wroga, nie mając żadnych szans. Cóż im z tego przyszło, poza śmiercią? Nie giń dzisiaj, byś mógł walczyć jutro, Loretańczyku.

Avaretowi wydało się, że słowa Garraya nieco udobruchały rannego młodzieńca.

Czy podobnie podziałałyby i na mnie?

Wiedział, że czarodziej ma zupełną rację w tym, co mówi, niemniej zdawał sobie sprawę z tego, że jemu samemu ciężko byłoby podjąć podobną decyzję.

Ukryli Jovana przy zwalonym świerku, czyniąc z pourywanych przez zaklęcie Garraya gałęzi dodatkową osłonę. Loretańczyk odprowadzał ich niepewnym wzrokiem, gdy wspinali się w kierunku zamku. Prędko jednak znikli mu z oczu, zasłonięci parawanem iglastych gałęzi.

Droga na szczyt nie zajęła im wiele czasu, jako że zbocze wzniesienia nie było tak gęsto zarośnięte. Przemykali od drzewa do drzewa tak, aby zniwelować szanse zauważenia. Prędko drzewa ustąpiły miejsca porozrzucanym kamieniom, zwałom budulca kiedyś tworzącego zamek, teraz już pokrytych mchem i zwietrzałych.

— Wśród nich będzie czarodziej — ostrzegł towarzyszy Garray, gdy znajdowali się już pod samą bramą zamku. — Nie trapcie się nim, zostawcie go mnie. Zajmijcie się raczej resztą bandy.

Po przejściu przez bramę ukazał im się zapuszczony dziedziniec, którego bruk dawno już przegrał walkę z pleniącą się wszędzie trawą. Pośrodku niego stały dwa wozy wyładowane orężem, nieopodal nich konie pochylały łby, skubiąc gęste zielsko. Avaret wymienił porozumiewawcze spojrzenie z Ervillem, a następnie, przywołując na twarz uśmiech, postarał się dodać otuchy Nevenowi.

— Więc jak? — zagadnął szeptem Loretańczyk. — Zabieramy wozy i konie i cicho opuszczamy to miejsce?

Garray zmierzył go krytycznym wzrokiem. Avaretowi zdało się, że dostrzegł coś w spojrzeniu czarodzieja, jakieś uczucie, które ciężko było mu nazwać. Z pewnością nie należało ono jednak do pozytywnych.

— Myślę, że warto byłoby tę sprawę doprowadzić do końca — odparł sucho czarodziej. — Nie zależy ci na wymierzeniu sprawiedliwości, Nevenie?

Nie czekając na odpowiedź ruszył ku przeciwnemu krańcowi dziedzińca, do miejsca, w którym w murze ział wyłom o rozmiarach pozwalających dorosłemu człowiekowi na swobodne przejście. Pozostała trójka podążyła prędko za nim, starając się trzymać jak najbliżej jego boku.

Znaleźli się w ciemnym korytarzu, którego ściany pokrywały jeszcze gdzieniegdzie poszarpane gobeliny. Na całej jego długości walały się po ziemi kamienie, zniszczony, przeżarty rdzą oręż czy spróchniałe deski. Z którejś z przylegających do niego sal dobywały się odgłosy ożywionej rozmowy, głośne śmiechy i przekleństwa. Avaret prędko zlokalizował źródło tych dźwięków, umiejscawiając je za otworem pozostawionym po wyrwanych, leżących na posadzce drzwiach. Zacisnął mocnej dłoń na dobytym wcześniej z pochwy półtoraku, przesuwając się wolno wzdłuż ściany, aż do krawędzi otworu. U swego boku poczuł obecność Gararya, dalej w rzędzie stali Ervill i Neven. Obejrzał się ostatni raz w stronę czarodzieja, a gdy doczekał się znaku z jego strony w postaci skinienia głową, wszystko się zaczęło.

Wpadli raptownie do obszernej sali, dawniej służącej zapewne za jadalną, zaskakując kompletnie zgromadzonych przy ledwo zdatnych do użytku stołach, akurat w trakcie spożywania przez nich posiłku. Avaret doliczył się ich sześciu, błyskawicznie jednak liczba ta zmalała do pięciu, gdy dopadł tego stojącego najbliżej wejścia. Zagłębił ostrze w jego brzuchu, lewą ręką przytrzymując z tyłu za szyję, aż do momentu, gdy z jego ust wypłynęły strumienie krwi.

— Kim jesteście…?! — posłyszał gdzieś z boku głos, który zaraz przeszedł w urywane charczenie. Wyswobodziwszy od miecza pierwszą ofiarę, omiótł pospiesznie pole potyczki. Po jego lewej stronie Garray rozprawiał się ze spokojem ze wspomnianym wcześniej przezeń czarownikiem. Mężczyzna był, a przynajmniej wydawał się być, sądząc po jego gładkiej cerze i gęstych włosach, całkiem młodym i niedoświadczonym adeptem sztuki magicznej. Garray, lekkim skinieniem ręki, posłał go z impetem w kierunku ściany, o którą się rozbił, lądując po chwili na ziemi. Oczy miał szeroko rozwarte, dolną szczękę luźno zwisającą. Był już trupem.

— Avaret, uważaj! — krzyk Ervilla doleciał jego uszu w samą porę, by zablokować klingę zamierzającego się na niego mężczyzny o zezowatych oczach i rzadkich włosach. Odepchnął go z impetem i, nim tamten zdążył zareagować, rozciął mu brzuch.

Gdy oderwał od niego wzrok, było już po wszystkim. W sali nie pozostawał już nikt, kto mógłby im zagrozić. Ervill i Neven zaraz stanęli u boku Avareta; twarz elfa przecinał poprzeczny, krwawy rozbryzg, jednak nie był to ślad jego własnej posoki. Z dalszego kąta sali zmierzał ku nim Garray.

Naraz, gdzieś u stóp Avareta rozległ się krwawy charkot. Najemnik spojrzał w dół.

— Jeszcze żyjesz? — warknął Neven w kierunku mężczyzny o zezowatym wzroku, który z całych sił starał się powstrzymać dłońmi krew wylewającą się mu z głębokiej rany na brzuchu. — Zaraz cię…!

— Nie! — powstrzymał go stanowczym głosem Garray. Dopadł prędko pozostałych i, odepchnąwszy Loratańczyka, pochylił się nad rannym.

— Zamierzasz go oszczędzić, czarowniku? — w głosie Nevena wyraźnie pobrzmiewały tony wściekłości i irytacji. — Po tym, czego się dopuścili?

Garray z uwagą przyjrzał się ranie mężczyzny.

— Jeszcze przed chwilą w ogóle nie zamierzałeś tu wchodzić — odparł spokojnym głosem. — Co się tak nagle zmieniło?

Neven warknął z furią w odpowiedzi. Jego twarz zmieniła się nie do poznania; na przestrzeni całej ich znajomości nie okazał tylu emocji, co w tej chwili. Cały kipiał wręcz złością, a jakby na podkreślenie stanu, w jakim się znajdował, cisnął z impetem mieczem, który odbił się od posadzki, wydając metaliczny dźwięk.

— Róbcie, co chcecie. Nie zamierzam na to patrzyć.

Szybkim krokiem przemierzył odległość dzielącą go od wyjścia, znikając zaraz wśród kamiennych murów. Avaret złowił wzrokiem spojrzenie Ervilla; w jego brązowych oczach malowały się zdziwienie i konsternacja.

— A teraz — z zamyślenia wyrwał go głos Garraya, nie był on jednak skierowany do niego, a do mężczyzny, który wydawał się powoli żegnać z tym światem — powiesz nam wszystko, co wiesz.

Nie wiedzieć, czy to sam łotr poczuł nagłą, przedśmiertną skruchę, czy to zadziałały owinięte w jakieś czary słowa Garraya, niemniej zaraz począł z mozołem zdawać relację z ostatnich wydarzeń. Avaret w napięciu słuchał przerywanych charkotem zeznań mężczyzny. Usta otwierały mu się ze zdumienia, a gdy ten wydał już ostatnie tchnienie, ruszył najszybciej, jak mógł, w kierunku dziedzińca.

* * *

Tak, jak przypuszczał, Neven nie czekał na nich na zewnątrz. Brakowało również jednego z koni, szczęściem Loretańczyk, działając w popłochu, nie wpadł na pomysł uwolnienia pozostałych i udaremnienia próby pościgu.

Paskudny uśmiech, będący niejaką zapowiedzią przyszłych wydarzeń, wykrzywił wargi Avareta.

* * *

Dopadli go na nieosłoniętym drzewami trakcie, który wiódł od zamku dalej, w kierunku południa. Neven miał pecha; spośród piątki koni uwiązanych na dziedzińcu, wybrał chyba tego najsłabszego. Na nic zdały się nerwowe uderzenia piętami w jego boki, próżnym trudem było garbienie się w siodle w celu zmniejszenia oporu powietrza. Z każdym spojrzeniem przez ramię trójka za jego plecami znajdowała się coraz bliżej. W ostatnim z nich rozpoznać można było mieszaninę wściekłości i przerażenia, w tym wyjątkowym zestawieniu leżących bardzo blisko szaleństwa.

W końcu Avaret i Ervill przypadli do niego, każdy z innej strony. Neven próbował się szamotać, lecz nie miał szans z ich dwójką. Wspólnymi, skoordynowanymi działaniami zrzucili go z konia, który i tak był już bardzo blisko kresu swoich sił po tej szaleńczej gonitwie.

— Niczego o mnie nie wiecie! — wysyczał, tarzając się niezdarnie po ziemi, wijąc w paroksyzmach furii i bólu po upadku na plecy. Żyły na jego szyi nabrzmiały, sprawiając wrażenie gotowych do wybuchnięcia i zalania ziemi falą krwi. — Niczego!

Mimo szału, jaki nim targał, nie miał żadnych szans obronić się przed spętaniem.

* * *

Natknęli się na Jovana na wzniesieniu, w bezpośrednim sąsiedztwie ruin zamku. Gnany ciekawością i chęcią działania, przykuśtykał w ich kierunku, bagatelizując mogące z tego wyniknąć niebezpieczeństwo. Neven upadł u jego stóp na twarz, pchnięty zdecydowanie przez Ervilla.

— Co to ma znaczyć? — warknął oszołomiony Jovan.. — Co wyście mu zrobili?

— To, na co zasłużył — odparł Avaret, podczas gdy Neven z trudem dźwigał się na klęczki. Manewr ten poczynić przyszło mu z wielkim trudem, jako że ręce miał spętane za plecami. — To on jest winien tego, co was spotkało.

Widać było, że Jovan próbował coś z siebie wykrztusić, lecz słowa Avareta najwyraźniej całkiem odebrały mu mowę. Przenosił nerwowo wzrok z najemnika na przyjaciela i z powrotem, jego brwi poruszały się nerwowo, podobnie jak drżące usta, niezdolne do ułożenia w taki sposób, aby dobyły się z nich jakieś słowa.

— Ten człowiek jest zdrajcą przyjacielu — rzekł Garray. — To on doniósł szpiegom Azhgadu, którędy będziecie transportować broń. To on uknuł wraz z nimi spisek, mający na celu udaremnienie waszej misji. To on, widząc niezłomność Avareta, zaatakował go w Bibliotece.

— To za jego przyczyną — Avaret zdecydował się przejąć pałeczkę po czarodzieju — Dagonet i Risk nie żyją.

Jovan wbił spojrzenie niewidzących oczu w swego najlepszego przyjaciela, druha, z którym dzielił przygody całego życia, w tym te największe. Sięgnął jedną ręką do czoła i zachwiał się, gdy druga ześliznęła mu się po kiju, na którym się wspierał i byłby niechybnie upadł, gdyby nie szybka reakcja Ervilla, który doskoczył w samą porą, by go przytrzymać.

— To… To wszystko prawda? — wydusił z siebie słabym głosem w kierunku Nevena, który, zwiesiwszy głowę, wzbraniał się wyraźnie przed spojrzeniem w oczy towarzysza. — Dlaczego?

Neven nie odpowiedział, miast tego spluwając śliną pomieszaną z krwią na ziemię.

— Nie wierzę — spod przymkniętych powiek Jovana wypłynęły łzy, a strumienie, którymi spływały, były szersze, niż wszystkie te, które wylał dotychczas. — Nie wierzę. Zbyt dobrze go znam, zbyt długo. Nie mógł tego zrobić.

Avaret uznał za bezcelowe zapewniać Loretańczyka o tym, że mają rację.

A więc oto jest moment, w którym pokonanie wroga przynosi więcej cierpienia i łez, niż zadane przez niego rany.

— Jovanie, ten człowiek winny jest zdrady ojczyzny. To, czego się dopuścił, ściągnęło bezpośrednio śmierć na dwóch waszych towarzyszy, a być może przyniesie i konsekwencje dla całego waszego narodu. Jedyną możliwą karą, współmierną do winy, jest śmierć.

Z twarzy Jovana, mimo, że już przedtem była przeraźliwie blada, odpłynęły resztki krwi. Kątem oka Avaret dostrzegł Garraya, ruszającego w dół wzgórza, którego śladem, w odległości ledwie kilku kroków za nim, podążał już Ervill.

— Jeśli nie dasz rady, ja to zrobię. Niemniej ta sprawa, z nas tu wszystkich, ciebie dotyczy najbardziej — wyszeptał, po czym, obróciwszy się na pięcie, ruszył w kierunku oddalających się przyjaciół, zostawiając Jovana sam na sam z Nevenem.

O nic bardziej okrutnego nie mogłem go chyba poprosić. Ale czy jest inne wyjście?

Czekali na niego na samym dole, opodal rozłożystego dęba, kontrastującego z odległą o kilkaset stóp iglastą ścianą lasu.

— Uczyniliśmy ohydną rzecz — wyparował Ervill, gdy byli już w komplecie, wpatrując się przy tym bystrym wzrokiem w szczyt wzniesienia. — Ohydną.

Avaret przystanął zaraz obok niego. Jego myśli przebiegały w szaleńczym tempie.

— Wybraliśmy jedyne słuszne rozwiązanie. Cóż innego moglibyśmy począć? Karą za zdradę, w obliczu nadchodzącej wojny, może być tylko śmierć. To nie ja urządziłem ten świat według obowiązujących zasad, jednak z większością z nich się zgadzam, jak okrutne by nie były. Neven musi umrzeć, a kto powinien zadać mu śmierć, jeśli nie człowiek najbardziej przez niego zdradzony? Tylko jasne i proste zasady, oraz ich bezwarunkowe egzekwowanie, mogą zapewnić nam przetrwanie w tym zwariowanym świecie.

Przesunął wzrok z elfa w stronę wzgórza, na którym tkwili nieruchomo Loretańczycy, Neven wciąż klęcząc. Czerwone promienie niknącego powoli wśród wzgórz słońca, kładły się na zniszczonych murach niegdysiejszej warowni, malując idylliczny pejzaż, tak nieprzystający do rozgrywającej się tam sceny. O dziwo, krajobraz otaczający ich samych wydał mu się zimny i surowy, okolica cicha, jakby zamarło w niej wszelkie życie. Jedynie chłodny wiatr poruszał się po niej leniwie, owijając ich ciała i wprawiając je w dreszcze. Nie spodziewał się prędkiego wykonania wyroku, pewien był, że Jovan uczyni wszystko, by wpierw zrozumieć intencje przyjaciela.

— Zdrada to jedna z najokrutniejszych zbrodni, jakich może dopuścić się człowiek — rzekł niespodziewanie milczący do tej pory Garray. — Śmierć ciała nie jest wbrew pozorom najgorszą rzeczą, z jaką możemy się zetknąć. Dużo gorsza od niej jest śmierć ducha, upadek nadziei, utrata zaufania. Nie wiem, czy Neven zdawał sobie do końca sprawę z tego, czego się dopuszcza. Nie wiem również, czy Jovan zdobędzie się na czyn, który wszak jego towarzyszom życia nie wróci, a pozbawi go za to innego z nich, jedynie w imię sprawiedliwości, zasad czy zadośćuczynienia.

— Musi. Tak po prostu musi być.

Garry wpatrzył się uważniej w scenę rozgrywającą się pośród ruin. Pytanie, które po chwili zadał, wypowiedziane zostało w przestrzeń przed nim, tak, że Avaret nie był do końca pewien, czy to na pewno on jest jego adresatem.

— A ty? Co ty byś uczynił na jego miejscu?

 

 

KONIEC

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część VI

11 paź

Potężny gmach, wzniesiony przed wiekami z gładko oszlifowanych bloków szarego kamienia sprawiał, że Wielka Biblioteka Mostaru w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Labirynt korytarzy, do których przylegały mniejsze pomieszczenia zajmowane przez bibliotekarzy, bądź też służące do innych celów, okalał ogromną Salę Główną, w której na równym rzędem ustawionych regałach, spoczywały książki, manuskrypty czy w końcu pojedyncze pergaminy. Ich liczba kazała przypuszczać, że Wielka Biblioteka niekoniecznie zaczerpnęła swą nazwę od rozmiarów budynku. Dostępu do niej nie mógł uzyskać każdy poszczególny mieszkaniec miasta, chyba, że był gotów słono za to zapłacić. Dużej części obywateli było to jednak wszystko jedno, zważywszy na fakt, że i tak nie potrafiła czytać, ni pisać.

Avaret podążał tropem niewysokiego dziadunia, odzianego w szary habit, przepasany grubym sznurem. Dziadunio sprawiał wrażenie do reszty zdziwaczałego, o czym świadczył już jego ubiór, sugerujący wręcz religijne oddanie i wierność zawartości biblioteki. Mimo to okazało się, że jest na tyle przytomny umysłowo, by pozbawić Avareta połowy zawartości jego sakiewki, w zamian za wstęp do Sali Głównej. Wykładem na temat historii Biblioteki uraczył najemnika, ku jego wielkiej uldze, nieodpłatnie.

W całym gmachu panował półmrok. Światło słoneczne, jak zapewnił dziadunio, niezbyt służy starym księgom. Mimo braku dostępu promieni słonecznych, jakoś udawało się jednak uchronić gmach od wilgoci. W jaki sposób, tego już przewodnik Avaretowi nie wyjaśnił.

Przystanęli przy kamiennej balustradzie, wieńczącej ich całkiem długi spacer pogrążonym w prawie całkowitych ciemnościach korytarzem. Avaret oparł się o nią, by móc przez chwilę podziwiać zapierający dech w piersiach widok Sali Głównej. W dole, jakieś dwadzieścia stóp poniżej poziomu, na jakim się znajdowali, rozciągały się niezliczone rzędy regałów, których końce ginęły w mroku gdzieś, hen daleko, na drugim końcu Sali. W oczy rzuciło mu się kilka jasnych punktów, rozproszonych w dość regularny sposób.

— To miejsca, w których można zasiąść i trochę poczytać — poinformował go dziadunio. — Krzesło, stolik, a na nim lampka oliwna. Uwagę zachowaj, młodzieńcze, byś przypadkiem pożaru nie wzniecił. Co prawda dawno się tu już żaden nie zdarzył, aczkolwiek po dziś dzień zachowuję wspomnienie ognia szalejącego przed pięćdziesięciu laty. Zabrał ze sobą wiele bezcennych manuskryptów, że wspomnę choćby…

— Wątpię, bym ich potrzebował — przerwał bezpardonowo najemnik. — Jak już mówiłem, interesuje mnie Bractwo Jadowitego Węża.

Dziadunio zacmokał, zawiedziony najwyraźniej tym, że nie będzie mu dane wygłosić kolejnej oracji.

— Bractwo Jadowitego Węża — powtórzył. W jego głosie czaiła się lekka niechęć. — Chodźmy więc.

Zeszli w dół po szerokich schodach, zbiegających w obie strony równolegle do balustrady. Gdy już ich stopy stąpały po posadzce Sali Głównej, dziadunio wyciągnął rękę, wskazując coś w oddali.

— Tym korytarzem aż do miejsca, w którym ginie on w mroku — przez korytarz rozumiał przestrzeń ograniczoną z obu stron przez wysokie regały. — Tam powinieneś coś znaleźć.

Avaret skinął głową. Mimo, że granica mroku z wiadomych przyczyn musiała ulec przesunięciu w miarę, jak będzie posuwał się naprzód, nie poprosił o konkretniejsze wskazówki. Nie miał ochoty na dalsze pogaduchy z przewodnikiem. Ruszył żwawym krokiem, rozglądając się z podziwem po otaczającym go świadectwie wielowiekowej historii. Ciszę, jaka tu panowała, mącił jedynie niewyraźny szelest, być może szepty innych ludzi buszujących pomiędzy regałami, wzdragających się odezwać głośniej przez wzgląd na powagę miejsca, w jakim się znajdowali.

To szepczą karty historii. O wiekach minionych, lecz także i przyszłych, gdyż w końcu historia nauczycielką życia.

Najemnik uśmiechnął się krzywo do własnych myśli, zastanawiając nad tym, kiedy to ostatnio historia kogokolwiek czegoś nauczyła.

Przystanął, by ocenić dystans, jaki pokonał. Koniec alejki za jego plecami zdawał się być całkiem zatopiony w mroku, zdecydował więc, że to w tym miejscu rozpocznie swoje poszukiwania. Podszedł do stojącego najbliżej regału i na chybił trafił wybrał tomiszcze, które najbardziej rzuciło mu się w oczy. Wybór padł na O poprawie moralności ludu prostego, co nie okazało się być celnym strzałem. Avaret odłożył księgę na swoje miejsce, swą uwagę zwracając w nieco dalsze rejony. Począł przebiegać wzrokiem po półkach od lewej do prawej, gdy nagle w oczy rzucił mu się grawerunek, który już tak dobrze znał. Odszukał szybko ów znak wśród rzędu opasłych ksiąg, które przejrzał. Nie mylił się. Znak węża wyryty na grzbiecie jednej z książek był identyczny z tym znajdującym się na drzewcu strzały, z tą różnicą, że ten najpewniej się nie poruszał. Wyciągnął księgę, wzniecając kurz pokrywający ją i sąsiednie tomy, po czym obrócił się w kierunku niewyraźnego światła, którego źródłem była mała lampka, zdobiąca blat stołu uposażonego w jedno krzesło z oparciem. Stolik stał wciśnięty pomiędzy dwa znajdujące się naprzeciw siebie regały, przerywając ciągłość zmierzającego dalej łańcucha, z przodu zaś ograniczony był przez szeroki filar, wspierający wysoki strop biblioteki. Avaret usadowił się wygodnie na krześle. Pełgający chaotycznie ogienek lampki zmusił go początkowo do przymrużenia oczu. Gdy już się przyzwyczaił, skierował całą swoją uwagę na leżącą przed nim księgę.

