RSS
 

Notki z tagiem ‘opowiadanie’

część V

02 mar
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

część IV

20 sty
 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

część III

15 gru
 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

część II

04 sie
 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

część I

26 maj
 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część VI

11 paź

Potężny gmach, wzniesiony przed wiekami z gładko oszlifowanych bloków szarego kamienia sprawiał, że Wielka Biblioteka Mostaru w pełni zasługiwała na swoją nazwę. Labirynt korytarzy, do których przylegały mniejsze pomieszczenia zajmowane przez bibliotekarzy, bądź też służące do innych celów, okalał ogromną Salę Główną, w której na równym rzędem ustawionych regałach, spoczywały książki, manuskrypty czy w końcu pojedyncze pergaminy. Ich liczba kazała przypuszczać, że Wielka Biblioteka niekoniecznie zaczerpnęła swą nazwę od rozmiarów budynku. Dostępu do niej nie mógł uzyskać każdy poszczególny mieszkaniec miasta, chyba, że był gotów słono za to zapłacić. Dużej części obywateli było to jednak wszystko jedno, zważywszy na fakt, że i tak nie potrafiła czytać, ni pisać.

Avaret podążał tropem niewysokiego dziadunia, odzianego w szary habit, przepasany grubym sznurem. Dziadunio sprawiał wrażenie do reszty zdziwaczałego, o czym świadczył już jego ubiór, sugerujący wręcz religijne oddanie i wierność zawartości biblioteki. Mimo to okazało się, że jest na tyle przytomny umysłowo, by pozbawić Avareta połowy zawartości jego sakiewki, w zamian za wstęp do Sali Głównej. Wykładem na temat historii Biblioteki uraczył najemnika, ku jego wielkiej uldze, nieodpłatnie.

W całym gmachu panował półmrok. Światło słoneczne, jak zapewnił dziadunio, niezbyt służy starym księgom. Mimo braku dostępu promieni słonecznych, jakoś udawało się jednak uchronić gmach od wilgoci. W jaki sposób, tego już przewodnik Avaretowi nie wyjaśnił.

Przystanęli przy kamiennej balustradzie, wieńczącej ich całkiem długi spacer pogrążonym w prawie całkowitych ciemnościach korytarzem. Avaret oparł się o nią, by móc przez chwilę podziwiać zapierający dech w piersiach widok Sali Głównej. W dole, jakieś dwadzieścia stóp poniżej poziomu, na jakim się znajdowali, rozciągały się niezliczone rzędy regałów, których końce ginęły w mroku gdzieś, hen daleko, na drugim końcu Sali. W oczy rzuciło mu się kilka jasnych punktów, rozproszonych w dość regularny sposób.

— To miejsca, w których można zasiąść i trochę poczytać — poinformował go dziadunio. — Krzesło, stolik, a na nim lampka oliwna. Uwagę zachowaj, młodzieńcze, byś przypadkiem pożaru nie wzniecił. Co prawda dawno się tu już żaden nie zdarzył, aczkolwiek po dziś dzień zachowuję wspomnienie ognia szalejącego przed pięćdziesięciu laty. Zabrał ze sobą wiele bezcennych manuskryptów, że wspomnę choćby…

— Wątpię, bym ich potrzebował — przerwał bezpardonowo najemnik. — Jak już mówiłem, interesuje mnie Bractwo Jadowitego Węża.

Dziadunio zacmokał, zawiedziony najwyraźniej tym, że nie będzie mu dane wygłosić kolejnej oracji.

— Bractwo Jadowitego Węża — powtórzył. W jego głosie czaiła się lekka niechęć. — Chodźmy więc.

Zeszli w dół po szerokich schodach, zbiegających w obie strony równolegle do balustrady. Gdy już ich stopy stąpały po posadzce Sali Głównej, dziadunio wyciągnął rękę, wskazując coś w oddali.

— Tym korytarzem aż do miejsca, w którym ginie on w mroku — przez korytarz rozumiał przestrzeń ograniczoną z obu stron przez wysokie regały. — Tam powinieneś coś znaleźć.

Avaret skinął głową. Mimo, że granica mroku z wiadomych przyczyn musiała ulec przesunięciu w miarę, jak będzie posuwał się naprzód, nie poprosił o konkretniejsze wskazówki. Nie miał ochoty na dalsze pogaduchy z przewodnikiem. Ruszył żwawym krokiem, rozglądając się z podziwem po otaczającym go świadectwie wielowiekowej historii. Ciszę, jaka tu panowała, mącił jedynie niewyraźny szelest, być może szepty innych ludzi buszujących pomiędzy regałami, wzdragających się odezwać głośniej przez wzgląd na powagę miejsca, w jakim się znajdowali.

To szepczą karty historii. O wiekach minionych, lecz także i przyszłych, gdyż w końcu historia nauczycielką życia.

Najemnik uśmiechnął się krzywo do własnych myśli, zastanawiając nad tym, kiedy to ostatnio historia kogokolwiek czegoś nauczyła.

Przystanął, by ocenić dystans, jaki pokonał. Koniec alejki za jego plecami zdawał się być całkiem zatopiony w mroku, zdecydował więc, że to w tym miejscu rozpocznie swoje poszukiwania. Podszedł do stojącego najbliżej regału i na chybił trafił wybrał tomiszcze, które najbardziej rzuciło mu się w oczy. Wybór padł na O poprawie moralności ludu prostego, co nie okazało się być celnym strzałem. Avaret odłożył księgę na swoje miejsce, swą uwagę zwracając w nieco dalsze rejony. Począł przebiegać wzrokiem po półkach od lewej do prawej, gdy nagle w oczy rzucił mu się grawerunek, który już tak dobrze znał. Odszukał szybko ów znak wśród rzędu opasłych ksiąg, które przejrzał. Nie mylił się. Znak węża wyryty na grzbiecie jednej z książek był identyczny z tym znajdującym się na drzewcu strzały, z tą różnicą, że ten najpewniej się nie poruszał. Wyciągnął księgę, wzniecając kurz pokrywający ją i sąsiednie tomy, po czym obrócił się w kierunku niewyraźnego światła, którego źródłem była mała lampka, zdobiąca blat stołu uposażonego w jedno krzesło z oparciem. Stolik stał wciśnięty pomiędzy dwa znajdujące się naprzeciw siebie regały, przerywając ciągłość zmierzającego dalej łańcucha, z przodu zaś ograniczony był przez szeroki filar, wspierający wysoki strop biblioteki. Avaret usadowił się wygodnie na krześle. Pełgający chaotycznie ogienek lampki zmusił go początkowo do przymrużenia oczu. Gdy już się przyzwyczaił, skierował całą swoją uwagę na leżącą przed nim księgę.

Czy to w niej znajdę odpowiedzi na swoje pytania? Czy wiem w ogóle, jak one brzmią? Co spodziewam się odnaleźć?

Wypuszczając z głośnym świstem powietrze z ust, otworzył księgę.

Dzieło Sazaara Bardta — przeczytał w myślach Avaret. Rok 1307.

Najemnik przyjrzał się z zaciekawieniem dacie zdobiącej pierwszą kartę. Wyglądało na to, że księga została spisana w czasach, o których wspominał w swojej opowieści Goran, okresie działalności Bractwa. Samo nazwisko autora nic jednak Avaretowi nie mówiło. Odwrócił wzrok w kierunku, z którego przyszedł. Przez chwilę nie widział nic, oszołomiony zupełnie półmrokiem korytarza, po kilku mrugnięciach oczu przywykł jednak do niego. Dopiero teraz zdał sobie sprawę, że niewyraźny szelest, do tej pory dobiegający jego uszu, całkowicie zanikł, zastąpiony przez niepokojącą ciszę. Poczuł się, jak gdyby był zupełnie sam pośród tysięcy zakurzonych ksiąg, jedyny człowiek starający się za wszelką cenę dokopać prawdy, samotnie stawiając czoła setkom lat dziejów. Skupił się na powrót na księdze. Ktoś, kto przyjrzałby się w tym momencie jego twarzy, dostrzegłby ogniki pełgające w jego błękitnych oczach, czyniące je jeszcze jaśniejszymi, niż były zazwyczaj. Ogień ten w większości przypadków okazałby się być narzędziem niezbędnym człowiekowi do przeżycia, opatulającym go ciepłym płaszczem, zapewniającym ochronę. Podsycony jednakowoż przez czyjeś wrogie działanie, gotów był nieść śmierć i spustoszenie.

Avaret, podparłszy pięścią czoło, zagłębił się w lekturze. Wydarzenia, których dotyczyła, zostały już pokrótce przedstawione najemnikowi w opowieści dozorcy. Autor księgi przekonywał, że udało mu się przeniknąć do Bractwa, którego stał się pełnoprawnym członkiem. Ogólnikowe opisy, nie odbiegające specjalnie od wszakże mało szczegółowej relacji Gorana, nie zdawały się jednak potwierdzać tego faktu. Avaret począł przewracać kolejne stronice, zapoznając się z ich treścią dość pobieżnie. Zapełnione były one w większej mierze raczej fantazyjnym tłem dziejowym, aniżeli konkretnymi informacjami. Zirytowany Avaret zamknął z hukiem księgę, nie zważając na głośne echo, jakie poniosło się po ścianach Sali Głównej.

Tylnia okładka otworzyła się jednak z powrotem, odsłaniając ostatnią kartę księgi.

jednakowoż największą spośród sił Bractwa jest jego wieczność, oparta na solidnych fundamentach tajemnicy i skrytości, lojalności i tradycji, która przetrwa wśród wybranych, by pozwolić mu powrócić w najmniej spodziewanym momencie. Czy to po pięćdziesięciu, stu, czy w końcu pięciuset latach.

Avaret zamrugał, niedowierzając gorzkiej ironii ostatnich słów.

A może…?

Nagłe przeczucie wyrwało go z sideł krainy domysłów. Błyskawicznie oderwał się od stołu, przewracając się wraz z krzesłem na ziemię w momencie, w którym coś rozpruło powietrze z głośnym świstem, uderzając następnie w blat stołu. Avaret pozbierał się natychmiast z ziemi, usiłując wykryć źródło zagrożenia. Jego oczy przesłonięte były jednak kurtyną czarnych chmur, mieniących się mimo intensywnego mrugania powiekami. Gdzieś z góry dobiegł go odgłos uderzających o kamień podeszew, dźwięk uciekającego człowieka. Nim jego wzrok przyzwyczaił się do panujących ciemności, hałas zdążył już zginąć gdzieś w oddali.