Czy to w niej znajdę odpowiedzi na swoje pytania? Czy wiem w ogóle, jak one brzmią? Co spodziewam się odnaleźć?

Wypuszczając z głośnym świstem powietrze z ust, otworzył księgę.

Dzieło Sazaara Bardta — przeczytał w myślach Avaret. Rok 1307.

Najemnik przyjrzał się z zaciekawieniem dacie zdobiącej pierwszą kartę. Wyglądało na to, że księga została spisana w czasach, o których wspominał w swojej opowieści Goran, okresie działalności Bractwa. Samo nazwisko autora nic jednak Avaretowi nie mówiło. Odwrócił wzrok w kierunku, z którego przyszedł. Przez chwilę nie widział nic, oszołomiony zupełnie półmrokiem korytarza, po kilku mrugnięciach oczu przywykł jednak do niego. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że niewyraźny szelest, do tej pory dobiegający jego uszu, całkowicie zanikł, zastąpiony przez niepokojącą ciszę. Poczuł się, jak gdyby był zupełnie sam pośród tysięcy zakurzonych ksiąg, jedyny człowiek starający się za wszelką cenę dokopać prawdy, samotnie stawiając czoła setkom lat dziejów. Skupił się na powrót na księdze. Ktoś, kto przyjrzałby się w tym momencie jego twarzy, dostrzegłby ogniki pełgające w jego błękitnych oczach, czyniące je jeszcze jaśniejszymi, niż były zazwyczaj. Ogień ten w większości przypadków okazałby się być narzędziem niezbędnym człowiekowi do przeżycia, opatulającym go ciepłym płaszczem, zapewniającym ochronę. Podsycony jednakowoż przez czyjeś wrogie działanie, gotów był nieść śmierć i spustoszenie.

Avaret, podparłszy pięścią czoło, zagłębił się w lekturze. Wydarzenia, których dotyczyła, zostały już pokrótce przedstawione najemnikowi w opowieści dozorcy. Autor księgi przekonywał, że udało mu się przeniknąć do Bractwa, którego stał się pełnoprawnym członkiem. Ogólnikowe opisy, nie odbiegające specjalnie od wszakże mało szczegółowej relacji Gorana, nie zdawały się jednak potwierdzać tego faktu. Avaret począł przewracać kolejne stronice, zapoznając się z ich treścią dość pobieżnie. Zapełnione były one w większej mierze raczej fantazyjnym tłem dziejowym, aniżeli konkretnymi informacjami. Zirytowany Avaret zamknął z hukiem księgę, nie zważając na głośne echo, jakie poniosło się po ścianach Sali Głównej.

Tylnia okładka otworzyła się jednak z powrotem, odsłaniając ostatnią kartę księgi.

jednakowoż największą spośród sił Bractwa jest jego wieczność, oparta na solidnych fundamentach tajemnicy i skrytości, lojalności i tradycji, która przetrwa wśród wybranych, by pozwolić mu powrócić w najmniej spodziewanym momencie. Czy to po pięćdziesięciu, stu, czy w końcu pięciuset latach.

Avaret zamrugał, niedowierzając gorzkiej ironii ostatnich słów.

A może…?

Nagłe przeczucie wyrwało go z sideł krainy domysłów. Błyskawicznie oderwał się od stołu, przewracając się wraz z krzesłem na ziemię w momencie, w którym coś rozpruło powietrze z głośnym świstem, uderzając następnie w blat stołu. Avaret pozbierał się natychmiast z ziemi, usiłując wykryć źródło zagrożenia. Jego oczy przesłonięte były jednak kurtyną czarnych chmur, mieniących się mimo intensywnego mrugania powiekami. Gdzieś z góry dobiegł go odgłos uderzających o kamień podeszew, dźwięk uciekającego człowieka. Nim jego wzrok przyzwyczaił się do panujących ciemności, hałas zdążył już zginąć gdzieś w oddali.

Avaret, z wciąż szybko bijącym sercem, zerknął w stronę książki, nad którą dopiero co się pochylał. Tylna okładka w dalszym ciągu pozostawała otwarta. Niemałą pomoc niosła jej w tym tkwiąca w niej strzała, której grot schowany był gdzieś pod blatem stołu.

Czyżby to wszystko była prawda? — zadał sobie pytanie Avaret.

Nagły dreszcz wstrząsnął jego ciałem.

* * *

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Synowie wojny, część II

07 lip

— Nie żyją — głos Avareta był twardy. Tuż obok niego stał Jovan, do którego chyba nie od razu dotarło to, co się stało. Jego ciało zaczęło stopniowo drżeć, najpierw lekko, a w miarę, jak uświadamiał sobie, co ma przed oczami, coraz bardziej. Twarz wykrzywił mu paskudny grymas przerażenia, o którym świadczyć mogły także łzy, które zebrały mu się pod powiekami, nadając oczom wygląd szklanych kulek. Sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał paść na kolana i się rozpłakać.

— O co w tym wszystkim chodzi? — Avaret nie miał skrupułów dla wstrząśniętego mężczyzny. Ton jego głosu był zdecydowany. Liczył, że zdoła w ten sposób jakoś otrzeźwić załamanego Loretańczyka.

Jovan spróbował coś powiedzieć, lecz głos uwiązł mu w gardle i szybko przeszedł w urywany szloch. Najemnik obrócił się w stronę Nevena, próbując pochwycić jego spuszczony ku ziemi wzrok. Ten trzymał się zdecydowanie hardziej, zaciskając jedynie dłonie w pięści.

— Prowadziliśmy dwa wozy z cennym ładunkiem — wymamrotał po chwili wciąż nie podnosząc głowy. — Bardzo cennym ładunkiem… Chcieliśmy was wynająć do ochrony w dalszej drodze — uniósł wzrok wbijając go prosto w przejrzyste oczy najemnika. — Ktoś musiał nas śledzić. Ktoś tylko czyhał na odpowiednią okazję. Ktoś…

— Nie ma czasu do tracenia — przerwał mu Avaret. Chwycił za kubrak osuwającego się na ziemię Jovana i postawił go na nogach, po czym uderzył otwartą dłonią w prawy policzek. Pomogło. Z oczu znikło przerażenie, a zastąpiły je gniew i buta, którym jednak Loretańczyk nie zdążył dać upustu. — Musimy działać czym prędzej. Ktokolwiek uprowadził wozy, zrobił to niedawno. Prędko!

Wybiegł na zewnątrz, nie oglądając się na resztę, a następnie rozejrzał po pustym podwórzu, starając się dojrzeć coś, co naprowadziłoby go na właściwy trop. Zasłona nocy i towarzysząca jej niemal bezwzględna cisza zatapiały jednak całą okolicę w odmętach niewyrazistości, zmuszając szukającego do snucia nie popartych żadnymi argumentami domysłów. A należało działać szybko.

— Jovan! Neven! Biegnijcie w górę ulicy. Ja i Ervill pobiegniemy w dół. W razie czego krzyczcie.

Nie czekając na odpowiedź ruszył w obranym przez siebie kierunku. Po swojej prawej usłyszał zaraz urywane sapanie Ervilla. Elf starał się z całych sił dostosować do narzuconego tempa, widać było jednak, że sprawia mu to niemało trudności i kwestią czasu jest, aż opadnie z sił. Uraz, jakiego doznał, a właściwie długotrwała stagnacja i morze wypitego w tym czasie alkoholu, odcisnęły wyraźne piętno na sprawności ruchowej Ervilla, czyniąc jego mięśnie wiotkimi a płuca skurczonymi.

— O co może… w tym … chodzić? — zapytał któryś już raz tej nocy, czyniąc przerwy pomiędzy poszczególnymi słowami na zaczerpnięcie tchu.

— Myślę, że jeśli pobiegniesz szybciej i uda nam się złapać te wozy, to poznasz odpowiedź na swoje pytanie.

— Musisz mi tak… przyganiać, Avarecie? Miejże trochę… współczucia dla kaleki.

Avaret nie odpowiedział, a zamiast tego przyśpieszył jeszcze bardziej. Trzeba przyznać, że biedny elf czynił co w jego mocy, by nie odstawać. Może dlatego odstał tak szybko. W pewnym momencie Avaret spostrzegł, że nikt już koło niego nie biegnie. Obejrzawszy się przez ramię dostrzegł zgiętego w pół Ervilla, wspierającego się prawą dłonią o mur stojącego przy drodze cechu rzemieślników. Głośno wymiotował.

— Nie przejmuj się mną! — usłyszał jego głos. Salwa wymiocin odegrała rolę swoistej pauzy, po której elf znowu się odezwał. — Biegnij dalej! Dogonię cię!

Avaret rzecz jasna ani nie zamierzał się przyjacielem przejmować, ani mu pomagać, ani też nie liczył, że ten zdoła go dogonić. Pomknął przed siebie dostrzegając w odległości kilkudziesięciu kroków skrzyżowanie ulic. Minął jakąś oberżę, której okna świeciły jasnym światłem, kilka kamienic, które z kolei wydawały się pogrążone we śnie wraz z jej lokatorami, oraz jakiś budynek, który mógł być chyba tylko zamtuzem, gdyż w kilku oknach dostrzegł wyglądające przez nie kobiety, odziane w dość frywolne fatałaszki. Jego myśli przemykały przez głowę w miarowym rytmie podeszew uderzających o ziemię. Kogo tak właściwie ścigam? Jaki towar znajduje się na wozie? No i, cholera, którą stronę wybrać, gdy dotrę do skrzyżowania, a w dalszym ciągu nie dostrzegę uciekających drani? Czas podjęcia decyzji zbliżał się w szaleńczym tempie, wraz z każdym kolejnym susem.

Obie przecinające się ze sobą ulice były całkowicie puste. Avaret rozejrzał się pospiesznie to na prawo, to na lewo. Zacisnął wściekle zęby, po czym na chybił trafił skierował się ku niewyraźnemu kształtowi, majaczącemu w oddali ulicy prowadzącej ku wschodowi. Przebiegł już żwawym tempem dość spory kawałek drogi, pomimo to nie odczuwał specjalnego zmęczenia, a wręcz przeciwnie, determinacja i ciekawość czyniły jego nogi lekkimi tak, iż odnosił wrażenie, że z każdym kolejnym krokiem wzbija się ku niebu. Lecz niewyraźny kształt, w miarę jak nabierał konturów i powiększał się, zwiększał sceptycyzm Avareta. Z całą pewnością się nie poruszał, nie mógł być więc uciekającym wozem.

— Niech to szlag — zaklął zwolniwszy biegu. Kilka kroków przed nim leżały beczki, które, najpewniej źle ułożone, zwyczajnie przewróciły się na drogę. Avaret zerknął na budynek, o który prawdopodobnie były wcześniej oparte.

Browar. Pieprzony browar.

Zawrócił zrezygnowany. Już nie biegł, a szedł wolno naprzód, dopiero teraz odczuwając zmęczenie spowodowane wzmożonym wysiłkiem. Nie wiedział czemu, ale silne przeczucie mówiło mu, że również Jovan i Neven odnieśli identyczną porażkę. Dotarłszy do skrzyżowania, wytężył jeszcze raz wzrok spoglądając w kierunku przeciwnym do tego, w którym pobiegł. Nie dostrzegł nic. Obrócił się i ruszył z powrotem w stronę podupadającej stodoły, przy której rozstali się z Loratańczykami.

Nagle poprzez zasnuwający okolicę mrok jego uszu doszedł jakiś dźwięk, najprawdopodobniej rozmowy, lecz nie był tego pewien. Przystanął i wstrzymawszy oddech, nadstawił ucha. Odgłosy były niewyraźne, przytłumione i początkowo trudne do rozróżnienia, lecz z każdym kolejnym wolno stawianym krokiem nabierał pewności co do tego, kogo właściwie słyszy. Blady uśmiech rozjaśnił nieco zatroskaną twarz najemnika.

— Zechciej mi wybaczyć, nadobna niewiasto, że zakłócam twój nocny spoczynek — słowa Ervilla skierowane były do wyglądającej z okna jednego z budynków kurwy. Avaret nabrał już pewności, że przybytek ów musi być burdelem. — Nie widziałaś aby przypadkiem kogoś przejeżdżającego tą drogą nie dalej, jak przed momentem? Ścigam groźnych bandytów, lecz niestety strach przed moją osobą dodał im chyba nie lada chyżości, gdyż, psiakrew, całkiem zgubiłem ich trop.

— Widziałam tylko jego — kobieta wskazała długim, chudym palcem zbliżającego się do nich Avareta. — I chyba niespecjalnie się ciebie boi, elfie, skoro sam ku tobie zmierza.

Ervill obrócił się raptownie we wskazanym kierunku. Pochwycił od razu spojrzenie przyjaciela, który beznamiętnym ruchem głową dał mu znać, że pościg nie zakończył się żadnym sukcesem.

— Wracajmy więc. Być może naszym tajemniczym przyjaciołom bardziej się poszczęściło.

Odwrócił się, po czym ruszył w stronę, z której przybył, posyłając sterczącej w oknie kurtyzanie płomiennego całusa. Ta, o dziwo, oblała się rumieńcem.

Szli w milczeniu, wysłuchując jedynie odgłosu własnych kroków. Zawiedli, nie pierwszy raz, lecz gorycz wcale nie była z tego powodu mniejsza. Jedynym, co mogło zmyć jej nieprzyjemny posmak, było odnalezienie wozów i wymierzenie sprawiedliwości mordercom. Determinacja, która owładnęła Avareta, była niespodziewanie silna, zupełnie, jak gdyby traktował całą sprawę osobiście, a nie, jak to zawsze bywało, czysto zawodowo. Coś w jego wnętrzu płonęło, nakazując działać natychmiast i bez wytchnienia. Mężczyzna starał się zdusić w sobie to uczucie i podejść do wszystkiego na chłodno, lecz starania te zdawały się być jedynie próżnym wysiłkiem. Chęć działania napędzała w nim ciekawość, pragnienie zdobycia niezbędnych informacji. Wiedzy, którą mógł posiąść jedynie odbywając szczerą rozmowę z oboma Loretańczykami.

Zastali ich siedzących pod drzwiami na jakichś starych, drewnianych wiadrach. Widok ich zwieszonych głów i skwaszonych min był jasnym sygnałem, że również ich próba się nie powiodła. Obaj milczeli, zatopieni we własnych myślach. Nieobecny wzrok Jovana zdradzał jego aktualny stan ducha, wewnętrzną walkę, którą toczył z samym sobą, poczucie winy za śmierć przyjaciół, przy których nie był obecny w decydującym momencie, oraz czynione sobie z tego powodu wyrzuty. Po obliczu Nevena odgadnąć było można dużo mniej. Zasępiony i nieruchomy, nie pozwalał, by emocje pojęły jego ciało we władanie. To on jako pierwszy zauważył powrót Avareta i Ervilla.

— Nie wpadliśmy na żaden trop — rzekł ochrypłym głosem.

Avaret przystanął w odległości kilku stóp od niego. Zmierzył mężczyznę twardym wzrokiem, a pochwyciwszy jego spojrzenie, przeszedł od razu do rzeczy.

— Zupełnie, jak my. Ktokolwiek tego dokonał, wiedział kiedy uderzyć i był do tego doskonale przygotowany. Musiał obserwować was od dłuższego czasu, może nawet podążając krok w krok za waszymi śladami. Pytanie tylko, dlaczego? Co znajdowało się na wozach?

Oblicze Nevena zastygło, rysy jego twarzy nie drgnęły ani razu w trakcie, gdy Avaret przemawiał. Niespodziewanie to Jovan, otrząsnąwszy się najpewniej nieco po zaznanym szoku, powstał i zwrócił swe oblicze w stronę najemników. Avaret nie potrafił dojrzeć jego oczu, wyobrażał sobie jednak, że są czerwone i napuchnięte.

— To, co przewoziliśmy… — głos drżał mu lekko, znać było, że z trudem wypowiada kolejne słowa — to była broń.

— Broń? — wtrącił się milczący do tej pory Ervill.

Loretańczyk skinął głową.

— Miecze, tarcze, łuki, strzały, kolczugi. Głownie jednak miecze. W ich właśnie wykuwaniu specjalizują się krasnoludy z Gorzejących Gór.

— Z Gorzejących Gór? — Ervill zamyślił się na chwilę, zapewne aby odnaleźć na tkwiącej w jego pamięci mapie wspomniane miejsce. — Daleka droga. Nie wiedziałem, że handlujecie bronią.

Usłyszawszy słowa elfa, Jovan zerknął w stronę Nevena. Tamten wykonał nieznaczny ruch głową.

— Nie handlujemy bronią — odparł, po czym nabrał powietrza i kontynuował. — Miała ona posłużyć do walki w powstaniu. Do obalenia rządów Wielkiej Rady. Do odzyskania wolności.

Wszystko zaczyna się zazębiać — przemknęło przez głowę Avaretowi.

— Rewolucja przygotowywana jest już od jakiegoś czasu, w tajemnicy oczywiście, lecz nie da się całkowicie ukryć takiego przedsięwzięcia. Emisariusze, tacy, jak my, przywożą kolejne transporty broni, której tak bardzo nam brakuje. Wkrótce powinniśmy być gotowi. Do wojny, która sprawi, że Loretia spłynie krwią jej własnych mieszkańców. Nie ma jednak innego wyjścia. Widmo kolejnego zniewolenia przez Azhgad jest już zbyt bliskie. Zagląda w oczy każdemu z mych pobratymców, napełniając je strachem i zwątpieniem.

— Wojna jeszcze się nie rozpoczęła, a zdążyła już pociągnąć za sobą pierwsze ofiary — stwierdził sentencjonalnym tonem Ervill. — Wiecie, że to dopiero początek?

Jego pytanie nie doczekało się żadnej odpowiedzi, jeśli nie liczyć krakania wrony, która akuratnie przysiadła gdzieś na skraju dachu wieńczącego stodołę. Pierwsze promienie słońca zaczęły przebijać się przez kurtynę ciemności, padając na twarze czwórki towarzyszy, z których każda wyrażała inne emocje, w gruncie rzeczy jednak dość do siebie podobne. W błękitnych oczach Avareta tańczyły złość i ambicja, chęć wymierzenia sprawiedliwości i walki o słuszną sprawę, jedno uczucie napędzane przez drugie. Po twarzy Ervilla błąkało się coś bardzo bliskiego zgorzknieniu, bolesna świadomość dziejów, wynikająca z przeżytych przez niego ładnych kilku dekad oraz tego, czego w ich trakcie był świadkiem. Oblicze Jovana zatraciło całkowicie młodzieńczy urok, którego miejsce zajęły zwątpienie i bezsilność. Wyglądał jak człowiek, który w całym swoim życiu nie zamierza się już zaśmiać. Zaciśnięte usta i zmrużone oczy Nevena świadczyły o tym, że i w jego wnętrzu musi wiele się dziać, choć jedynie niewielka tego część wydostaje się na zewnątrz.

— Niezależnie od tego — rzekł w końcu Avaret, a słysząc te słowa każdy z obecnych drgnął nieznaczenie — kto dokonał tego haniebnego czynu, zwykły złodziej, czy nie, pierwszym obowiązkiem wobec waszych towarzyszy powinno być pogrzebanie ich, w miarę możliwości z należnym im honorem.

Jovan spróbował coś odpowiedzieć, lecz ściśnięte gardło pozwoliło wydostać się na zewnątrz jedynie cichemu jękowi.

— Dagonet i Risk byli naszymi wiernymi druhami — rzekł zamiast niego Neven. Jego głos brzmiał pewnie i mocno, kontrastując z jękami jego towarzysza. — Należy im się na pewno godny pochówek. Musimy jednak dokonać tego w tajemnicy, z dala od wścibskich oczu. Sami rozumiecie… Nasza sprawa nie potrzebuje rozgłosu.

Najemnik skinął ze zrozumieniem głową.

— Wiele dni spędzonych w tym mieście pozwoliło mi je dość dobrze poznać. Znam jedno miejsce… Powinno nadać się idealnie.

Wynieśli ciała Dagoneta i Riska na zewnątrz, nie mącąc panującej ciszy ani jednym słowem. Gdy już ułożyli je na poznaczonej rzadkimi kępkami trawy ziemi, Avaret przykucnął, by przyjrzeć się lepiej obu mężczyznom. Wydało mu się, że ich rysy układają się w dziwacznym wyrazie ulgi i spokoju, cech tak odmiennych od tych, które towarzyszyły im, żyjącym.

Tylko trup może tak wyglądać.

Położył rękę na skroni Dagoneta, by wydobyć z niej strzałę. Ujął ją w prawą dłoń i począł ciągnąć, gdy nagle namacał na drzewcu jakąś nierówność, coś jakby dość misterne żłobienie. Szarpnął gwałtownie, a gdy już trzymał swobodną strzałę w ręce, przyjrzał się jej uważnie, wystawiając na działanie wschodzącego powoli słońca.

Drzewiec nie był gładki, ale to poczuł już wcześniej. Teraz z kolei jego oczy ujrzały podobiznę wijącego się niczym morskie fale węża, z którego łba wydostawał się równie mocno poskręcany jęzor.

* * *

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Bez przebaczenia, część VI

13 lut

Wracali. Przez zasnuwające niebo chmury przebijały się pierwsze promyki wschodzącego słońca, nadając ich pochodowi niemal symboliczne znaczenie. Avaret niósł na rękach ciało martwej Adelii. Garray był zbyt wyczerpany walką, by użyczyć im jeszcze ten jeden raz swej magicznej mocy, a Ervill przypomniał sobie o ranie, którą zadał mu Tabritan znacznie wcześniej, gdy złożyli wizytę Olafowi.

Więc on już nie wróci? — Ervill skierował wzrok w kierunku idącego po jego prawej stronie Garraya. — Pogoniliśmy go na dobre?

Nie wróci. To osoba Adelii wiązała go z tym światem. Jeśli ona nie żyje, Tabritan nie ma tu czego szukać. Dopóki nie przyzwie go ktoś inny.

Dopóki nie przyzwie go ktoś inny — powtórzył elf pogrążając się w zadumie.

* * *

Siedziba burmistrza miasta mieściła się na piętrze eleganckiego, zadbanego budynku wznoszącego się po południowej stronie rynku. Tordas Duben, który piastował to zacne stanowisko, spoglądał przez okno, przypatrując się krzątaninie, jaka zazwyczaj na nim panowała. Za jego plecami siedzieli Avaret i Ervill.

Wszystko, co właśnie usłyszałem, jest jak najbardziej niewiarygodne — rzekł powoli, z wielkim mozołem wypowiadając każde słowo. — Zdajecie sobie z tego sprawę?

Żaden z najemników nie odpowiedział.

Zapłatę oczywiście otrzymacie, nie bójcie się o to — podjął Tordas Duben nie doczekawszy się odpowiedzi. Odwrócił się w stronę rozmówców i skierował ku nim swoje spojrzenie. — Niemniej wersja, jaka zostanie oficjalnie przedstawiona, będzie się nieco różnić od tego, co raczyliście mi opowiedzieć. Ujmę to w ten sposób: żadnego demona nie było. Adelia była obłąkana i zabijała ludzi bez wyraźnej przyczyny. Wam udało się ją zdemaskować, lecz gdy próbowaliście przyprowadzić ją przed wymiar sprawiedliwości, wywiązała się walka, w wyniku której nieszczęśliwie zginęła. Co wy na to?

Ervill prychnął drwiąco.

W tym steku bzdur nie ma ziarenka prawdy — rzucił zniesmaczony Avaret. — Jakim sposobem dałaby radę zabić trójkę sprawnych mężczyzn, zadając im tak okrutne obrażenia?

Mało kto widział tak naprawdę te ciała, panie Avarecie. Ogłosi się, że wieści o zmasakrowanych zwłokach były jedynie plotkami. W rzeczywistości zaś zostali zaskoczeni bądź otruci.

To nie wszystko — Avaret wstał. — Adelia nie była obłąkana. Demon nie zabijał bez powodu. Olaf, gdy tylko wyzdrowieje, musi stanąć przed sądem. A wyrok powinien być surowy.

Tordas ponownie odwrócił się ku oknu, chowając ręce za plecami.

To miasto bardzo rozwinęło się w ostatnich latach panowie…— zaczął zawieszając na chwilę głos. — Widzicie, jaka piękna kostka pokrywa nasz rynek? Jaki wspaniały dzwon stoi na samym jego środku? Rozbrzmiewa tylko w razie pożaru, bądź wrogiej napaści, a jego dźwięk niesie się po całym mieście, zawiadamiając o niebezpieczeństwie wszystkich mieszkańców. O, a ta fontanna tuż obok niego? Daje każdemu ochłodę w upalne letnie dni — odwrócił się z powrotem ku najemnikom napotykając ich twarde spojrzenia.

Do czego zmierzasz? — spytał Avaret w głębi ducha domyślając się już przyczyny tej pozornie nic nie znaczącej dygresji.

Olaf wiele uczynił dla tego miasta. Nie ma już tej pozycji, co przed laty, interesy nie wiodą mu się już tak dobrze, jednak w dalszym ciągu pozostaje jednym z najważniejszych i najbardziej wpływowych obywateli.

Jednym słowem żadnego procesu nie będzie? — wycedził Avaret przez zaciśnięte usta.

Jednym słowem: nie.

* * *

Siedzieli przy karczemnym stole, racząc się słynną sletoborską wódką. Wewnątrz panowało wielkie ożywienie; strach i groza zniknęły z serc mieszkańców, w związku z czym atmosfera stała się dalece weselsza. Zewsząd słychać było śmiech i gromkie krzyki. Jedynie przy stole zajmowanym przez Avareta i Ervilla panowała cisza, czemu nie zdołała się przeciwstawić nawet niemal całkowicie osuszona butelka.

Wcześniej, tego samego dnia, Garray pożegnał się z nimi i odjechał na zachód.

Życie jest przewrotne, pełne niespodzianek, niesprawiedliwości i goryczy — rzekł im dosiadając konia. — Możemy robić, co w naszej mocy, by to zmienić, lecz nigdy nie zdołamy wszystkiego naprawić.

Również Arczi i Sonnet opuścili miasto. Arczi skwitował całą sytuację zwykłym „tak to już bywa”, Sonnet zaś jedynie wzruszył ramionami robiąc minę, która mówiła: „nic nie poradzisz”.

Na górze, nad ich głowami, Olaf walczył z zadanymi przez demona ranami. Jeśli udałoby mu się wygrać, będzie wiódł dalej spokojne życie poważanego mieszkańca. Avaret, cały czas bijąc się z myślami, łypnął na elfa siedzącego po drugiej stronie stołu. Ervill westchnął.

No dobra. Widzę, co zamierzasz — pomimo wypitego alkoholu zdawał się być poważnym, co zdarzało się mu wyjątkowo rzadko nawet na trzeźwo. Avaret zdążył poznać elfa na tyle, by domyślać się, że poza pajaca i lekkoducha jest, przynajmniej w jakiejś części, jedynie maską skrywającą rozgoryczenie, zawód i złość oraz pewien rodzaj tęsknoty za poprzednim życiem i daleką ojczyzną, z której został wypędzony. Maska była również swego rodzaju usprawiedliwieniem, w które sam elf po trosze wierzył, rozgrzeszającym go z przewinień wcześniejszych lat. Nadawała mu beztroski wygląd kogoś, kto pozornie o nic nie dba.

Jednak w rzeczywistości Ervill nie był do końca taki. W zatłoczonej karczmie, przy brudnym, krzywym stole, jego maska nieco się obsunęła, ukazując część jego prawdziwego oblicza. Wydawał się być zupełnie poważny.

Jasna cholera! — warknął zawiedziony. — Zawsze musisz taki być? Nie możesz nigdy odpuścić?

Avaret milczał. Powziął już decyzję i nie zamierzał od niej odchodzić. W końcu Ervill westchnął głośno, rozluźniając napięty kark. Dał za wygraną.

Będziemy musieli uciekać.

Będziemy musieli.

Znowu.

Avaret skinął głową. Elf nabrał powietrza i przygryzając wargę, pokręcił głową. W końcu podniósł się.

Idę przygotować konie. Zrób to szybko.

Avaret był pewien, że nikt z biesiadujących na dole ludzi nie zwrócił najmniejszej uwagi na wysokiego mężczyznę o jasnych włosach, wspinającego się po schodach na górne piętro. Gdy już się na nim znalazł, pchnął niezwłocznie drzwi, za którymi znajdowała się izba służąca obecnie Olafowi. Medyk odwiedził go wcześniej tego dnia i opatrzył jego rany, resztę pozostawiając, jak to ujął „sile wyższej”. Późnym wieczorem w pokoju nie powinien znajdować się nikt, prócz samego rannego. Avaret cicho zamknął za sobą drzwi i wolnym krokiem podszedł do łóżka.

Olaf spał. Jego oddech był nieregularny, na twarzy zaś malował się wyraz głębokiego cierpienia. Avaret pochylił się nad nim, by uczynić to, co zamierzał.

Po raz drugi cię zaskakuję, przyjacielu — usłyszał znajomy głos za plecami. Odwrócił się gwałtownie, całkowicie zaskoczony czyjąś obecnością. Z krzesła, stojącego przy ścianie tuż pod oknem, podniósł się mężczyzna, a gdy już się wyprostował, snop bladego, księżycowego światła, wdzierającego się przez okno, uczynił jego sylwetkę znajomą.

Garray — szepnął Avaret. Już miał spytać, jak się tu znalazł, skoro przecież wyjechał, jednak zreflektował się w porę.

Czarodzieje — pomyślał. — Co tu robisz?

Czekam na ciebie, oczywiście — uśmiechnął się przyjaźnie. — Spodziewałem się, że prędzej, czy później tu zaglądniesz. Raczej prędzej, nawiasem mówiąc, wszak masz silnie rozbudowane poczucie tego, co uważasz za słuszne, co raczej nie każe ci długo zwlekać z decyzją.

Istotnie — stwierdził lakonicznie mężczyzna, zastanawiając się, dokąd wiedzie ta dyskusja.

A decyzja, jaką podjąłeś, każe ci zabić Olafa.

Tym razem Avaret nie odpowiedział.

Nie uważasz, że nie nam decydować o życiu i śmierci innych? Że takie sprawy winniśmy zostawić losowi? Dalszemu biegowi wydarzeń? Świat nigdy nie będzie idealny, wiesz o tym dobrze.

Nie, nie będzie — odparł Avaret. — Nie będzie tym bardziej, jeśli zdecydujemy się pozostawiać pewne rzeczy, jak to ująłeś, biegowi wydarzeń. My decydujemy o tym, jaki jest ten świat. Jeśli ktoś swą zbrodnią zasłużył na śmierć, nie pozostaje nam nic innego, jak mu ją zadać. To nazywam sprawiedliwością. To jest sprawiedliwością. Jeśli tylko mamy taką możliwość, powinniśmy ją wymierzać. A ten człowiek, ponad wszelką wątpliwość, na nią zasłużył.

A siła wyższa? Wierzysz w jakąś?

Bogowie? Owszem, wierzę w jednego. Tego, który wszystko stworzył. I który na tym poprzestał, zostawiając całą resztę nam samym. Jesteśmy panami swojego losu, Garrayu. Jeśli ktoś ma wymierzać sprawiedliwość, to właśnie my.

Zatem zrób to.

Avaret drgnął, nieco zbity z tropu.

Co?

Zabij go. Po to tu wszak przyszedłeś.

Myślałem… Myślałem, że zamierzasz mnie przed tym właśnie powstrzymać…

Czarodziej pokręcił głową.

Nie, Avarecie, nie zamierzam. Pragnąłem tylko usłyszeć twoją argumentację czynu, jakiego zamierzasz się dopuścić. Chciałem się upewnić, że wiesz, co robisz. Że znajdujesz w tym sens. I upewniłem się. Lecz niejednokrotnie los płata nam figle przyjacielu i wyręcza nas w najmniej spodziewanym momencie.

Co masz na myśli?

Wsłuchaj się, Avarecie, w melodię ciszy wybrzmiewającą w tej izbie.

Avaret wytężył słuch. Nasłuchiwał i nasłuchiwał, jednak jego uszu nie dobiegał już żaden dźwięk.

Łącznie z nieregularnym oddechem Olafa. 

 

 

KONIEC

 

Jeśli się podobało, kliknij buttona po prawej :-)

 
Komentarze (10)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część V

19 sty

W okolicy było cicho i spokojnie. Dom Gawenów, wieńczący drogę wspinającą się do niego po całym wzgórzu, sprawiał wrażenie, jak gdyby jego mieszkańcy pogrążeni byli w błogim, niezmąconym niczym śnie. Avaret czuł się niemal jak włamywacz.

Dopiero, gdy stanęli na ganku, dostrzegli pierwszy symptom świadczący o tym, że coś może być nie tak. Drzwi wejściowe, miast być zaryglowane na cztery spusty, co jest zwyczajnym stanem rzeczy o tej porze, były lekko uchylone. Przez wąską szparę wydostawał się snop migającego światła, którego źródłem był najpewniej jakiś niezgaszony świecznik stojący gdzieś tuż za progiem.

Garray pchnął lekko drzwi, które odsłoniły przed nimi wnętrze domu. Tak, jak się domyślali, niedaleko od wejścia, na zbitej z ciemnego drewna komodzie, stał kaganek, na którym chaotycznie pełgał żółto-niebieski płomień. Weszli do środka stąpając ostrożnie.

Wnętrze oświetlał jedynie ów kaganek. Tańczący nań ogień był jedyną rzeczą, jaka się w tym wnętrzu ruszała. Cała trójka poczęła rozglądać się po nim omiatając wzrokiem muśnięte delikatnym blaskiem księżyca stoły, krzesła, schody wiodące na piętro oraz znajdujące się na nim balustrady.

Patrzcie! — rzucił Ervill przyciszonym głosem, wskazując coś palcem. Jakieś dziesięć stóp od progu, w ścianie po jego lewej ręce, znajdowało się wejście do piwnicy, odkryte przez otwarte na oścież drzwi. Garray złapał za kaganek i stawiając pierwszy krok na prowadzących do niej schodach, gestem dał znak Avaretowi i Ervilowi, by zeszli za nim. Kaganek dawał tak słabe światło, że byli w stanie spojrzeć nie dalej, niż dwa stopnie w przód. Zejście było dość strome, a do tego tak długie, że Avaret zaczął już myśleć, że wiedzie do samego piekła, gdy wtem dojrzał kolejną łunę bladego światła, wydostającą się z podziemnych czeluści. Z każdym schodem łuna stawała się wyrazistsza, aż w końcu dało się dostrzec wyłożoną kamieniem podłogę, leżącą u stóp schodów.

Piwnica była dość sporych rozmiarów, oświetlona całkiem nieźle wiszącymi na ścianach pochodniami. Jednak rzeczą, która od razu przykuła wzrok Avareta, było coś leżącego niemal na samym jej środku, coś wyglądające zupełnie jak…

To trup — rzekł beznamiętnie Ervill, obdarzony z całej trójki najlepszym wzrokiem. — Kolejny, którego możemy dopisać do rosnącej listy. Ciekaw jestem, kto tym razem.

Jako, że środek piwnicy był najsłabiej oświetlonym miejscem, elf przejął od czarodzieja kaganek i postąpił w kierunku leżącego nieruchomo ciała. Idący krok za nim Avaret, poczuł nagle pod stopami wilgoć. Spuściwszy wzrok w dół zdał sobie sprawę, że z ciała sączy się strużka krwi, która zdążyła już pokryć sporą część podłogi.

Znalazłszy się w bezpośrednim sąsiedztwie ofiary, Ervill przykucnął i przybliżył kaganek do jej twarzy.

Jasna cholera… — wymamrotał z niedowierzaniem. — To Katrina.

Kątem oka Avaret dojrzał za sobą sylwetkę Gararya, który stanął jak wryty.

To niemożliwe — rzekł z wyraźną nutą zdumienia w głosie. — Demon nie może wydostać się spod władzy tego, kto go przyzwał. Nie może go zabić.

Avaret spojrzał prosto w oczy czarodzieja. Przez jego głowę przewaliła się lawina myśli. Niektóre z nich zatrzymały się na chwilę. I sprawiły, że zaczął rozumieć.

Chyba, że… — zaczął wpatrując się cały czas w Garraya.

Od strony schodów dobiegł ich odgłos stawianych miękko kroków. Wszyscy, bez wyjątku, wbili wzrok w ich podstawę, na której malował się już cień schodzącej postaci.

Chyba że — podjął chłodny, metaliczny głos — to nie Katrina wezwała demona.

Najpierw ujrzeli drobne stopy, miękko i ostrożnie stąpające po każdym kolejnym stopniu. Wokół nóg, skrytych pod sięgającą kostek spódnicą, falował równie ciemny, jak ona materiał peleryny. Na koniec ukazała się głowa i mimo, że twarz skryta była pod kapturem, Avaret już wiedział.

Adelia — rzekł wbijając w nią wzrok swych błękitnych, przenikliwych oczu.

Dziewczyna uniosła ręce i odrzuciła z głowy kaptur, ukazując swoje ostre rysy i krwistoczerwone usta.

Ona? — rzucił niemało zaskoczony Ervill rozluźniając mięśnie po krótkiej chwili napięcia i prostując się. — Przecież to tylko służka… Dlaczego?

Adelia zacisnęła usta.

Ja głupcze. I właśnie dlatego, że byłam zwykłą służką, nikt mnie nie podejrzewał. Któż zwraca na kogoś takiego uwagę?

Ale dlaczego? — Garray przejął inicjatywę, przemawiając miękkim głosem, który z pewnością miał uspokoić dziewczynę. — Czym zawiniła ci czwórka byłych najemników, których na twój rozkaz zabił Tabritan? Czym zasłużyła sobie na twoją zemstę Katrina?

Avaret zerknął na czarodzieja.

Czwórka. No tak, Adelia nie wie, że udało nam się uratować Olafa. Wciąż żyje, a przynajmniej żył, gdy opuszczaliśmy karczmę. Przekonana o jego śmierci, nie spróbuje ponownie nasłać na niego demona. Tylko czy on sam nie wróci, by dokończyć dzieła? Niemniej lepiej nie wyprowadzać jej z błędu.

Spojrzał kątem oka na Ervilla obawiając się, że ten wszystko wypapla. Szczęśliwie jednak elf wyjątkowo zachował chłodną głowę i dalej stał niewzruszony z zaciśniętymi wargami

Katrina nie miała zginąć… Przynajmniej tego nie planowałam. Nakryła mnie tu dzisiaj, gdy odprawiałam rytuał. Zresztą od dawna się już domyślała.

A najemnicy? Musiałaś mieć powód, by ich zabić, inaczej nie udałoby ci się przyzwać Tabritana.

Adelia odrzuciła głowę do tyłu wybuchając głośnym, szaleńczym śmiechem, który wypełnił wnętrze piwnicy, odbijając się od jednej ściany do drugiej.

Najemnicy?! To nie byli żadni najemnicy, czarowniku, a zwykłe, podłe zbóje. Oczywiście, że miałam powód, by pragnąć ich krwi, by pożądać ich bolesnej i straszliwej śmierci. Nienawiść i chęć zemsty wypełniały mnie od stóp do głów odkąd skończyłam pięć lat. Odkąd poznałam całą czwórkę. Chcecie usłyszeć historię? Oto ona.

Gdzieś na górze trzasnęły drzwi, a wiatr, który się ze świstem przez nie wdarł, nie mógł być zwykłym wiatrem.

To Tabritan.

Mój ojciec był całkiem zamożnym kupcem — zaczęła Adelia, nie zwracając żadnej uwagi na łomot dobiegający z góry. — On, matka i ja mieszkaliśmy w Atarze, daleko stąd. Swoje wczesne dzieciństwo wspominam bardzo dobrze. Tak, to był szczęśliwy czas…

Zawiesiła na chwilę głos. W ciszy, która zaległa w ciemnej piwnicy, Avaret dosłyszał słaby odgłos kroków stawianych na wiodących do niej schodach, które ustały w momencie, gdy już spodziewał się ujrzeć tuż przy boku Adelii sylwetkę demona.

Jest tuż za jej plecami.

Kątem oka złowił, niespokojny ruch czarodzieja. Jego twarz zastygła w wyrazie wysokiego napięcia.

Razu pewnego, gdy liczyłam sobie zaledwie pięć lat, ojciec obwieścił mnie i mojej matce, że porzucamy tę dziurę, jaką był Atar. Że interesy idą na tyle dobrze, że najwyższy czas przeprowadzić się do pokaźniejszego miasta, do większej wygody i luksusów. W mieście takim, jak argumentował, jego działalność wkroczy na wyższy poziom rozwoju, co zapewni nam dostatni byt. Zarówno mnie, jak i matkę niezmiernie uradowała taka perspektywa. Nie powiem, żebyśmy w Atarze klepali biedę, ale widać było, że interes ojca, wcale już nieźle prosperujący, może dać jeszcze większe owoce, gdyby zapewnić mu odpowiednie środowisko. Krótko mówiąc, jakiś czas później byliśmy już gotowi, by osiedlić się w Markalcie. Ojciec wynajął wozy, na których zmieściły się nie tylko drogocenne dywany, którymi handlował, ale i cały nasz dobytek, wraz z oszczędnościami jego życia. Wiedząc, że w dalekiej drodze, jaka nas czekała, taka karawana może być łatwym łupem dla grasujących zbójów, zapewnił nam ochronę najemników.

Przerwała na chwilę. W miarę, jak zmierzała do końca wypowiedzi, jej oczy płonęły coraz bardziej, a łuna nienawiści, jaką łatwo można było w nich dostrzec sprawiła, że po plecach Avareta przeszedł dreszcz.

Najemnicy! — prychnęła pogardliwie wykrzywiając usta w upiornym grymasie. — Część z nich, owszem, była nimi… Ale ta czwórka? Wystarczyło ujechać kawałek drogi, a ujawniła się ich prawdziwa profesja.

Avaret dojrzał, że na twarzy czarodzieja malują się troska i zrozumienie. Oraz że już wie, jaki był finał tej przykrej historii. Sam powoli się już tego domyślał.

Trzeciej nocy — podjęła chłodno dziewczyna — poderżnęli gardła swym kompanom, gdy ci byli pogrążeni w śnie. Nie inaczej uczynili z moim ojcem, a nawet matką.

Widziałaś to na własne oczy — wtrącił spokojnie Garray. — Widziałaś, jak zabijają twoich rodziców.

Adelia zamyśliła się wyraźnie zaskoczona nutą zrozumienia, jaką odnalazła w głosie starego mężczyzny.

Tak — przyznała. Jej ton stał się inny, przynajmniej częściowo opuściły go chłód i nienawiść. — Patrzyłam bezradnie na ich śmierć, kryjąc się pod kocem, który naturalnie nie był dla mnie żadną osłoną. Patrzyłam i trzęsłam się ze strachu. A gdy rodzice leżeli już martwi, i ich krew wsiąkała w ziemię, zatrzęsłam się jeszcze bardziej. Bo cztery podłe kreatury, które dopiero co wyrżnęły swoich towarzyszy, wbiły wzrok swych plugawych oczu w kształt poruszający się pod kocem. Prędko mnie spod niego wygrzebali zanosząc się śmiechem. I popełnili błąd, którego pożałowali dopiero po wielu latach.

Puścili cię wolno — ton głosu Avareta był bardzo podobny do tego, jakim uprzednio odezwał się czarodziej.

Początkowo chcieli mnie zabić, jak resztę. Alram się jednak temu sprzeciwił. Nie widział w tym sensu stwierdzając, że nic im z mojej strony nie grozi. Oraz że zginę wśród bezkresnych równin, które nas otaczały. Reszta nie oponowała zbytnio, będąc już myślami przy łupach, jakie właśnie zdobyli. Zostawili mnie samą, lecz jakoś przeżyłam. Ku ich zgubie. Oraz — uśmiechnęła się pogardliwie — niemałemu zdziwieniu. Tak, wydaje mi się, że Olaf i Garath rozpoznali mnie, już po śmierci Alrama. Dodali dwa do dwóch i zdecydowali się uciekać. Niestety zbyt późno.

W piwnicy zaległa cisza. Avaret nie mógł się powstrzymać przed spojrzeniem na dziewczynę bardziej przychylnym okiem, pomimo czynów, jakich się dopuściła.

W końcu gdyby nie ta banda, jej życie potoczyłoby się w zgoła odmienny sposób, a ona sama stałaby się innym człowiekiem.

Myśli te rozbiegły się jednak nieco, gdy odezwał się Garray.