Avaret, z wciąż szybko bijącym sercem, zerknął w stronę książki, nad którą dopiero co się pochylał. Tylna okładka w dalszym ciągu pozostawała otwarta. Niemałą pomoc niosła jej w tym tkwiąca w niej strzała, której grot schowany był gdzieś pod blatem stołu.

Czyżby to wszystko była prawda? — zadał sobie pytanie Avaret.

Nagły dreszcz wstrząsnął jego ciałem.

* * *

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Synowie wojny, część V

18 wrz

Ervill, rozsiadłszy się wygodniej, a przez wygodę rozumiał oparcie prawej nogi na stole i kołysanie się na tylnich nogach krzesła, począł analizować odbytą dopiero co, utrzymaną w niezbyt przyjaznym tonie, pogawędkę z Avaretem. Przywary, jakie zostały mu w niej wytknięte, w żaden sposób nie wydawały się mu być prawdziwe, co nie znaczyło wcale, że nie poczuł się lekko dotknięty. Zjeździł z Avaretem pół świata, wespół stawiali czoła niebezpieczeństwom, jakie innym nawet się nie śniły, hartując tym samym swoją przyjaźń. Elf zdawał sobie sprawę z różnic światopoglądowych, jakie ich dzielą, mimo to miał pewność, że jego kompan rozumie go bardziej, niż ktokolwiek inny na tym świecie. To samo działało również w drugą stronę. Ervill bardzo dobrze pojmował prawość i niezłomność Avareta, jego szlachetność, honorowość i cały zespół innych cech, które trudno było wyrazić jednym słowem, co więcej, pochwalał je i w jakimś stopniu także podzielał.

Przeniósł wzrok na wciąż niedopite piwo, sięgające swoim poziomem niemal dokładnie połowy kufla i zadał sobie odwieczne pytanie filozofów. Odpowiedź, jaka mu się jednak od razu nasunęła, usprawiedliwił prędko swoim umiłowaniem do piwa i innych mocnych trunków, zapewniając siebie samego, że gdyby w kuflu była woda, jego odczucia byłyby zgoła odmienne.

Z morza przemyśleń wyłowił go obraz zapadniętych oczu Jovana, przeszklonych nie wylanymi łzami, trwale odkrytych przez tkwiące nieruchomo powieki.

— Przykro mi — bąknął ni z tego ni z owego, z najwyższym trudem starając się stłumić głośne beknięcie, tak nieodpowiednie dla tej chwili. Udało mu się wygrać tę walkę, natychmiast zdał sobie jednak sprawę z tego, jak głupio zabrzmiały jego słowa. Zauważył, że Loretańczyk nawet nie drgnął, co odczytał jako dobry znak. Pochyliwszy głowę, jął z mozołem klecić w myślach formułkę, która mogłaby wlać trochę miodu w poszarpane serce Jovana, przyszło mu jednak do głowy, że jest w nim zbyt wiele dziur, przez które miód z pewnością od razu wypłynie. — Długo ich znałeś?

Jovan uniósł nieco głowę, na tyle, by móc przyjrzeć się obliczu elfa. Minęła dłuższa chwila, zanim w końcu zdecydował się odpowiedzieć.

— Niezbyt — siła jego głosu zaskoczyła Ervilla, który spodziewał się usłyszeć raczej jęk i szlochanie, aniżeli pewną odpowiedź. — Spotkaliśmy się po raz pierwszy na krótko przed naszą wyprawą. Niemniej znałem ich dobrze.

Ervill na powrót zajął się kuflem piwa, jednocześnie uważnie słuchając.

— W trakcie takiej wyprawy można poznać człowieka od stóp do głów, ze wszystkimi jego zaletami i przywarami, lękami i radościami. Dagonet i Risk byli mi druhami, nie ma co do tego żadnych wątpliwości, wiernymi i oddanymi, gotowymi stanąć za mną w najgorszej opresji. Można przeżyć całe życie u boku drugiej osoby i do końca nie wiedzieć, czego się po niej spodziewać. W tym przypadku było dokładnie odwrotnie. W ciągu krótkiego czasu zdołałem się przekonać, że mogę na nich polegać.

Ervill upił porządny łyk piwa.

— Mądrze prawisz. Nawet zbyt mądrze, jak na takiego młokosa.

— Nieco inaczej ma się sprawa z Nevenem — kontynuował Jovan, puszczając uwagę elfa mimo uszu. — Pochodzimy z tej samej wioski, wspólnie wychowywaliśmy się, dorastaliśmy, wspólnie też przystaliśmy do rebeliantów. Połowa moich wspomnień, tych radosnych, ale i też gorzkich, jest również i jego wspomnieniami. Pierwsza walka na drewniane miecze, praca w polu, wspólne psoty, jak i otrzymane za nie lanie, letnie kąpiele w rzece, słuchanie opowieści starszych w długie, mroźne, zimowe wieczory… Podróż do Gorzejących Gór. Śmierć Dagoneta i Riska.

Ervill zdał sobie sprawę, że ślina, która zebrała mu się w rozdziawionych ustach, zaraz osiągnie poziom, po przekroczeniu którego spłynie mu po brodzie. Przełknął ją szybko, zastanawiając się, czy Jovan, którego poznał zeszłego wieczora, umarł już na zawsze. Jednocześnie zauważył, że potok wylanych przezeń słów, przynosi mu nieco ukojenia, jak gdyby wyrzucał z siebie jakąś truciznę. Samo to, że przemawiał donośnie i bez zająknięcia, było sporym postępem w porównaniu do stanu, w jakim jeszcze niedawno się znajdował.

— Tak — podjął na nowo, równie mocnym, jak przedtem głosem. — O ile Dagoneta i Riska mogę nazwać druhami, o tyle w przypadku Nevena odpowiedniejszym określeniem byłby brat.

Ostatnie słowa Jovana wprawiły Ervilla w stan głębokiej zadumy. Relacje, które tak dokładnie i obrazowo opisywał, oraz uczucia, jakich w związku z nimi doświadczył, kazały elfowi zastanowić się nad tym, w jakim miejscu znajduje się nić jego życia, czy splata się z innymi, a jeśli tak, to jak ściśle. Mimo szmatu czasu, licząc kategoriami ludzkimi, jaki już przeżył, nie mógł powiedzieć, że spotkał na swej drodze wielu przyjaciół, osób, dla których coś znaczył, bądź które dla niego coś znaczyły. Kompanów do picia, owszem, miał wielu, wiedział jednak, że każdy z nich sprzedałby go za garść miedziaków, gdyby nadarzyła się ku temu okazja. Podrapał się po szyi, będąc już bliskim gorzkiej konkluzji. Jedyną osobą, na którą mógł w swoim życiu liczyć, był Avaret.

Moment puenty, jaką w duchu wygłosił, zbiegł się w czasie z trzaskiem raptownie otwieranych drzwi wejściowych. Ervill zerknął w ich stronę ponad ramieniem Jovana, do którego — uszu wskazywał na to brak jakiejkolwiek reakcji ruchowej — hałas najwyraźniej nie dotarł. Przez próg gramoliła się niezdarnie grupka trzech wyraźnie podchmielonych młodzieńców, którym towarzyszyła dziewka będąca ich rówieśnicą. Pierwszych dwóch miało identyczne, gęste czarne czupryny, bliźniaczo podobne spojrzenia brązowych oczu, oraz takie same, delikatne podbródki. Musieli być braćmi. Trzeci miał gładko wygoloną głowę, po której spływały ostatnie krople pozostawionego na zewnątrz deszczu. Dziewczyna, o delikatnej twarzy i silnie rudych, prawie czerwonych włosach, trzymała się wyraźnie jego boku. Wszyscy odziani byli w stroje sugerujące raczej niższe pochodzenie, pełne łat i dziur, na które łat już zabrakło. Rozejrzeli się niespiesznie po sali, po czym zajęli stół stojący w sąsiedztwie paleniska. Nim to jednak uczynili, łysy młodzieniec zdążył rzucić Ervillowi pełne pogardy spojrzenie. Nim dołączył to towarzyszy, elfowi udało się przyuważyć miecz wiszący u jego pasa, który wychylił się na krótką chwilę spod sięgającego niemal ziemi płaszcza.

Nie wyglądają na uczciwych obywateli — pomyślał Ervill instynktownie umiejscawiając całą gromadkę w klasie przestępczej miasta Mostar.

Nowi goście prędko zaczęli się domagać piwa, ponaglając biednego Holeta paskudnie brzmiącymi przekleństwami. Popłoch, jaki wywołały one u gospodarza, przywiódł go do nieszczęśliwego potknięcia, w konsekwencji którego cała pierwsza kolejka rozlała się po ziemi. Feralny wypadek rychło doczekał się salw śmiechu, które jednak prędko ustąpiły kolejnym przekleństwom. Ervill na dobre zajął się dopiciem piwa, starając się równocześnie nawiązać swobodniejszą rozmowę z Jovanem, jednak jego zdawkowe odpowiedzi z czasem okazały się przeszkodami nie do pokonania. Elf na powrót pogrążył się w zadumie, nie na tyle jednak głębokiej, by jego uszy nie wyłowiły paru paskudnych epitetów dotyczących jego osoby, dobiegających z sąsiedniego stołu. Zwróciwszy swe oczy w kierunku źródła tych obelg, napotkał spojrzenie łysego młodzieńca, który zdawał się od dłuższego czasu łypać na niego spode łba. Ervill nie należał do tych, co to dają sobie w kaszę dmuchać. Rozeźlić go tez nie było ciężko.

— Cóż tak spozierasz na mnie spode łba? — rzucił wyzywającym tonem w wiadomym kierunku. — Dawnoś nie widział nikogo z gatunku długowłosych, mam rację?

Ruda dziewczyna siedząca u jego boku roześmiała się słodko i szczerze, wprawiając łysego w stan zażenowania, potwierdzony obrazem kraśniejących policzków. Przysunęła usta do jego ucha i zaczęła szeptać. Mimo, że tego nie słyszał, Ervill był pewien, że podjudza go do odpowiedzi na jego zaczepkę.

— Dawno nie widziałem tutaj plugawego elfa!— warknął młodzieniec, opluwając wszystko i wszystkich, którzy znajdowali się wokół niego.

Ervill zaśmiał się donośnie.

— Może zatem pokażesz mi łaskawie miejsce, w którym będę mógł się schować przed twoim gniewem? — odparł łysemu, postanawiając dorzucić cegiełkę do wznoszonego muru jego poczucia podrażnionej dumy. Bardziej wynikało to z faktu, że zdążył już mocno stęsknić się za walką, aniżeli z powodu wymierzonych w niego inwektyw. Chłopak wydawał się idealnym przeciwnikiem do tego, aby przypomnieć sobie, jak miecz leży w ręce.

Dziewczyna wciąż szeptała, chłopak znajdował się już na drodze, z której wstyd byłoby zawrócić. W końcu wstał, zachwiawszy się przy tym nieznacznie.

— Pokażę! — rzucił buńczucznym tonem. — Pierwej jednak wyrządzę ci trochę krzywdy.

Ervill również powstał, uśmiechając się pod nosem. Zauważył, że także i jemu piwo zmąciło zmysł równowagi. Potraktował ten fakt jako dodatkową gratkę w szykującej się zabawie.

— Wyjdźmy więc na zewnątrz, by stoczyć ten heroiczny pojedynek. Gospodarza darzę zbyt dużą estymą, by doprowadzać jego przybytek do ruiny.

Łysy młodzieniec chyżo ruszył w kierunku drzwi, nie czekając, aż Ervill wygramoli się zza stołu. Jego kompania ruszyła w ślad za nim. Ervill, wciąż z kpiącym uśmiechem na ustach, mimowolnie zerknął w stronę Jovana. Widok jego twarzy, świadomość tego, że urządza sobie podobne zabawy w cieniu tragedii, jaka dotknęła jego towarzysza, sprawił, że uśmiech momentalnie spełzł mu z twarzy.

— Nie martw się — rzekł lakonicznie, gestem zachęcając Jovana do pójścia ze sobą. Ku jego uldze, Loretańczyk zdecydował się mu towarzyszyć.

Na zewnątrz wciąż lało. Gdyby ulica w tym miejscu nie była brukowana, przyszłoby im grzęznąć w błocie, co już całkowicie zamieniłoby ich potyczkę w zwykłą farsę.

— Jestem Katus — krzyknął łysy. Jego głos z trudem dotarł poprzez strugi deszczu do Ervilla. Elf od razu nadał młodzieńcowi własne imię, które od oryginalnego wyróżniał jedynie rozstaw liter. — Będziesz mnie pamiętał na długo po tym, jak z tobą skończę.

Nie czekając na odpowiedź, runął do bezmyślnego ataku, trzymając miecz oburącz, tuż przy twarzy. Nie zdołało to zaskoczyć elfa, który szybkim ruchem wydobył swój oręż z pochwy. W momencie, gdy Katus był już bliski końca swojej szarży, Ervill uchylił się nieco, otwierając przeciwnikowi dalszą drogę. Zdążył jeszcze klepnąć go płazem miecza w pośladki, w konsekwencji czego chłopak całkowicie stracił już równowagę i wyrżnął twarzą o ziemię.

— Oto jest mąż, który prawdziwie umiłował tę ziemię — zakpił Ervill. — Składa jej pocałunki nie bacząc na wrogą aurę.

Katus podniósł się w końcu, co nie znaczy, że nie kosztowało go to wielkiego trudu. Gdy zwrócił się pokiereszowaną twarzą w kierunku przeciwnika, w jego spojrzeniu można było dostrzec gniew graniczący z furią. Sapał głośno i warczał, Ervill natomiast śmiał się, podobnie jak i ruda dziewczyna. Znać było, że jakiekolwiek były zamiary Katusa wobec niej, ona nie traktuje go zbyt poważnie.

Młodzieniec sapnął jeszcze kilka razy, po czym natarł po raz kolejny, tym razem jednak z mniejszym impetem. Ervill bez trudu odbił kilka jego bezładnych ciosów, na koniec uderzając go dłonią zaciśniętą na rękojeści prosto w nos. Katus z krzykiem złapał się zań dłonią wolną od miecza. Krew, jaka spłynęła mu po ustach i brodzie, lądowała na bruku, prędko rzednąc wśród spadającego deszczu.

— Ty… skurwysynu! — wystękał chłopak, co wydawało się być zwyczajowym zwrotem w podobnej sytuacji. Odjąwszy dłoń od zakrwawionego nosa, ukazał zaciśnięte wściekle zęby. Nie nauczony poprzednimi doświadczeniami, przypuścił następny, wyzuty z jakiejkolwiek strategii atak. Zamachnął się kilkukrotnie, uderzając całkowicie na oślep, nie osiągając jednak ani razu celu, gdyż każde z natarć napotykało albo unik, albo było bez trudu blokowane. Znudzony już tą zabawą Ervill wykorzystał pierwszy, lepszy moment, w którym przeciwnik całkiem się odsłonił, i wolną ręką rąbnął go potężnie w brzuch. Katus zgiął się w pół, wydobywając z siebie stłumiony jęk. Gdy tak trwał w tej pozycji, Ervill obszedł go spokojnie i, przyjrzawszy się dokładnie celowi, kopnął go podeszwą w wypięte pośladki. Młodzieniec poleciał w przód, raz kolejny stykając się twarzą z szorstkim brukiem.

— Dziękuję państwu, koniec widowiska — podsumował elf chowając miecz i teatralnie otrzepując ręce. Ruszył niespiesznym krokiem z powrotem w kierunku karczmy, gdy nagle dostrzegł, jak prawa ręka Jovana unosi się ku górze, a jej palec wskazujący prostuje, by coś mu wskazać. Jeszcze zanim Loretańczyk zdążył wykrzyczeć słowa ostrzeżenia, Ervill błyskawicznie odskoczył w bok, słysząc, jak coś rozdziera powietrze w miejscu, w którym dopiero co stał. Chwilę później rozległ się dźwięk metalu uderzającego o kamień.

— On… Próbowałem cię ostrzec — wydusił Jovan, mierząc palcem w klęczącego Katusa. Ervill, niewiele się zastanawiając, doskoczył do niego i, nie okazując żadnej litości dla wciąż klęczącego mężczyzny, wymierzył mu kopniaka prosto w twarz. Jego siła była tak wielka, że pokonany wykonał niemal pełny obrót wokół własnej osi, nim ostatecznie rozciągnął się jak długi na bruku. Elf splunął na bezwładne ciało, ostatecznie odbierając chłopakowi honor.

— Pozbierajcie go — warknął do dwóch jego bliźniaczo podobnych do siebie towarzyszy. Na dźwięk jego słów targnął nimi dreszcz przerażenia. — A ty, ruda… Nie zadawaj się z nim. Przecież widzisz, że to idiota.

Dziewczyna skinęła głową. Delikatny uśmiech nie opuszczał jej ust.

— Chodź Jovan, wracajmy do środka. Całkiem już przemokłem.

Postąpił kilka kroków naprzód, lecz zdał sobie sprawę, że podąża sam.

— Jovan? — dorzucił pytającym tonem, odwracając się w kierunku stojącego nieruchomo mężczyzny. Loretańczyk wpatrywał się uparcie w sztylet, który o mały włos nie ugodził Ervilla. Gdy ten podszedł bliżej, dojrzał to, co wprawiło jego kompana w stan niemego osłupienia. Rękojeść zawierała grawerunek. I nie był to byle jaki grawerunek.

Był to herb Loretii.

* * *

 
Komentarze (8)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część IV

02 wrz

Pomimo gęstych strug padającego deszczu, Avaret i Neven przemierzyli odległość dzielącą zbrojownię od karczmy „Pod Rogatym Jeleniem”, rezygnując z oferowanej im przez Gorana gościny, mimo, iż jego nalegania były gorące i szczere. Czas naglił, groźba przemoknięcia do suchej nitki nie miała prawa ich odstraszyć.

Od progu zalała ich fala przyjemnego ciepła. Najemnik postąpił kilka kroków w głąb gospody, umożliwiając towarzyszowi wślizgniecie się pomiędzy cztery ściany gwarantujące spokój od atakujących zaciekle salw deszczu, po czym przystanął pozwalając ubraniom nieco ocieknąć. Rozczochrał opadające mu na ramiona zlepione włosy, tupnął parę razy butami o drewnianą pogodę, po czym rozejrzał się po wnętrzu głównej sali. Nie licząc siedzących przy jednym stole Ervilla i Jovana, oraz Holeta dokładającego drewien do palącego się na kominku ognia, była całkowicie pusta. Elf był właśnie w trakcie doustnej aplikacji złocistej barwy lekarstwa, w postaci płynnej rzecz jasna, mającego uśmierzyć kaca. Klina klinem, jak powiadają. Siedzący naprzeciw niego Jovan również pochylał się nad kuflem, z którego jednak niewiele jak do tej pory ubyło. Mimo to sprawiał wrażenie, jakby pozbierał się w końcu w garść. Avaret zadał sobie w myślach pytanie, czy to towarzystwo elfa, a konkretniej jego prostolinijność, poczucie humoru, swada i lekceważący stosunek do napotykanych kłopotów, tak na niego wpłynęły.

Złowiony kątem oka ruch Nevena w stronę zajętego przez ich towarzyszy stołu sprawił, że ocknął się za zamyślenia. Idąc śladem Loretańczyka, zajął miejsce naprzeciw Ervilla, dłoń wspierając na rękojeści miecza tak, aby nie zahaczyć nim o któryś z mebli stanowiących wyposażenie karczmy. Strzała spoczywała bezpiecznie w jednej z kieszeni jego szarozielonego kubraka.

— Dowiedzieliście się czegoś? — zagadnął Ervill unosząc kufel do ust.

— Raczej nie mogę tego powiedzieć — wycedził Avaret, głowę zwracając w bok, w stronę ściany przyozdobionej futrem z dzika. — Jedyna koncepcja, jaką mamy, mówi, że za wszystkim stoi mityczna organizacja zwana Bractwem Jadowitego Węża, która oto objawiła się ponownie po pięciu wiekach zapomnienia.

Elf gwizdnął głośno i przenikliwie.