Los ciężko cię doświadczył Adelio, a czyn, jakiego dopuściły się te łotry rozbudziłby chęć odwetu i pragnienie sprawiedliwości w każdym człowieku. A ty byłaś zaledwie dzieckiem. Nie można mieć ci za złe tego, jaką nienawiścią pałałaś do oprawców twojej rodziny. Lecz twoja zemsta sięgnęła za daleko, pociągając za sobą niewinną ofiarę, jaką była Karina.

Usta Adelii rozbiegły się ukazując rząd białych zębów.

Katrina… Krzyczała jak zarzynana świnia, gdy podchodziłam do niej z nożem w ręku. Niewinna ofiara? Moi rodzice również nie byli niczemu winni.

W tym momencie stało się jasne, że pragnienie zemsty wypaliło w niej całą niewinność, nie pozostawiając żadnej cząstki dziecka, jakim kiedyś była. Człowiek, którym się urodziła, nie przeżył długo jej własnych rodziców. Avaret uniósł miecz do góry i postąpił w jej kierunku, oświetlany migotliwym blaskiem pochodni zawieszonych na ścianach. Ervill, niewiele się namyślając, podążył za przyjacielem.

Wtem Adelia zaniosła się szaleńczym śmiechem, a jej płaszcz załopotał wprawiony w ruch przez kształt, który obok niej przemknął. Coś rąbnęło Avareta w czoło tak, że na chwilę pociemniało mu przed oczami. Zauważywszy niespodziewany atak, Ervill doskoczył do niego najszybciej, jak mógł, zagradzając tym samym drogę Tabritanowi. Ciął na odlew, lecz demon zdążył uchronić się przed ciosem dobywając oręża i parując uderzenie. Elf nie pozwolił mu jednak przejść do ataku zadając kolejny cios, tym razem z góry, który jednak również napotkał na swej drodze szeroką szablę Tabritana. Seria pchnięć, parad i uników, jaką następnie między sobą wymienili, doprowadziła elfa pod samą ścianę. W tym momencie do walki włączył się Garray. Uniósł obie dłonie na wysokość klatki piersiowej odsuwając każdy z palców możliwie najdalej od sąsiadujących. Jego brwi zadrżały nim wypłynął z nich strumień bladoniebieskiego światła, godząc następnie w korpus demona. Moc, z jaką zaatakował czarodziej, odrzuciła go na kilka stóp w tył. Avaret wykorzystał sytuację, i dopadł demona, tnąc oburącz na odlew. Tabritan wydał z siebie krótki syk, gdy ostrze rozdzierało jego postrzępiony płaszcz. Z dziury nie wypłynęło jednak nic, co choć w najmniejszym stopniu mogłoby przypominać krew. Najemnik, nieco tym zaskoczony, wycofał się o dwa kroki. Powiódł wzrokiem po ścianach i kątach piwnicy.

Zniknęła! — zawołał do towarzyszy stojących za nim. — Adelia uciekła!

Istotnie, dziewczyna musiała wykorzystać zamieszanie, jakie zapanowało i umknąć niepostrzeżenie. W ferworze walki nikt nie zwrócił na to uwagi.

A to suka! — wrzasnął Ervill. Jego dłoń zacisnęła się silniej na mieczu, podczas gdy on sam zwinnym susem minął Tabritana, którego cięcie, mające zatrzymać elfa, okazało się o co najmniej pół oddechu spóźnione. Ervill dopadł schodów i przeskakując po dwa, trzy naraz, pomknął ku górze. Wściekły demon wydał z siebie charczący dźwięk, po czym, ignorując pozostałą na placu boju dwójkę, ruszył w ślad za elfem. Jego obute w czarną skórę stopy zdawały się nie dotykać podłoża, postrzępiona peleryna łopotała ocierając się o ściany ogradzające wąskie zejście do podziemi.

Kurwa mać! — zaklął soczyście Avaret, po czym skoczył ku schodom niemniej zwinnie, niż jego przyjaciel tuż przed momentem.

Kilka uderzeń serca później był już na zewnątrz. Ciemne chmury zasnuły księżyc, spuszczając na ziemię zasłonę mroku. Trudno było dostrzec cokolwiek w takich warunkach.

Jasna cholera! Gdzie oni są?

Garray, który stanął tuż za jego plecami, jak gdyby czytając mu w myślach, wyciągnął nad jego barkiem prawą rękę i złożył dłoń w taki sposób, że kciuk niemal stykał się z pozostałymi palcami tworząc niedomknięty okrąg. Spomiędzy palców wystrzeliła błyskawica, która oświetliła na krótki moment całe wzgórze. W tej samej chwili ich uszu dobiegł krzyk; w świetle błyskawicy dojrzeli Ervilla dopadającego Adelii. Kilka stóp nad jego głową unosił się Tabritan, zamierzając się na niego swą szablą.

Szybko! — warknął do czarodzieja. — Zrób coś, nim go zabije!

Sam, nie czekając na reakcję towarzysza, pomknął w kierunku walczących, wyciągając przed siebie długie nogi najszybciej, jak umiał.

Nie zdążę. Zrób coś, bo on go zabije!

Nagle coś, jakaś niewidzialna siła, przemknęło mu tuż nad głową podrywając do góry kilka kosmyków jasnych włosów. Ciągle biegnąc, uniósł nieco głowę. Nie dostrzegł zupełnie nic, jednak pół oddechu później coś ugodziło w Tabritana tak mocno, że nie wiadomo na jaką odległość odrzuciłaby go ta siła, gdyby na jego drodze nie stanął wysoki, stary modrzew. Demon przykleił się do niego na krótką chwilę, po czym zsunął bezwładnie w dół, wprawiając potrącane gałęzie w miarowy, falisty ruch. Ujrzawszy to, Ervill stracił na krótki moment koncentrację, wbijając w powalonego demona wzrok zdumionych oczu.

Ty idioto! — przeklął go w myślach Avaret nie zwalniając biegu.

Rysy Adelii wygięły się w chytrym grymasie. Jej dłoń sięgnęła pod płaszcz, dobywając ostrego, błyszczącego noża. Avaret zdał sobie sprawę, że widzi to wszystko, ponieważ kolejna błyskawica Garraya rozdarła niebo nad nimi. Lecz, podobnie jak poprzednia, musiała za chwilą zgasnąć. Próbował krzyknąć, lecz głos uwiązł mu w gardle. W jego głowie kołatała się tylko jedna myśl. Jedno rozwiązanie.

W gasnącym świetle błyskawicy odchylił za siebie dzierżony w dłoni miecz tak daleko, jak tylko mógł. Jego kości niemal zatrzeszczały, w napiętych mięśniach poczuł dojmujący ból. Nim ponownie zapanował całkowity mrok, zdążył cisnąć mieczem w kierunku Adelii.

Najpierw usłyszał krzyk. Potem charknięcie. A na końcu, gdy już był na tyle blisko, by ujrzeć swój własny miecz tkwiący w brzuchu konającej na rękach Ervilla dziewczyny, usłyszał jej cichy, urywany szloch.

To niesprawiedliwe… Niesprawiedliwe… — wyszeptała z najwyższym trudem, walcząc z wylewającą się z jej ust krwią. Nim dołączył do nich Garray, była już martwa. Po Tabritanie zaś nie został nawet ślad.

* * *

 

 

 

 

 
Komentarze (11)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część IV

16 gru

Biegli.

Miarowy odgłos podeszew uderzających o ubitą, wydeptaną wśród rosnącej trawy drogę, był jedyną melodią wybrzmiewającą pośród zupełnej ciszy. Avaret co i rusz unosił głowę ku bezgwiezdnemu niebu, nerwowo wyglądając potwora, który mógł powrócić w każdej chwili. Prawą ręką cały czas ściskał rękojeść znajdującego się w pochwie miecza, tak mocno, że zrobiła się śliska od potu. Musiał być w pełnej gotowości.

Tuż przed nim biegł Garray. Czarodziej, zaraz po tym, jak stwór odleciał, nie mówiąc wiele, obdarł rękawy swojej koszuli, by zacisnąć nimi najbardziej krwawiące na ciele Olafa rany. Powstawszy z kolan, wyciągnął rękę nad leżącym nieruchomo mężczyzną. Jego ciało uniosło się powoli do góry, pozostając cały czas sztywnym, a Garray ruszył truchtem w kierunku zabudowań, transportując tym sposobem Olafa u swego boku. Uprzednio rzucił towarzyszom komendę, nakazującą podążyć za nim. Zanim to uczynili, wyjawił im jedynie, że kierować się będą w kierunku karczmy, w której nocowali, by tam ukryć Olafa. Z przodu, przed Garrayem, pobiegł Ervill, który wyprzedził wszystkich, aby eskortowana ofiara nie znajdowała się zaraz z brzegu, wystawiona na atak.

Widział to już wcześniej — przypomniał sobie słowa Garraya Avaret. Zakapturzone straszydło, skrywające całą, prócz oczu, twarz w cieniu, obdarzone monstrualnie długimi pazurami i niemniej groźnym orężem.

Avaret, jak żył, nie słyszał o niczym podobnym. Sam widział już to i owo: spotkał już parę razy wilkołaka, kiedyś natknął się na ptaszora, pół człowieka, pół kruka, który był owocem klątwy rzuconej przez wiedźmę, wbił też drewniany kołek w serce pewnego wampira. Wszystko to jednak było czymś, o czym ludzie opowiadali, o czym słyszał od dziecka, czymś rzadkim, ale jednak występującym. Natomiast straszydło, z którym dopiero co miał do czynienia, było mu całkowicie obce.

Swoją drogą czarodziej potrafi jednak trochę więcej, niż proste, jarmarczne sztuczki — pomyślał. Poczuł się nieco pewniej ze świadomością, że biegnie przed nim tak potężny człowiek.

Nie zorientował się nawet, kiedy polna droga ustąpiła miejsca kamiennemu brukowi. Chwilę później otaczały ich już zniszczone, podrapane kamienice, leżące na skraju obszaru zabudowań. Droga, którą biegli, podążała prosto, jak okiem sięgnął, a karczma znajdowała się po jej prawej stronie, w odległości nie więcej, niż kilkuset jardów. Nim się obejrzał, stali już u jej progu. Ervill, jako, że znajdował się na czele, pchnął drzwi i wszedł jako pierwszy.

Wnętrze karczmy było prawie puste. Jedynie dwóch gości siedziało przy jednym ze stołów, znajdującym się bliżej lady, za którą stał gospodarz wycierający brudny kufel szmatą. Wbił w nich wzrok zaskoczonych oczu, jednak zanim zdążył zadać jakiekolwiek pytanie, przemknęli po schodach na wyższe piętro, gdzie znajdowały się ich izby. U ich szczytu, zaraz po lewej stronie, mieściła się ta należąca do Garraya. To właśnie do niej weszli.

Zamknijcie drzwi! — zakomenderował czarodziej, gdy już znaleźli się za jej progiem. Sam ostrożnie ułożył Olafa na swoim posłaniu. Ervill niezwłocznie wykonał jego polecenie.

Avaret zerknął przez okno, lecz nic nie przykuło jego uwagi.

Wydaje się, że przynajmniej teraz będzie tu bezpieczny — rzekł wskazując Olafa. Garray siedział na łóżku grzebiąc w swoim worku. — Możesz nas teraz oświecić? Co to było?

Czarodziej nie odpowiedział nic, jak gdyby w ogóle nie usłyszał pytania. W dalszym ciągu penetrował worek, o którym wcześniej Avaret przysiągłby, że jest właściwie pusty. Najemnik czekał cierpliwie na odpowiedź, świadom tego, że w końcu ją usłyszy. Garray mamrotał coś niezrozumiale pod nosem. W końcu znalazł w worku to, czego szukał; niewielką, szklaną, błękitno-przeźroczystą fiolkę, wypełnioną do połowy płynem. Złapał lewą ręką za usta Olafa rozchylając je, a prawą wlał w nie jej zawartość. Dopiero wtedy odsapnął głośno.

Zabezpieczyłem to miejsce zaklęciem — rzekł. — To coś nie znajdzie go tutaj tak szybko. Podałem mu też pewną miksturę, która powinna pomóc. Rany są bardzo groźne, ale być może uda się go uratować.

Avaret oparł się o ścianę zakładając ręce.

Wytłumacz nam teraz zatem, czym było to coś.

Tak!— wtrącił elf. Burza czarnych włosów wydostała się z opaski okalającej jego czoło, przesłaniając znaczną część twarzy. Jego ramię w dalszym ciągu krwawiło, jednak, podobnie jak większością rzeczy w swoim życiu, wcale się tym nie przejmował. — Jak żyję, nie widziałem czegoś takiego. Co to było? Dlaczego zaatakowało Olafa i zabiło pozostałych?

Garray usiadł na krześle stojącym tuż przy łóżku. Pochylił się, opierając łokcie na kolanach. Już miał coś powiedzieć, gdy usłyszeli głośny stukot stóp pokonujących schody prowadzące na piętro. Averet i Ervill złapali instynktownie za miecze. Drzwi otworzyły się gwałtownie, lecz nie ukazał się w nich upiór, a Arczi i Sonnet, obaj mocno zdyszani.

Nie żyje…! — wyrzucił z siebie wyższy z krasnoludów podpierając się na kolanach. Zarówno jego jak i Sonneta pokrywały kurz i brud świadczący o przebytej drodze. — Lothar nie żyje od przeszło pół roku.

Garray pokiwał głową, jak gdyby wszystko układało się w logiczną całość. Ervill złapał Arcziego za ramię i potrząsnął dość gwałtownie.

Nie żyje? Jak?

Krasnolud wziął parę głębszych oddechów zanim odpowiedział.

Zamordowany…! — wysapał w końcu — Lothar Kunst został brutalnie zamordowany. Do dzisiaj sprawy nie wyjaśniono.

Elf puścił jego ramię.

Więc mamy pewność — pomyślał Avaret przyglądając się to jednemu to drugiemu z przybyłych krasnoludów. W tym wszystkim nie było przypadku.

Jego umysł łaknął wiedzy. Chciał poznać prawdę o przyczynie i sprawcy zabójstw. Czuł wielką radość, gdy wszystko się zazębiało, gdy nabierało sensu i przejrzystości. Każdą z tajemnic, z którą się zetknął, rozkładał na czynniki pierwsze, dogłębnie analizując i próbując poskładać od nowa w logiczną całość. Różnił się w tym względzie od Ervilla, który często działał impulsywnie, niewiele się namyślając chwytał za miecz i w ten sposób starał się wyjaśnić większość nieporozumień. Teraz właśnie udało się ułożyć kilka z części układanki: zabójstwa z całą pewnością nie były przypadkowe.

A zaraz dowiem się czegoś więcej — przemknęło mu przez głowę, gdy zwrócił swój wzrok w kierunku Garraya.

Pora, bym wyjawił wam to, co już wiem — rzekł ten prostując się w krześle. Obok niego Ervill półszeptem zdawał krasnoludom relację z tego, co zaszło.

Stwór, który dopiero co starał się zamordować Olafa van Berga, nazywa się Tabritan… — zawiesił głos unosząc głowę i przebiegając wzrokiem po wszystkich zgromadzonych — … lecz potocznie nazywany jest demonem zemsty.

Zapadła chwila ciszy. Każdy starał się w myślach poskładać to, co usłyszał, by wysnuć jakiś wniosek.

A za co on się chce mścić, ten Tabritan? — Ervill przygryzł wargę i uniósł jedną z brwi. — Ci ludzie, których zabił, nie wyglądali na takich, którzy mogliby mu coś zrobić. No, chyba że jak był mały to mu coś… — urwał na chwilę drapiąc się po potylicy. — Choć z drugiej strony mały demon? Kto to widział…?

Sonnet parsknął śmiechem, Arczi, jak mógł, starał się go zdusić. Garray jedynie pokręcił głową.

Tabritan nie mści się dla zaspokojenia własnego pragnienia.

Avaret otworzył szerzej oczy.

Co to znaczy?

Ano to — podjął Garray — że działa na czyichś usługach. Widzicie, Tabritan jest demonem, którego może przyzwać jedynie ktoś bardzo mocno pragnący zemsty, za pomocą tajemnego rytuału. Człowiek, który tego dokona, staje się jego panem. Tabritan zabije każdą osobę, którą ten mu wskaże.

Ervill zagwizdał melodyjnie.

Jak możemy się więc dowiedzieć, kto to zrobił?

Czarodziej uśmiechnął się.

My już to wiemy.

Ty draniu — usta Avareta wygięły się lekko ku górze. Wszystko przejrzałeś, ale dopiero teraz nam to mówisz? Cóż, pewnie również w ten sposób, dozując odpowiednio informacje, budujesz swój wizerunek mędrca.

Kto to? — Arczi oderwał się od ściany, o którą cały czas się opierał, wyciągając przed siebie ręce, jak żebrak łaknący chleba. — Kto za tym stoi?

Osobą odpowiedzialną za zamordowanie Lothara Kunsta, Alrama Gawena i Garatha Magnusona jest nie kto inny, a Katrina Gawen, wdowa po Alramie.

Po raz drugi zapadła cisza. Przed oczami Avareta przewijały się wszystkie szczegóły, na które zwrócił uwagę w domu Katriny.

Coś musiało ją zdradzić, inaczej skąd Garray wiedziałby, że to ona…

Jesteś pewien? — zapytał w końcu zrezygnowany. — Dlaczego właśnie ona?

Cóż, pamiętacie może, że goszcząc w domu Gawenów, zwróciłem uwagę na pewien szczególny zapach. Zapytałem o niego Katrinę, jednak ta zbyła mnie dwoma słowami. Wtedy nie uznałem tego za ważne, jednak nie wiem dlaczego, zapach ten nie dawał mi spokoju. Teraz mam już pewność. Spotkałem się z nim wcześniej jedynie raz, wiele lat temu, właśnie wtedy, gdy po raz pierwszy miałem do czynienia z Tabritanem.

Nie powiem, żebym go jakoś specjalnie obwąchiwał, bo i nie było jak — wtrącił się Ervill — ale nie wyczułem od niego żadnego smrodu.

Garray znowu pokręcił głową, jak miał już w zwyczaju, gdy odzywał się elf.

Nie mówię o zapachu demona, a o unikalnej mieszaninie rzadkich ziół, które podczas spalania, co jest ważną częścią rytuału przyzywającego, wydzielają specyficzny aromat. Aromat ten unosił się w całym domu Gawenów, począwszy od progu.

Ervill rozdziawił usta i odchylił głowę do tyłu w geście zrozumienia.

Nagle Olaf wierzgnął gwałtownie na łóżku.

Pierrrrdolona… kurrwa — wycharczał wykrzywiając usta. Cały czas zdawał się być jednak nieprzytomny, jego powieki pozostawały zamknięte. Wszyscy zwrócili na niego uwagę swoich oczu. Olaf wygiął plecy w łuk, po brodzie pociekła mu ślina. — Mogłem ją zaaabić… — dodał jeszcze, po czym opadł na posłanie i znieruchomiał.

Cóż — odezwał się Ervill — chyba czas już zaprowadzić Katrinę przed wymiar sprawiedliwości. Nasz przyjaciel wyraźnie się tego dopomina. Nie zwlekajmy! Ruszajmy do niej od razu!

Tak jest! — Arczi uniósł pięść do góry. — Ruszajmy!

Chwileczkę panowie — Garray stonował ich zapał wyciągając przed siebie prawą dłoń. — Nie zapominajmy o Tabritanie. Co prawda obłożyłem ten pokój zaklęciem ochronnym, ale myślę, że dodatkowa protekcja Olafowi na pewno nie zaszkodzi — skierował swój wzrok ku obu krasnoludom. — Zostańcie tutaj i nie odstępujcie łoża rannego. Na wszelki wypadek. My w tym czasie złożymy ponowną wizytę wdowie Gawen.

Arczi i Sonnet, choć niechętnie, przystali na ten pomysł.

* * *

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część III

29 paź

Stojąc pośrodku ulicy, Avaret żegnał wzrokiem oddalających się z dużą prędkością Arcziego i Sonneta, którzy dosiadali najszybszych koni, jakie mogli opanować. Ich niski wzrost zdecydowanie nie sprzyjał jechaniu cwałem, trzeba jednak przyznać, że radzili sobie wcale dzielnie.

Zaraz po tym, jak wrócili do gospody, najemnik przypomniał sobie słowa wyższego z krasnoludów, który zadeklarował chęć pomocy, gdyby była ona potrzebna. Prędko zrodził się pomysł, by wysłać obu w drogę do Povet, aby tam odnaleźli Lothara Kunsta i zaczerpnęli nieco wiedzy na temat dawnej działalności jego oraz jego zmarłych towarzyszy. Do Povet było pół dnia drogi, i drugie tyle z powrotem, Avaret obiecał jednak krasnoludom, że jeśli wrócą przed północą, dostaną nieco wyższą prowizję od nagrody ufundowanej dla nich przez burmistrza.

Kiedy zniknęli z zasięgu jego wzroku, odwrócił się na pięcie i ruszył z powrotem w kierunku gospody, w której czekali na niego Ervill oraz Garray. Zarówno po jego prawej, jak i lewej ręce, stały rozstawione liczne kramy, przy których stali kupcy, oferując przechodzącym ludziom wszelkiego rodzaju towary, począwszy od warzyw i owoców, a na biżuterii skończywszy. Avaret przyglądał się od niechcenia klientom przechodzącym od jednego straganu do drugiego, gdy wtem ujrzał znajomą twarz. Młoda dziewczyna, o kruczoczarnych włosach, pochylała się nad stoiskiem oferującym, z tego, co dojrzał, różnej maści przyprawy. W prawej ręce dzierżyła wiklinowy kosz wypełniony już innymi zakupami. Dopiero po chwili skojarzył, skąd zna tę twarz; niewątpliwie stała przed nim służąca Katriny Gawen, którą poznał przelotnie ledwie kilka godzin wcześniej. Zastanowił się moment. Może ona zdoła wyjawić mu jakiś fakt istotny dla sprawy, pominięty wcześniej, świadomie, lub nie, przez jej panią? Przybrał serdeczną minę i skierował swoje kroki w kierunku młodej służącej.

Znów się spotykamy — rzucił stając obok, lecz nie patrząc w jej kierunku. Udał zainteresowanie stosem jabłek piętrzącym się w skrzyni tuż przed nim.

Dziewczyna uniosła powoli wzrok. W jej oczach Avaret dostrzegł to samo, co przy pierwszym spotkaniu: chłód i dystans.

Zdaje się, że nie poznałaś wcześniej mego imienia. Jestem Avaret. Staram się pomóc w sprawie morderstwa twojego chlebodawcy.

Wiem, czym się zajmujesz — odparła. Avaret zastanowił się, co jest bardziej oziębłe, jej wzrok czy głos. — Zapewne myślisz, że podczas niewinnej rozmowy, którą starasz się właśnie zawiązać, wyjawię ci mimochodem jakiś szczegół, który pomoże w rozwikłaniu tej tajemnicy. Mam rację?

Avaret, nie wiedząc, co odrzec, uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi.

Niestety, nie będę mogła ci pomóc. Nie wiem o niczym szczególny, jedynie to, co powiedziała wam już Katrina. Wypełniam swoje obowiązki i nic więcej.

Obróciła się na pięcie i ruszyła wolnym krokiem w kierunku posesji Gawenów. Averet podbiegł, by się z nią zrównać.

Jak ci się u nich pracuje? To znaczy teraz u niej… U Katriny.

Jestem zadowolona — jej twarz pozostawała sztywna, jedynie krwistoczerwone usta się poruszały. — Niedługo minie pół roku, odkąd mnie przyjęli. Pracuje mi się dobrze, a Katrina docenia włożony przeze mnie trud.

Najemnik wbił wzrok w ziemię, zastanawiając się, o co mógłby spytać. Dziewczyna wyraźnie nie była skora do dyskusji, co nieco zbiło go z pantałyku i utrudniło myślenie.

Nie trudź się, Avarecie. Niczego szczególnego się ode mnie nie dowiesz. Szkoda twojego, jak i mojego czasu na niewinne, jak to planowałeś, pogaduchy o niczym — odbiła w boczną uliczkę biegnącą pomiędzy podniszczonymi kamienicami. Avaret przystanął, zagryzając dolną wargę.

Przy okazji, bo nawet tego nie potrafiłeś się dowiedzieć — krzyknęła już z pewnej odległości, nie odwracając głowy — jestem Adelia, rycerzu.

* * *

Ervill i Garray siedzieli przy stole znajdującym się w jednym z kątów karczmy. Na dnie kufla, który elf dzierżył w dłoni, znajdowało się jeszcze kilka łyków złocistego piwa. Dwa identyczne, z tym, że już całkiem puste, stojące na stole przed nim, zasłaniały w pewnym stopniu jego oblicze. Czarodziej spoczywał na krześle z prawą stopą opartą na lewym kolanie, pocierając palcami krótko przystrzyżoną, siwą brodę. Gdy tylko ujrzał Avareta, podniósł się. Ervill również zareagował, witając przyjaciela głośnym beknięciem.

Odjechali — poinformował ich Avaret, mając oczywiście na myśli dwójkę krasnoludów. — Wygląda na to, że całkiem nieźle radzą sobie w siodle. Myślę, że ujrzymy ich jeszcze dziś przed północą.

Garray skinął głową, po czym obaj zasiedli przy stole.

Co dalej? — spytał Ervill.

Garray zadumał się.

Może najpierw ustalmy, czego się dowiedzieliśmy. Po pierwsze: mamy na pewno dwie ofiary, zamordowane w brutalny, praktycznie identyczny sposób. Niepodobna nie połączyć obu morderstw. Po drugie: wiemy, że obaj jegomoście znali się od dłuższego czasu. Czy to przypadek? Może tak, może nie. Właśnie żeby się tego dowiedzieć, nasze zaprzyjaźnione krasnoludy wyruszyły z wizytą do pobliskiego Povet, by odnaleźć Lothara Kunsta. Garath nie miał rodziny, a wdowę po Alramie już odwiedziliśmy.

Myślę, że to jak na razie jedyny słuszny trop, jakiego powinniśmy się trzymać — wtrącił żywo Avaret. — Dlatego wiecie co? Najwyższa pora złożyć wizytę Olafowi van Bergowi.

* * *

Zaczynało już zmierzchać, gdy dotarli do posesji Olafa van Berga. Jego dom był zgoła inny od tego Gawenów; znacznie mniejszy, zniszczony i zaniedbany. Znajdował się nieco na uboczu miasta. Najwyraźniej interesy jego właściciela szły nieporównywalnie gorzej od tych prowadzonych przez jego zmarłego znajomego.

Avaret załomotał trzykrotnie prawą pięścią o podrapane drzwi wejściowe. Odczekali kilka chwil, w ciągu których jednak drzwi dalej pozostały zamknięte. Wymienili krótkie, porozumiewawcze spojrzenia, po czym Avaret nacisnął wyblakłą, mosiężną klamkę, a cała trójka przekroczyła próg i znalazła się w zagraconym, słabo oświetlonym wnętrzu budynku.

Spójrzcie — rzucił Ervill rozglądając się wokół. — Ptaszyna wyfruwa z gniazda….

Przy ścianach, które ich otaczały, stało, z tego co naliczyli, sześć wielkich, drewnianych kufrów. Niektóre z nich były otwarte, toteż dało się dostrzec, że wypełnione są dobytkiem, jaki człowiek potrafi zgromadzić przez lata: ubraniami, sztućcami, talerzami czy pościelami.

Myślę, że można to będzie uznać za kolejny dowód… — Garray wypowiadał słowa powoli, ciągle rozglądając się wokół. Jego uwagę przykuł jakiś ruch w sąsiednim pomieszczeniu, nieoddzielonym żadnymi drzwiami. Skinął głową towarzyszom, równocześnie podnosząc palec wskazujący do ust. Ruszyli w tamtym kierunku, stąpając ostrożnie na paluszkach, próbując nie uczynić żadnego hałasu, w której to sztuce normalnie mistrzem był Ervill, teraz jednak, po wypiciu kilku piw, nie prezentował się wcale najlepiej.

Po krótkiej chwili dostrzegli to, co spowodowało ruch zauważony przez czarodzieja; w jednym z kątów kucał, plecami do nich, siwiejący, długowłosy mężczyzna. Z tego, co dało się widzieć, zajęty był pakowaniem kolejnego kufra. Nieco dalej, po prawej stronie nad jego głową, znajdowało się dość obszerne okno, jednak tak brudne i pokryte pajęczynami, że nie wpuszczało ani odrobiny zachodzącego słońca. Sam pokój był właściwie pusty, nie licząc jednego kredensu, stojącego przy przeciwległej ścianie.

Dzień dobry — rzekł zwyczajnie Garray.

Olaf podskoczył na dźwięk jego głosu. Odwrócił się gwałtownie, wbijając w nich wzrok przerażonych, przekrwionych oczu. Miał krzywy, zapewne parokrotnie złamany w przeszłości nos, a jego twarz pokrywał co najmniej tygodniowy, niechlujny zarost.

Nie zabijajcie mnie, błagam! Błagaaaaam! To nie ja…! To oni!

Avaret uniósł brwi z zaskoczenia, podczas gdy Olaf zawył i zaczął łkać.

Chłopie, chyba nas z kimś… — próbował mu przerwać zdezorientowany Ervill. Garray wyciągnął rękę, próbując uspokoić przerażonego mężczyznę, jednak tamten nie ustawał w błaganiach.

Przysięgam, że tego nie chciałem! — krzyknął padając na kolana i splatając dłonie w geście błagania o litość. — To oni mnie namówili…! Oni…!

Avaret podszedł do klęczącego mężczyzny, złapał go za podarte łachy, w jakie był odziany, podniósł stawiając na nogi i potrząsnął nim tak, że ten omal nie rozbił sobie głowy uderzając o ścianę. To najwidoczniej wyrwało go z amoku, w jaki wpadł ujrzawszy trójkę niespodziewanych gości.

Słuchaj uważnie! — warknął mu Avaret prosto w twarz. — Nie przyszliśmy tu, żeby cię zabić, wręcz przeciwnie. Pomyliłeś nas z kimś. A teraz — puścił go i odstąpił na odległość jednego kroku — z chęcią usłyszę, z kim.

Olaf stał z rozdziawioną gębą, plecami opierając się o ścianę. Minęła jeszcze chwila, zanim się odezwał.

Nie przyszliście mnie zabić…?

Ervill odrzucił głowę gwałtownie w tył, wypuszczając z głośnym świstem powietrze.

Nie, ale jesteś na dobrej drodze do tego, żeby to się zmieniło.

Więc kim jesteście? Po co tu przyszliście?

Żeby zadać kilka pytań — Garray przejął inicjatywę — a nie na nie odpowiadać. — Powtórzę więc to postawione przez mojego kompana: z kim nas pomyliłeś?

Olaf wyraźnie zaczął odzyskiwać pewność siebie, kiedy już jasne stało się, że, przynajmniej w tym momencie, nie grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Rysy jego twarzy rozluźniły się, po czym znowu powykrzywiały, tym razem w grymasie złości.

To ja powtórzę swoje pytanie!— warknął. — Kim jesteście? Jakim prawem naruszacie teren mojej posesji? Nie przypominam sobie, żebym was zapraszał.

Garray uśmiechnął się w taki sposób, że już ten jeden gest sprawił, ze Olafowi zrzedła nieco mina.

Drogi przyjacielu — zaczął — możesz oczywiście nas stąd wyrzucić, nie odpowiadając na żadne z naszych pytań i czekać dalej na niemiłego gościa, którego tak się lękasz. Albo możesz nam powiedzieć wszystko, co wiesz, a my już postaramy się ci pomóc. Nawiasem mówiąc — schylił się przytykając prawą dłoń do lewego kącika ust tak, jakby chciał powiedzieć coś Olafowi w sekrecie — tym się właśnie zajmujemy. Usiłujemy schwytać tego, którego wizyty się obawiasz.

Olaf zaniemówił na chwilę, próbując odnaleźć się w sytuacji. Avaret zerknął przez zabrudzone okno. Nie wiedzieć kiedy, na zewnątrz zapadła już całkiem noc, ciemna i bezgwiezdna, cicha, lecz napełniająca niepokojem. Jedynie blask księżyca wyróżniał się pośród czarnej szaty, która zakryła niebo, oświetlając mknące po nim, skłębione chmury. Avaret stał jak zahipnotyzowany, gapiąc się bezmyślnie, gdy nagle przepływające obłoki nabrały gwałtownego rozpędu, zupełnie, jak gdyby pchnął je bardzo mocny, porywisty wiatr. Najemnik spuścił wzrok nieco w dół, w kierunku drzew okalających domostwo Olafa i dostrzegł, że również nimi targa wicher.

Coś tu jest nie tak — pomyślał.

Niespodziewanie okno, przy którym stali, otworzyło się do wewnątrz, a podmuch, który się przez nie wdarł, uniósł w górę zasłony, które poczęły falować, sięgając swoimi końcami daleko w głąb pokoju.

Co do…? — wyrzucił z siebie Olaf. Chwilę później jego oczy rozszerzyły się ze strachu.

Avaret zwrócił swój wzrok z powrotem w stronę okna. Dojrzał to, co sprawiło, że oczy Olafa przybrały rozmiary dojrzałych jabłek. I zamarł na moment. W skąpym blasku księżyca ukazał się czarny kształt, niby cień sunący po niebie, który pikował z ogromną szybkością prosto w otwór, utworzony przez otwarte okiennice. Najemnik chwycił odruchowo za miecz, lecz zdążył go wysunąć z pochwy jedynie do połowy, gdy cień wpadł w niego z ogromnym impetem, odrzucając kilka stóp w tył. Odzyskawszy równowagę, dojrzał Ervilla stojącego w pozycji bojowej, z mieczem trzymanym oburącz, wymierzonym, przed siebie oraz Olafa, kryjącego się za plecami sposępniałego Garraya. Obrócił lekko głowę.

Stwór stał nieruchomo pośrodku przestronnego pokoju. Odziany był w szary, postrzępiony kaftan, wyposażony w kaptur, skrywający twarz w mroku. Jedyne, co dało się na niej dostrzec, to dwa płomienie w miejscu oczu, zupełnie, jakby jego czaszkę wypełniał ogień, znajdujący ujście w miejscu pustych oczodołów. Jego ręce były długie i chude, zakończone szpetnymi i zapewne bardzo ostrymi szponami. U pasa nosił broń, nie był to jednak miecz, a szabla o niezwykle szerokim ostrzu. Z barków, prawie ku samej podłodze, spływała peleryna w identycznym kolorze, co postrzępiony kaftan, co najmniej równie zniszczona, jak on.

Stwór uniósł z wolna prawą rękę aż do pozycji poziomej, równocześnie wysuwając z dłoni szpon odpowiadający palcowi wskazującemu.

On przyszedł po ciebie, mój przyjacielu — wyszeptał spokojnie Garray wlepiając wzrok w wyciągnięty pazur. Olaf złapał się kurczowo jego pleców, drżąc jeszcze bardziej z przerażenia.

Tknij go — wysyczał Ervill w kierunku straszydła— a sprawię, że dzieci będą się ciebie bać jeszcze bardziej.

Peleryna załopotała, gdy stwór, błyskawicznym ruchem, skoczył ku elfowi. Widząc to, Avaret, niewiele się namyślając, rzucił się na pomoc przyjacielowi. Jednak poczwara bezbłędnie odczytała jego intencje, atakując go długimi, zakrzywionymi pazurami. Mężczyzna odskoczył, kątem oka dostrzegając krew broczącą z lewego ramienia Ervilla. Wylądowawszy kilka kroków dalej, usłyszał czarodzieja, gromkim głosem wypowiadającego jakieś nic nie mówiące mu słowa. Niewidzialna siła odrzuciła poczwarę w tył, jednak nie na tyle mocno, by uczynić jej jakąkolwiek krzywdę. Korzystając z sytuacji, Avaret i Ervill runęli na nią z wyciągniętymi mieczami, lecz nim zdążyli zadać ciosy, ta trzymała już w ręce swą zakrzywioną szablę. Odparła ich atak z łatwością odbijając jednym, silnym, ruchem zarówno jedno, jak i drugie cięcie. Gestem uczynionym drugą ręką cisnęła nimi w kierunku ściany i odwróciła się twarzą do czarodzieja. Garray wyciągnął przed siebie obie ręce i to zginając, to prostując palce, recytował zaklęcia. Stwór jednak musiał być również obdarzony sporą magiczną mocą, gdyż, czyniąc podobne gesty, dawał wyraźny odpór czarom przeciwnika.

Tymczasem Avaret, pozbierawszy się po zadanym ciosie, dostrzegł, że w całym zamieszaniu, zniknął gdzieś Olaf. Stwór również musiał to zauważyć, gdyż nagle zerwał magiczną więź, jaka wytworzyła się między nim, a czarodziejem i wyskoczył przez okno, prosto w ciemną, bezgwiezdną noc.

Za nim! — zawołał Avaret, po czym, jednym, długim susem dopadł okna.

Ujrzał Olafa, biegnącego niezgrabnie w kierunku pobliskiego lasu oraz cień, sunący nad nim w powietrzu, który lada chwila miał go dopaść. Rzucił się do biegu, kątem oka dostrzegając podążającego w ślad za nim Ervilla.

Zostaw go! — krzyknął boleśnie świadom tego, że nie zdąży. Straszydło znalazło się tuż nad głową biednego Olafa, po czym, gwałtownie zmieniając kierunek lotu, opadło na nieszczęśnika. Olaf zawył przeraźliwie, gdy stwór zaczął szarpać go pazurami, rozdzierając skórę i niszcząc ubranie. Avaret był już dosłownie dwa kroki od nich, gdy usłyszał, daleko za sobą, potężny głos Garraya. Stwór, jakby rażony piorunem, wygiął nienaturalnie plecy, unosząc się znad pokiereszowanego ciała ofiary, po czym syknął przenikliwie i wzbił się w powietrze z szybkością kogoś, kto odejmuje palec od wrzącej wody. Zawisł na chwilę jakieś dwadzieścia stóp nad ziemia. Garray wykrzyczał kolejne zaklęcie, a straszydło umknęło, wtapiając się w czarny całun zakrywający niebo. Avaret przyklęknął przy nieprzytomnym Olafie.

Żyje! — ryknął słysząc płytki oddech rannego.

Garray dopadł ich zdyszany.

Zabieramy go stąd czym prędzej! Zanim on powróci!

Co to do cholery było? — wrzasnął Ervill. — Wiesz czarodzieju? Widziałeś kiedyś w życiu takie kurestwo?

Avaret zauważył, że oczy klęczącego nad Olafem czarodzieja, zaświeciły blaskiem intensywniejszym od tego, który dawał tej nocy księżyc.

Owszem. Widziałem.

* * *

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część II

28 sie

Avaret zbudził się. Zamrugał oczami, podniósł się do pozycji siedzącej i porządnie przeciągnął. Na posłaniu obok, obrócony na prawy bok, z nosem prawie przystawionym do ściany, głośno pochrapywał Ervill. Obaj znajdowali się w pokoju gościnnym karczmy, usytuowanym na piętrze. Z jedynego znajdującego się w pomieszczeniu okna rozpościerał się widok na główną ulicę miasteczka, przy której znajdowało się wejście do gospody. Sam pokój był słabo umeblowany; oprócz dwóch wąskich łóżek znajdowała się w nim jedynie mała, stara komoda.

Najemnik ostrożnie, by nie obudzić towarzysza, wstał z łóżka i stąpając powoli, podszedł do okna. Dzień dopiero wstawał, nie słychać było jeszcze żadnego zgiełku na ulicach miasta. Avaret podrapał się po nieogolonej brodzie, przypominając sobie równocześnie wydarzenia minionej nocy.

Po wstępnych oględzinach miejsca zbrodni, jakich dokonali, nikt z miejscowych nie pokwapił się, by odnieść ciało denata do kostnicy. Koniec końców musiał się tym zająć on sam, oczywiście przy pomocy Ervilla. Szczęściem kostnica nie znajdowała się daleko, toteż przeniesienie zwłok nie zajęło im dużo czasu, ani nie kosztowało utraty wielu sił. Obudzono zarządcę, poinformowano o zaistniałej sytuacji i pozostawiono nieboszczyka jego opiece. Mężczyzna w pierwszej chwili wybałuszył oczy, jednak po krótkim szoku doszedł do siebie i zajął się swoimi obowiązkami. Widocznie poprzedni trup oswoił go z podobnym widokiem.

Wieść o kolejnym morderstwie rozniosła się w tempie błyskawicy. Opuszczając kostnicę spotkali, na schodach prowadzących w kierunku jej drzwi, jegomościa, który okazał się być burmistrzem Sletoboru. Musiał zostać wyrwany ze snu, gdyż spod długiego płaszcza, w który był ubrany, wyzierała koszula nocna. Jego głowę ponadto zdobiła biała czapka zakończoną pomponem, w jakiej zwykli spać mężczyźni o jego statusie. Towarzyszyło mu dwóch drabów uzbrojonych w halabardy, ubranych w uniformy straży miejskiej. Burmistrz niemal na kolanach błagał ich, by zajęli się sprawą morderstw, lamentował, że straż miejska jest bezradna, a na ulicach powinno być bezpiecznie. Uspokoili go obiecując, że z samego rana przystąpią do rozwikłania tajemnicy okrutnych zabójstw oraz poczynią wszelkie kroki w kierunku ujęcia sprawcy.

Chyba czas wstawać… — usłyszał za swoimi plecami głos elfa, który najwyraźniej przebudził się już i jął niechętnie podnosić z łóżka. — Jak myślisz, przyniosą śniadanie do łóżka? Jest to wliczone w cenę? Eeee, chyba nie… No ale czego się spodziewać za pięć miedziaków…

Boję się, że słusznie rozumujesz — odparł Avaret, uśmiechając się na widok rozespanego przyjaciela. — Chyba będziemy musieli zejść na dół. Po śniadaniu bierzemy się do roboty.

Tylko robota mu w głowie — mruknął Ervill tłumiąc pięścią ziewnięcie. Wstał, podciągnął spodnie i ruszył za towarzyszem, który znikał już za drzwiami.

Zeszli po schodach w dół. Tylko jeden stół na sali był zajęty.

Czołem towarzyszu! — rzucił elf w jego kierunku. Mężczyzna zasiadający przy nim podniósł głowę znad spożywanej jajecznicy i odpowiedział na powitanie. Było w jego wyglądzie coś znajomego…

Garray…? — zapytał niepewnie Avaret.

Nie pomylił się. Czarodziej wyglądał na znacznie młodszego niż dotychczas. Przystrzygł brodę oraz włosy, które dodatkowo uczesał, ubrał się w nowy, schludny strój. Jedynie uśmiech pozostawał ten sam.

Tak, to istotnie ja, przyjaciele. Zapraszam do mego stołu.

Zaszczycenim cny panie! — odparł Ervill sarkastycznie, składając elegancki ukłon. Garray machnął na niego ręką mrucząc coś o idiotach i imbecylach.

Zasiedli naprzeciw czarodzieja. Po chwili, poszedłszy w jego ślady, zajadali się jajecznicą, przyrządzoną z niemałym kunsztem kulinarnym, przez karczmarza. Ervill dodatkowo raczył się piwem, nie czując żadnego skrępowania wczesną porą.

Dowiedziałem się tego i owego — zaczął Garray, który właśnie skończył swoją porcję. — Udało się ustalić tożsamość nieszczęśnika, któregośmy wczoraj znaleźli. Nielicho przyczynił się do tego pewien dokument, który znaleziono w jego kieszeni. Dokument ów był umową sprzedaży jego domu i zawierał, jak się pewnie domyślacie, jego podpis. Denat zwie się, przepraszam, zwał się, jeszcze do całkiem niedawna zresztą, Garath Magnuson i prawdopodobnie właśnie opuszczał miasto. Co się zaś tyczy pierwszej ofiary, to wiadomo, że był nią Alram Gawen.

Zastanawia mnie ten Magnuson… — Avaret zmrużył błękitne oczy. — Myślisz, że to przypadek, że akurat teraz sprzedawał dom? Czy może śmierć tego Gawena była dla niego z jakiegoś powodu sygnałem ostrzegawczym?

Na pewno warto to sprawdzić. Zaczniemy od ustalenia, czy obie ofiary coś łączyło. To może rozjaśnić nieco całą sprawę.

Ervill beknął głośno.

W takim wypadku wszystko może stać się jeszcze bardziej skomplikowane, panowie detektywi — wtrącił. — Znaczyłoby to niechybnie, że nie mamy do czynienia z bezrozumnym potworem, lecz wyrachowanym zabójcą.

Który jednak morduje swoje ofiary z okrucieństwem godnym najgorszego potwora — zauważył Avaret. — Nie ma co, ciekawa sprawa nam się trafiła.