— Ciekawa koncepcja, przyznaję. Wobec tego nie pozostaje nam chyba nic innego, jak zakończyć śledztwo. Jovanie, Nevenie, bardzo mi przykro, ale ta sprawa jest z góry przegrana. Trzeba się z tym pogodzić i ruszać dalej.

Jovan spuścił niemrawo głowę. Widać było, że jest całkowicie wyzuty z jakichkolwiek sił, że nie ma już ani ochoty walczyć, ani wiary w to, że walka może okazać się zwycięska. Tkwił w stanie, w którym człowiekowi jest już zupełnie wszystko jedno, co się stanie, choćby stał w obliczu nagłej śmierci. Neven, do czego już wszystkich przyzwyczaił, zachował większość emocji dla siebie.

Avaret przyjrzał się bacznie elfowi. Gdyby jego oczy miały zdolność miotania gromami, Ervill właśnie leżałby pod stołem, a z jego ciała unosiłyby się smużki dymu i zapach spalenizny.

— Chyba żartujesz — wycedził. Drobinki śliny przedostały się przez jego zaciśnięte zęby, kończąc swój lot na stole, tuż obok kufla elfa. — Nie spocznę, póki…

— Póki się nie zesrasz — dokończył Ervill, bezczelnie wpadając w słowo. — Zdarza się, drogi Avarecie, coś takiego, jak zbrodnia doskonała. Przypadek rzadki, jak sraczka, niemniej zdarza się. Z czymś takim mamy właśnie do czynienia. Nie mamy żadnego tropu, prócz tego, który wiedzie donikąd, nie mamy żadnych poszlak. Ci, którzy to zrobili, znali się na swoim fachu, niech ich jasna cholera! Pogódź się z tym, przyjacielu. Im prędzej, tym lepiej, dla ciebie i dla wszystkich. Zdaj się na moje doświadczenie w tym względzie, bogatsze od twojego o ładnych parę dekad.

Avaret wstał gwałtownie, omal nie przewracając tym ruchem stołu.

— Pierdolę twój pragmatyzm i wyrachowanie! — wybuchnął. W jego głosie grzmiała furia, którą zrównać można było chyba jedynie z eksplozją wulkanu. — To doświadczenie, którym się chwalisz, to nic innego, jak zwykłe zgorzknienie, starczy defetyzm, główne źródło bierności i stagnacji.

— Czynisz duży błąd, Avarecie, równając mnie ze starcami ludzkiego gatunku. Starzec taki bowiem gorzknieje, mając świadomość nadchodzącej wielkimi krokami śmierci, kresu swojego życia. Ja zaś kostuchy na horyzoncie nie dostrzegam, co też sprawia, że w moim przypadku wiek może być tylko i wyłącznie zaletą.

Avaret pokręcił głową, dając wyraźnie do zrozumienia, co sądzi o tej krótkiej wymianie zdań. Loretańczycy wpatrywali się w niego w milczeniu, gdy odwracał się plecami do Ervilla i ruszał w stronę wyjścia.

— Goran polecił mi udać się do Wielkiej Biblioteki Mostaru, by tam zasięgnąć nieco wiedzy na temat Bractwa — jego słowa były skierowane do Jovana i Nevena i mimo, że w żaden sposób tego nie zaznaczył, oczywistym było, że nie uwzględnia w swoich dalszych działaniach elfa. — Jeśli chcecie, chodźcie ze mną. Nic więcej póki co nie możemy zrobić.

Jovan począł się podnosić, lecz zastygł na wpół stojąc, na wpół siedząc, na dźwięk słów Nevena.

— Zostań. To nie ma sensu, Ervill ma rację. Przegraliśmy.

Jovan zwiesił głowę, ograbiony z resztek nadziei i woli walki. Drzwi trzasnęły głośno za Avaretem, po tym, jak przekroczył próg gospody, ruszając poprzez nieustającą ulewę w stronę Biblioteki. Neven uniósł się z wolna nieoczekiwanie.

— Idę się przejść — rzekł rozwiewając jakiekolwiek wątpliwości co do celu podjętego działania. — Potrzebuję zażyć trochę samotności.

Chwilę później drzwi trzasnęły ponownie, a odgłos ich zamykania towarzyszył przez chwilę zatopionym w myślach Ervillowi i Jovanowi.

* * *

Odziany w obdarte łachmany mężczyzna zeskoczył z konia, lądując prosto w błocie powstałym w ciągu ostatniej godziny. Jego odzienie żywo kontrastowało ze schludnie przystrzyżoną siwą brodą, oraz starannie uczesanymi, krótkimi, równie siwymi jak broda włosami. Można by nazwać go starcem, gdyby nie bystre, żywe oczy oraz lekki i płynny sposób poruszania się, zadające kłam tego typu stwierdzeniu. Mężczyzna pochylił się, bacznie przyglądając się rozmokłej ziemi. Zdać by się mogło, że ulewa zmyła jakikolwiek ślad, jaki mógł być w niej pozostawiony w ciągu ostatnich kilku dni, jednak on dokładnie wiedział, co robi.

Trop, którym od dłuższego czasu podążał, wiódł w stronę Mostaru.

* * *

 
Komentarze (5)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część III

31 lip

Słońce stało już dość wysoko na niebie, gdy Avaret w towarzystwie Nevena, raźnym krokiem zbliżał się do drzwi zbrojowni, nad którą pieczę sprawował Goran Metz. Najemnik liczył, że jego znakomicie obeznany z bronią przyjaciel będzie w stanie powiedzieć im coś więcej na temat tajemniczego znaku węża. Czas działał na ich niekorzyść, z każdą chwilą szanse na odbicie ładunku malały.

Minąwszy znajomy mu już z widzenia zakład garbarski, Avaret zerknął z ukosa na swego towarzysza. Po drodze nie zamienili zbyt wiele słów, jednak nie wydawało mu się, by małomówność jego rozmówcy była efektem przeżyć minionej nocy, a raczej po prostu skrytej natury. Loretańczyk był ewidentnie ulepiony z dalece twardszej gliny, niż jego pobratymiec, któremu w dalszym ciągu trudno było się pozbierać. Z tego powodu zdecydowali, że na razie będzie lepiej, jeśli odpocznie nieco i nabierze sił, które w niedalekiej przyszłości mogą okazać się nieocenione. Ervill zadeklarował się dotrzymać mu towarzystwa, bynajmniej jednak nie z powodu stanu swojego ducha, a raczej w wyniku konsekwencji, jakie niesie za sobą nadmierne spożycie alkoholu. Zwyczajnie zaczął doskwierać mu kac.

— Ciekawi mnie jedna rzecz — zaczął Avaret drapiąc się po krótkiej, jasnobrązowej brodzie. Nie wiedzieć czemu, sprawiało mu to niemałą przyjemność.

— Tak?

— Ciekaw jestem, dlaczego zwróciliście się do nas. Przejechaliście sami, we czwórkę kawał drogi, udanie, co trzeba dodać, gdyż jak wiem wasz ładunek nic a nic nie stracił na liczności. Dlaczego zdecydowaliście się na dodatkową ochronę dopiero na tym etapie podróży? Do Loretii jest jeszcze kawałek drogi, nijak ma się to jednak do dystansu, jaki już pokonaliście.

Neven uśmiechnął się gorzko.

— To nie był mój pomysł — przyznał bez ogródek. Uśmiech szybko zniknął spod jego krzywego nosa, ustępując miejsca trudnemu do rozszyfrowania grymasowi. — Niemniej rozumiem pobudki, jakie kierowały resztą. I w gruncie rzeczy uważam, że dobrze postanowili. Widzisz, na początku wszystko wydaje się łatwe. Plan jest prosty: dotrzeć do Gorzejących Gór, zabrać transport oręża i przywieźć go do Loretii. Jednak w drodze powrotnej wszystko się zmienia. Człowiek na każdym kroku wącha zasadzkę, patrzy spode łba na każdego mijanego wędrowca. Ma się świadomość, że nie jest się już nic nie wartym dla zbója golcem, że wypchany czymś po brzegi wóz przyciąga uwagę. Kilkakrotnie musieliśmy się bardzo postarać, by umknąć jakiejś zasadzce, prawdziwej, czy złudnej, bo jestem pewien, że duża część tego, czego się po drodze obawialiśmy, czego byliśmy pewni, to tylko nasze wymysły, wykreowane przez strach. Chcieliśmy poczuć się choć trochę pewniej, ot cała historia.

— Rozumiem — Avaret skinął głową. — Mimo wszystko dużo ryzykowaliście.

— Co masz na myśli?

— Nie udawaj — najemnik zaśmiał się. — Wtajemniczenie w takie przedsięwzięcie osób z zewnątrz jest jednak cholernym ryzykiem. Niektórzy nazwaliby to głupotą.

Neven zamilkł na chwilę, nieco zbity z tropu.

— Przecież… Przecież jesteście najemnikami… Wykonujecie zadania zlecone wam przez tego, kto wam płaci. Płacimy my, więc powinniście być po naszej stronie… Każdy może was wynająć, a wy robicie to, co jest w interesie zleceniodawcy. Czyż nie?

Avaret parsknął śmiechem.

— W teorii tak. W praktyce różnie to bywa. Mnie osobiście każdy wynająć nie może. W tym upatruję wyższości swojego zawodu nad tym najstarszym.

— Jak to?

— Zwyczajnie. Nie będę robił czegoś, co mi się nie spodoba, czegoś, co będzie sprzeczne z moim sumieniem. To jest jedna sprawa. Druga jest taka, że nie każdy, komu zapłacisz, będzie ci wierny. Zawsze może pojawić się ktoś, kto da więcej, a ty, zanim się połapiesz, możesz być trupem, żebrakiem bądź kaleką. Ludzka natura jest chciwa, a natura najemnika już najbardziej. Zapamiętaj to sobie.

Neven spojrzał na Avareta podejrzliwym wzrokiem, nie wiedząc, czy ten mówi poważnie, czy też kpi.

— Co mam przez to rozumieć?

Najemnik przystanął, by umożliwić wypchanemu po brzegi, a nawet sporo ponad nie, wozowi swobodny przejazd. Niemal bezzębny woźnica burknął coś niezrozumiale, skłaniając głowę. Zapewne było to „dziękuję”.