Zapadła cisza. Nie trwała zbyt długo, gdyż zaraz rozległy się na schodach odgłosy stawianych kroków. Chwilę później zasiadała ich już przy stole cała piątka; towarzystwo uzupełnili Arczi i Sonnet.

I jak postępuje śledztwo, panowie? — zagadnął Arczi.

Avaret zastanowił się krótką chwilę nad tym, czy powinien wtajemniczać obu krasnoludów w szczegóły. Zdecydował się to jednak uczynić, nie mając złudzeń co do tego, że prędzej czy później Ervill nie wypapla im wszystkiego przy kuflu piwa. Powtórzył im to, czego dowiedział się już Garray.

Cóż, zawsze to już coś — skomentował Arczi. — Jeśli będziemy mogli jakoś pomóc, to tylko powiedzcie. Zabawimy w mieście jeszcze przez jakiś czas a potem ruszamy dalej.

Avaret kiwnął z aprobatą głową.

Skończywszy posiłek zabrali się do roboty.

* * *

Dom Alrama Gawena znajdował się na skraju miasta, na niewysokim wzgórzu porośniętym jedynie kilkoma drzewami. U podnóży wzniesienia znajdowało się kilka niewielkich budynków, między innymi speluniasty szynk, w którym, jak domyślał się Avaret, bawiły krasnoludy owego dnia, gdy ujrzały ciało ofiary wynoszonej z jej własnego domu.

Budynek ów prezentował się wcale okazale, przesłaniając znaczną część widocznego za nim nieba. Utrzymany był w dobrym stanie, co nie było łatwe przy rozmiarach, jakie prezentował, a także z uwagi na to, że zamieszkiwany był, jak się wcześniej wywiedziano, jedynie przez gospodarza — Alrama Gawena, obecnie już nieżyjącego, jego żonę oraz jedną służącą.

Właśnie ona otworzyła drzwi w kilka chwil po tym, jak Garray zastukał w nie kołatką w kształcie podkowy. Była młoda, nie mogła liczyć więcej, niż dwadzieścia pięć wiosen, twarz jej jednak naznaczona była pewnego rodzaju doświadczeniem, które bynajmniej w żaden sposób jej nie postarzało. Nie miała twarzy gosposi — jej rysy były ostre, wyraziste i chłodne. Całego obrazu dopełniały przenikliwe oczy, długie czarne rzęsy, oraz krwistoczerwone usta. Gęste, ciemne włosy skrywała biała chustka.

W czym mogę panom pomóc? — spytała. Jej głos był twardy niczym hartowana stal, ton daleki od potulnego.

Czarodziej obdarzył ją miłym uśmiechem mającym potwierdzić jak najbardziej pokojowe zamiary.

Chcielibyśmy pomówić z panią tego domu — odparł grzecznie. — Jeśli to oczywiście nie problem.

Dziewczyna odsunęła się nieco, dając gościom do zrozumienia, że mogą wejść do środka.

Po przestąpieniu progu ich oczom ukazała się obszerna izba, pełniąca rolę salonu, który zajmował większą część parteru. Wnętrze wypełniały meble, nie nazbyt liczne, aczkolwiek na pierwszy rzut oka można było poznać, że oddano w zamian za nie sporo złotych monet. Ściany pokryte były pięknymi, acz ubogimi w barwę i chłodnymi obrazami, podłogę wyścielał dywan, który był niezawodnym świadectwem wielkiego kunsztu jego wykonawców. Elegancką sofę, znajdującą się pośrodku izby, zajmowała kobieta, najpewniej świeżo upieczona wdowa. Cała obleczona w czerń, siedziała całkiem nieruchomo, wzrok wbijając w krajobraz za oknem.

Pani — zwróciła się do niej służka — masz gości.

To rzekłszy oddaliła się, by oddać się swoim obowiązkom. Kobieta nie zareagowała w żaden sposób, wydawała się być nieobecna. Avaret i Ervill rzucili sobie porozumiewawcze spojrzenia. Tymczasem, niespodziewanie, Garray postąpił kilka kroków w kierunku sofy.

Cóż to za ciekawy zapach? — zagadnął serdecznie wdowę. — Unosi się w całym domu. Jakieś zioła?

Kobieta odwróciła się w jego kierunku. Dopiero teraz gościom udało się dojrzeć jej twarz. Wydawała się mieć około czterdziestu lat. Była zadbaną, elegancką kobietą, jej rysy nadawały jej dumny i wyniosły wygląd.

Nie wiem — odparła po krótkiej pauzie, jaka nastąpiła — i, raczy pan wybaczyć, mało mnie to w tym momencie obchodzi. W czym mogę pomóc?

Garray wypatrzył sobie masywne, pokryte żłobieniami krzesło stojące opodal sofy, przysunął je sobie bliżej i na nim spoczął. Avaret i Ervill poszli za jego przykładem. Gdy już wszyscy siedzieli w bliskiej odległości od siebie, czarodziej zwrócił się do gospodyni domu:

Na sam początek proszę przyjąć nasze najszczersze kondolencje. Jest nam niezmiernie przykro z powodu pani straty.

Kobieta skinęła nieznacznie głową dając do zrozumienia, że przyjmuje wyrazy ubolewania.

Dobry obyczaj nakazuje także — ciągnął Garray — abyśmy się przedstawili, zanim zaczniemy rozmawiać. Tak więc, moja droga pani, towarzysze moi zwą się Avaret oraz Ervill — to mówiąc wskazał kolejno obu najemników — ja zaś sam jestem Garray.

Dobry obyczaj nakazuje, abym i ja się przedstawiła, mimo że zapewne moje nazwisko nie jest wam obce, skoro przychodzicie do mnie w konkretnej sprawie. Aby dopełnić formalności, zwę się Gawen. Katrina Gawen.

Garray skinął z szacunkiem głową.

Powodem naszej wizyty jest, raczy pani wybaczyć, że poruszam ten bolesny dlań temat, śmierć pani męża. Chcieliśmy zadać kilka pytań.

Powieki Katriny zadrżały, jednak udało jej się opanować.

Można wiedzieć, dlaczego was to interesuje?

Zostaliśmy wynajęci, by rozwiązać sprawę jego morderstwa — wtrącił Avaret. — Jego i nie tylko, gdyż, jak zapewne pani wiadomo, dość zagadkową śmierć poniósł w ostatnich dniach także inny mężczyzna, Garath Magnuson.

Ach, biedny Garath. Oczywiście wiem o wszystkim.

Czy znała pani Garatha osobiście? Lub pani mąż?

Katrina zawahała się chwilę.

Ja raczej nie — odparła. — Mój mąż znał go dosyć długo, wspólnie budowali swój pierwszy interes tu, w Sletoborze po tym, gdy przybyli do niego lata temu. Potem każdy poszedł w swoją stronę. Pozostali przyjaciółmi, choć od dłuższego czasu widywali się sporadycznie i raczej przypadkowo — urwała i zmarszczyła czoło, jak gdyby jakaś myśl przyszła jej do głowy. — Myślicie, że oba morderstwa coś łączy? To znaczy, że nie są przypadkowe, lecz ofiary zostały w jakiś sposób odpowiednio dobrane?

Garray spojrzał jej prosto w oczy.

Staramy się to dopiero ustalić, szanowna pani.

Katrina spuściła głowę. Po jej policzkach polały się łzy.

Któż mógłby chcieć skrzywdzić mojego Alrama? On przecież nikomu nie zawinił. Był zawsze uczciwy — załkała chowając twarz w chusteczce.

Ervill już otwierał usta, by pocieszyć ją jakimś dobrym słowem, lecz Avaret, znając dobrze poczucie kurtuazji elfa, szturchnął go wymownie w bok. Ervill zamknął usta robiąc przy tym minę wielce urażonego i niedocenianego.

Garray położył rękę na jej ramieniu w ciepłym geście wsparcia. Katrina uspokoiła się, rysy jej twarzy się wygładziły. Popatrzyła żywym wzrokiem na czarodzieja.

Katrino — zwrócił się do niej opiekuńczym tonem — aby rozwikłać tę sprawę, będziemy potrzebować twojej pomocy.

Lekkim skinieniem głowy dała znak, że rozumie. Garray rozsiadł się wygodniej, podobnie uczynili obaj najemnicy, przy czym elf, który od dłuższego czasu spoglądał na wygodny fotel stojący tuż przy sofie, przesiadł się nań, uprzednio sprawdziwszy jego miękkość delikatnie go uklepując. Czarodziej przystąpił do zbierania informacji.

Droga pani, zacznijmy od tego, czy jest ktokolwiek, kogo by pani podejrzewała?

Katrina pokręciła energicznie głową.

Nie ma nikogo takiego — odparła zdecydowanie. — Mój mąż był uczciwy i dobry. Nie wchodził z nikim w konflikt. Był personą powszechnie szanowaną w Sletoborze.

Proszę mi powiedzieć zatem coś o jego interesach. Czym się dokładnie zajmował?

Wdowa nabrała oddechu.

Alram przybył do Sletoboru okołu dwudziestu lat temu wraz ze swym przyjacielem, Olafem van Bergiem. Zatrzymali się u Garatha Magnusona, który był ich wspólnym znajomym. Wszyscy trzej posiadali trochę swojego kapitału, zdecydowali się więc założyć spółkę i zająć handlem. Zaczęli importować dywany z dalekich krajów. Interes szedł całkiem dobrze, toteż po kilku latach spółka rozbiła się i każdy z nich mógł sobie pozwolić na samodzielne prowadzenie swojego interesu. Alram pozostał przy dywanach, do tego doszły jeszcze meble. Wiodło nam się wcale dobrze, nigdy nie mogłam narzekać na niedostatek przy jego boku.

Czy wie pani dokładnie, skąd znała się cała trójka?

Katrina przekrzywiła lekko głowę, wbijając wzrok w sufit, mrużąc przy tym lekko oczy, jakby usiłowała sobie dokładnie wszystko przypomnieć.

Zdaje się, że tworzyli jakąś niewielką kompanię najemników, których zatrudniano do ochrony transportów kupieckich. Był jeszcze jeden, Lothar… jak mu tam było? Lothar Kunst, o ile dobrze pamiętam, jednak on akurat nie mieszka w Sletoborze, zdaje się, że osiadł w Povet… To dość niedaleko, jakieś pół dnia jazdy, jednak nigdy go nie poznałam… Wszyscy czterej skończyli z najemnictwem, gdy już uzbierali trochę kapitału i postanowili założyć własne interesy.

Garray, dotąd nachylony nisko, cofnął się na oparcie i zadumał. Korzystając ze sposobności, Avaret zadał pytanie, które od początku go nurtowało:

A co z dniem morderstwa? Widziała coś pani?

Wdowa zasępiła się nieco, spuściwszy wzrok poczęła nerwowo tarmosić skrawek czarnej sukni.

Widzi pan… Tego dnia nieco poróżniliśmy się z Alramem. Drobna małżeńska sprzeczka, jakich wiele. Spaliśmy osobno. Gdy przyszłam do niego rano…

Głos jej się załamał, po policzkach spłynęły łzy. Garray skinął na towarzyszy.

Myślę, że najwyższy czas, abyśmy zostawili drogą panią w należnym jej spokoju — powiedziawszy to wstał. — Proszę jeszcze raz przyjąć nasze kondolencje.

Czy to przez aksamitnie brzmiący głos czarodzieja, czy może coś innego, w każdym razie Katrina opanowała płacz na tyle, żeby odprowadzić gości do wyjścia i ich pożegnać.

Słońce, stojące już wysoko na niebie, ogrzewało twarze Avareta, Ervilla i Garraya, gdy opuszczali w milczeniu posesję państwa Gawen, a w tym momencie już tylko wdowy po Alramie. W drodze w dół pagórka Avaret zastanawiał się intensywnie nad wszystkim, co właśnie usłyszeli. Wiedzieli już, co łączyło obu zmarłych i wydawało się wielce nieprawdopodobne, by śmierć obu w tak krótkim odstępie czasu była przypadkowa. Jakby słysząc jego myśli, odezwał się Garray:

Musimy niezwłocznie porozmawiać z oboma pozostałymi jegomościami. Bardzo możliwe, że znajomość, jaka łączyła nieboszczyków, jest kluczowa dla sprawy, jednak koniecznym jest, aby to potwierdzić.

Ervill kopnął kamień leżący na jego drodze. Siła, z jaką został wprawiony w ruch, pognała go na sam dół, godząc jednego z przechodniów w kostkę, który w odpowiedzi zaklął głośno i bardzo brzydko. Elf uniósł głowę w górę pogwizdując niewinnie, ręce chowając za plecy.

Dalej jednak nie mamy motywu — rzekł Avaret . — I dalej ciężko mi sobie wyobrazić, że takiej rzezi mógł dokonać człowiek. To się wszystko nie trzyma kupy.

Czarodziej uśmiechnął się jedynie w odpowiedzi, lecz uśmiech ten napełnił Avareta pewnością, niezmąconym przeświadczeniem, że cała zagadka zostanie od początku do końca rozwikłana.

* * *

 
Komentarze (19)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Bez przebaczenia, część I

19 sie

 

Pośród całego morza traw, przyozdobionego gdzieniegdzie kilkoma drzewami, czy krzewami, dało się widzieć niewielki jasny punkt. Źródłem tego światła było ognisko, nieco już przygasające, ogrodzone dookoła osłaniającymi je kamieniami. Noc była całkiem chłodna, lato miało się już ku końcowi, w powietrzu wyraźnie można było wyczuć nadchodzącą małymi krokami jesień. Stary dąb, górujący nad niewielkimi krzewami rosnącymi w jego pobliżu, łagodnie pochylał się nad żarzącym kawałem drewna. Przy ognisku siedziało dwóch wędrowców, obaj opatuleni szczelnie ciepłymi pledami, trwali nieruchomo w milczeniu. Ogień przyjemnie ogrzewał ich stopy, rozgrzane powietrze delikatnie muskało policzki.

Pierwszy z nich był ewidentnie elfem, świadczyły o tym niezawodnie spiczaste uszy. Włosy miał nieco dłuższe, niż do ramion, oczy zielone, na czole nosił przepaskę. Tuż obok niego spoczywał jego oręż — miecz półtoraręczny znajdujący się w pochwie, oraz drewniany łuk i kołczan nabity ledwie kilkoma strzałami. Mężczyzna zwał się Ervill i był jednym z elfów z południa.

Blask ognia oświetlał także i twarz jego towarzysza. Ten nie był elfem, pochodził z rasy ludzi. Wyższy od Ervilla, twarz miał naznaczoną kilkudniowym zarostem, jasne włosy miał do ramion, oczy koloru niebieskiego. Podobnie jak towarzysz, również był uzbrojony, oprócz asortymentu odpowiadającego elfowemu posiadał także krótki sztylet, który nosił zatknięty za pas.

Na którymś z pobliskich drzew zahukała sowa, liście zaszeleściły pod wpływem powiewającego wiatru.

Dorzuć trochę drzewa, Avaret — rzucił Ervill. — Zaczyna przygasać, a noc będzie chłodna, psiakrew. Ba, już jest — mówiąc te słowa, ostentacyjnie, mogłoby się zdać, zadrżał z zimna.

Mężczyzna obrócił powoli głowę w stronę elfa. Brwi miał ściśnięte, nawet nie mrugnął. Niejeden śmiałek przestraszyłby się tego spojrzenia tak, że tylko podciągnąłby spodnie i uciekał, gdzie pieprz rośnie. Spojrzenie srogich, lodowatych oczu Avareta nie zrobiło najwidoczniej na Ervillu żadnego wrażenia, gdyż tylko kiwnął ponaglająco głowa. Avaret dźwignął się powoli bez słowa, by sięgnąć mało okazałego stosu badyli, który uzbierali uprzednio, krążąc wokół nielicznych na tej równinie drzew. Wiatr zadmuchał mocniej, gałęzie wielkiego dębu zaszeleściły, niewielki płomień zatańczył na ognisku. Avaret w milczeniu dorzucał kolejne suche gałęzie, które szybko zajmował ogień. Na jego rękach pozostawało jeszcze jedynie kilka badyli, gdy wtem znieruchomiał, uniósł głowę i począł nasłuchiwać.

Elf otworzył usta z zamiarem pospieszenia towarzysza, lecz ten jedynie podniósł rękę w wyraźnym geście nakazującym milczenie. Ervill zamarł z rozdziawioną gębą, gdy w tym czasie Avaret kręcił dookoła głową ogarniając wzrokiem najbliższą okolicę. Księżyc miał tej nocy postać sierpa, toteż niewiele dało się dojrzeć, niewielkie ognisko również nie dawało na tyle blasku, by móc zobaczyć, co znajdowało się w większej odległości.

Krzaki w pobliżu dębu wyraźnie zaszeleściły. Oczy wędrowców błyskawicznie zwróciły się w tamtym kierunku. Ervill podniósł się ostrożnie, gdy w tym czasie Avaret zaczął powoli zmierzać w kierunku gęstwiny. Jego ręka już szukała sztyletu zatkniętego za pasem. Pomimo małej odległości oczy mężczyzny dalej nie potrafiły wiele dojrzeć.

Już otwierał usta, by krzyknąć, że ktokolwiek się tam chowa, ma natychmiast się ujawnić, gdy wtem ujrzał przed sobą wyraźnie sylwetkę mężczyzny. Przystanął, gdy tymczasem ten poruszył się i począł stawiać pewne kroki w kierunku ogniska, nadal jednak spowity w ciemności. Ręka Avareta mocno ściskała rękojeść sztyletu, z tyłu Ervill łagodnie podnosił łuk i napinał cięciwę.

Blask ogniska oświetlił najpierw czubki butów nieznajomego, następnie całą resztę sylwetki. W świetle ognia ukazał się mężczyzna o długich, siwych i potarganych włosach. Ubranie miał już bardzo znoszone, postrzępione na rękawach i nogawkach oraz przetarte w wielu miejscach. Na plecach niósł słabo wypchany worek podróżny, w którym znajdowało się pewnie nie więcej, niż pół bochenka chleba, kawałek sera i bukłak z wodą. Mężczyzna wydawał się pewny siebie, jego oczy bystro spoglądały na obozowisko, jego usta wyginały się w lekkim uśmiechu.

Wędrowcy szybko otrząsnęli się z oszołomienia. Ervill opuścił łuk, Avaret podobnie uczynił z dzierżonym przezeń sztyletem.

Ktoś za jeden? — rzucił elf w kierunku przybysza. Jego oczy przebiegały od stóp do głowy intruza i z powrotem.

Usta mężczyzny wykrzywił jeszcze szerszy uśmiech. Zgiął się w pół i położył worek u swych stóp.

Nie chciałem was przestraszyć dzielni przyjaciele — odparł.

Ervill prychnął drwiąco, co miało uzmysłowić nieznajomemu, że ktoś taki jak on niczego się nie boi, a już na pewno nie starego mężczyzny w podartym ubraniu, uzbrojonego jedynie w niemal pusty worek przerzucony przez plecy.

Skąd myśl, że nas wystraszyłeś? — spytał Avaret. Jego brwi były ściśnięte.

Mężczyzna nie odpowiedział, zamiast tego zrobił bardzo wymowną minę, z której wyraźnie można było wyczytać, że nie widzi celu w prowadzeniu dalszej dyskusji na ten temat, uznając zaistniałą sytuację za dość klarowną.

Nazywam się Garray — rzekł.

Witamy cię, Garrayu — odparł Avaret cały czas bacznie przyglądając się starcowi. — Byłbyś łaskaw wyjawić nam, dlaczego podkradałeś się do nas, jak jakiś złodziej?

Uczucie lekkiego niepokoju opuściło już Avareta. Mężczyzna, który stał przed nim, wydawał się zupełnie niegroźny i nieszkodliwy.

Musiałem się upewnić, że sami nie jesteście jakimiś zbójami — wyjaśnił z uśmiechem Garray. — Dlatego wolałem się wam chwilę przyglądnąć, zanim postanowiłem się ujawnić. Szczerze powiedziawszy obserwowałem was już od dłuższej chwili, zanim zdołaliście coś zauważyć, bądź usłyszeć.

Avaret zacisnął mocniej zęby. Nie podobał mu się fakt, że dał się tak zaskoczyć. Uważał siebie za dość uważnego i ostrożnego tropiciela, który potrafi podejść i odnaleźć każdego po odciskach stóp, czy innych poszlakach mogących wskazać czyjeś położenie, ale który równocześnie, gdy tego chce, umie stać się niewidzialny. Oczywiście nie w dosłownym tego słowa znaczeniu.

Zapadła krótka cisza, którą zaraz przerwał Ervill.

Siadajże dziadku!— zawołał dziarsko. — Jam jest Ervill, dowódca tej — ogarnął wzrokiem całe obozowisko — kompanii. To jest Avaret — wskazał na przyjaciela przyglądającego się mu w milczeniu krytycznym wzrokiem — mój najbardziej zaufany człowiek. Siadaj i rozgość się!

Dziękuję — odparł Garray usadzając się wedle zaleceń elfa. Avaret uczynił to samo. Wiatr zawył silniej, dwaj towarzysze zaraz szczelniej owinęli się pledami, podczas gdy starzec ani razu nie zadrżał z zimna.

Skąd podróżujesz przyjacielu? — zagadnął Avaret.

Starzec wyciągnął ze swego worka kawałek chleba, ugryzł go i zaczął przeżuwać.

Twardy już, cholera… — mruknął sam do siebie. Pogrzebał jeszcze w worku, dobył manierki z wodą i pociągnął kilka sporych łyków. — Podróżuję ze wschodu na zachód — zwrócił się już w ich kierunku. — Jestem w drodze od trzech dni.

Na zachód powiadasz? Tedy droga wypada nam w jedną stronę.

Jeśli nie będzie wam przeszkadzać moje towarzystwo, możemy podróżować wspólnie — rzekł Garray. — Zawsze to raźniej w kompani, niż samemu.

A jeśli naprawdę jesteśmy zbójami i zaraz ograbimy cię z ostatniego grosza, zarżniemy jak świnię i zostawimy sępom na pożarcie? — wtrącił się Ervill. Jego twarz zastygła w wytrenowanym, złowieszczym uśmiechu. Liczył, że zdoła zasiać w głowie mężczyzny ziarno wątpliwości. Nie dlatego, że miał wobec niego jakieś złe zamiary. Chciał się jedynie z nim zabawić, tylko po to, by na końcu ryknąć śmiechem, widząc zatrwożoną minę starca.

Garray jednak jedynie uśmiechnął się lekko.