— Dokładnie nic — odparł wznowiwszy swój marsz. — Oho! Jesteśmy na miejscu.

Przemierzył te kilka kroków, które dzieliły ich od progu zbrojowni, po czym, czyniąc równocześnie zapraszający gest lewą ręką w kierunku Nevena, prawą pchnął niewysokie drzwi.

— Uważaj na głowę — ostrzegł towarzysza. — Wejście projektował najpewniej krasnolud.

W środku było cicho i chłodno. Avaret odsapnął głośno, lewą dłonią starł pot, który wystąpił mu na czole w trakcie marszu. U jego boku zaraz stanął Neven, pośpiesznym wzrokiem omiatając wnętrze zbrojowni. Nie minęła chwila, a zza rogu krótkiego korytarza, w którym stali, wyłoniła się postać Gorana Metza. Przygarbiony, posiwiały mężczyzna wyrzucił ręce w górę na ich widok, wyraźnie rad ich odwiedzin.

— Avaret! — zakrzyknął. Począł energicznie zacierać ręce, zapewne licząc na kolejną partię szachów. — Witam, witam. Widzę, że przemożna chęć odwetu mocno ci doskwiera, mam rację? Nie ma sprawy, już rozkładam planszę. Ty w międzyczasie zechciej nas sobie przedstawić, mnie i twojego kompana, rzecz jasna.

To rzekłszy jednym, zwinnym susem dopadł swojego pokoju, w którym zwykli rozgrywać szachowe batalie. Bałagan, jaki w nim panował, nie zmniejszył się od ostatniej wizyty najemnika ani o jotę. Avaret westchnął, kręcąc głową z uśmiechem.

— Tym razem nie przyszedłem na partię szachów — rzucił w kierunku Gorana. Na twarzy dozorcy, która na dźwięk tych słów wychynęła zza ściany, malowało się zaskoczenie pomieszane z nutką rozczarowania. Jego gęste brwi zatańczyły nad oczami zanim zdecydował, by i reszta jego ciała opuściła zagracone pomieszczenie. Avaret przedstawił sobie obu mężczyzn, po czym, nie wdając się w przytaczanie Goranowi wydarzeń minionej nocy, nie poświęcając ani słowa na przybliżenie mu okoliczności poznania Loretańczyków, bez zbędnych ceregieli dobył skrytej za pasem strzały i podetknął ją niemal pod sam nos dozorcy.

— Byłbyś w stanie coś więcej nam o tym powiedzieć? Nie mam na myśli samej strzały, a raczej wyryty na niej znak

Goran zmrużył oczy, dokładając swojemu czołu kolejnej porcji zmarszczek. Kąciki jego ust poruszały się nieznacznie, zupełnie, jak gdyby z całych sił starał się powstrzymać wypełzający na twarz uśmiech. Avaret zauważył, że mimowolnie ściska strzałę o wiele mocniej, niż było to potrzebne. Poczuł, jak drzewiec powoli odkształca się pod naporem jego siły. Raptownie rozluźnił uścisk, bojąc się, że może przypadkiem zniszczyć jedyną poszlakę, tak, że strzała omal nie wysunęła mu się z dłoni. Przeniósł wzrok w stronę Gorana akurat w momencie, gdy ten zdawał się być gotowy, by wygłosić swoje zdanie na temat dostarczonej mu rewelacji. Krótką chwilę napięcia ostatecznie zakończyło jego cmoknięcie.

— Istotnie — rzekł prostując się, a po jego minie znać było, że sprawia mu niemałą przyjemność możliwość pouczenia obu mężczyzn — niecodzienne znalezisko dzierżysz w dłoni, Avarecie. Chodźcie! Usiądźmy wygodnie, to wszystko wam opowiem.

Obróciwszy się na pięcie skierował swe kroki na powrót w stronę zagraconej izby. Avaretowi przemknęło przez myśl pytanie odnośnie togo, co Goran rozumie przez wygodne usadowienie się na wąskich, twardych, dających mizerne wytchnienie obolałym kończynom krzesłach, jednak powstrzymał się od komentarza. Zająwszy miejsce przy stole, leżące bardziej w głębi pokoju, raz jeszcze przyglądnął się tajemniczemu grawerunkowi. Zdało mu się, że gdy porusza strzałą między kciukiem, a palcem wskazującym i środkowym, wąż wije się zupełnie, jak gdyby rzeczywiście był gadem pełzającym wśród traw. Z zamyślenia wyrwał go Goran, sadowiąc się dokładnie naprzeciw niego.

— Nie pytam, skąd macie tę strzałę, jak weszła w wasze posiadanie. Mimo, że ciekawość aż mnie zżera, mówiąc szczerze.

Avaret milczał. Zacisnąwszy mocniej usta, skinieniem głowy nakazał Goranowi kontynuować, bez pochylania się nad tym aspektem całej sprawy. Dozorca wykrzywił wargi w wyrazie nieco zadziornego uśmiechu.

— No cóż, przejdźmy dalej — rzekł. Najemnik zauważył, że Neven nachylił się nad stołem, uważnie nasłuchując. — Grawerunek jest niezwykły, trzeba przyznać. Oczywiście moglibyście pomyśleć, że każdy może taki stworzyć, cóż to bowiem za problem dla wprawnego rzemieślnika. Jednak z tym jest inaczej. Ciekaw jestem, Avarecie, czy udało ci się dostrzec w nim coś, co by go w znaczący sposób wyróżniało.

Avaret wbił w Gorana wzrok zdumionych oczu. Czyżby i on dostrzegł coś, co on sam uznał za złudzenie?

— Cóż… Widziałem… Wydało mi się, że ten wąż się porusza.

— Bingo! — krzyknął Goran waląc pięścią w stół. Stojący na nim kałamarz przesunął się na niebezpiecznie bliską krawędzi odległość. Dozorca chrząknął, zupełnie nie zwracając na to uwagi. — Aby poznać genezę przedmiotu, który dzierżysz Avarecie w swej dłoni, musimy się cofnąć o wiele lat. Zbyt wiele, by to, co zaraz powiem, można było uznać za bezsprzeczne fakty, zbyt mało jednak, by traktować to jedynie jako legendę, wydumaną bajdę opowiadaną dzieciom.

Avaret zerknął w stronę malutkiego okienka znajdującego się nad głową Gorana. Upał ostatnich dni przywlókł w końcu za sobą burzowe chmury, które poczęły kłębić się za oknem zupełnie, jak gdyby przybyły na zawołanie Gorana, aby podsycić atmosferę jego opowieści. Najemnikowi zdało się, że na twarz dozorcy wypełzł delikatny uśmiech wywołany dodatkowym podniecenie, które mu się w związku z tym udzieliło. Bez wątpienia czuł się w tym momencie jak ryba w wodzie.

— Wszystko zaczęło się jakieś pięćset z górą lat temu — zaczął Goran. — Wtedy to jeden z prominentnych dostojników królewskich, właściwie to nawet jeden z doradców króla, wskutek uknutej przez nieprzychylnych mu ludzi intrygi, został postawiony w stan oskarżenia o zdradę kraju. Król, jak niesie plotka sam uwikłany w intrygę, lekką ręką wydał wyrok skazujący go na śmierć. W dniu egzekucji cały plac, na środku którego znajdował się szafot, zapełnił się ludźmi. Wtedy to, na oczach tłumu zdarzył się cud. Nie wiedzieć jak, skazańcowi udało się jakoś umknął spod stryczka. Nim zniknął przystanął na dachu jednego z otaczających plac budynków i obwieścił zemstę na królu i jego rodzie. Zemstę, która dokona się na długo wcześniej, zanim zostanie zauważona.

— O co mu chodziło? — przerwał zaciekawiony Neven. Jego twarz zastygła w pełnym napięcia grymasie.

— Tego nikt nie wiedział — odparł Goran. W jego oczach tańczyły ogniki, zdradzające przepełniającą go satysfakcję, powodowaną wzbudzonym w słuchaczu zaciekawieniem. — Tutaj przechodzimy do drugiej części historii. Wkrótce po tym zdarzeniu, nie więcej, jak kilka lat, kraj zalała fala zuchwałych napadów. Jej ofiarą padli poborcy podatków, którzy znikali bez żadnego śladu wraz z zebranymi pieniędzmi, karawany przewożące drogocenne klejnoty, złote monety, bursztyny i jedwabie. Zjawisko narastało w zastraszającym tempie, najgorsze zaś było to, że po incydentach nie pozostawał żaden świadek. Dosłownie żaden. W końcu ktoś dostrzegł pewną rzecz łączącą wszystkie rozboje.

— Strzała z wijącym się wężem — wtrącił Avaret.

— Dokładnie — Goran skinął głową. — Na ludność padł blady strach. Szeptano o hordzie demonów zesłanej w karze za występki dworu, nazwano ją właśnie Bractwem Jadowitego Węża. Król miał do całej sytuacji dużo bardziej racjonalne podejście, niemniej zdawał sobie sprawę z zagrożenia, jakie z niej wynikało. Wiecie, co wtedy się stało?

Obaj, Avaret i Neven, pokręcili przecząco głowami. Huk gromu rozdarł na poły ciszę, jaka na chwilę zapanowała.

— W momencie, w którym przerażenie ludu sięgnęło zenitu, rozboje zaczęły stopniowo ustawać. Bractwo przystąpiło do kolejnej fazy działania. Zasobne w zagrabione bogactwa, znajdując się u szczytu potęgi, poczęło stopniowo przejmować władzę. Zaczynając od najniższych szczebli, korumpowało i przeciągało na swoją stronę kolejnych dostojników. Jakoś tak to się jednak działo, że żaden z przekupionych nie nawiązywał osobistego kontaktu z członkiem bractwa, wszystko odbywało się przez tajemniczych pośredników. W międzyczasie władzę przejął syn zmarłego króla. Gangrena, która toczyła ludność, sięgała coraz wyżej i wyżej, aż w końcu dotarła w najbliższe otoczenie władcy, który miał już przeciwko sobie większość hrabiów i lordów. Wtedy to prostaczkowie zaczęli przebąkiwać, że oto dokonała się zemsta zapowiedziana kilkadziesiąt lat wcześniej, oraz że nadszedł moment, w którym niesłusznie skazany doradca, niechybnie stojący na czele bractwa, ujawni się by przejąć władzę i włożyć na swą głowę koronę. I tutaj następuje najciekawsza rzecz.

Czekając na kontynuację opowieści, Avaret zerknął w stronę okienka, akurat w momencie, gdy jego przeciwległe rogi połączyła błyskawica. Wnętrze izdebki na krótki moment zalała fala światła.

— Nie stało się nic. Bractwo przepadło bez śladu, znikło raz na zawsze, zapadło się pod ziemię. Król utrzymał władzę, po jego śmierci zaś przejął ją jego syn, a następnie wnuk. Nikt więcej nie słyszał o Bractwie Jadowitego Węża.

Avaret zmarszczył czoło.

— I tyle? Legendy nigdy tak się nie kończą.

Ciepły śmiech Gorana, który żywo kontrastował z kolejno następującymi po sobie hukami piorunów, wypełnił każdy kąt pomieszczenia.

— To nie jest legenda, przyjacielu, przynajmniej nie do końca. Istnieje wiele źródeł historycznych, potwierdzających autentyczność tamtych wydarzeń.

— Więc… Wiec sugerujesz mi, że na wpół mityczna organizacja odrodziła się właśnie teraz? Że powróciła, ni z tego, ni z owego, po paruset latach niebytu?

Dozorca rozłożył ręce w obronnym geście.

— Absolutnie niczego takiego nie sugeruję, Avarecie. Przyszedłeś do mnie z zapytaniem o strzałę, którą tak kurczowo ściskasz w swej prawicy, ja zaś przytoczyłem ci jej historię. Wstrzymuję się od jakichkolwiek werdyktów, jest mi do nich bardzo daleko.

— Więc co to wszystko ma znaczyć? — rzucił podirytowany najemnik. Wcześniej liczył, że wizyta złożona Goranowi zdoła posunąć śledztwo naprzód, zamiast tego uzyskał kolejną porcję pytań i wątpliwości. Ziarnko bezsilność w jego wnętrzu pękło, otwierając drogę wzrastającemu uczuciu. Zerknął na siedzącego nieruchomo Nevena. Oblicze Loretańczyka było zasępione, puste oczy nie zdradzały żadnych emocji. Widok ten pozwolił zakiełkować kolejnemu ziarnku w duszy Avareta, ziarnku poczucia zawodu. Przepełniony gniewem, w głównej mierze na samego siebie, zacisnął mocniej nie tylko dłoń dzierżącą jedyną poszlakę, lecz również zęby, które głośno zazgrzytały.

— Tego musisz już sam się dowiedzieć — rzekł Goran, nawiązując do zadanego wcześniej pytania. W jego oczach odbijał się blask coraz liczniej przecinanego błyskawicami nieba.

* * *

 
Komentarze (3)

Napisane w kategorii Opowiadanie

 

Synowie wojny, część I

09 maj

Goran Metz, przygarbiony, starszy mężczyzna o siwiejących, rzadkich włosach i pooranym zmarszczkami czole, trącił swoim pionkiem jednego z tych, które tworzyły oddział Avareta.

— Szach i mat — rzekł. Uśmiech triumfu wykrzywił jego twarz, nadając rysom serdeczny i ciepły wyraz. Avaret oparł podbródek na pięściach analizując roszadę zastosowaną przez jego przeciwnika. Znajdowali się w ciasnym pomieszczeniu, wyposażonym w kilka zawalonych papierami, książkami i innymi rupieciami regałów, niewysoki, trójnogi stolik, na którym znajdowała się plansza do gry oraz towarzyszące mu niewygodne krzesełka, a także ciężkie, dębowe biurko, zagracone w równym stopniu, co regały. Biurko stało oparte o ścianę, pomiędzy dwoma regałami. Ktoś, kto chciałby przy nim zasiąść, musiał liczyć się z niemałym ryzykiem, gdyż stojące przy nim krzesło w żadnym razie nie sprawiało wrażenia stabilnego. Małe, kwadratowe okienko nie było na tyle czyste, by wpuszczać do środka ilość promieni słonecznych wystarczającą do odpowiedniego oświetlenia izdebki.

— Znowu przegrałem — Avaret westchnął spoglądając w świdrujące oczka swego przeciwnika. Goran był emerytowanym żołnierzem, któremu na starość przypadła mało zajmująca posada dozorcy zbrojowni miasta Mostar. Jego zadaniem było wydawanie broni strażnikom miejskim, ostrzenie tępego oręża oraz naprawa tego zniszczonego. Roboty było niewiele, toteż dozorca zabijał czas czytaniem książek, które w większości odziedziczył, jak mówił, dawno temu po zamożnym stryju. Sam był typem erudyty — filozofa, niespotykanym raczej wśród żołnierzy, zachowującym jednak skromność nieskażoną ani krztyną arogancji. Papiery walające się po izdebce, która pełniła przez większość dnia również rolę jego domu, były pokryte jego własnymi zapiskami, wszelakiego rodzaju wnioskami czy spostrzeżeniami.

— Znowu — przyznał Goran — niemniej poczyniłeś znaczne postępy w ciągu ostatniego miesiąca. Od naszej pierwszej partii.

Istotnie, Avaret sam zauważył, że w miarę, jak rozgrywali coraz więcej partii, zmuszał Gorana do stosowania coraz zmyślniejszych zagrań, często samemu się na takie zdobywając. Dozorca musiał nierzadko włożyć wiele trudu, by wypowiedzieć na końcu słowo „mat”.

Ich znajomość rozpoczęła się równo przed dwudziestoma siedmioma dniami. Wtedy to Avaret i Ervill przybyli do Mostaru wraz z karawaną składającą się z kilku wozów, prowadzoną przez kupców, którzy wynajęli ich do ochrony w obawie przed zbójami zasadzającymi się na prowadzącym do miasta trakcie. Obawy okazały się jak najbardziej uzasadnione, gdyż niespełna dzień drogi od Mostaru zostali napadnięci. Atak udało się odeprzeć, a karawanę uchronić od grabieży, jednak Ervill otrzymał głęboką i brzydko wyglądającą ranę w udo. Gdy dotarli do miasta, rozpoczął okres rekonwalescencji, którego głównym punktem było codzienne zalewanie się w trupa w gospodzie „Pod Rogatym Jeleniem”, w której się zatrzymali. Avaret, będąc, chcąc nie chcąc, przez ten czas uziemiony, zdecydował nie konkurować z elfem w tych mało chlubnych zawodach. Poznawszy Gorana prędko się z nim zaprzyjaźnił i tak rozpoczęła się ich trwająca już prawie miesiąc szachowa batalia. Avaret nie miał większego pojęcia o tej grze, gdy ją rozpoczynali, jednak z każdym dniem stawał się lepszy, czemu zdecydowanie służyła osoba jego nauczyciela. Dozorca udzielał mu wielu cennych rad dbając o to, by doskonalił się w grze na każdym kroku, dzięki czemu sam zyskiwał groźnego przeciwnika, co oczywiście służyło rywalizacji.

— Niewiele zostało mi już czasu na dalszą naukę — rzekł Avaret prostując i przeciągając. Małe krzesełka nie pozwalały na siedzenie w wygodnej pozycji w trakcie gry. — Minął już prawie miesiąc, odkąd się tu zatrzymaliśmy. Noga Ervilla ma się coraz lepiej, zawartość jego sakiewki za to coraz gorzej. Wnet będziemy musieli opuścić Mostar i poszukać nowego zajęcia.

— Całkiem możliwe, że znajdziecie jakieś tutaj — zauważył Goran. Avaret pokręcił jednak głową.

— Wątpię. Przez cały miesiąc nadstawiałem ucha. I nic. Zbyt spokojne to wasze miasto.

— Każda passa się kiedyś kończy — Goran uśmiechnął się sięgając ręką ku stolikowi, by poskładać planszę i pionki. Avaret uśmiechnął się półgębkiem, a jego przenikliwe, błękitne oczy zaświeciły się łobuzersko.

— Czyżbyś o czymś wiedział?

— O niczym, czego sam nie wiesz. Nic w naturze nie jest ciągłe, drogi przyjacielu, wszystko się kiedyś kończy. Po suszy przychodzi deszcz, lato poprzedza zima, a okres pokoju przerywany jest nagłą wojną.

Avaret uśmiechnął się ukradkiem. Przyzwyczaił się już do filozoficznych monologów Gorana. Czasem słuchało się ich z zaciekawieniem, czasem jednak nie było się do końca świadomym, o czym monolog ów traktuje. Jedno było pewne: nie potrzeba było wiele, by zaczął w ten sposób perorować.

Tym razem oracja była krótka. Goran nie dodał nic więcej. Avaret spojrzał przez okienko na zewnątrz. Niebo przybierało czerwonawą barwę znikającego powoli za horyzontem słońca.

— Czas na mnie— rzekł wstając. Pożegnał się z gospodarzem i opuścił budynek zbrojowni wychodząc przez boczne drzwi, tak małe, że musiał schylić się w progu, by nie uderzyć się w głowę. Rozejrzał się wokół, omiatając wzrokiem sąsiadujące ze zbrojownią budynki, po czym ruszył niespiesznym krokiem w kierunku odległej o kilkaset jardów gospody „Pod Rogatym Jeleniem”. Ostatnie promienie słońca przeciskały się wąskimi uliczkami, oświetlając rzucające długie cienie szyldy, które informowały przechodniów o profesji mieszkańca danego budynku. Znalazł się jeden kowal, dwóch płatnerzy, jakiś złotnik czy stolarz, aż w końcu oczom Avareta ukazał się szyld obwieszczający, że oto stoi u progu karczmy „Pod Rogatym Jeleniem”. Pchnął masywne drzwi i wszedł do środka.

Wewnątrz panował istny rejwach. Mało który stół wolny był od wszelkiej maści klienteli, którą łączył ze sobą gwar, jaki wspólnie tworzyli. Za drewnianą ladą niewysoki, szczupły karczmarz o imieniu Holet, którego znali już bardzo dobrze, uwijał się jak tylko potrafił, by poradzić sobie z nadchodzącymi zamówieniami, a że był, przy całej swojej pracowitości, dość niezdarny, przychodziło mu to z wielkim trudem. Kilku wstawionych już mężczyzn domagało się następnej kolejki waląc pięściami w stół, dwóch dziadków, krzyczało do siebie tak głośno, że nie było wątpliwości, że obaj są raczej głuchawi, ktoś dał komuś innemu w mordę. Avaret rozejrzał się uważniej. Nie zajęło mu dużo czasu, zanim dojrzał Ervilla, siedzącego przy stole będącym niemal centralnym punktem gospody. Nie był sam, wraz z nim siedziało dwóch mężczyzn, podobnie, jak on, wznosząc kufle do góry. Ervill był już tak pijany, że jego kufel przechylał się pod sporym kątem, a jego zawartość skapywała niewielkimi strumieniami na głowę i kark elfa.