Mówiłem, że przyglądnąłem się wam, zanim wyszedłem z krzaków — odparł. — Tacy z was zbójcy, jak ze mnie, nie przymierzając, czapla. Zresztą mało liczna ta wasza banda.

Ervill otworzył usta, by coś odpowiedzieć, jednak ubiegł go Avaret.

W jakim celu podróżujesz na zachód, jeśli można spytać?

Garray odchylił lekko głowę do tyłu. Światło bijące od ognia ogarnęło teraz całą jego twarz. Wydała się teraz Avaretowi bardziej dostojna, niż na początku. Nie była już twarzą wędrownego łachudry, lecz kogoś skrywającego więcej tajemnic, niż się można było spodziewać. W jego oczach wesoło tańczyły żółto czerwone płomienie. Avaret nie był pewien, czy to aby na pewno jedynie odbicie płonącego ognia. W jednym momencie nabrał jeszcze większego respektu do Garraya.

Zasadniczo rzecz biorąc podróżuję bez żadnego celu — rzekł starzec. — Lecz być może po drodze coś nada sens mej wędrówce. Los splata swe nici na różne sposoby.

Avareta i Evilla nie usatysfakcjonowała w pełni ta odpowiedź. Obaj czuli, że ich towarzysz skrywa niejedno, nie pytali jednak na razie o więcej.

A jaki jest wasz cel? — spytał Garray. — Co by nie mówić, człowiek i elf to dość niecodzienna kompania.

Avaret uśmiechnął się do wspomnień. Istotnie, towarzystwo elfa nie było rzeczą zwyczajną. Ervilla poznał sześć lat wcześniej, w jednym z miast na wschodzie. Był wtedy w podróży i postanowił, po raz pierwszy od bardzo wielu dni, zatrzymać się w gospodzie leżącej na szlaku. Sprzykrzyło mu się już spanie pod gołym niebem i jedzenie byle czego, a że jego sakiewka była w owym czasie wcale nie taka lekka, uznał, że może sobie pozwolić na ciepły posiłek i nocleg pod dachem.

W gospodzie śmierdziało. Dymem, rozlanym alkoholem, potem i wymiocinami. Miała bardzo małe, brudne okna, toteż w środku panował półmrok. Po drugiej stronie od wejścia gruby, wąsaty gospodarz wycierał kufel starą, poszarpaną i brudną szmatą. Tylko jeden ze stołów był zajęty. Siedziało przy nim czterech mężczyzn — trójka ludzi i elf. Jedli, pili i grali w karty.

Avaret nie był wybredny, nie zastanawiał się zbyt długo, zanim przekroczył próg gospody. Podszedł do lady, i poprosił o danie, którego zapach dobiegał jego nozdrzy z zaplecza. Gospodarz zastanawiał się długą chwilę, o co może chodzić, koniec końców przyniósł mu michę kaszy i kawałek wołowiny. Do picia dostał piwo. W kuflu, który niedługo wcześniej karczmarz wycierał z taką pieczołowitością.

Avaret powoli zabrał się za spożywanie posiłku, gdy tymczasem z sąsiedniego stolika dały się słyszeć coraz głośniejsze okrzyki towarzyszące pełnej napięcia grze. Początkowo nie zwracał na nie najmniejszej uwagi, zajęty pochłanianiem obiadu. Widział już wiele miejsc takich jak to. Kłótnie, czy nawet rękoczyny nie były niczym niezwykłym. Jednak przy tym stoliku wywiązała się dużo bardziej zażarta sprzeczka, podsycona dodatkowo wieloma galonami piwa wypitego podczas gry. W końcu jeden z ludzi wywrócił stół i sięgnął po miecz. Dwaj druhowie nie czekali długo, zanim uczynili to samo. Avaret również zadziałał błyskawicznie. Instynktownie wziął stronę elfa, zapewne z racji tego, że ten znajdował się w mniejszości. Wywiązała się walka, której efektem było częściowe zdemolowanie gospody, kilka mniej lub bardziej poważnych ran i jeden trup po stronie atakujących.

Ervill i Avaret opuszczali gospodę gonieni przez pozostałych przy życiu dwóch mężczyzn, a także przez niewielki oddział wojska, który akurat zawadził o gospodę w trakcie rozróby. Udało im się uciec, jednak został za nimi wystawiony list gończy i przez pewien czas musieli się bardzo skrzętnie ukrywać. Po licznych perypetiach, w wyniku splotu wielu okoliczności, obaj zostali uznani za zmarłych i list gończy za nimi został zniesiony.

Avaret ocknął się z zamyślenia i zdał sobie sprawę, że Garray oczekuje na odpowiedź już od dłuższej chwili.

Szukamy sobie zajęcia — odparł w końcu. — Trudnimy się najemnictwem. Zawód nie pozwala nam osiąść na stałe w jednym miejscu, toteż podróżujemy od miasta do miasta, od wsi do wsi i przyjmujemy robotę, jaką nam oferują ludzie. Ciężki kawałek chleba, ta nasza profesja. I zginąć można. Wcale o to nietrudno. A z elfem łączy mnie przyjaźń z dzieciństwa. Nasze matki były razem w zgromadzeniu gospodyń wiejskich.

Moja zawsze piekła lepsze ciasto — wtrącił Ervill kiwając energicznie głową, co miało w pewien ironiczny sposób dodać całej historii autentyczności.

Garray rzecz jasna nie uwierzył w ani jedno słowo o genezie znajomości Avareta i Ervilla, nie drążył jednak tematu. Zauważył, że ogień prawie całkiem zgasł. Wstał, podszedł do znacznie uszczuplonego już stosu badyli, schylił się i podniósł najgrubszy z nich, po czym cisnął go w ognisko. Płomienie były już zbyt małe, by pochwycić i owinąć dookoła solidny kawał drewna.

Chyba już dzisiaj nie upieczemy ziemniaków — rzucił błyskotliwie Ervill owijając się ciaśniej pledem. — Za mały og… — urwał, gdyż w tym momencie starzec otworzył szerzej oczy, błyskając nimi na ułamek sekundy, a z ogniska buchnął gwałtownie płomień wysoki na co najmniej sześć stóp. Gruby badyl zajął się momentalnie i zaczął głośno skwierczeć. Garray stał i przyglądał się swemu dziełu.

Obaj, elf i człowiek, popatrzyli na mężczyznę z nieukrywanym zaskoczeniem i podziwem. Przenosili wzrok z Garraya na wesoło buchający płomień i z powrotem.

Widzę starcze, że skrywasz naprawdę więcej, niż przypuszczałem — rzekł poważnie Avaret. — Nieobce są ci, jak widzę, sztuki magiczne. Nie jesteś zwykłym pustelnikiem, prawda? — podrapał się po szyi. — Heh, oczywiście, że nie.

Garray położył pięści na biodrach i zaśmiał się krótko.

Istotnie, masz rację młodzieńcze — przyznał wciąż uśmiechając się wesoło. — I akurat wcale nie staram się tego skrywać. Kto ma oczy, dostrzeże kim jestem. To wcale nie jest trudne — usiadł na ziemi, obok swego worka. — Możecie dorzucić resztę, niewiele już pozostało.

Ervill pofatygował się do stosu mrucząc coś o „niezłych fajerwerkach” i o tym, że musi dziadka kiedyś namówić na większy pokaz. Nabrał naręcze gałęzi i rzucił je w buchający ogień

I rzeczywiście nie masz żadnego celu w swojej podróży — spytał Avaret wpatrując się w mężczyznę. — Niczego, co by przyciągało cię do siebie? Człowiek o takich zdolnościach…

Jak już mówiłem, póki co nic nie zaprząta mojej głowy — odparł Garray nieco rozbawiony niedowierzaniem Avareta. — Może będąc w moim wieku… Zresztą co ja plotę…?

Avaret kiwnął głową z miną, jakby właśnie potwierdziło się coś, czego już dawno się domyślał.

Czyli to prawda? Znający magię potrafią nienaturalnie wydłużyć swoje życie? Ile masz właściwie lat, przyjacielu, jeśli wolno spytać oczywiście?

Cóż, powiedzmy, że pamiętam dobrze czasy króla Kazara. To było dawno.

Ervill podrapał się po potylicy przymrużając jedno oko. Wyglądał bardzo niemądrze.

Muszę przyznać dziadku, żeś mnie zaskoczył. Nie słyszałem o tym królu, a sam żyję już blisko siedemdziesiąt lat .

Choćbyś żył i dwa razy tyle, to byś go nie znał, panie elfie — odrzekł wesoło Garray. — Ale, ale moi przyjaciele! Za jakieś pięć godzin, pewnie i mniej, zacznie widnieć. Co wy na to, żebyśmy złapali trochę snu?

Obaj zgodzili się chętnie. Ervill usnął zanim ktokolwiek zdążył powiedzieć dobranoc. Garray zapadł w sen niedługo po nim. Natomiast Avaret leżał jeszcze chwilę na boku, odwrócony plecami do ogniska, wpatrując się w dal. W ciągu swojego życia poznał wiele interesujących osób, zajmujących się mniej lub bardziej powszednimi profesjami, nie było jednak wśród nich żadnego czarodzieja. Słyszał, że jest ich naprawdę bardzo niewielu, momentami nawet całkiem powątpiewał w ich istnienie. A teraz udało mu się spotkać jednego z nich. Czuł, że sztuczka, którą popisał się przy ognisku, jest tak naprawdę jedynie niewinnym trikiem, którym raczy się ludzi po to tylko, by przecierali oczy ze zdumienia i dopraszali się o powtórzenie tego wyczynu.

W ciągu dalszej drogi Avaret miał się przekonać, że czarownik potrafi o wiele, wiele więcej.

* * *

Ostry koniec cienkiego kija kreślił długą krechę po ziemi nieporośniętej trawą. Po jej jednej stronie znajdowało się kółko, oznaczające aktualne położenie wędrowców. Po drugiej zaś Garray rysował właśnie niewielki znak w kształcie litery „x”.

Był ranek następnego dnia. Wędrowcy zdążyli już zjeść skąpe śniadanie i zwinąć nieduży obóz. Teraz zastanawiali się, jaki kierunek dalej obrać.

To jest Turpur — rzekł wskazując znak. — Niewielka osada o jakiś dzień drogi stąd — kij wrócił do kółka, czyli ich obozu i nakreślił następną linię, mniej więcej tej samej długości, biegnącą nieco bardziej na południe. Również na końcu ten linii uczynił znak podobny do poprzedniego.

To zaś Sletobor, osada nie różniąca się niemal niczym od poprzedniej, znajdująca się w zbliżonej odległości. Od was zależy, w kierunku której się udamy. Mi, jak rzekłem wam wczoraj, jest obojętne, w którą stronę podążymy.

Niewielkie to osady, powiadasz — rzekł Avaret. — Jaka szansa, że znajdzie się tam robota dla kogoś takiego, jak my?

Garray uśmiechnął się.

Tego oczywiście nie wiem, przyjacielu. Jednak nic innego po drodze nam nie wypada, chcąc nie chcąc musimy przejść przez jedną z nich. Jeślibyście nic tam nie znaleźli do roboty, śmiało można ruszyć dalej. Którą więc wybieracie?

Nastała chwila ciszy. Avaret rozważał różne możliwości, gdy wtem milczenie przerwał Ervill.

Od sześciu dni nie miałem w ustach ani kropli żadnego mocniejszego trunku, jasna cholera! Zabierz mnie dziadku byle gdzie, bylebym mógł się w końcu napić, a najlepiej urżnąć!

Po raz pierwszy, odkąd się spotkali, to Garray przybrał zdumioną minę. Jego usta ściągnęły się w niemym wyrazie zdziwienia. Po chwili jednak roześmiał się.

Z tego, co pamiętam — zaczął — w Sletoborze leją wcale dobre piwo. A tamtejszy bimber podobno pali wnętrzności. Jeśli zatem takie jest wasze główne kryterium wyboru, polecam tam się udać.

Twarz elfa wyrażała nieskrywane zadowolenie.

* * *

Ciekawy elf z tego Ervilla, nieprawdaż? — Garray odwrócił się słysząc za sobą głos Avareta. Wyruszyli chwilę wcześniej w kierunku Sletoboru. Słońce zaczynało już mocniej przygrzewać, na szczęście wiał delikatny, ożywczy wiatr. — Założę się, że niewielu spotkałeś takich, jak on.

Garray potrząsnął przecząco głową.

Zapominasz, jak długo już żyję, chłopcze. Przyznaję, jest z niego rzadki okaz. Ale nie aż tak, żebym go nie znał.

Ervill szedł naprzód spory kawałek przed nimi. Od początku marszu wysforował się na czoło pochodu i pozostała dwójka była zmuszona oglądać jego plecy.

Nadmierna ciągota do alkoholu to jego największy życiowy problem — podjął Avaret. — Zdziwiłbyś się, ile potrafił sobie przez to napytać biedy.

Nie zamierzał wyjawiać czarodziejowi całej, niechlubnej przeszłości elfa, przynajmniej nie teraz. Sam przypomniał sobie noc, ledwie kilka dni po tym, jak się poznali. Zdążyli już zgubić pościg przecinając na wskroś licznie rosnące w okolicy lasy, mogli więc w końcu spokojnie rozbić obóz i zaczerpnąć snu. Siedzieli na szczycie niewysokiego wzgórza, na którym stał tylko jeden rozłożysty dąb, otoczeni przez ostre głazy, które wzięły się tam nie wiadomo skąd. Nad ich głowami świeciło milion maleńkich gwiazd, przed nimi płonęło ognisko. Obaj byli już mocno pijani, gdyż parę godzin wcześniej Ervill dobył ze swojej torby butelkę bimbru, który zdobył gdzieś po drodze. Avaret jak przez mgłę pamiętał elfa opowiadającego o czasach, gdy nie prowadził życia włóczęgi. Dowiedział się wtedy, że Ervill zamieszkiwał niegdyś jedno z elfich królestw na południu — Maelmorn. Od młodości prowadził hulaszcze życie, zdarzyło się, że kogoś zwyzywał czy pobił, jednak przymykano na to oko. Jego kłopoty zaczęły się, gdy wplątał się w szajkę szmuglującą bimber z sąsiedniego królestwa zamieszkanego przez ludzi. Nie dość, że sprowadzany niezgodnie z prawem, był oprócz tego bardzo wątpliwej jakości, toteż po pewnym czasie Ervill został przyłapany i postawiony przed Radą Starszych. Przed przesłuchaniem postanowił napić się co nieco, by, jak to ujął, wypaść bardziej błyskotliwie i wymigać się od kary. Efekt okazał się być przeciwny do zamierzonego, czego konsekwencją stało się wygnanie elfa z Maelmorn. Od tamtego czasu błąkał się po świecie, znajdując coraz to nowsze kłopoty.

Ocknął się z zamyślenia ujrzawszy plecy elfa, dotąd idącego cały czas dość daleko przed nimi. Ervill stał i wpatrywał się przed siebie. Avaret dopiero teraz zauważył, że przed nimi, nieco w dole, płynie rwąca, acz dość szeroka i zapewne głęboka rzeka.

No to mamy pierwszą przeszkodę w naszej mitycznej podróży — rzekł lekko drwiącym tonem Ervill. — Zdałoby się poszukać jakiegoś brodu.

Zza ich pleców wynurzył się Garray. Spojrzał przed siebie na płynącą rzekę. Po jej drugiej stronie, w niewielkiej oddali, rósł zielony las.

Poznaję tę okolicę — rzekł po chwili namysłu. — Znajdziemy bród idąc jakąś godzinę w górę rzeki. W tamtym miejscu z łatwością się przez nią przeprawimy.

Avaret i Ervill bez słowa przyjęli orzeczenie starca, po czym ruszyli za nim wzdłuż koryta rzeki. Stąpali po szlaku najwidoczniej dość często uczęszczanym, gdyż trawa rosła tam rzadsza, gdzieniegdzie widoczna była jedynie goła ziemia. Ich uszu, oprócz szumu płynącej wody, dobiegało także bzyczenie pszczół. Po kilku minutach marszu w milczeniu Avaret zagadnął Garraya.

Jak to czarodzieju? Rwąca rzeka to dla ciebie przeszkoda nie do przejścia? — spytał. Lekki uśmiech wyginał jego usta.

Garray oglądnął się na niego. Delikatny powiew wiatru omiótł jego gęste włosy.

Przeceniasz mnie Avarecie. Nie potrafię tyle, ile ci się wydaje. Woda, podobnie jak i ogień, czy wiatr, to potężne żywioły, z którymi się nie igra. Czy naprawdę sądzisz, że człowiek potrafi przeciwstawić się czemuś tak potężnemu?

Mężczyzna nie odpowiedział. To, co mówił starzec, miało oczywiście sens i wyjaśnienie, jakiego udzielił brzmiało prawdziwie, coś jednak w jego oczach, być może to coś, co Avaret dojrzał poprzedniej nocy przy ognisku sprawiło, że nie do końca mu uwierzył.

Owszem, woda to potężny żywioł, ale czuję, że gdybyś tylko chciał, potrafiłbyś się z tym jakoś uporać — pomyślał.

Dobiegało już południe, gdy udało im się odnaleźć bród. Przeprawili się przezeń bez większych problemów, po czym weszli w las, ciągnący się nieprzerwanie wzdłuż rzeki, po jej drugiej stronie. Maszerowali dość żwawym tempem licząc, że uda im się dotrzeć do Sletoboru późnym wieczorem. Las nie był wielki, jak się okazało i po jakimś czasie znowu znaleźli się na otwartej przestrzeni. Zaraz na jego skraju urządzili krótki popas. Wśród ich dobytku nie znajdowało się już wiele jedzenia, jednak mając w bliskiej perspektywie solidny posiłek, jakim zamierzali się uraczyć, gdy już przekroczą próg gospody, nie narzekali ani chwili.

Podczas dalszej drogi sporo rozmawiali. Jak się okazało, dawniejszymi czasy Garray znajdował o wiele praktyczniejsze zastosowanie dla swoich czarów oraz wiedzy, będąc doradcą wielu królów i władców. Z kolei Avaret i Ervill wyjawili prawdziwe kulisy swojej znajomości.

Nie, przyjaciele, nie bójcie się, nie wydam was — uspokoił ich śmiejąc się Garray. — Możecie się nie martwić.

Nie martwimy się już od dawna — odparł, również śmiejąc się Ervill. — Nie zapominaj, że według oficjalnej wersji obaj spłonęliśmy w pożarze. Znaleziono zwęglone ciało z moim sygnetem, oraz drugie ze sztyletem Avareta przy boku.

Prowadzenie dyskusji sprawiło, że reszta drogi upłynęła im już stosunkowo szybko. Garray okazał się świetnym przewodnikiem, pewnie prowadząc swoich towarzyszy do celu. Mniej więcej godzinę po zapadnięciu zmroku doszli na skraj niewielkiego urwiska. W znajdującej się przed nimi kotlinie leżała osada — Sletobor — swoją wielkością zasługująca nawet na rangę miasteczka. Odnaleźli miejsce, w którym zejście w dół było nieco łagodniejsze i skorzystali z niego. Osada pogrążona była w większości w mroku, na ulicach panowała cisza, w niektórych oknach dało się jednak widzieć pojedyncze światełka, których źródłem musiały być lampy oliwne. Ruszyli przed siebie główną ulicą, po której obu stronach stały ściśnięte ze sobą domostwa, a także nieliczne sklepy oraz pracownie rzemieślników. Ervill rozglądał się na lewo i prawo, szukając wzrokiem szyldu, który niezawodnie obwieściłby mu, ze oto stoi u stóp gospody. Zamiast tego dostrzegł inny znak: paręnaście kroków przed nim otworzyły się drzwi jednego z budynków, z którego wyszedł, z wyraźnymi problemami, łysiejący jegomość z gęstą brodą. Przystanął na chwilę, beknął donośnie, po czym ruszył chwiejnym krokiem w górę ulicy, ginąc po chwili w mroku.

Bingo! — szepnął Ervill z nieskrywaną satysfakcją. Ledwie kilka sekund zajęło mu dopadnięcie drzwi gospody. Avaret i Garray podążyli za nim.

Gospoda była pełna ludzi. Osobnicy wszelkiej maści siedzieli przy stołach, podchodzili do lady, grali w karty, pili piwo i przekrzykiwali się. Lampy oliwne wiszące na ścianach dawały znikome światło; niektóre strefy gospody były całkiem jasne, w niektórych jednak było tak ciemno, że ciężko było cokolwiek dostrzec. Powietrze było przesiąknięte dymem dobywającym się z fajek licznie palonych przez gości. Duży gwar, słabe oświetlenie i atmosfera pełna dymu, nadawały gospodzie ten niepowtarzalny klimat, któremu ulegali wszyscy miejscowi pijaczkowie. Specyfika tego miejsca przyciągała ich jak magnes, czyniła je dla nich drugim domem, sprawiała, że ilekroć wyszli, zawsze myśleli o tym, by tam powrócić. Utożsamiali się z tym miejscem i czuli się jego integralną częścią.

Rzecz jasna nie byli oni jedynymi klientami tego przybytku. Wśród gości znajdowało się wielu zwykłych, miejscowych ludzi, którzy zwyczajnie lubili wypić po ciężkim dniu pracy jeden, czy dwa kufle piwa w towarzystwie znajomych osób, porozmawiać na mniej, lub bardziej ciekawe tematy, czy posłuchać plotek, jakimi żyła osada.

Oprócz nich niewielką część przebywających w przybytku, stanowili podróżni. Sletobor leżał na dość często uczęszczanym szlaku, toteż wielu wędrowców przewijało się przezeń każdego dnia.

Ervill ruszył niezwłocznie w stronę lady, gdy tymczasem Avaret i Garray poczęli rozglądać się za jakimś stołem, przy którym mogliby zasiąść. Po krótkiej chwili dostrzegli jeden, przy którym siedziało jedynie dwóch krasnoludów. Ervill, już z kuflem piwa w ręku, dojrzał go również i ruchem głowy dał znak, że zajmie miejsca towarzyszom, ci zaś mogą w spokoju iść złożyć zamówienie.

Sletoborskie piwo… Dawno me usta go nie smakowały — rzekł Garray z błogim uśmiechem na twarzy. Oparł się obiema rękami o ladę i złożył zamówienie u wąsatego karczmarza.

Zdam się na gust przyjaciela — rzucił krótko Avaret, gdy przyszło jemu wybrać trunek do spożycia.