— Kto mnie oblał, kurwa jego mać?! — krzyczał za każdym razem, gdy chłodne piwo lądowało między jego włosami.

W ciągu ostatniego miesiąca elf zawarł mnóstwo nowych znajomości, które w większości kończyły się w momencie, gdy tracił świadomość w wyniku spożycia nadmiernej ilości alkoholu. Jednego wieczoru, podpuszczony przez towarzyszy do szklanki, wlazł na stół i zaczął na nim tańczyć. Jego występ nie trwał jednak zbyt długo, gdyż, straciwszy równowagę, spadł z niego i rąbnął głową o ziemię. Następnego dnia był przekonany, że okropny ból głowy spowodowany jest kacem. W upadek uwierzył dopiero, gdy namacał na głowie ogromnych rozmiarów guza.

Mężczyźni, którzy siedzieli z nim przy stoliku, wydawali się raczej spokojni, co musiało oznaczać, że dopiero zaczęli pić. Pierwszy z nich, siedzący po prawej stronie elfa, był wyższy i masywniejszy. Brązowe włosy sięgały mu do ramion, twarz miał smukłą, o długim, krzywym nosie i maleńkich, przymrużonych oczkach. Drugi był bardziej dostojnej urody. Miał gładko uczesane jasne włosy i szeroki uśmiech, ukazujący równe, białe zęby. Avaret ruszył w ich kierunku.

— Avaret! — krzyknął Ervill na widok przyjaciela. — Chodź no tu, siadaj! Panie karczmarzu, piwo dla mojego kompana! Albo dwa, co byś nie musiał ciągle w te i z powrotem latać. Avarecie, przedstawiam ci moich dostojnych znajomych… — rzekł wskazując prawicą na uśmiechniętych mężczyzn — których imiona niestety wyleciały mi chwilowo z głowy.

— Nie wyleciały — poprawił go ten jasnowłosy. — Zwyczajnie nie zdążyliśmy się jeszcze przedstawić. Pozwólcie więc, że uczynię to teraz — to powiedziawszy powstał. — Mój towarzysz zwie się Neven, ja zaś mam na imię Jovan — skłonił się lekko dotykając dłonią piersi.

— Ja zwę się Avaret — odrzekł najemnik — mój towarzysz zaś to Chlejus Opój, zwany również Moczymordą, pierwszy wśród pijących tego miasta.

— Darujmy sobie tytuły — rzekł skromnie elf machając ręką. — Mówcie mi po prostu Ervill.

Obaj, Avaret i Jovan, zasiedli przy stoliku. Przed Avaretem stanął kufel złocistego piwa, przyniesiony przez spoconego karczmarza. Najemnik pociągnął głęboki łyk, a jego usta wypełnił orzeźwiający, gorzkawy smak.

— Cóż was sprowadza do tego miasta, mości panowie? — zagadnął Avaret niespecjalnie tym zainteresowany. Nie był, tak, jak Ervill, skory do zawierania znajomości z każdym, z kim mógł się napić. Skoro jednak usiedli już przy jednym stole, wypadało coś powiedzieć.

— Zatrzymaliśmy się tu na krótki czas — odparł ten jasnowłosy, zwany Jovanem. Miał serdeczne usposobienie i szczery uśmiech, który kontrastował z posępna miną jego towarzysza. — Podróżujemy ze wschodu od wielu, wielu dni. Trudy drogi dają już o sobie znać, sprzykrzyło się nam też nocowanie pod gołym niebem, toteż zawadziliśmy o Mostar. Jutro jednak ruszamy dalej.

— Pilno wam, jak widzę. Dokąd zmierzacie, jeśli można zapytać?

— Ha! Tegom się już od nich dowiedział — wtrącił się żywo Ervill — mimo, że sami mi tego nie powiedzieli. Spójrz, Avarecie, na znaki wyszyte na ich piersiach.

Avaret nachylił się, by przyjrzeć się bliżej ich kamizelkom. Istotnie, mniej więcej na wysokości serca dało się widzieć niewielki znak, wyszyty czarną nicią, trudno dostrzegalny z racji tego, że kamizelki również były w raczej ciemnym kolorze.

— Feniks z rozpostartymi w locie skrzydłami — oznajmił, a elf pokiwał potakująco głową. — Herb Loretii.

— Herb Starej Loretii — poprawił go Jovan. Tym razem jego głos był poważny, a z twarzy zniknął uśmiech. — Prawdziwej.

Loretia była starożytnym krajem, której granice leżały około dwudziestu dni drogi konno na zachód od Mostaru. W swojej długiej historii prowadziła wiele wojen z sąsiadującymi krajami, raz będąc zwycięską, raz przegraną. Mniej więcej przed trzystu laty nadszedł moment jej największej słabości, zarówno militarnej, jak i ekonomicznej, co skrzętnie wykorzystał wrogo nastawiony do niej, leżący na północy Azhgad, podbijając ją i anektując we własne granice. Długi okres niewoli, mimo silnych represji i nieustannych prób tłamszenia, czy wręcz wyżynania kultury, tradycji i poczucia przynależności do kraju dziadów i pradziadów, nie zdołał wymazać z serc Loretańczyków ich tożsamości. Wielu oddało za to życie, jednak w końcu, nie więcej, jak przed dwudziestoma laty, Loretia odrodziła się, odpychając wroga poza własne granice.

— Co masz na myśli mówiąc „prawdziwej”? — zainteresował się żywo Avaret. — Czymże różni się stara Loretia od odrodzonej?

Jovan prychnął drwiąco, lecz to Neven zabrał się za objaśnienie całej sprawy. Jego głos był szorstki i niski.

— Nasza wolność jest jedynie pozorna. Przepędzając Azhgadczyków z naszego kraju zapomnieliśmy, by przepędzić także tych z nas, którzy byli ich pachołkami. A oni już wiedzieli, jak się odnaleźć w nowej rzeczywistości. Rządzą nami skurwysyny, które w poprzednim życiu były oprawcami naszego ludu, dupki, które widząc naszą powstańczą ofensywę, stanęły po tej samej stronie, co my, lecz wcześniej przez setki lat ciemiężyły nas wraz z naszym wrogiem — przerwał na chwilę i uśmiechnął się pod nosem. — Znasz może Avarecie imię naszego króla?

Avaret uniósł brwi nieco zbity z tropu tym pytaniem. Zastanawiał się jakiś moment, lecz jedyne imiona, jakie kołatały się w jego głowie, należały do władców z zamierzchłych czasów. Zerknął na Ervilla, lecz po jego minie znać było, że również on ma problem z wymienieniem króla Loretii z imienia.

— Nie wiem — odparł w końcu.

Jovan walnął pięścią w stół.

— Ha! I nie dziwota! Wszak od wywalczenia wolności nie mieliśmy żadnego króla! Naszym krajem rządzi Wielka Rada, w której skład wchodzą sprzedawczyki i kolaboratorzy, ustanowiona jeszcze przed wybuchem powstania przez króla Azhgadu. Jej skład zmienia się co jakiś czas, lecz de facto rządzą stale ci sami ludzie. Każdy kandydat do Rady musi zostać wcześniej przez nią zaaprobowany. Kto się Radzie otwarcie sprzeciwia, a chciałby wejść w jej szeregi, często kończy żywot wskutek, nazwijmy to, „nieszczęśliwego wypadku”. Absurd, nieprawdaż?

— Nie wiedziałem, że aż tak u was źle…

— To jeszcze nic. Polityka Rady zmierza ku temu, by ponownie pozbawić nas wolności. Azhgad już zaciera ręce na myśl o ponownej aneksji. Przedstawiciele Rady oczywiście temu zaprzeczają, tłumacząc taką politykę „próbą odbudowania przyjaźni i poprawy wzajemnych stosunków”. Odbudowania przyjaźni? Jasna cholera, przecież Azhgad to nasz największy wróg, psia mać!

Avaret pokręcił głową. Poczuł coś, co nazwać by można pewnego rodzaju solidarnością, pomieszaną z dużą dozą gniewu. Początkowo zdziwił się, że wezbrało w nim to drugie uczucie, lecz prędko domyślił się przyczyny, a miała ona źródło właśnie w poczuciu solidarności. Mimowolnie wyobraził sobie swój kraj, zniewolony, słaby, obdarty z tradycji, o wymazanej historii i pozbawiony dumy. Zauważył, że jego dłonie mocno zaciskają się w pięści.

— Jeśli rzeczywiście tak się sprawy mają…. Jak to się jednak stało, że dopuściliście do pozostania Wielkiej Rady? Przecież ten chory twór winien być natychmiast po odzyskaniu wolności rozwiązany, a każdy kolaborant, jeśli nie powieszony, to już na pewno odsunięty od sprawowania jakiejkolwiek władzy…

— Za mało w życiu widziałeś, Avarecie — wtrącił się niespodziewanie Ervill. Mimo sporej ilości wypitego alkoholu, elf sprawiał wrażenie całkiem trzeźwego. — Tacy zawsze się uchowają i będą wiedzieć, jak przetrwać, jeśli się ich od razu nie chwyci za pysk. Będą się tłumaczyć, usprawiedliwiać, żądać dowodów, w końcu oskarżać o fałszywe pomówienia. Role się odwrócą, mordercy wystąpią w roli ofiar, domagający się sprawiedliwości w roli napastników. Niejeden zostanie bohaterem i autorytetem, mimo zbrodni, jakie popełnił. Fałsz, Avarecie, zakłamanie i manipulacja, to oręż, którym walczą. No, napijmy się — zakończył chwytając za kufel i osuszając go całkowicie. W ciszy, która zapanowała, każdy z jego słuchaczy rozmyślał nad wypowiedzianymi przezeń słowy.

— Nic dodać — rzekł Jovan, przerywając ją w końcu — nic ująć.

Zamówili jeszcze po kuflu piwa. Każdy z Loretańczyków uraczył się także pajdą chleba ze smalcem oraz laską kiełbasy, gdyż, jak tłumaczyli, dalsza droga do ojczyzny wymagać będzie od nich siły i wytrzymałości, a bez jedzenia cech takowych na pewno nie posiądą. Jedli, pili i w dalszym ciągu rozmawiali. Avaret robił się powoli senny. Siedzący obok niego Ervill pochrapywał już od jakiegoś czasu, dopóki nie został drastycznie wyrwany z objęć snu spadając z krzesła. Instynktownie dobył wtedy zatkniętego za pas sztyletu, przekonany że uległ jakiejś napaści, co wzbudziło wybuch śmiechu wśród wszystkich gości gospody. Jovan i Neven uznali to za znak do udania się na spoczynek. Odsunęli krzesła i powstali. Avaret poszedł za ich przykładem, by móc się z nimi pożegnać.

— Życzę wam dobrej nocy. I bezpiecznej podróży, oczywiście.

Loretańczycy, zamiast odpowiedzieć, spojrzeli jedynie po sobie i po krótkim zastanowieniu, jednocześnie skinęli porozumiewawczo głowami.

— Prawdę mówiąc — zaczął nieśmiało Jovan, przywołując na twarz serdeczny uśmiech — chcielibyśmy wam coś jeszcze pokazać.

Averat uniósł brwi w wyrazie zdziwienia.

— A cóż takiego?

— Jeśli pozwolisz, Avarecie i również ty, Ervillu, to prosiłbym, byście udali się wraz z nami w pewne miejsce. To niedaleko.

Robi się tajemniczo — pomyślał Avaret. Wzruszył jednak jedynie ramionami i skinął potwierdzająco głową.

Na zewnątrz było całkiem chłodno. Jovan bez zastanowienia powiódł ich w górę ulicy, przy której mieściła się gospoda „Pod Rogatym Jeleniem”, w całości zalanej mrokiem. Gdzieś w oddali usłyszeli wycie bitego psa. W zaułkach kręcili się wątpliwej reputacji obywatele Mostaru, których od rabunkowej napaści powstrzymywał noszony u boku przez Avareta miecz. Ervill co jakiś czas pozdrawiał ich kpiarskim tonem i uniesioną dłonią.

— Dokąd zmierzamy? — rzekł Avaret zrównując się z Jovanem. Uznał, że pora usłyszeć jakieś wyjaśnienia.

— Już niedaleko.

— Co chcesz nam pokazać?

Jovan nie odpowiedział od razu. Najemnik czekał jednak cierpliwie, wbijając w niego swój wzrok.

— Nie powiedzieliśmy wam jak dotąd nic o celu naszej podróży — odparł w końcu. — Nie zastanowiło cię to?

— Zastanowiło.

— Oczywiście. Nie jesteśmy sami, Avarecie, podróżujemy jeszcze z dwoma kompanami. Właśnie do nich zmierzamy.

— Dlaczego się rozdzieliliście?

Jovan uśmiechnął się.

— Ponieważ ktoś musiał zostać, by pilnować tego, co ze sobą wieziemy.

A co wieziecie? — zadał sobie w myślach pytanie Avaret, jednak nie wypowiedział go głośno, a postanowił zaczekać, aż Jovan sam zechce to zrobić.

— Nasze spotkanie nie było przypadkowe — ciągnął Loretańczyk. — Wcześniej usłyszeliśmy dużo dobrego o was od kupców, których karawanę doprowadziliście bezpiecznie do tego miasta. Wypytaliśmy o to i owo. W końcu zdecydowaliśmy się osobiście z wami porozmawiać — przerwał, rozglądnął się po otaczających ich budynkach, jak gdyby starając się w ten sposób przypomnieć dalszą drogę, po czym skręcił w wąską, niewybrukowaną uliczkę. Z tyłu Neven tłumaczył coś Ervillowi przyciszonym głosem. — Chcielibyśmy was wynająć.

Avaret rozciągnął wargi w szerokim, mimowolnym uśmiechu, przypominając sobie słowa Gorana o tym, że każda passa kiedyś się kończy.

— Wynająć — powtórzył, starając się odegnać od siebie poczucie rozbawienia. — To, że jesteśmy najemnikami i żyjemy z tego, że się nas wynajmuje, to rzecz powszechnie wiadoma i jeśli był w tym mieście ktoś, kto nie wiedział, czym się paramy, to wystarczyło, że przyszedł do gospody i posłuchał pijackich opowieści Ervilla o naszych barwnych przygodach i chwalebnych uczynkach. Po co więc te podchody?

Jego rozmówca zacisnął usta, nie zwalniając ani trochę kroku. Czoło pokryły mu bruzdy, świadcząc o wielkiej trosce i zaniepokojeniu, oczy zaświeciły się dziwnym blaskiem, co zdawało się współgrać z mimiką twarzy, dając wspólnie obraz wielce strapionego człowieka.

— Sprawa jest raczej z natury tych delikatnych… Nie chciałbym póki co nic więcej mówić.

Najemnik nie zadawał więcej pytań. Szli dalej w milczeniu, mijając po drodze piekarnię, zakład bednarza i stajnię, z której dobiegało co jakiś czas rżenie któregoś z koni. Za stajnią skręcała w lewo krótka uliczka, która doprowadziła ich do opuszczonego, drewnianego budynku, leżącego w głębi ogrodzonego zwalonym płotem podwórza. Budynek sprawiał wrażenie, jak gdyby w przeszłości również pełnił rolę stajni, jednak musiało to być bardzo dawno temu.

— To tutaj — odezwał się w końcu Loretańczyk. — Jesteśmy na miejscu. W środku czekają na nas nasi towarzysze.

Avaret przyjrzał się uważniej okolicy. Wszystko wokół sprawiało ponure, czy wręcz upiorne wrażenie, które potęgowane było rzecz jasna dodatkowo przez panujące ciemności. Blady blask księżyca i gwiazd padał na walające się po podwórzu resztki zniszczonych sprzętów, spośród których najbardziej wyróżniał się stary wóz, któremu brakowało jednego koła. Sam budynek chylił się lekko ku ziemi, a ziejące w jego ścianach liczne dziury sprawiały, że całość przywodziła na myśl jakąś szkaradę w obdartych łachach, wyciągającą pazury ku swojej ofierze. Avareta tknęło złe przeczucie, gdy mijał częściowo zwalony płot.

Wrota budynku stały otworem, w którym nie widać było nic, gdyż całe wnętrze skąpane było w mroku. Również najmniejszy szmer nie zdradzał niczyjej obecności.

— Dagonet! — Avaret usłyszał za plecami głos Jovana, u którego boku kroczyli Ervill i Neven. — Risk! Wróciliśmy!

Odpowiedziała mu głucha cisza. Avaret zerknął w jego stronę. Twarz Loretańczyka stężała w wyrazie zaniepokojenia, które zdawało się wzrastać proporcjonalnie do czasu upływającego od momentu oznajmienia powrotu. Najemnik złapał ostrożnie rękojeść miecza i wolnym krokiem począł zmierzać ku otwartym wrotom. Ervill ruszył jego śladem, nie pozwalając mu samemu podjąć ryzyka.

— O co w tym wszystkim chodzi? — szepnął skonsternowany elf. — Neven coś tam mi tłumaczył, ale mało go słuchałem…

— Chyba zaraz się czegoś dowiemy — odparł Avaret. Jego wzrok przemknął po ziemi tuż u wejścia do chylącego się budynku. Coś przykuło jego uwagę. Kucnął, by lepiej przyjrzeć się rzadkim kępkom pożółkłej trawy, którymi upstrzona była w tym miejscu ziemia.

— To krew — mruknął rozgarniając dłonią darń, tak cicho, że nawet elf dosłyszał to z trudem. Wyprostował się i ścisnął mocniej rękojeść miecza. Nawykł już do sytuacji, w których serce biło mocniej, a każdy z narządów zmysłu odbierał bodźce intensywniej, niż zwykle, by w ten sposób przeciwdziałać nadchodzącemu zagrożeniu. Dzięki Ervillowi nauczył się również stąpać ostrożnie i cicho niczym kot, bezszelestnie zbliżając się do celu. Nie było możliwości, by dał się zaskoczyć. Ruchy Ervilla również były pewne i przemyślane. Równocześnie przekroczyli próg stajni.

W środku nie czekało na nich nic, prócz mroku, w którym mogło kryć się wszystko.

— Co widzą oczy elfa? — szepnął Avaret. Ciemność skryła ironiczny uśmieszek, który wypełzł na jego twarzy.

— To samo co twoje, Avarecie. Bawi cię, że w obliczu ciemności jestem równie ułomny jak wy, ludzie?

— Nie.

— Akurat. Zazdrościcie nam wiecznej młodości, sokolego wzroku oraz lepszej przemiany materii. Każdy aspekt, w którym was nie przewyższamy, jest przez was mocno wykpiwany. Nie wiem skąd…

— Zamknij się — przerwał mu Avaret trącając go ramieniem. Skupił wzrok, który powoli przyzwyczajał się do ciemności panujących we wnętrzu stodoły, na czymś, co wystawało zza zgromadzonych przy jednej ze ścian beczek. Podszedł do nich, cały czas zachowując skupienie, a następnie obszedł tak, aby nie przesłaniały mu już widoku. Pochyliwszy się zdał sobie sprawę, że owe coś, które przykuło jego uwagę, to but. Jego wzrok podążył dalej, wzdłuż wyciągniętej nogi, bioder, klatki piersiowej i głowy, należących do mężczyzny w średnim wieku. Z tej ostatniej sterczała strzała, z miejsca zaś, w którym się znajdowała, w dalszym ciągu spływała posoka. Avaret dotknął skroni mężczyzny.

Jeszcze ciepła — pomyślał pocierając mokre palce.

— Zdaje się, że Jovan i Neven winni nam są solidne wyjaśnienia — usłyszał obok głos Ervilla. Elf kucał przy drugich zwłokach, leżących nieopodal, które Avaret dostrzegł dopiero teraz. — Coś tu się stało. I to dosłownie przed chwilą.

* * *

 
Komentarze (9)

Napisane w kategorii Opowiadanie