Gospodarz podał im kufle pełne złocistego piwa, które zdobiły kopce ze śnieżnobiałej piany. Ruszyli powoli w kierunku wcześniej upatrzonego stolika uważając, by nie rozlać po drodze piwa, czy to z własnej niezdarności, czy też w konsekwencji potrącenia przez jednego z gości, którzy dość licznie przewijali się przez salę w tę i z powrotem. Będąc już w niewielkiej odległości usłyszeli dość wyraźnie głos Ervilla, który, jak się wydawało, zdążył przez ten krótki moment nawiązać znajomość z dwoma biesiadującymi przy stole krasnoludami. Elf spostrzegł, że towarzysze zbliżają się w jego kierunku i wstał.

Avaret, Garray, przedstawiam wam Arcziego i Balladę. Arczi, Ballada, oto moi towarzysze, Avaret i Garray — rzekł uroczystym tonem.

Jeden z krasnoludów walnął gniewnie pięścią w stół.

Sonnet, kurwa, Sonnet! Nie żadna Ballada! Specjalnie przekręciłeś!

Elf zrobił niewinną minę. Po tej minie Avaret był w stanie z całą pewnością stwierdzić, że jego przyjaciel istotnie zrobił to specjalnie.

Siadajcie panowie — rzekł drugi krasnolud wykonując zapraszający gest, gdy tymczasem tamten fukał jeszcze groźnie w kierunku Ervilla. — Siadajcie, śmiało, miejsca starczy dla wszystkich.

Tak też uczynili. Avaret energicznie odsunął krzesło od stołu, siadł i przysunął się na taką odległość, jaką uznał za najwygodniejszą. Garray również zajął swoje miejsce, uczynił to jednak znacznie wolniej i spokojniej.

Ervill nie pozwolił, by cisza, która zapadła, trwała zbyt długo.

Wcale tu miło w tej gospodzie, prawda Avaret? Zgodzisz się ze mną Garrayu? Wam też się tu chyba podoba, mości krasnoludy? Piwo bardzo zacne, psiakrew, choć może to też dlatego, żem dawno nie pił i byle siuśki by mile uraczyły me podniebienie. Piękne to miasto, ten Sletobor, choć po prawdzie, to mało go jeszcze widziałem…

Arczi chrząknął.

Może i piękne — zaczął — ale też i mało bezpieczne.

Garray poruszył się nieznacznie. Avaret nachylił się w kierunku krasnoluda.

Co masz dokładnie na myśli? — spytał.

Krasnolud zamrugał oczami.

To wy nic nie wiecie?

Dopiero co przybyliśmy — wtrącił czarodziej. — Racz nas oświecić czym prędzej. Co takiego się tu stało, że uznajesz to miasto za niebezpieczne? Ilekroć je odwiedzałem, wydawało mi się nad wyraz spokojne.

Arczi pogładził się po gęstej czarnej brodzie. W jego małych oczkach zatańczyły iskierki wesołości, również nieznaczny uśmiech wygiął jego usta, choć ciężko było to dostrzec z powodu gęstego zarostu. Sonnet, tęższy od niego, ale również i niższy, wpatrywał się w towarzysza z niecierpliwością. Wiedział oczywiście, jaką wieść tamten pragnie przekazać swym rozmówcom, mimo to czekał w najwyższym skupieniu na to, aż Arczi w końcu otworzy usta.

Cóż… — zaczął powoli czarnobrody krasnolud — nie dalej, jak kilka dni temu doszło tutaj — zawiesił głos, aby podbudować napięcie, gdy w międzyczasie wszyscy nachylili głowy w jego kierunku — do morderstwa.

Zapadła chwila ciszy. Przerwał ją Avaret.

Cóż w tym takiego niezwykłego? — pociągnął duży łyk z kufla. — Morderstwa zdarzają się wszędzie na świecie. Mimo to ludzie nie zamykają się ze strachu w domu.

Arczi pokiwał głową.

Z tym, że to nie było zwykłe morderstwo.

Co masz na myśli?

Krasnolud znowu zrobił dłuższą pauzę, zanim podjął wypowiedź.

Cóż, trzeba było widzieć to ciało. O ile ciałem można to nazwać. Miałem okazję, że tak powiem, zerknąć sobie na nie. Widziałem jak wynoszą nieboszczyka z domu, na desce, przykrytego czarnym płótnem. Pech chciał, że im się ta płachta osunęła, ukazując w pewnym stopniu ciało. Akuratnie przechodziłem i przypadkiem ujrzałem to i owo. Rozszarpane było, wystawcie sobie, tak, że wataha wilków by tego nie dokonała.

Avaret pociągnął większy łyk.

Wilkołak, jak nic — pomyślał. Albo — uśmiechnął się lekko zdenerwowana żona. Tak czy siak może jest jakaś nagroda za schwytanie potwora. Trzeba spytać.

Zerknął na Garray’a. Mędrzec zdawał się być pogrążony w zadumie, oczy miał spuszczone w dół, usta ściśnięte. Jego myśli ewidentnie się na czymś bardzo mocno skupiały. Avaret oczywiście nie wiedział na czym, nie próbował nawet zgadnąć. Zamiast tego rozejrzał się po wnętrzu gospody. Późna pora zaczęła przeganiać biesiadników. Wstając od stołu, jedni pewnie, drudzy lekko się chwiejąc, jeden po drugim, opuszczali karczmę, by udać się do swoich domów i odpocząć przed następnym, niemniej ciężkim od poprzedniego, dniem. Uwagę Avareta przykuł fakt, że wychodzili dwójkami, bądź trójkami, nigdy pojedynczo.

Morderstwo, którego dokonano, musiało być istotnie niezwykle brutalne, by do tego stopnia wystraszyć miejscowych, że bali się po zmroku wędrować w samotności.

Strach. Uczucie, które było wodą na młyn w zawodzie, w którym tkwił Avaret. To właśnie on był tym, co najbardziej determinowało ludzi do działania. To strach sprawiał, że gdy pojawiało się zagrożenie, człowiek pragnął się go jak najszybciej pozbyć. Ta chęć z kolei powodowała, że był skory zapłacić więcej za usuniecie owego zagrożenia.

Avaret nie był do końca dumny z faktu, że w istocie żeruje na ludzkim lęku. Lekko ciążyła mu świadomość takiego stanu rzeczy, czuł się jednak przed własnym sumieniem całkowicie usprawiedliwiony, nie było w końcu jego winą to, że ludzie mordują, kradną, oszukują i gwałcą. Trudno się było z taką diagnozą nie zgodzić.

Było jednak jeszcze coś, czego Avaret nie mógł do końca przed sobą usprawiedliwić. Próbował zdusić w sobie to uczucie, choć zdawał sobie sprawę, że jego starania nie przyniosą efektu. Instynkt nie był przeciwnikiem, którego mógł zwalczyć, a to właśnie w nim miało ono swe podłoże. Tym uczuciem była swego rodzaju radość z dokonania zbrodni, gdy akurat znajdował się w pobliżu. Zbrodnia miała to do siebie, że pociągała za sobą chęć usunięcia związanego z nią potencjalnego zagrożenie, pragnienie wymierzenia sprawiedliwości, bądź chęć wzięcia odwetu. W tym właśnie specjalizowali się Avaret i Ervill. Za odpowiednią opłatą byli w stanie rozprawić się z każdym mordercą, złodziejem, wilkołakiem czy innym potworem.

Cóż, taki zawód. Szewc cieszy się, że ludziom psują się buty, stolarz, że jego klient nie ma na czym siedzieć, a on, że kogoś zamordowano. Psiakrew! Paskudnie to brzmi, ale to tylko czysta logika.

Z zamyślenia wyrwał go Arczi.

Cóż, moi drodzy panowie — zaczął — wygląda na to, że piwo mi się skończyło. A że w gardle dalej mnie tak samo suszy, to na jednym nie poprzestanę. Idę po następne!

To rzekłszy wstał i począł przeciskać się pomiędzy stołami w kierunku luki biegnącej od drzwi wejściowych, przez całą długość gospody, aż do drewnianej lady.

Ledwo się tam znalazł, drzwi otworzyły się raptownie z wielkim trzaskiem, a przez nie zaś wpadł do środka niewysoki, wrzeszczący przeraźliwie jegomość, w wyniku wielkiego rozpędu zderzając się z krasnoludem.

Mooooooord! — krzyknął. — Mooooooooord!

Na sali zapanowało wielkie poruszenie. Krzesła zaczęły szurać, stoły się przesuwać, mężczyźni podnieśli się gwałtownie. Gospodarz już zmierzał w kierunku przybysza. Przez otwarte drzwi widać było strugi padającego deszczu, niebo przecinały pierwsze błyskawice, którym póki co nie towarzyszyły jednak odgłosy gromów.

Mooooooord!

Zejdźże ze mnie, psiakrew! — warknął Arczi, który w dalszym ciągu leżał przygnieciony ciałem zszokowanego mężczyzny.

Sonnet podszedł i pomógł biednemu krasnoludowi uwolnić się spod jego ciężaru, wszyscy goście natomiast zgromadzili się wokół krzyczącego. Jedynie Garray pozostał z tyłu wyglądając przez niewielkie okno tak, jakby starał się coś dostrzec wśród mroków nocy i strug ulewnego deszczu.

Avaret kątem oka dojrzał, że ktoś zaryglował drzwi.

Co się stało Halecie?! — spytał przejęty gospodarz. Jego twarz zastygła pomarszczona w wyrazie głębokiej troski. I, co dostrzegł Avaret, niemego strachu.

Halet z trudem łapał oddech. Wszyscy w napięciu czekali, aż wydobędzie z siebie choćby słowo. Ktoś podsunął mu krzesło, z czego mężczyzna bardzo skwapliwie skorzystał.

Trup… — wysapał z trudem. — Tutaj, niedaleko…

Avaret zerknął porozumiewawczo na Ervilla. Elf postąpił kilka kroków w jego kierunku.

Szykuje nam się robota — szepnął przyjacielowi do ucha.

Wszyscy zgromadzeni zaczęli szemrać. Zbili się w jeszcze ciaśniejszą kupę.

Trup?! — wrzasnął gospodarz? — Gdzie?! Kto?!

Ledwom stąd wyszedł — zaczął Helet, powoli doprowadzając swój oddech do równowagi. — Skręciłem za róg, idę sobie, pogwizdując dla dodania otuchy, aż tu nagle łup!

Zawiesił dramatycznie głos, a wszystkie głowy nachyliły się w jego kierunku.

I… co? — bąknął gospodarz.

Ano — podjął na nowo opowiadający — potknąłem się. Wstałem tedy, obracam się, żeby spojrzeć, o com się zawadził i nie widzę nic. Podchodzę powoli, ale dalej nic. A kiedym był już blisko, to nagle błysnęło i żem zobaczył! Aż mi gały z oczodołów wypadły. Trup! Najprawdziwszy trup! Wszystkie bebechy miał na wierzchu. Aż ciężko pomyśleć, że to coś człowiekiem było.

Ale czyj to trup? — dopytywali się zgromadzeni.

Tego nie wiem — odparł Halet. — Ledwom się zorientował, co widzę, od razu żem spodnie podciągnął i tu przygnał. Nie przyglądałem się ani chwili!

Zapanowała cisza. W tej ciszy słychać było krople bębniące w szyby. Uszu zgromadzonych dochodził także odgłos ognia pełgającego na palenisku. Oprócz tego jedynie pojedyncze oddechy mąciły panujący spokój.

Cóż, zacni panowie — odezwał się Garray, który cały czas stał przy oknie — chodźmy obejrzeć ciało i miejsce zbrodni. Byłbyś łaskaw nas poprowadzić, dzielny Halecie?

Halet wzdrygnął się na te słowa. Podobnie uczynili niemal wszyscy zebrani z karczmarzem na czele, który dodatkowo włożył sobie dłoń do ust. Avaret oraz Ervill podeszli parę kroków w kierunku drzwi, dając wszystkim jasno do zrozumienia, że zamierzają wesprzeć starca w tej inicjatywie. Po chwili dołączył do nich także Arczi oraz, choć bardziej w wyniku bycia ciągniętym za rękaw przez tego pierwszego, niż własnej odwagi, drugi z krasnoludów.

Reszta stała nieruchomo.

Idziecie, czy nie? — spytał lekko się uśmiechając Avaret, jednocześnie trzymając już dłoń na klamce drzwi. — Halecie, oszczędź nam czasu i pokaż dokładnie, gdzie to się stało. Liczę, że do nas dołączycie, zacni panowie — zwrócił się do reszty śmiejąc się w duchu. Zdawał sobie sprawę, że wszyscy są śmiertelnie przerażeni, podczas, gdy on sam traktował to wydarzenie jako rutynowe.

Halet głośno przełknął ślinę. Chyba poczuł się ważny z racji tego, że jako jedyny znał miejsce zbrodni, co z kolei nakazywało mu stanąć na wysokości zadania i je wskazać. Zebrał w sobie całą odwagę i drobnymi kroczkami przesunął się w kierunku wyjścia. Za nim podążyło jeszcze kilku innych mężczyzn.

Reszta zostaje? — rzucił Avaret i, nie czekając na odpowiedź, otworzył drzwi i przekroczył próg. Kolejno za nim podążyli Ervill, Garray, Halet, Arczi i Sonnet.

Na zewnątrz było bardzo nieprzyjemnie. Deszcz zacinał z ogromną intensywnością, ubranie Avareta zrobiło się całkowicie mokre w przeciągu paru chwil. Nad ziemią unosiła się delikatna mgiełka. Najemnik rozejrzał się po okolicy. Wszystkie światła w przyulicznych budynkach były pogaszone. Jedynie blada łuna księżyca, ginącego raz po raz za zasnuwającymi niebo chmurami, oświetlała tą jedną z głównych ulic miasta.

Panowała cisza. Nie mącił jej nawet najmniejszy powiew wiatru. Nic nie wskazywało na to, że przed chwilą doszło w okolicy do brutalnego morderstwa.

Nic — pomyślał Avaret. I właśnie dlatego nie wątpił, że jednak coś się stało. Już dawno nauczył się, że taka cisza nie zwiastuje niczego dobrego.

Obejrzawszy się za siebie stwierdził, że do pochodu dołączyła cała reszta, która początkowo nie kwapiła się wesprzeć inicjatywy Garraya. Avaret nie miał wątpliwości, że uczyniła to wyłącznie ze strachu przed pozostaniem w samotności w karczmie. Także uzbrojenie najemników odgrywało pewną rolę, czyniąc ich w oczach miejscowych potencjalnymi obrońcami.

Garray, weź no machnij ręką i przegnaj te chmury! — rzucił Ervill. — Cały już zmokłem, a, daję słowo, jeszcze dobrze progu nie przekroczyłem.

Czarodziej jedynie uśmiechnął się w odpowiedzi.

Halet przystanął tuż obok Avareta.

Musimy iść tam — rzekł wskazując ręką skrzyżowanie odległe o jakieś sto stóp.

Najemnik skinął głową. Cała procesja ruszyła. Ktoś zabrał ze sobą pochodnię, jednak jej ogień już gasł z towarzyszącym temu głośnym sykiem.

Dojście do miejsca wskazanego przez Haleta nie zajęło dużo czasu. Gdy już się tam znaleźli, Avaret skierował wzrok na przewodnika. Mężczyzna zrozumiał co oznacza to spojrzenie. Wyciągnął drżącą rękę wprost przed siebie. Najemnik wysunął głowę we wskazanym kierunku. Nie było tu żadnych budynków, jedynie droga prowadząca do odległego o jakieś sto pięćdziesiąt stóp mostku, po którego drugiej stronie, ale również w pewnym oddaleniu, znajdowała się druga część miasta. Tuż obok mostu leżał dość sporej wielkości głaz, przy którym, wbity w ziemię stał drewniany słup, a na nim tabliczka, informująca zapewne o tym, że oto po jednej stronie znajduje się zachodnia, a po drugiej wschodnia część Sletoboru. Ich bezpośrednie sąsiedztwo porastało parę drzew oraz kilka krzaków. Błękitne oczy Avareta starały się już dojrzeć ciało ofiary, jednak nisko osadzona mgła skutecznie im to uniemożliwiała.

Poczuł mimowolne podniecenie spowodowane aurą tajemniczości, jaka wytworzyła się wokół tej sprawy. Nie wiedzieć czemu, pozornie rutynowa sytuacja, zaczęła pobudzać jego ciekawość.

Co też zwykła mgła i trochę deszczu potrafią zrobić z wyobraźnią— mruknął sam do siebie. Istotnie, warunki panujące tej nocy potęgowały wrażenie niezwykłości. Jednak Avaret musiał przyznać sam przed sobą, że nie są to jedyne czynniki kształtujące w tym momencie jego wyobraźnię. Czuł pewien niepokój, choć próżno starał się dojść, czym jest on wywołany.

Ervill przyspieszył kroku, zrównując się tym samym z przyjacielem.

Też to czujesz? — spytał. Oczy miał szeroko otwarte, pięści zaciśnięte. Mokre, zlepione kosmyki włosów wydostały mu się spod przepaski otaczającej głowę, z czubka jego nosa w regularnych odstępach czasowych spadały krople wody.

Avaret skinął potakująco głową.

A więc nie tylko mi instynkt coś podpowiada.

Nagle Halet przystanął. Obaj, mężczyzna i elf uczynili to samo, a za ich przykładem poszło całe zgromadzenie począwszy od Garraya, a na gospodarzu karczmy skończywszy. Marsz tego ostatniego powstrzymały dopiero plecy kroczącego przed nim innego uczestnika pochodu.

Avaret odchylił głowę lekko w bok, napotykając wzrok Haleta, który mówił jasno, że dokładnie w tym miejscu kończy się jego rola przewodnika. „Dalej radźcie sobie sami”, wydawały się mówić jego oczy. Najemnik lekkim skinieniem dał wyraz zrozumienia dla tej postawy, po czym, rozpraszając mgłę zgromadzoną wokół jego stóp, ruszył w kierunku głazu, aby pokonać ostatni etap tej wędrówki. Zauważył, że jego ciało pokrywa gęsia skórka.

Jeden krok, za nim drugi, potem trzeci. Odległość dzieląca go od ponuro leżącego, samotnego głazu stopniowo malała, a on sam zaczął myśleć, że w jego sąsiedztwie nie leżą żadne zwłoki, że nie doszło do żadnej zbrodni, o której mówił Halet. Gdy wtem…

potknął się.

Kurwa — zaklął cicho pod nosem.

Odwrócił się ostrożnie. Mimo tak niewielkiej odległości nie był w stanie stwierdzić, o jaką przeszkodę zahaczył. Mgła była na tyle gęsta, że nie widział niczego, co znajdowało się poniżej jego kolan. Machnął energicznie nogą, w konsekwencji czego zawiesina zasnuwająca ziemię pod jego stopami lekko się rozstąpiła. Wydawało mu się, że coś ujrzał, coś, jakby skrawek materiału zabarwiony bardzo mocno na czerwono. Nie był jednak pewien, co to może być.

Pozwól, że ci pomogę — usłyszał głos Garraya, który niezauważenie znalazł się u jego boku.

Nie czekając na pozwolenie, czarodziej podniósł nogę najwyżej jak umiał, zginając ją w kolanie, po czym uderzył podeszwą buta prosto w ziemię. Mgła w magiczny sposób — Avaret był tego pewien — rozproszyła się momentalnie w promieniu kilkunastu stóp, ukazując to, czego wszyscy szukali. Z gardeł zgromadzonych wyrwały się okrzyki zdumienia, bądź tez przerażenia.

Rozstępująca się mgła ukazała coś, co prawdopodobnie jeszcze niedawno było człowiekiem. Owe coś ubrane było w zielony — choć tego można było się w tym momencie jedynie domyślać — kubrak, rozszarpany na klatce piersiowej, w całości ubroczony krwią. Owe coś, w miejscu, gdzie wspomniany kubrak był rozszarpany, miało ciało zmasakrowane tak, że któryś z oglądających to chłopów odwrócił się i głośno zwymiotował. Owe coś w miejscu głowy nie miało nic, co z kolei było najprawdopodobniej przyczyną omdlenia kolejnego z zebranych.

Kurwa… — wymamrotał Ervill.

W rzeczy samej — potwierdził Arczi pochylając się ostrożnie nad trupem. — Dokładnie tak wyglądał jegomość zamordowany parę dni temu, gdym go przypadkiem ujrzał. Temu mam okazję przyglądnąć się dokładniej… — urwał odchylając się gwałtownie do tyłu — …ale jakoś, cholera, nie mam ochoty.

Gospodarz, całkowicie zielony na twarzy, zebrał się w sobie i odważył opuścić zwartą grupę miejscowych, by samemu lepiej się przyglądnąć miejscu zbrodni i samemu ciału. Ledwo je dojrzał, natychmiast odwrócił głowę w tył i zamknął oczy.

Wiecie może panowie… kto… co mogło coś takiego zrobić? — zwrócił wzrok w kierunku obu najemników i Garraya bacząc jednocześnie uważnie na to, by trup nie znalazł się w zasięgu jego wzroku.

Zapadła chwila ciszy. Garray stał z założonymi rękami, cały czas obserwując martwe ciało z wyrazem głębokiego zastanowienia wymalowanym na pomarszczonej twarzy.

Wilkołak? — spytał nieśmiało Ervill, nie wiadomo kogo.

Avaret pokręcił głową.

Owszem, poprzedniego mordu mógł z dużym prawdopodobieństwem dokonać wilkołak. Ale dzisiaj nie ma już pełni.

Wszyscy z wyjątkiem jego i Garraya unieśli głowy ku niebu. Zza otaczających go chmur wyłonił się księżyc, który istotnie nie przybierał już tej nocy okrągłego kształtu.

Może to nie był żaden potwór? — zasugerował Sonnet. Tęgi krasnolud wydawał się niemniej przestraszony od karczmarza. Bezskutecznie próbował opanować drżenie krótkich nóg.

Cóż, takiej opcji oczywiście tez nie można wykluczyć — odezwał się czarodziej, który nagle porzucił dalekie rejony, do których pognały jego myśli. — Istota rozumna, jak człowiek, elf czy krasnolud, potrafi być najgorszym z potworów, jeśli tylko tego zapragnie. Nad tym jednak zastanawiać się będziemy jutro, w świetle dnia — klasnął w dłonie. — Póki co jednak potrzebnych nam będzie dwóch silnych zuchów. Trzeba przenieść ciało nieboszczyka w miejsce, w którym pozostanie do czasu pochówku. Kto zgłasza się na ochotnika?

Gromada mężczyzn zadygotała ze strachu.

* * *

 
Komentarze (12)

Napisane w kategorii Opowiadanie